Św. Augustyn – wielki hejter

Jeśli już tropić tak zawzięcie wszelkie przejawy mowy nienawiści (modne ostatnio słowo-klucz to „zaraza”), to warto zajrzeć także do klasyków. I faktycznie, długo nie trzeba szukać, bo np. u św. Augustyna w dialogu „Przeciw akademikom” znajduje się fragment: „ty zaś, Karneadesie, lub inna jakaś zarazo grecka”. Tak więc oprócz „zarazy czerwonej” i „tęczowej” mamy też „grecką”, chociaż jakoś nie słychać, by z powodu tej ostatniej ktoś kiedykolwiek wszczynał lament.

U tego samego świętego, w jego najsłynniejszym dziele „Państwo Boże” można zaś znaleźć całe strony poświęcone bogom rzymskim, o których Augustyn nie pisze inaczej jak „brednie” i „obrzydlistwa”. A kpi on zwłaszcza z wielkiej mnogości różnych bogów, z ich niemoralnych postępków i małej efektywności – przeciwstawiając całej tej „zgrai” jednego, ale za to wszechmocnego i dobrego Boga chrześcijan. Jak złośliwe i obsceniczne były szyderstwa św. Augustyna, pokazuje zwłaszcza fragment poświęcony obowiązkom przeróżnych bogów, zatrudnionych przy obrzędzie zaślubin. „Jeśli ludzie mają jakiekolwiek poczucie wstydu, które bogom jest obce, to czyż nowożeńcy, gdy wierzą, że tyle bóstw obojga płci jest obecnych i wtrącających się do tej czynności, nie spłoną wstydem? No bo rzeczywiście, jeśli już jest bogini Dziewicza, by dziewicę szat pozbawić, jeśli jest bóg Podkładacz, by ją mężowi podsunąć, jeśli jest bogini Tłoczka, by podsuniętą tak mocno przytulić, iżby się nie kręciła, to cóż tu jeszcze robi Przebijaczka, i Wenus i Priapus? A wstyd! A za drzwi z nią! Niechże i małżonek sam też coś zdziała!” – pisał w ks. VI.

Jeśli chrześcijanie tak sobie używali na wierzeniach pogan, to i ci drudzy nie zostawali dłużni. Świadczy o tym znany cytat o Chrystusie, który „stał się szyderstwem bezbożnych, wzgardą heretyków, Żydom zgorszeniem, a poganom głupstwem”. Czy trzeba tu jeszcze przywoływać Nietzschego, który w „Antychryście” nazywał chrześcijaństwo „ruchem wyrzutków i odpadkowych pierwiastków wszelkiego rodzaju” i winił ich za całą zdegenerowaną moralność i karlenie gatunku ludzkiego?

Jeśli to wszystko zakwalifikować jako „mowę nienawiści”, widać wyraźnie, jaką wielką stratą dla myśli i kultury europejskiej byłoby prześladowanie tych największych hejterów i cenzurowanie ich wypowiedzi. Im ostrzejsze wzajemne oskarżenia, ironia i ataki, tym lepsze to świadectwo różnicy kulturowej, która jest podobno największą wartością. Każda kultura ma bowiem swoją strukturę „pozytywną” (na którą składają się elementy przez nią uznawane) i swoją strukturę „negatywną” (która zawiera wszystko to, co wyklucza), a ludzkie reakcje są jedynie dowodem, że te struktury zachowują swoją moc generatywną.

W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z faktem, że są kluby, do których ktoś chce i może należeć, ale też takie, do których nie może czy nie chce należeć, a krytyka (czy nawet „mowa nienawiści”) ze strony przeciwników jest w tej sytuacji najpewniejszym wskaźnikiem odmienności traktowanej jako kulturowa wartość. Przed laty profesor Bogusław Wolniewicz ujął to bardzo dobrze w odniesieniu do warunków polskich: „Jeżeli ‚Gazeta Wyborcza’ pisze o kimś źle, to jest to tylko powód do chwały”.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kulturowe AIDS – informacje „na pasku”

Te na pasku niczym nie różnią się od tych, przekazywanych przez dziennikarzy, ale są bardziej skrótowe i przez to lepiej pokazują pewne zjawisko. A wygląda to np. tak: min. Błaszczak wręczył odznaczenia z okazji świętą Wojska Polskiego – włamywacz ukradł sąsiadowi klapki – żona Ryszarda K. prowadziła pod wpływem alkoholu – areszt dla ojca dziecka, które spacerowało po parapecie na 7 piętrze – wykaz lotów Ewy Kopacz opublikowała Kancelaria Premiera – trzydziestopięciolatek groził maczetą dziadkowi…

Tego rodzaju strukturę (a raczej kompletny brak struktury) informacji emitowanych przez różne media Neil Postman nazwał kiedyś formą kulturowego AIDS (syndromu Anti-information Deficiency Syndrome) i zaliczył do objawów szerszego zjawiska określonego przez niego jako technopol. Cechą opisywanego przez Postmana AIDS jest nadmiar bitów informacji, które nie są powiązane ze sobą w żaden sposób, ale wszystkie wydają się równie ważne. Wytwarza to wizję świata „a kuku!”, co w odbiorcy osłabia zdolność krytycznego myślenia i wnioskowania, osłabia też umiejętność rozróżniania tego, co naprawdę istotne albo przynajmniej prawdopodobne.

Kto wie, czy właśnie ten czynnik (związany najpierw z kulturą druku, potem z umasowieniem kultury, a w XX wieku z owym „technopolem”) nie jest odpowiedzialny za popularność dzisiejszych „fake news”, ale też za rzecz ogólniejszą i bardziej doniosłą: za kształt „nowoczesnej, dryfującej inteligencji, która cechuje się brakiem jakichkolwiek założeń czy stanowiska”, jak ją charakteryzował C. Schmitt w „Nomosie ziemi” (s. 80) i która stanowi całkowite zaprzeczenie wywiedzionego z oświeceniowych reguł myślenia „dyskursu”.

Dyskurs zaś oznaczał kiedyś, co przypomina z kolei Ortega y Gasset w „Filozofii Oświecenia”, nie jakiekolwiek myślenie czy dowolne dywagowanie, ale refleksję podporządkowaną pewnym zasadom. A mianowicie taką, która wychodząc od pewnego punktu początkowego zmierza do określonego celu (s. 21) i dzięki temu stanowi nie jedynie odzwierciedlenie rzeczywistości, ale przede wszystkim energię, która może tę rzeczywistość objaśniać, zgłębić jej prawa, a więc jest „ruchem duchowym” i „formą działania”.

Dziś natomiast dyskurs stał się synonimem wszelkiej wymiany zdań, bo oznacza tylko to, że „ten sobie mówi, a ten sobie mówi, pełno radości i krzyku”. I tak będzie dopóty, dopóki większości to nie przeszkadza.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kto wierzy w diabła?

Niekoniecznie katolik, choć to zakłada obowiązująca go doktryna. Wierzących w diabła katolików jest więc coraz mniej (obecnie poniżej 30%), ale za to przybywa ateistów wierzących w diabła.

Najnowszym takim przypadkiem okazał się Robert Biedroń, który dostrzegł „diabła wcielonego” w arcybiskupie Jędraszewskim, a więc wykazał się przekonaniem, którego wymaga Deklaracja Wiary podpisywana przez wszystkich studentów, wykładowców i pracowników takiego np. Patrick Henry College (konserwatywnej uczelni chrześcijańskiej akredytowanej przy Transnational Association of Christian Colleges and Schools – TRACS).

Stosowny fragment tej deklaracji brzmi następująco: „Szatan istnieje jako osobista, wroga istota, która działa jako kusiciel i oskarżyciel, dla którego przygotowano Piekło, miejsce wiecznej kary, w którym wszyscy, którzy umrą poza Chrystusem, będą uwięzieni w świadomych mękach na wieczność” (wierząc w diabła pan Biedroń wierzy więc zapewne i w piekło, i kto wie, w co jeszcze, ale na razie się nie przyznaje).

Tak daleko w swej gorliwości posunąłby się mało który katolik, tak samo jak mało który katolik pomyślałby o tym, by pisać do Papieża list z prośbą, by ten przywołał do porządku księdza, który wyraża się niestosownie. A to wszystko dlatego, że nie każdy katolik jest aż tak żarliwie wierzący, jak Rober Biedroń, i nie każdy jest aż tak fanatycznym ultramontanistą (czyli zwolennikiem hierarchicznego, autorytarnego, opresyjnego i tłumiącego wolność słowa Kościoła) jak on.

Wszystko to potwierdza jedynie opinię Josepha de Maistre’a z jego „Wieczorów Petersburskich”: „jeśli gmin wierzy, że wierzy, to jeszcze częściej elita wierzy, że nie wierzy”. A ten drugi przypadek, jak zaznacza de Maistre, jest o wiele gorszy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Standardy rzeczników dyscyplinarnych

W związku z wpisem na Twitterze prof. UW Jacka Kochanowskiego władze uczelni zdecydowały się skierować sprawę do rzecznika dyscyplinarnego. Uznano bowiem, że styl wypowiedzi profesora „nie spełnia standardów debaty publicznej”.

W zaistniałej sytuacji na uwagę zasługują trzy kwestie:
– po pierwsze, dobrze że rzecznik dyscyplinarny odniesie się do sprawy, która poruszyła opinię publiczną
– po drugie, dobrze że rzecznik dyscyplinarny odniesie się nie do treści, ale do stylu wpisu profesora
– po trzecie, dobrze że wiadomość o działaniach rzecznika dyscyplinarnego została upubliczniona, a więc będą one transparentne i opinia publiczna będzie mogła wyrobić sobie zdanie również na ich temat.

Nie do pomyślenia byłoby bowiem, gdyby rzecznik dyscyplinarny nie zajął stanowiska w sprawie, która stała się publiczną.

Nie do pomyślenia byłoby też, gdyby rzecznik dyscyplinarny miał ingerować w treść wpisu, bo to oznaczało by naruszenie konstytucyjnej wolności słowa.

Nie do pomyślenia byłoby również, gdyby rzecznik dyscyplinarny miał zajmować się sprawą publiczną bez poinformowania o tym opinii publicznej, bo oznaczałoby to, że albo jego działania nie są zasadne, albo stanowią skutek jakichś rozgrywek personalnych.

Dobrze więc byłoby, aby zaczęto mówić nie tylko o standardach debaty publicznej, ale też o standardach tych, którzy chcą ją moderować – jak np. rzecznicy dyscyplinarni w instytucjach akademickich.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Polska między Biegunem Wschodnim i Zachodnim

Już po odkryciu Bieguna Północnego Krzyś tłumaczył Puchatkowi, że jest też Biegun Południowy „i jest chyba jeszcze Biegun Wschodni i Zachodni, choć ludzie nie lubią o nich mówić”.

Podobnie rozumuje Carl Schmitt, kiedy w pracy „Nomos ziemi” analizuje sens pojawiających się kolejno linii podziału globu: linia z bulli papieskiej nakreślona wkrótce po odkryciu Ameryki (która przebiegała 100 mil na zachód od Azorów i Zielonego Przylądka), linie raya (hiszpańsko-portugalskie) oraz linie amity (angielsko-francuskie).

Wprawdzie, jak twierdzi Schmitt, „mamy biegun północny i biegun południowy, ale brak wschodniego i zachodniego bieguna Ziemi” (s. 280), ale jednocześnie przyznaje, że wszystkie te linie w pewien sposób konstytuowały takie bieguny. Dwie pierwsze oddzielały mianowicie porządek europejski od Nowego Lądu, gdzie nie obowiązywało ani prawo, ani moralność europejska. W XIX w. pojawiła się jeszcze jedna linia – nakreślona przez Stany Zjednoczone – wyznaczająca Półkulę Zachodnią, która obejmowała Stany, ale nie Europę. W przeciwieństwie do wcześniejszych linii (raya – rozdziału oraz amity – przyjaźni) ta trzecia nie miała charakteru „dystrybucyjnego” ani „agonistycznego”, lecz była linią „autoizolacji”. Autoizolacji pojmowanej jednak bardzo szczególnie, bo – i to już począwszy od doktryny Monroego z 1823 r. – jako przyzwalającej (według błyskotliwego określenia Schmitta) na „oficjalną nieobecność przy faktycznej obecności” Stanów w Europie i we wszystkich innych częściach świata.

Ta dominacja USA nad sporym obszarem globu to oczywiście przejaw imperializmu, dla którego Schmitt znajduje adekwatniejsze, gdyż lepiej oddające cechę stosunków międzynarodowych w XX w., określenie Grossraum. Istotą nazistowskiego Grossraum było parcie na Wschód Europy, istotę zaś amerykańskiego Grossraumu najlepiej wyraża cytat Philipa Carla Jessupa, amerykańskiego prawnika, który w roku 1940 powiedział: „być może argument samoobrony doprowadzi do tego, że pewnego dnia Stany Zjednoczone będą musiały prowadzić wojnę nad Jangcy, Wołgą czy Kongiem” (s. 280).

Polska, wyzwoliwszy się w roku 1989 z Grossraumu Bloku Wschodniego (z jego niekwestionowanym „Biegunem Wschodnim” usytuowanym w Moskwie), tkwi obecnie – i to na własne życzenie – w Grossraumie Unii Europejskiej (uznawanej przez wielu zachodnich historyków za bezpośrednią kontynuację III Rzeszy) z jej niekwestionowanym „Biegunem Zachodnim” lokowanym nominalnie w Brukseli, ale faktycznie w Berlinie (jak przekonuje np. U. Beck w książce „German Europe”). Jednocześnie jednak podejmowane obecnie wysiłki dyplomatyczne zmierzają najwyraźniej do tego, by Polska znalazła się w Grossraumie jeszcze bardziej zachodnim, czyli należącym do strefy wpływów USA, a więc z innym „Biegunem Zachodnim” – w Waszyngtonie.

Na ile zna się historię, można być pewnym, że o tym, w którym Grossraumie Polska znajdzie się pewnego dnia, nie przesądza jednak ani to, gdzie tkwi obecnie, ani nawet to, gdzie chce tkwić w przyszłości. Dlatego warto zachować czujność i czytać Carla Schmitta, bo wbrew pozorom ma on wiele do powiedzenia o aktualnej sytuacji geopolitycznej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O co chodzi z tym „coming out”?

Kilka dni temu Krystian Legierski tłumaczył w Superstacji, co to takiego „coming out” i dlaczego jest to dziś takie ważne.

Nie wytłumaczył jednak dlaczego – skoro w przestrzeni publicznej odmawia się osobom wierzącym prawa do demonstrowania ich symboli religijnych – akurat demonstrowanie odmienności seksualnej miałoby być dozwolone.

Nie wyjaśnił też dlaczego – jeśli cały postępowy świat się oburzał, gdy Fidel Castro kazał homoseksualistom maszerować z tabliczkami na piersiach informującymi, kim są – dzisiaj cały postępowy świat się oburza, gdy ktoś im tego zabrania.

Nie potrafił też przekonująco uzasadnić również tego, skąd u osób LGBT takie parcie na szkło kamer, a raczej na siatkówki współbliźnich, że czują się zmuszeni wylegać na ulice miast, oflagowywać się i naklejać sobie etykietki obwieszczające to, co jest ich prywatną, intymną sprawą? W życiu i w przestrzeni publicznej jest przecież miejsce dla każdego człowieka i obywatela, ale czy trzeba koniecznie doprecyzowywać, że w takim razie i dla wysokich oraz niskich, dla szczupłych i chudzielców, dla rudych i łysych? Czy nie doprowadzi to do sytuacji, że zaczniemy odnosić się do drugiej osoby nie jak do człowieka i obywatela, ale jak do osobnika o określonych cechach fizycznych, określonej orientacji seksualnej czy danym kolorze skóry? Przecież właśnie w takich postawach byłoby coś głęboko nieprawidłowego i niepokojącego, coś stanowiącego zaprzeczenie uniwersalnego przesłania humanizmu i nowoczesnej demokracji.

A Krystian Legierski nie zrobił tego wszystkiego nie dlatego, że nie chciał czy nie potrafił – wszak jest osobą inteligentną, o ujmującej powierzchowności i takim samym obejściu – ale dlatego, że prowadząca program długonoga blondynka o to go nie dopytała. O takie rzeczy dziennikarze bowiem nie dopytują, szukając u swoich rozmówców jedynie potwierdzenia obiegowych opinii. Wielka szkoda, bo umiejętne „drążenie” tematu pozwoliłoby na przekierowanie uwagi z taniego psychologizowania (nietolerancja, uprzedzenia, wrogość) na kwestie ogólniejsze i bardziej zasadnicze.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Koniec z punktozą, czyli – nowa punktacja

Pod hasłem „końca punktozy” Ministerstwo Nauki opublikowało nowy wykaz czasopism z nową ich punktacją. Prace trwały cały rok i angażowały wielu wybitnych naukowców z całego kraju, którzy zamiast w tym czasie rozwijać polską naukę koncentrowali się na tym, jak zbliżyć ją do nauki światowej. Wszystko to w nadziei, że „polscy badacze będą publikować więcej wartościowych prac w bardziej prestiżowych tytułach, a polska nauka wzmocni swą pozycję w międzynarodowym obiegu myśli”.

W całym tym procesie wyraźnie brakuje jednego elementu: refleksji nad jakością i kondycją owej zmityzowanej „nauki światowej”, którą polski badacz ma za wszelką cenę doganiać w przekonaniu, iż spełnia ona najwyższe standardy i stanowi obowiązujący wszystkich wzorzec. Trudno jednak podzielać to nieartykułowane wprost, ale nachalnie obecne w polityce resortu założenie, jeśli choć trochę zna się dorobek własnej rodzimej dyscypliny, a także zna się – choćby fragmentarycznie – osiągnięcia nauki zachodniej.

Dobrym przyczynkiem do oceny poziomu dorobku nawet największych zagranicznych luminarzy może być fragment książki Jarosława Kiliasa „Wspólnota abstrakcyjna”, gdzie jej autor porównuje pewnego czeskiego badacza problematyki narodowej z „samym” Ernstem Gellnerem i pisze następująco: polemika Miroslawa Hrocha była też dyskusją dotyczącą jakości pracy naukowej – „trudno oczekiwać, by solidny czeski badacz, obdarzony erudycją historyczną i niewątpliwą intuicją socjologiczną, był w stanie zaakceptować empiryczne ubóstwo i symplicystyczny schematyzm brytyjskiego antropologa!” (s. 63).

Gdyby tak zacząć bardziej krytycznie czytać teksty niekwestionowanych autorytetów zagranicznych, może poprawiłoby to samopoczucie autorom krajowym. A wtedy okazałoby się, że absolutnie nieuprawnione jest uznawanie wyższości twierdzeń formułowanych w Centrum pola akademickiego i tym samym deprecjonowanie osiągnięć krajów peryferyjnych – owego „globalnego Południa”, o którego dowartościowanie upomina się choćby Raewyn Connell, a wcześniej Michael Burawoy w swojej słynnej polemice z Piotrem Sztompką.

O ile brnięcie dalej w punktozę pod hasłem kończenia z tym procederem może świadczyć o niejakim poczuciu humoru ministerialnych urzędników, o tyle ich przekonanie (niestety, nie kwestionowane z należytą siłą przez polskich badaczy), iż nauka zachodnia stanowi szczytowe osiągnięcie ludzkiego umysłu i wyznacza absolutne normy dla reszty świata – świadczy o czymś dużo bardziej poważnym i groźnym.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz