Socjologia i społeczeństwo

Opublikowane na półmetku wakacji stanowisko ZG PTS w sprawie ostatnich wydarzeń ma doniosłe znaczenie tak z punktu widzenia socjologii, jak i społeczeństwa. O ile nie zaskakuje, że środowisko reaguje na to, co się dzieje i odwołuje się do danych takich jak badania opinii, o tyle ciekawe wydaje się coś innego.

Oto po raz pierwszy od wielu lat badacze społeczni wydają się rozczarowani nie tym, jakie jest polskie społeczeństwo i co myśli ono o polskiej rzeczywistości, ale tym, jaka jest ta polska rzeczywistość. Po raz pierwszy też, zresztą zgodnie ze swym ethosem, badacze nie starają się więc pełnić funkcji usługowej (usłużnej, służalczej… – określenie, jak widać, można stopniować) wobec władzy, ale decydują się realizować swoją podstawową funkcję – służebną wobec społeczeństwa. Po raz pierwszy również nie krytykują opinii na temat demokracji wyrażanych przez społeczeństwo jako niedojrzałych i populistycznych, lecz wprost przeciwnie – jakby w pełni je podzielali!

O czym to świadczy? Ano, tylko o tym, że osiągnęliśmy w końcu budujący stan zgody: mamy bowiem społeczeństwo na miarę oczekiwań elit opiniotwórczych, a może nawet odwrotnie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Opozycja horyzontalna

Kiedyś protestowanie przeciw władzy wymagało sporo determinacji i odwagi. Szło się bowiem naprzód i stawało twarzą w twarz z reżimowymi siepaczami. Dziś nastała inna moda: wystarczy położyć się na ziemi i fikać nogami albo dać się wynieść służbom porządkowym, by zwrócić uwagę mediów. Ale historia jest bardziej wymagająca i docenia tylko tych, którzy naprawdę coś ryzykują i rzeczywiście obrywają po grzbiecie.

I tego wypada życzyć dzisiejszej opozycji!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Apel warszawski w sprawie nauki

Przyjęty przed trzema tygodniami przez „S” Krajowej Sekcji Nauki, Radę Szkolnictwa Wyższego i Nauki oraz ZNP apel w sprawie reformy nauki mocno spóźniony, ale na pewno ze wszech miar potrzebny. Tylko czy faktycznie można go uznać za głos środowiska akademickiego? Przecież w momentach, kiedy zapadały najbardziej niekorzystne decyzje, środowisko milczało albo wydawało co najwyżej wątlutkie pomruki niezadowolenia. Kiedy trzeba było przeciwstawić się poprzedniej władzy, obywatele nauki zachowywali się nad miarę kurtuazyjnie wysłuchując banialuków min. Kudryckiej. Kiedy pod bramą Uniwersytetu Warszawskiego studenci i przedstawiciele komitetu kryzysowego organizowali czarne marsze, brali w nich udział bardzo nieliczni.

Czy zatem aktywiści – autorzy „Apelu” – nie wychodzą zanadto przed szereg formułując swoje skądinąd całkiem słuszne postulaty? A może środowisku w jego masie tak na prawdę dobrze jest, jak jest? Brak bowiem dowodów na to, że trwająca od dawna sytuacja jakoś szczególnie komuś doskwiera. W przeciwnym wypadku pojawiłyby się bowiem słowa krytyki, znalazło by też to jakiś wyraz w mediach, gdzie przedstawiciele środowiska zawsze mieli możliwość wypowiadania się i komentowania wszystkiego. Czemu więc powstrzymywali się od krytyki pola akademickiego, które znają najlepiej? Czemu w protokołach z Rad Naukowych próżno szukać wypowiedzi tego rodzaju?

Czy nie dlatego, że ostatecznie każdy z osobna wiedział, że i tak sobie jakoś poradzi, realizując w swoim konkretnym przypadku zasadę „rozwoju molekularnego”? Czy nie dlatego, że w gruncie rzeczy, właśnie w tym środowisku – tak chętnie piętnującym mentalność homo sovieticusa i dostrzegającym jego przejawy w każdej innej grupie społecznej – ów nieszczególny syndrom postaw i poglądów zagnieździł się z wyjątkową trwałością? Może nie?

A kto za rektora Wróblewskiego głosował na senacie za tym, by kwotę na podwyżki rozdzielić nie według zasług, ale „po równo”, bo „wszyscy mają takie same potrzeby”? A kto po dziś dzień głosuje na radach swojego instytutu czy wydziału za tym, by w nieskończoność przedłużać zatrudnienie kolegom, którzy nie są zdolni do napisania habilitacji (i czy czasem nie dlatego ten warunek ma – wg Apelu – zniknąć z polskiego życia naukowego?), bo, jak argumentują w świętym oburzeniu: „nie można wyrzucać na bruk człowieka po kilkudziesięciu latach pracy”. Ale jakoś nikt w środowisku nie protestował, kiedy wskutek reform ustrojowych pracę traciły setki tysięcy robotników. Wprost przeciwnie, wtedy uznawano to za słuszną prawidłowość i dziejową bez mała konieczność, zaś robotnicze protesty piętnowano jako „roszczeniowość” i „wyuczoną bezradność”. Czemu w takim razie dziś nikt w środowisku nie chce podlegać tak zachwalanym niegdyś zasadom?

Kluczem do rozwikłania tej zagadki może być refleksja Kierkegaarda, który w „Chorobie na śmierć” zauważył dziwną, ale jak widać, powszechną prawidłowość. Otóż nie ma dla człowieka nic lepszego i wygodniejszego, jak trwać w błędzie, w sprzeczności – nawet z samym sobą, jak pielęgnować z upodobaniem postawę niekonsekwencji – pisał filozof. Oto uczony tworzy wspaniały system myślowy, ale jeśli przyjrzeć się jego osobistemu życiu, okazuje się, że sam woli pomieszkiwać raczej „w szopie obok albo w psiej budzie, albo co najwyżej w stróżówce”.

Dlatego nie ulega wątpliwości, że podniosą się głosy sprzeciwu i wobec „Apelu”, i wobec każdej innej próby rozwalenia tych przytulnych, choć skleconych byle jak i odrażających przybytków, w których nieźle wymościł sobie leże ten czy ów, a może nawet zdecydowana większość…
Apel warszawski 2017.pdf

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Voltaire – pożyteczny idiota

Wydane właśnie w Bibliotece Kwartalnika Kronos „Pisma przeciw Polakom” autorstwa Voltaire’a okazują się nadzwyczaj aktualne, a ponadto zwracają uwagę na trzy ważne sprawy.

Po pierwsze, że opozycji w kraju „zagranica” zawsze się przydawała, bo sponsorowane przez carycę Katarzynę teksty wybitnego filozofa Oświecenia były bardzo na rękę innowiercom i zdrajcom sprawy narodowej już w I RP. Na podstawie dostarczanych przez urzędników rosyjskich informacji Voltaire apelował więc do sumienia Europy o wspieranie wszelkich działań przeciw Polsce, którą ukazywał jako nietolerancyjną i zacofaną. Chodziło oczywiście o kwestionowanie prawa Polski do autonomii, a więc do podejmowania suwerennych decyzji i – jak wiadomo – poprzedzało interwencję zbrojną i rozbiór kraju.

Po drugie, że Europie Zachodniej (mimo całej podniosłej gadaniny o bliżej nie zidentyfikowanych „wartościach europejskich”) zawsze bardziej imponowali despotyczni i okrutni władcy, niż republikańskie czy demokratyczne rządy. Przecież – co przypominał w swoich wykładach paryskich Adam Mickiewicz – nie kogo innego, jak Piotra Pierwszego, który z zamiłowaniem uczył się katowskiego rzemiosła i sam torturował więźniów, Akademia Francuska przyjęła w poczet swoich członków!

I po trzecie wreszcie, że Voltaire pisząc pod dyktando imperialnego mocarstwa paszkwile na Polskę, mimo całej swej niezaprzeczalnej inteligencji i talentu okazał się niczym więcej jak tylko jednym z tzw. „pożytecznych idiotów”, a zatem warto być może rozważyć właśnie jego kandydaturę na prekursora i patrona tego całkiem licznego grona.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Uniwersytet w ruinie

Książka Billa Readingsa pod takim właśnie tytułem nie pozostawia wątpliwości ani nawet cienia nadziei w tej kwestii: uniwersytet utracił swoją misję kulturotwórczą i stał się instytucją świadczącą usługi na globalnym rynku, kadra uniwersytetu podlega proletaryzacji, za to najważniejsi stają się administratorzy, biurokraci i inni „aparatczycy”, którzy kierują takimi uczelniami, a właściwie – „transnarodowymi biurokratycznymi korporacjami”. Wszystko dlatego, ponieważ transnarodowy kapitalizm wywłaszcza kolejne instytucje państw narodowych (w tym i uniwersytety), czego przykładem w UE i w Europie Wschodniej są obecnie programy sponsorowane przez George’a Sorosa(s. 19).

Symptomem przemian jest odejście na uniwersytetach od kulturowego dyskursu uprawianego do tej pory na gruncie liberalnej edukacji i zastąpienie go dyskursem „doskonałości”, który – co Readings doskonale pokazuje zwłaszcza w rozdziale drugim – jest konstruktem absolutnie pozbawionym treści i jako taki przejawem szerszego procesu określanego w książce mianem „dereferencjalizacji” (tego typu terminy utraciły bowiem jakąkolwiek specyficzną referencję i przestały się odnosić do jakiegokolwiek określonego zestawu rzeczy lub idei – s. 36).

Ta naczelna teza Readingsa stawia jednak w dwuznacznym świetle wszelkie zapewnienia, jakich nie szczędzi resort nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce – można bowiem zapytać, jaki ma sens mówienie o czymś, co samo nie ma sensu, bo nie ma określonej treści ani znaczenia. W jeszcze bardziej niejasnym świetle teza Readingsa stawia jednak pracowników uczelni w Polsce, którzy nie dostrzegają albo tylko udają, że nie dostrzegają próżni semantycznej, jaka kryje się za modnymi sloganami.

Ciekawe, kto pierwszy ośmieli się nazwać rzeczy po imieniu?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Cytowanie – interpretowanie

Jeśli studenci nie czytają zalecanych lektur (ostatnio najczęstszą wymówką jest to, że nie znaleźli ich w internecie…), to oczywiście kłopot. Ale jeśli przypadkiem któryś czyta, to okazuje się bardzo dociekliwy, a wtedy pojawiają się problemy innego rodzaju.

Zadany na zaliczenie rozdział o ludowej religijności z książki Ludwika Stommy „Antropologia kultury wsi polskiej XIX w.” wzbudził w studencie tyle wątpliwości (zwłaszcza cytat z monografii Jana Świętka, a szczególnie częste opuszczenia zaznaczane kwadratowym nawiasem), że sięgnął do źródła, czyli do tekstu opublikowanego w 1897 r. w „Materyałach Antropologiczno-Archeologicznych i Etnograficznych”. Lektura całości tekstu przywiodła zaś studenta do wysnucia innych wniosków niż te sugerowane przez prof. Stommę, a zarazem do wniosków na temat samego prof. Stommy.

Aby ograniczyć się tylko do tych pierwszych, to pominięte w książce Stommy fragmenty dotyczą pewnych okoliczności brutalnego zabójstwa karczmarza, żyda Lajbusia (u Stommy jest: Żyda – choć chodzi tu o przedstawiciela grupy wyznaniowej, a nie narodowej – i nie wiedzieć czemu: Lejbusia). Jan Świętek, autor klasycznej monografii o zwyczajach i pojęciach prawnych ludu nadrabskiego naświetla całą historię następująco: „żył tu żyd, imieniem Lajbuś, znany też pod tym imieniem we wsi i okolicy. Lajbuś uchodził za złodzieja, podpalacza, truciciela koni i bydła, „nikogo się nie bał i co kciał, to robiuł”. Z obawy przed nim ustępowali mu wieśniacy i nie pociągali go do odpowiedzialności sądowej za różne jego zbrodnie, chociaż o nich wiedziano powszechnie, a nawet schwytano go niejednokrotnie na gorącym uczynku. Jego zbrodnicze sprawki uchodziły mu bezkarnie przez lat kilka, aż wreszcie znaleźli się dwaj młodzi ludzie (parobcy)…”. Dalej referuje sprawę Stomma, ale już w następnym zdaniu znowu opuszcza fragment, bo pisząc, że zbrodni dokonano akurat w Święto Matki Boskiej Zielnej, pomija to, że „Lajbuś mimo zakazu urzędu gminnego „ozpocąn granie w tak wielgie święto”, zamiast tego dodając własne wtrącenie: „warto zwrócić uwagę na znaczenie doboru tego terminu”. Znając pełną wersję tekstu można jednak zapytać o znaczenie doboru tego terminu z punktu widzenia karczmarza, bo działanie jego zabójców było reakcją na przekroczenie zakazu urzędu gminy.

Kolejny pominięty przez Stommę fragment brzmi u Świętka następująco: Lajbuś „siedział właśnie na stole między grajkami a szynkwasem, kiedy przystąpił do niego jeden z zapaśników i przypomniawszy mu swą krzywdę uderzył go pięścią w twarz. Lajbuś nachylił się w tył, ale już miał się zrywać z siedzenia i zamierzał oddać mu policzek, skoro „przyskocuł” drugi z zapaśników i z pomocą pierwszego ściągnął go za włosy ze stołu i powalił na podłogę”. Dzięki temu fragmentowi scena tylko zyskuje na dramatyzmie i nie wiadomo dlaczego Stomma zdecydował się aż tak okroić cytat.

Czytelnikowi znającemu pełny tekst Świętka zamordowanie tak wrednego i aspołecznego typa jak karczmarz Lajbuś nie wyda się już przejawem uprzedzeń i ksenofobii, co sugeruje Stomma, ale typową dla tradycyjnego środowiska (choć w dzisiejszym odczuciu niewspółmierną) sankcją za notoryczne naruszanie norm i porządku, która spotkałaby każdego, niezależnie od jego pochodzenia czy wyznania. Nie tylko bowiem cała Polska, ale i polska wieś, nawet ta pańszczyźniana, cechowała się daleko posuniętą tolerancją, co podkreśla historyk, prof. Wiślicz: w opisywanej przez niego Woli Żarczyckiej „znaleźć można było chłopów pochodzenia ruskiego, mazurskiego, niemieckiego, a nawet tatarskiego i szwedzkiego, co nie przeszkadzało im tworzyć zwartej i zgodnej społeczności” („Zarobić na duszne zbawienie” 2001, s. 14).

Ale do Świętka zajrzy mało kto, a książka Stommy figuruje w spisie lektur.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Policja jak milicja?

Od kilku dni na ulicach Warszawy w związku z wizytą Donalda Trumpa trwa mobilizacja sił porządkowych. Zwłaszcza na Trakcie Królewskim patrol za patrolem – jak nie straż miejska, to policja; a w telewizji wypowiedzi odpowiedzialnych za te sprawy szefów: że chodzi o zapewnienie porządku, bezpieczeństwa i reagowanie na wszelkie nieprawidłowości.

No więc licho podkusiło przechodnia, by z obywatelską troską zagadnąć jeden z takich patroli, dlaczego nie reagują, gdy chodnikiem przejeżdżają rowerzyści, choć w tym właśnie miejscu (konkretnie na Nowym Świecie) nie powinni. W odpowiedzi słyszy, że panowie policjanci, a jakże, reagują, gdy tylko widzą takie zdarzenie. Na uwagę, że przecież przed chwilą nie zareagowali, choć rowerzysta przejechał tuż koło nich, zapada milczenie i patrol odchodzi.

Przechodzień-obywatel i tak miał szczęście. Bo przecież z doświadczenia wie, że mundurowi mogli zachować się inaczej: mogli zacząć udowadniać, że jednak tutaj po chodniku można jeździć (choć to akurat nieprawda) albo mogli rozłożyć ręce i zapytać, jak mają reagować, skoro rowerzysta jest na rowerze, a oni pieszo, więc go nie dogonią… albo nawet mogli przystąpić do legitymowania – dociekliwego przechodnia-obywatela (a wtedy trzeba mieć naprawdę mocne papiery, żeby się jakoś wykaraskać) .

Przypadek drobny, choć nagminny, ale symptomatyczny i w dodatku coś przypomina z nie tak odległej przeszłości. Okazuje się bowiem, że pod pewnymi względami dzisiejsza policja nie tak znów wiele się różni od niegdysiejszej milicji. A szkoda.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz