„Umysły zamknięte” w dzisiejszej Polsce

Ameryka pokazuje Europie jej własną przyszłość – twierdził de Tocqueville. I ta reguła potwierdza się także w przypadku diagnozy, jaką Allan Bloom sformułował w 1987 r. na temat klimatu intelektualnego w USA, a zwłaszcza w środowisku akademickim.

Saul Bellow, autor wstępu do „Umysłu zamkniętego” (Poznań 2012) słusznie podkreśla, że Bloom „nie przestrzega obyczajów, ceremoniałów i rytuałów tzw. społeczności akademickiej”, „pisze ostro i z temperamentem”, „często pozwala sobie na prowokacje i złośliwości”. Z całą pewnością Bloom nie był poprawny politycznie, gdy krytykował rozpleniające się w Stanach Zjednoczonych od końca lat sześćdziesiątych „obłąkańcze poglądy” w rodzaju relatywizmu, doktryny „otwartości” czy zakazu „czynienia rozróżnień” (s. 35), gdy obnażał słabości feminizmu (s. 80), pisał o „Murzynach” to, co zawsze było wiadome, a mianowicie, że „na najlepszych uczelniach przeciętny czarny student pod względem wyników w nauce ustępuje przeciętnemu białemu studentowi” (s. 122), demaskował pustkę intelektualną retoryki gejów (s. 170) albo wyśmiewał niekonsekwencje ekologów: „ci sami ludzie, którzy walczą o ocalenie od zagłady snail-darters uznają pigułkę antykoncepcyjną; martwią się o polowania na jelenie i bronią prawa do aborcji” (s. 222).

Z równą ostrością Bloom występował przeciw degradacji amerykańskich uniwersytetów, które zamiast uczyć studentów myślenia wpajały im jako „niepodważalne aksjomaty” tolerancję i potępienie etnocentryzmu, uruchamiały kursy „kultury murzyńskiej” albo „studia feministyczne” mające „wymusić na studentach konstatację, że istnieją inne światopoglądy, a światopogląd zachodni nie jest od nich lepszy” (s. 43) oraz inne tego rodzaju „z góry założone morały”. Wszystko to skutkowało, zdaniem Blooma, tym, że nawet na najlepszych uniwersytetach zapanowała wśród studentów „tępota intelektualna i przerażające barbarzyństwo” (s. 56), a wybitni profesorowie „płaszczyli się przed zwykłą hołotą” i pozwalali, by najwyższym autorytetem stał się „motłoch” (s. 409) i tylko nieliczni mieli odwagę powiedzieć to, co pewien profesor humanistyki, Żyd, który wyraził się, że „za to, co Żydzi {zwolennicy całej tej „rewolucji kulturalnej, a zwłaszcza akcji afirmacyjnej} zrobili czarnym, powinno się ich zamknąć w obozach koncentracyjnych” (s. 460).

Czytając dziś „Umysł zamknięty” Allana Blooma polski czytelnik może zasadnie zadać sobie pytanie, czy ta głośna książka opisuje tylko życie akademickie w Ameryce sprzed 50 lat, czy może także – zgodnie z zasadą de Tocqueville’a – również współczesne realia w Polsce?

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Byle do poniedziałku

Bo wtedy zakończy się wreszcie ta przedłużona (jak kawa w modnej sieciówce) kampania prezydencka, to znaczy – będziemy już po wyborach, które nie wiedzieć czemu, choć nie odbyły się w pierwszym terminie, a tylko zostały przełożone na późniejszy, to jednak potraktowano jakby były nowymi wyborami. Dzięki temu poślizgowi czasowemu i myślowemu pozwolono (i to bez cienia sprzeciwu ze strony obozu rządzącego – zastanawiające…) na zmianę jednego z kandydatów, który pierwotnie w żadnym razie nie miał (i w świetle prawa nie powinien!) być zmieniony.

A więc w poniedziałek dowiemy się nie tylko, kto jest nowym prezydentem Polski, ale też czy Polacy wolą, by ich sprawy rozstrzygały się w Waszyngtonie, czy w Brukseli.

Dowiemy się również, ilu w Polsce jest „prawdziwych Polaków” i osób „naprawdę wierzących”, tzn. takich, którzy nie dowierzają „Niemieckiej Europie”, jak ją nazywa Ulrich Beck, oraz nie chcą oglądać Matki Boskiej w tęczowej aureoli.

No i wreszcie będzie jasne, czy Polak ma „uziemioną duszę”, jak to przed laty zdiagnozował prof. Czapiński, czy też wciąż jest bardziej podatny na syrenie śpiewy o ideałach, które grożą „znicestwieniem narodu”, przed czym przestrzegał już Norwid.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nowy popis Pani Ambasador

Ambasador USA zbeształa ostatnio któregoś z polskich polityków za krytykę TVN. A więc wciąż, a nawet jakby coraz bardziej, zachowuje się nie jak ambasador reprezentujący administrację amerykańską w obcym kraju, ale jak namiestnik oddelegowany tam po to, by pilnował interesów własnego państwa i wydawał odpowiednie dyspozycje.

Wszystko to można oczywiście cierpliwie znosić mając nadzieję, że USA okażą się w razie potrzeby gwarantem istnienia suwerennej Polski (suwerennej, czyli niezależnej od Niemiec czy Rosji, bo już nie od Stanów Zjednoczonych). Ale chyba zbyt wiele przemawia przeciwko takiemu optymizmowi. I są to zarówno okoliczności historyczne (Jałta i Teheran), jak i rachuby na przyszłość czynione przez stronę amerykańską. Michał Strąk w swojej książce „I jak tu Polską rządzić?” wspomina swoje spotkanie (jako ministra – szefa URM) z senatorem Claibornem Pellem, przewodniczącym senackiej komisji spraw zagranicznych w roku 1994. Senator Pell powiedział wówczas: „w Ameryce wiemy, że za 50 lat, czyli około 2044 będą istniały Niemcy i Rosja – dwa silne państwa, ważne z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych. Czy w tym czasie będzie istniała jeszcze Polska? Tego nie wiemy” (s. 161).

Widać więc jasno, że istnienie suwerennej Polski, a nawet Polski w jakimkolwiek kształcie, z całą pewnością nie było, nie jest i nigdy nie będzie imperatywem kategorycznym polityki amerykańskiej. No bo niby dlaczego?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kolejny list otwarty naukowców

Środowiska naukowe wciąż wierzą w moc słowa i siłę argumentów, dlatego piszą kolejne listy otwarte do władz.

https://hirszfeldpl-my.sharepoint.com/:w:/g/personal/lidia_karabon_office365_hirszfeld_pl/Eep91aJ848ROsarrw1JGEuYBwxBBHCWDaJA8nTk0X-a2dA?rtime=XfWoNn4e2Eg

A w tych listach tłumaczą, uzasadniają, przekonują – bez żadnego jak dotąd skutku. Dlaczego więc wciąż są to tylko prośby, a nie żądania? Czemu zamiast odpierać zarzuty nie decydują się na sformułowanie własnych? Z jakiego powodu wciąż jedynie bronią się, choć mogliby sami przejść do ataku?

Przecież reforma nauki wdrażana od kilkunastu lat przez kolejne ekipy prowadzi do wielu już nie tylko negatywnych, ale wręcz patologicznych zjawisk:
– uzależnianie dorobku polskich badaczy od jego akceptacji za granicą likwiduje suwerenność polskiej nauki, a dodatkowo powoduje transfer znacznej części środków budżetowych do podmiotów zagranicznych
– fetyszyzowanie wypracowanych na Zachodzie sposobów uprawiania nauki utrudnia formowanie własnych środowisk i szkół badawczych, które powinny rozwijać rodzime tradycje, często prekursorskie względem tych zachodnich
– uzależnianie wysokości dotacji dla jednostki naukowej od wyników parametryzacji nosi wszelkie znamiona systemowej i zinstytucjonalizowanej korupcji, bo obiecywana w zamian za lepszą punktację wyższa kategoria jednostki oznacza określone korzyści finansowe dla tej jednostki i dla jej pracowników, a to wypacza pracę naukową zgodną z ethosem nauki
– nacisk na punktację prowadzi też do mobbingu, piętnowania mniej „wydajnych” pracowników i zwalniania tych, którzy nie wykonają „normy”, choćby były to osoby o uznanym dorobku i wielce zasłużone dla środowiska.

Wszystko to już dawno powinno wywołać gwałtowny sprzeciw naukowców i spowodować, że zamiast petycji i próśb – przypominających raczej supliki chłopskie niż głos wolnych obywateli – zaczną oni żądać i oskarżać. Bycie obywatelem oznacza bowiem świadomość własnych praw i zdolność domagania się, by były respektowane – tłumaczył Petrażycki („O nauce, prawie i moralności”, s. 259). Tylko niewolnicy pozbawieni praw musieli uciekać się do próśb i w tym właśnie przejawiała się ich anima servilis.

A może chodzi tu tylko o zwykłą „bojaźliwość, tak charakterystyczną dla uczonych” (A.W. Gouldner, w: „Kryzys i schizma”, t. I, s. 28)?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

UE – za praworządnością?

UE twardo obstaje przy tym, by dostęp do funduszy uzależnić od przestrzegania prawa w państwach członkowskich. Jakże by to bowiem wyglądało, gdyby UE wspierała finansowo państwa, gdzie władza jest na bakier z prawem.

Ale w takim razie UE nie powinna też przyjmować opłat członkowskich od takich państw, a jeśli robi coś takiego, to oznacza, że brudzi sobie ręce i utrzymuje się za pieniądze pochodzące z podejrzanego źródła. Dopiero w pełni konsekwentne postępowanie byłoby całkowicie uczciwe.

Niestety, z tą konsekwencją i uczciwością UE jest tak, jak z jej demokracją. Od dawna już badacze zwracają uwagę, że w swej obecnej postaci nie jest ona demokracją i nie spełnia kryteriów demokracji, jakich wymaga od swoich członków (Philippe Schmitter – „How to Democratize the European Union”, 2000), zaś reprezentatywność unijnych instytucji także pozostawia wiele do życzenia („Deficyt demokracji w UE”, red. K. Wojtaszczyk, 2012).

I nic dziwnego. Szewc, który wyrabia takie niewygodne buty, sam woli obywać się bez nich.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

„I jak tu Polską rządzić?”

Takie pytanie zadaje sobie Michał Strąk (dr nauk politycznych, badacz zajmujący się ekonomiką kultury, znana postać życia politycznego ostatnich 30 lat, obecnie dyrektor Biblioteki na Koszykowej) w swojej najnowszej książce pod tym właśnie tytułem. I przypominając typowe odpowiedzi, jakich udzielano na to pytanie („Polska nie rządem stoi, ale swobodami obywateli” oraz „Nierządem Polska stoi”) upomina się przede wszystkim o rzetelną analizę obecnej sytuacji politycznej. Rzetelną, to jest taką, która nie poprzestawałaby na pseudonaukowych rozważaniach o charakterologicznych cechach polityków ani na infantylnej prounijnej retoryce, ale sięgała uwarunkowań instytucjonalnych, czyli „systemu rządzenia państwem jako całością”.

Zamieszczone w książce teksty (wywiady, jakich Michał Strąk udzielał prasie, artykuły publicystyczne, ale też refleksje naukowe dotyczące np. istniejącej – ekonomicznej i wciąż nieistniejącej – społecznej teorii kapitalizmu) odnoszą się do wydarzeń z lat minionych, ale też do najnowszych kontrowersji, np. do sporu o Sąd Najwyższy. Tu autor zajmuje wyważone stanowisko przypominając, iż w tradycji europejskiej nie ma przyzwolenia na prawotwórczą aktywność sędziów (istotnie, wg Monteskiusza mają oni być jedynie „ustami”, które wypowiadają treść ustaw i dlatego ich władza ma być „właściwie żadna”). Zadaje też ważne pytanie: „czy jednym z mocnych fundamentów demokratycznego państwa prawa może być środowisko prawnicze funkcjonujące bądź w systemie kastowym, bądź – jak to jest w adwokaturze – w procedurach regulowanych przez pieniądz? I jak powinny wyglądać relacje pomiędzy środowiskiem opartym o autonomiczne struktury hierarchiczne oraz światem polityki opartej o demokratyczne reguły wyłaniania władz?” (s. 105).

Proponując konkretne sposoby na dobre rządzenie Polską, autor pomija jeden, o którym tak ciekawie wspomina Aleksander Fredro w swoich zapiskach „Trzy po trzy”. A Fredro pisał tam następująco: „zarzucają Polakom, że są niesforni, że trudno nimi rządzić. Mnie się zdaje, że bardzo łatwo, byle rządzić z konia i z szablą w ręku. Więcej natchnienia niż rozwagi zwykliśmy słuchać. Zgromadzamy w jedną osobę wszystkie nasze wymagania, całe nadzieje nasze, w niej zamykamy całą sprawę. Dlatego to każdy upadek podobnej gwiazdy roztapia od razu łączący nas cement, ogół rozkłada się na cząstki. Nie mamy w sobie wielkiej wzajemnie przyciągającej się siły, przeciwnie, antyłączne usposobienie jest główną naszą wadą…” (1976, s. 111-112).

No tak, ale Fredro miał na myśli „gwiazdy”, wybitne osobowości, mężów stanu i przywódców narodu. A o nich dziś jeszcze trudniej niż o dobrych administratorów państwa.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Demokryt i dynia albo pytanie o przyczyny

Gadamer w swoim tekście „Przyczynowość w dziejach” przypomina anegdotę o Demokrycie, zwanym aitiologikos (poszukiwacz przyczyny). Otóż pewnego dnia Demokryt nabył na targu kawałek wyjątkowo słodkiej dyni. Pokosztowawszy jej wrócił na targ, by zapytać wieśniaczkę, jak uprawiała pole, że jej dynia ma wręcz miodowy smak. Gdy usłyszał, że wioząc dynię na targ kobieta położyła ją na miodzie, zezłościł się i zawołał: A ja i tak nie przestanę szukać przyczyn!

Kogoś to przypomina – podobny upór cechuje bowiem badaczy społecznych, którzy nie ustają w wysiłkach, by wszystkiemu przypisać jakiś przyczyny. Czy np. rewolucja francuska wybuchła z powodu wzrastającego ucisku ludu, czy raczej dlatego – jak twierdzi Tocqueville – że ten ucisk nieco zelżał („Dawny ustrój i rewolucja” – s. 188), a może rację ma Boy-Żeleński, który we wstępie do „Wyznań” Rousseau zasugerował, że gdyby pęcherz filozofa był zdrowszy, to rewolucja francuska nie doszłaby do skutku, a przynajmniej nie w tej samej formie (1956, s. 52).

Podobnie rzecz się ma z powstaniem kapitalizmu. Max Weber mając w głębokiej pogardzie kapitalizm łupieżczy, „lewantyński”, genezę „prawdziwego” kapitalizmu wyprowadził z ethosu protestanckiego, a ściśle – z przekonań pewnej fundamentalistycznej sekty (kalwinizm). Z kolei Werner Sombart przypisał tę rolę judaizmowi: „religię żydowską i kapitalizm charakteryzują te same idee zasadnicze, są one tym samym duchem przesiąknięte” („Żydzi i życie gospodarcze” 2010, s. 201). Natomiast Alejandro Chafuen dostrzegł źródła gospodarki kapitalistycznej w myśli św. Tomasza i późnośredniowiecznych scholastyków hiszpańskich, którzy na gruncie moralności katolickiej propagowali wolny rynek („Wiara i wolność” 2007). Który z nich ma rację? Wszyscy czy żaden? A może prawdziwą przyczynę wskazał dużo wcześniej Bernard Mandeville, gdy w „Bajce o pszczołach” – niejako polemizując i z Weberem, i zarazem z wszystkimi jego oponentami – zauważył: „Reformacja nie więcej przyczyniła się do nadzwyczajnego rozkwitu królestw, które ją przyjęły niźli niemądry i kapryśny wynalazek spódnic na obręczach i watówkach” (s. 384).

Cały ten spór zdaje się rozstrzygać (przez jego unieważnienie) Jan Łukasiewicz pisząc tak w swojej rozprawie „O zasadzie sprzeczności u Arystotelesa”: „twierdzimy, że każde zjawisko ma przyczynę; prawa tego udowodnić nie można, ale nie ma też obawy, by znalazł się kiedykolwiek wypadek, który by je obalił. Bo gdyby nawet w jakimś wypadku przyczyny istotnie nie było, to zawsze moglibyśmy powiedzieć, że przyczyna jakaś istniała, tylko my jej nie umiemy wyszukać” (s. 130).

Na szczęście, socjologowie nie mają problemu z wyszukiwaniem przyczyn i dlatego w dalszym ciągu mogą bezkarnie uprawiać swoją naukę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Służby porządkowe: widzialne? niewidzialne?

W okresie, gdy jeszcze noszenie maseczek w tzw. przestrzeni publicznej było obowiązkowe, obywatel przeprowadził pewien eksperyment, którego wynik jego samego wprawił w zdumienie. Napisał mianowicie dwa meile na linię 19-115:
– jeden ze skargą, iż na Fortach Bema nie uświadczysz patrolu Straży Miejskiej nawet w weekend, kiedy to aż roi się tam od spacerowiczów, z których co najmniej połowa spaceruje (biega, jeździ na rowerze) bez maseczek i nie zachowuje stosownego dystansu społecznego
– i po jakichś dwu tygodniach drugi, ze skargą, że patrol SM, na który udało mu się natknąć na tychże Fortach Bema, mija osoby spacerujące bez maseczek i nie podejmuje żadnej interwencji.

Odpowiedzi, jakie w przepisowym terminie zostały udzielone obywatelowi, odsłoniły pewną tajemniczą istotę służb porządkowych, a może nawet wszelkiej władzy. Otóż w pierwszym przypadku obywatel został poinformowany, że tego dnia, jak zawsze, funkcjonariusze SM patrolowali Forty Bema, ale widocznie obywatel ich nie zauważył. Natomiast w drugim przypadku obywatel dowiedział się, że opisany przez niego przypadek nie mógł mieć miejsca, gdyż tego dnia na Fortach Bema nie było ani jednego funkcjonariusza SM.

Wniosek? Nawet dwa. Pierwszy: służby porządkowe zawsze są obecne, nawet wtedy, gdy ich nie widać, i właśnie kiedy ich nie widać, jest to oczywisty dowód na to, że są. Drugi: kiedy gdzieś je widać, to widomy znak, że ich tam z całą pewnością nie ma.

I jeszcze trzeci wniosek: oba zgłoszenia zostały przyjęte z zapewnieniem „ochrony danych osobowych”, które mogą być jedynie „przetwarzane” zgodnie z RODO. Tymczasem pierwszą odpowiedź obywatel otrzymał na swój adres meilowy, ale nie od miasta, lecz od SM, zaś druga odpowiedź (również od SM) trafiła prosto do jego skrzynki na listy, oczywiście z jego imieniem, nazwiskiem i dokładnym adresem. A więc „ochrona danych osobowych” wcale nie oznacza, że pozostaną one w dyspozycji tych, którym się je powierzyło, zaś formuła „przetwarzania” obejmuje ich przekazanie organowi, na który obywatel składa skargę (choć gdyby obywatel życzył sobie bezpośredniej konfrontacji z tym organem, to przecież skierowałby się od razu do niego).

Od tej pory obywatel, który tak lubił spacerować z psem po Fortach Bema, woli trzymać się blisko domu, ponieważ na jego ulicy każdego dnia pojawia się teraz patrol SM i bacznie obserwuje okolicę, a zwłaszcza (przynajmniej tak się obywatelowi wydaje) – jego posesję. Pies natomiast ma przykazane bawić się w ogródku i nie szczekać zbyt głośno.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mimozy spod znaku LGBT

Poruszające medialne doniesienia o kiepskim samopoczuciu osób związanych z LGBT (lęki, depresja, a nawet próby samobójcze) powinny wywołać nie tylko odruch moralny taki jak współczucie, litość czy chęć pomocy, ale również refleksję.

Trudno bowiem zrozumieć, dlaczego osobom naruszającym pewne normy przyjęte w danym środowisku aż tak bardzo zależy na akceptacji tego środowiska. Po co zabiegać o uznanie ze strony tych, których ma się za ograniczonych i zacofanych? Po co być innym, jeśli reszta ma tego nie dostrzegać? Po co się buntować, skoro nie życzymy sobie sprzeciwu? Przecież nie po to się różnimy, by otoczenie na to nie reagowało, a może nawet pogłaskało nas po głowie i przytuliło, zacierając całą naszą odmienność.

Można też zadać pytanie, czemu „mocherowe berety” nie targnęły się masowo na swoje życie po tym, jak premier Tusk użył wobec nich ewidentnego „języka pogardy”; czemu robotnicy i chłopi nazwani przez ks. Tischnera „grupą złodziejsko-żebraczą” nie popadli w masową depresję; czemu wreszcie mieszkańcy b. PGR-ów pokazani w filmie „Arizona” jako grupa degeneratów i piętnowani za to, że opiekują się swoimi emerytami tylko po to, by pobierać ich emerytury, nie zapadli się jeszcze ze wstydu pod ziemię?

Ano chyba dlatego, że człowiek zabiegający o uznanie otoczenia to człowiek „zewnątrzsterowny” (wg znanego określenia Riesmana), a więc człowiek słaby, uzależniony od opinii innych, istna mimoza, która uległa współczesnej chorobie zdiagnozowanej przez Simmla jako „hiperestezja” (w „Filozofii pieniądza”). Natomiast człowiek silny, który prezentuje nie „jaźń odzwierciedloną”, lecz „solipsyzm estymatywny” (jak to określał Ortega y Gasset) jest „wewnątrzsterowny”: ma mocne ego i utrwalone superego, wierzy w wartości, które wyznaje, ma za nic obowiązujące normy, panującym zasadom przeciwstawia własne, a dla istniejących „grup odniesienia” potrafi znaleźć własnych „znaczących innych”, choćby miał ich szukać w odległej przyszłości.

Tak przynajmniej widział to G.H. Mead, który dostrzegał w osobowości człowieka nie tylko zależne od środowiska „me” (jaźń odbitą), ale też suwerenne, buntownicze „I”. Mead pisał więc: „Jedynym sposobem, w jaki możemy reagować na dezaprobatę całej społeczności, jest utworzenie społeczności na wyższym poziomie, która w pewnym sensie przegłosuje społeczność, w której się znajdujemy. Człowiek może osiągnąć taki punkt, że działa przeciw całemu światu, jaki go otacza, ale aby tak działać, musi mówić do siebie głosem rozumu” („Umysł, osobowość i społeczeństwo”, s. 232).

Warto więc zastanowić się, czego bardziej brakuje dzisiejszym działaczom LGBT: rozumu czy odwagi, niezależności myślenia czy prawdziwego nonkonformizmu?

 

Opublikowano Uncategorized | 6 Komentarzy

Dijon, albo co się komu z czym kojarzy

Odnosząc się do obecnych wydarzeń we francuskim Dijon jeden z komentatorów telewizji publicznej powiedział, że jemu dotąd Dijon kojarzyło się – z musztardą. Wolno mu oczywiście mieć takie skojarzenia, ale jako osobie występującej publicznie bardziej pasowałoby, gdyby Dijon kojarzyło mu się ze słynną rozprawą Rousseau zatytulowaną „Czy odrodzenie nauk i sztuk przyczyniło się do naprawy obyczajów?”. Media publiczne powinny przecież propagować kulturę i historię, a nie trywialny konsumpcjonizm.

Tym bardziej, że rozprawa Rousseau – zgłoszona na konkurs Akademii w Dijon w 1750 r. – stanowiła efekt prawdziwego olśnienia autora, który akurat maszerował odwiedzić swego przyjaciela, Diderota, przebywającego podówczas w areszcie domowym w Vincennes, i stała się ośrodkiem krystalizacji podstawowych idei filozofa.

Idąc za radą Diderota: „nie ma się co wahać, trzeba zajmować stanowisko, którego nie zajmie nikt inny” (kto z dzisiejszych naukowców poważyłby się na coś takiego?) Rousseau już w pierwszych słowach stawia się w szczególnej roli, godnej raczej średniowiecznego mnicha niż oświeceniowego filozofa. Jakie bowiem przyjmuje stanowisko? Ano takie, „jakie przystoi uczciwemu człowiekowi, który nic nie wie, ale który z tego powodu szacunku dla siebie nie traci” i dlatego ma „śmiałość ganić nauki wobec jednego z najuczeńszych towarzystw Europy, w sławnej Akademii chwalić niewiedzę i godzić pogardę dla studiów z szacunkiem dla prawdziwych uczonych”. To zaś doprowadziło go do słynnej, kontrowersyjnej tezy: „nasze dusze wypaczały się w miarę, jak nasze nauki i sztuki zmierzały ku doskonałości”.

Dzisiaj zostałby zapewne oskarżony o „prowokacje moralne i intelektualne”, ale wówczas uczeni reprezentowali inny format (moralny i intelektualny własnie) i zdecydowali się nagrodzić tak oryginalną rozprawę. Na tekst Rousseau odpowiedział wkrótce (1751) w piśmie „Mercure” król polski, Stanisław Leszczyński, a jeszcze w tym samym roku zareplikował Rousseau. Wprawdzie nie było wtedy internetu, ale za to proces recenzyjny nie trwał tyle, co dziś, czyli średnio półtora roku. Nic więc dziwnego, że nauka mogła rozwijać się bez przeszkód i szybko, a myśl polska pozostawała w ścisłym kontakcie z międzynarodową i to bez specjalnych zachęt ze strony Ministerstwa Nauki.

Gdyby komentatorom telewizji publicznej Dijon kojarzyło się z czymś więcej niż z musztardą, widzowie mogliby przypomnieć sobie ten fascynujący spór filozoficzny, tak istotny dla kultury europejskiej, a w dodatku z niebagatelnym wątkiem polskim. Ale cóż, skończyło się na musztardzie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wojska USA w Polsce?

Niewykluczone, że żołnierze USA ulokowani po II wojnie światowej w Zachodnich Niemczech jako siły okupacyjne, trafią za jakiś czas do Polski. Zwolenniczką takiego rozwiązania jest m.in. ambasador Mosbacher, piękność z makijażem a’ la Joker z filmu „Batman”, której jakoś trudno nauczyć się języka polskiego, ale za to z iście polską gościnnością obwieszcza: chętnie byśmy powitali amerykańskich żołnierzy w Polsce. My, czyli kto?! Czyżby pani ambasador zapomniała, że nie jest u siebie, więc nie ma prawa nikogo zapraszać jak do siebie?

Oczywiście, tym planom towarzyszy retoryka, że chodzi o zwiększenie bezpieczeństwa Polski. Nic bardziej mylnego. Zawłaszcza że lokowanie wojska w dowolnym punkcie globu to typowa metoda Amerykanów, uzasadniana ich doktryną samoobrony. Już w 1940 r. sformułowano ją następująco: „być może argument samoobrony doprowadzi do tego, że pewnego dnia Stany Zjednoczone będą musiały prowadzić wojnę nad Jangcy, Wołgą czy Kongiem” (C. Schmitt – „Nomos ziemi”, s. 280).

Jak widać, USA przewidują, że prawdopodobnie będą musiały prowadzić taką „obronną” wojnę też nad Wisłą. Tylko jaki w tym interes dla Polski?

Opublikowano Uncategorized | 11 Komentarzy

Boże Ciało i konsekwencje cielesności

Nic bardziej mylnego niż przekonanie, że chrześcijaństwo ma w pogardzie to, co cielesne. W przeciwieństwie do myśli greckiej, Platona, Plotyna i gnostyków, chrześcijaństwo dokonuje wręcz gloryfikacji ciała – ludzkiego niedoskonałego ciała, które jest siedliskiem grzechu, źródłem omamów umysłu, a ponadto podlega starzeniu się, chorobom i cierpieniu (M. Henry – „Filozofia ciała”, s. 36). Wystarczy kilka przykładów:

„Słowo stało się ciałem i mieszkało między nami” – wybierając naturalne narodziny, zwykłe życie i śmierć pełną bólu.

„Oto ciało i krew Chrystusa” – mówi kapłan trzymając w ręku hostię, która nie jest symbolem czy znakiem, ale realną, właśnie cielesną obecnością Jezusa.

„Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego?” – pisał do Koryntian św. Paweł.

Również zmartwychwstanie Jezusa było faktem cielesnym i takie będzie też zmartwychwstanie każdego człowieka na Sądzie Ostatecznym, przy czym wcale nie jest obojętne, jakie to będzie ciało: „ciała powstaną z martwych ani nie młodsze, ani nie starsze nad wiek dojrzałej młodości; powstaną w tym właśnie wieku i w tej sile, do jakich Chrystus w tym życiu doszedł” – objaśnia św. Augustyn w „Państwie Bożym”, podkreślając, że te ciała zachowają całą swą urodę, a nawet swoją płeć, choć już nie ślady chorób czy urazów (ks. XXII).

Także wieczność w wyobrażeniu chrześcijaństwa naznaczona ma być cielesnością: dobrzy doświadczać będą rajskiej błogości ducha i ciała, a grzesznicy – wiecznych cierpień, które bynajmniej nie będą tylko cierpieniem duchowym. Tę nadzieję rozwiewa św. Augustyn, zwalczając pogląd nullam esse carnem. A skoro ciała są jak najbardziej „mięsne”, to poniosą takąż karę: „to nie ma być ogień bezcielesny, jakim jest np. boleść duszy, lecz ogień fizyczny (corporalis), parzący przy dotknięciu, żeby ciała w nim mękę ponosiły… Owo piekło, które się też jeziorem ognia i siarki nazywa, będzie ogniem cielesnym i dręczyć będzie ciała potępionych” i tak bez końca, przez całą wieczność (ks. XXI, rozdz. X).

Ten chrześcijański sensualizm znalazł też odbicie w filozofii średniowiecznej – cała scholastyka (za św. Tomaszem, a ten za Arystotelesem) obstawała przecież przy zmysłowych korzeniach poznania intelektualnego – przypomina Piotr Lichacz w pracy „Neuroetyka a Tomasz z Akwinu” (2018). To dopiero nauka nowożytna poznaniu zmysłowemu przeciwstawiła poznanie racjonalne, zastępując prawdę o rzeczach prawdami o pojęciach i oddalając w ten sposób „naukowy” obraz świata od tego, co postrzegają i myślą zwykli ludzie. Aktualnie dokonujący się w filozofii i humanistyce zwrot w stronę cielesności i doświadczenia sensualnego może więc być zwiastunem powrotu do bardziej „ludzkiego” postrzegania świata, a zarazem do pojednania nauki z religią.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wyprowadzanie kozy

To bodaj najlepszy sposób na osiągnięcie zadowolenia obywateli. Wystarczy najpierw pozbawić ich tego, co już mieli, a potem stopniowo im to przywracać. Z każdym krokiem przybliżającym ich do stanu poprzedniego będą się utwierdzali w przekonaniu, że jest im coraz lepiej i choć nie poprawią swej sytuacji ani na jotę, a tylko odzyskają to, co już mieli, ich euforia i wdzięczność – gwarantowane. I to praktycznie żadnym kosztem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Obywatelskość według Alkibiadesa

Patronem tych wszystkich, którzy nazywają siebie obywatelami, powinien zostać niejaki Alkibiades, który tak oto rozumiał miłość ojczyzny: „Kocham moją ojczyznę, nie gdy mnie ona krzywdzi, lecz gdy korzystam w niej z pełni praw obywatelskich. Nie uważam, że występuję teraz przeciwko ojczyźnie, lecz raczej że nieistniejącą dla mnie ojczyznę próbuję odzyskać. Prawdziwie miłuje ojczyznę nie ten, kto niezasłużenie ją utraciwszy przeciw niej występuje, ale ten, kto z tęsknoty za nią wszelkimi sposobami usiłuje ją odzyskać” (Tukidydes, VI, 92).

Jak zatem Alkibiades próbował odzyskać dla siebie swoją ojczyznę? Ano uciekając z Aten do Sparty i tam namawiając Lacedemończyków i innych do ataku na swoją ojczyznę (przez udzielenie wsparcia wrogim Syrakuzom, wszczęcie miejscowej wojny z Atenami i umocnienia Dekelei, miasta obsadzonego przez Spartan, którzy blokowali dowozy handlowe do Aten). Jak pisał w „Żywotach” Plutarch: „większej szkody ponad to nic nie mogło Atenom wyrządzić ani je z sił wyczerpać” (Alkibiades, 23).

A jak Alkibiades rozumiał swoje prawa obywatelskie? Chodziło mu o to, by pomimo demokracji („istotną wartość demokracji zna każdy, kto się w tym orientuje, i ja sam miałbym jej najwięcej do zarzucenia. Nie sądzę jednak, by można powiedzieć coś nowego o rzeczy uznanej powszechnie za niedorzeczną” – Tukidydes, VI, 90) nadal utrzymywać władzę w ręku wąskiej grupy („bo zawsze staliśmy na czele ludu”) i móc prowadzić odpowiedni tryb życia: „wśród tych zajęć politycznych, tych mów i przemyśleń, tych zabiegów znowu pełno zbytku w sposobie życia, picie, stosunki miłosne, zuchwalstwa, zniewieściałość w szatach, purpury wleczone po agorze, nadmierna rozrzutność” – jak to podsumował Plutarch (16).

Jednym słowem, modelowy przypadek postawy obywatelskiej (w rozumieniu par excellence europejskim), a przy okazji wzór patriotyzmu i umiłowania demokracji.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O psuciu Rzeczpospolitej

W 1551 r. Andrzej Frycz Modrzewski napisał dzieło „O poprawie Rzeczpospolitej”, w którym znalazły się m.in. takie słowa: „chociaż nic nam nie powinno być droższe od Rzeczpospolitej, to jednak nie jest rzeczą słuszną gniewać się czy nienawidzić tego, kto chciałby, aby nią rządzono wedle jego zamysłów. Bo, po pierwsze, możliwe jest, że kto inaczej niż ty sądzi, sądzi lepiej od ciebie. Następnie, choćby się i mylił, to jednak ze szczerego serca mówi, co uważa za pożyteczne dla Rzeczpospolitej, a błąd jego na przebaczenie raczej zasługuje niż na nienawiść. Tak różnorodne bywają niekiedy i rzeczy, i czasy, że nie dziwota, iż tyle o nich słów ludzkich, ile – jak o tym mówi przysłowie – głów” (1981, s. 440).

Słowa te, pisane w momencie, gdy Rzeczpospolita była u szczytu swej potęgi, ale czytane dużo później pokazują, do czego prowadzi:

– stawianie wyżej chrześcijańskiej zasady miłości bliźniego od miłości ojczyzny,

– naiwna wiara, że wszystkimi kierują szczytne pobudki,

– renesansowy humanizm i bardzo nowoczesny relatywizm, który rozmaitość opinii ceni bardziej niż siłę i trwałość Rzeczpospolitej.

Wszystkie te wymieniane przez Modrzewskiego względy, wpisane w jego idealistyczną koncepcję polityki, okazały się doskonałą receptą nie na poprawianie Rzeczpospolitej, ale na jej psucie i doprowadzenie do upadku.

Opublikowano Uncategorized | 7 Komentarzy

„Synergia nauki z biznesem”

To marzenie kolejnego już ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Ciekawe jednak czy obecny i którykolwiek z poprzednich ministrów zdawał sobie sprawę, co oznacza ten slogan. A wystarczy zajrzeć do książki prof. Sheldona Krimsky’ego wydanej w Polsce w 2006 r., by wiedzieć, o co chodzi. Tytuł tej książki brzmi „Nauka skorumpowana” i dobrze oddaje to wszystko, co wynika z tak upragnionej synergii nauki z biznesem. Zachód przećwiczył to już kilka dekad temu, ale polscy decydenci, jak zwykle, wolą być bezkrytycznymi epigonami i nie wyciągają wniosków z cudzych doświadczeń.

Dla Krimsky’ego nie ulega wątpliwości, że funkcjonująca pod dyktando biznesu nauka nie jest już „akademicka”, lecz „korporacyjna”, że prowadzi to do wielu zagrożeń społecznych i patologii w samym środowisku naukowym. Na pewno też nie jest to nauka spełniająca słynne kryteria Roberta Mertona (uniwersalizm, wspólnotowość, bezinteresownosć i zorganizowany sceptycyzm). Zamiast tradycyjnego ethosu określonego tymi zasadami pojawia się bowiem „zabójcza i destrukcyjna” komercjalizacja, którą cechuje już nie służebność wobec społeczeństwa, lecz służalczość względem sponsorów.

Taka nauka „postakademicka” deprawuje badaczy, korumpuje też działalność instytucji naukowych, bo przestają one być „wieżami z kości słoniowej, miejscem intelektualnych poszukiwań i dążenia do prawdy, ale raczej przedsiębiorstwami prowadzonymi przez aroganckie jednostki, pragnące zgromadzić tak dużo pieniędzy i władzy, jak to tylko możliwe” (s. 267).

Wszędzie zatem, gdzie daje się zauważyć symptomy synergii nauki z biznesem, jest już tylko kwestią czasu, by pojawiły się także tego skutki. Niestety, środowiska naukowe nie reagują dostatecznie stanowczo na to niebezpieczeństwo, zadowalając się co najwyżej gestami „spektakularnej pryncypialności” – na pokaz i „heroicznym konformizmem” oraz nader elastycznym dostosowywaniem się, czyli „przyziemną postawą przetrwania” – na co dzień.

Tak widocznie wszystkim najwygodniej.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Władek Wiśniewski: me too!

Tak mógłby o sobie powiedzieć Władek Wiśniewski, autor zamówionego, opłaconego i poddanego analizie przez Floriana Znanieckiego (w III tomie „Chłopa polskiego w Europie i Ameryce”) „Pamiętnika imigranta”. Burzliwe życie Władka, który urodzony w guberni kaliskiej zawędrował aż do Ameryki, obfitowało w przygody miłosne.

Rozpoczęły się one od spotkania z panną Pelagią, gdy ta pewnej karnawałowej nocy przyszła do jego łóżka. „Dotknęła mnie ręką i zapytała, czy śpię. Oczywiście nie spałem, lecz udawałem, że tak i jakby przebudzony zapytałem, czego chce. Szepnęła mi, żebym posunął się bliżej do ściany. Kiedy to zrobiłem i dałem jej miejsce, położyła się koło mnie i zaczęła ze mną figlować. Z początku byłem bardzo zawstydzony, lecz z wolna ośmieliłem się i figlowałem z nią jak równy z równą. Tak bawiliśmy się prawie przez całą noc. Dopiero przed ranem opuściła moje łóżko i przeniosła się koło swej siostry. Chyba do śmierci nie zapomnę tej nocy, podczas której zaznałem tyle kochania, że gdyby mnie ona w tym nie uświadomiła, nie miałbym o nim w tym wieku żadnego pojęcia” (s. 72).

Władek miał wówczas 12 lat, a panna Pelagia była już pełnoletnia, więc według dzisiejszych standardów był to ewidentny przypadek pedofilii. Jak widać jednak, nie spowodował on żadnej traumy u dwunastoletniego dziecka, a raczej wprost przeciwnie: sprawił, że obudziło się w nim zainteresowanie kobietami i Władek rozsmakował się w „figlowaniu” do tego stopnia, iż zaczął próbować szczęścia ze swoją siostrą. „Pragnąłem ciągle w ten sposób się zabawiać – kontynuuje swoją opowieść Władek – i pewnego razu dostałem porządne lanie od mej siostry Marii, kiedy wstałem w nocy, wcisnąłem się do jej łóżka i próbowałem z nią pofiglować. Zbudziła się, spostrzegła, co się święci, wymierzyła mi parę mocnych kułaków w twarz i wypchnęła ze swego łóżka. Widząc, że nic nie wskóram ze swymi siostrami, zwróciłem się znowu do panny Pelagii. Kiedy tylko nadarzyła się sposobność, zaczynaliśmy od razu powtarzać swoje figlowanie”.

Pamiętnik Władka Wiśniewskiego dostarcza więc ważnych kontrargumentów w dzisiejszej dyskusji na temat seksualnego wykorzystywania nieletnich i pokazuje, że nie musi to wcale być coś przykrego, co negatywnie zaważy na całym przyszłym życiu dziecka, lecz może być fascynującym doświadczeniem, które nawet po wielu latach wspomina się z satysfakcją. Chyba że – jak ma to miejsce obecnie – inicjatywę przejmą sfrustrowani i pruderyjni dorośli, którzy zaczną przekonywać dzieciaka, jaką to straszną tragedię przeżył i że już nigdy nie ma prawa po czymś takim czuć się szczęśliwy. Najgorsze jest to, że wystarczy im uwierzyć, by stało się tak naprawdę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Broń jądrowa w Polsce?

Pojawiające się ostatnio wzmianki o ewentualnym przeniesieniu broni jądrowej NATO z Niemiec do Polski to kolejny przejaw polityki USA wobec Rosji, polityki, w której Polska liczyła się zawsze i liczy nadal tylko jako środek, a nie cel.

Tak było w Jałcie, gdy uzgadniano optymalną sferę wpływów w Europie, tak było też w latach 60., gdy dla odstraszenia Rosji ewentualny odwet NATO przewidywano „w obszarze rzeki Wisły” („Manchester Gwardian” 10.XI.1962), co oznaczało, iż Polska będzie zmieniona w martwe pole atomowe. Kilka lat później „Chicago Tribune” (4.XII.1969) pisała o decyzjach szczytu NATO w Brukseli, w myśl których „Zachód będzie mógł użyć atomowych broni taktycznych”, by dać „ostateczne ostrzeżenie Sowietom”. Ponownie jednak jako obszar ataku wskazywano Polskę „i/lub” Czechosłowację, lecz nie ZSRR! Związek Radziecki został umyślnie wyłączony, „ponieważ atak jądrowy na jego terytorium nie spełniłby swego zadania ostrzegawczego, lecz spowodowałby natychmiastowy odwet”. Tak więc, ten „ostrzegawczy” atak jądrowy miał być przeprowadzony na linii Wisły, „na odcinku frontu o szerokości 250 mil i głębokości 50 mil i mógł przyczynić się do zniszczenia 3,5 mln domów, około 12,5 mln ludzi i okaleczenia jądrowego ponad 5 mln osób”.

USA w dalszym ciągu testują Rosję, ryzykując jednak nie swoje bezpieczeństwo ani nawet nie bezpieczeństwo Europy Zachodniej, lecz kraju nadwiślańskiego – Polski. Ta sama metoda sprawdzania, jak daleko można się posunąć w relacjach z Rosją kilka lat temu realizowana była przy pomocy dyskusji o budowie tarczy antyrakietowej w Polsce, a obecnie wraca w postaci propozycji dotyczącej umieszczenia broni jądrowej na terytorium Polski.

Wszelkie mówienie, że takie działania zwiększą bezpieczeństwo kraju to przejaw skrajnej głupoty politycznej albo kompletnej nieodpowiedzialności rządzących wobec społeczeństwa, albo i jedno i drugie. „Czy Polskę spotka los Hiroszimy?” – to pytanie postawione przed laty przez Jerzego Jasieńskiego w jego książce „Od Wilna do Warszawy: moje refleksje. Zakończenie” (2009, s. 47) wraca więc po raz kolejny.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nauka czy science-biznes?

Dzisiejsza praca naukowa – sprowadzana najczęściej do kwestii „dobrego publikowania” – coraz bardziej przypomina produkcję dostosowaną do odgórnych zaleceń: tyle a tyle „slotów”, tyle artykułów i monografii, tyle punktów na jeden „slot” itd.

Dlatego zebrania naukowe coraz częściej przypominają narady produkcyjne, podczas których zagrzewa się załogę do zwiększonego wysiłku i obiecuje nagrody dla przodowników pracy – współczesnych stachanowców, którzy wyrobią każdą normę, a nawet ją przekroczą. W trakcie tych narad każdy powinien więc zadeklarować, że przygotuje jeszcze więcej tekstów do „najlepszych zagranicznych czasopism” i że zrobi to jeszcze szybciej.

Tyle że potem proces recenzji, redakcji i druku trwa dużo dłużej (średnio półtora roku) i kosztuje też wcale niemało (koszty tłumaczenia, proof readingu, opłaty za open accessy i dostęp do przeróżnych baz sięgają łącznie co najmniej kilkunastu tysięcy).

Cała ta sytuacja, gdy praca wplecionego w kierat science-biznesu naukowca przynosi zyski wszystkim poza nim samym, przypomina jako żywo tę z fraszki Jana Kochanowskiego: „dam grosz od wychodu, nie zjem jeno jaje. Drożej sram niźli jadam – złe to obyczaje”.

Złe to obyczaje tym bardziej, że pieniądze od polskiego podatnika i przeznaczone na utrzymanie polskiej nauki przepływają w ten sposób z polskiego budżetu na konta zagranicznych koncernów.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Formatowanie myślenia

Już w 1930 r. pisząc wstęp do pracy R.S. Clifforda „The Jack-Roller” – kultowej pozycji Szkoły Chicago – H. Becker zwracał uwagę na wymogi i zwyczajowe praktyki organizacyjne ówczesnej socjologii: artykuł o standardowej długości, doktorat jako przegląd analiz zaopatrzony we wnioski, wniosek o grant zawierający stwierdzenie, czego dany projekt ma dowieść itd. Becker podkreślał, że takie mentalne kanony i rutyna formy eliminują pewne typy badań, ale powinien był też zauważyć, że tak naprawdę utrudnia to odkrywanie nowych problemów badawczych i oprowadzi do skostnienia nauki, do operowania tym, co I. Lakatos nazwie „zdegenerowanymi programami badawczymi”.

Na pewno nie kierował się takimi wytycznymi D. Bertaux podejmując swoje słynne badania nad paryskimi piekarzami. On sam charakteryzował swój zamysł jako „szalony projekt badawczy” i przyznawał, że „na początku nie wiedzieliśmy, co robimy”. Taka deklaracja z pewnością nie zapewniłaby mu finansowania w Komitecie Badań Naukowych ani w Narodowym Centrum Nauki, gdzie wymaga się coraz bardziej precyzyjnego scharakteryzowania każdego wymiaru badań łącznie ze wskazaniem spodziewanych wyników (chociaż K. Popper w „Nędzy historycyzmu” już dawno temu stwierdził, że „żaden naukowy prognosta nie może za pomocą metod naukowych podać swych własnych przyszłych wyników” (1999, s. 10).

Takie formatowanie myślenia, jakie ma miejsce obecnie – w dobie coraz bardziej rygorystycznego administrowania nauką – raczej nie rokuje też, że realizowane ściśle według wytycznych badania okażą się czymś więcej niż potwierdzeniem oczekiwań sponsorów i wiedzy już posiadanej przez naukowców. A przecież R.K. Merton przekonywał, że prawdziwe badanie socjologiczne musi zawierać element „niespodzianki” (odkrycia czegoś, czego się nie szukało), powinno też służyć przeformułowaniu teorii (a nie tylko jej potwierdzeniu), wyłaniać nowe zagadnienia i doprecyzowywać aparaturę pojęciową dyscypliny. Dopiero wtedy badanie wnosi coś istotnie nowego do nauki, a nie tylko wykorzystuje naukę do opisywania kolejnych obszarów rzeczywistości.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło

W latach 90. obawiano się dziury ozonowej, która miała prowadzić do globalnego oziębienia. Ponieważ przyczyną był freon używany w wielu urządzeniach, zaczęto produkować sprzęt bez freonu, za to o wiele mniej trwały. Ten sprzęt ( razem z opakowaniami z plastiku, które wprowadzono ze względów higienicznych i w trosce o środowisko – by nie wycinać lasów) trafiał więc dużo szybciej na wysypiska.

Spowodowało to takie zanieczyszczenie środowiska, że zaczęto z kolei mówić o globalnym ociepleniu. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: okazało się, że globalne ocieplenie znacząco zmniejszyło dziurę ozonową!

Zamiast jednak cieszyć się, że ludzkości nie grozi nowa epoka lodowcowa, zaczęto płakać nad topniejącymi lodowcami i aby zapobiec negatywnym skutkom globalnego ocieplenia, postanowiono ograniczyć zużycie plastiku.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nastała epidemia koronawirusa i niezbędny okazał się jednorazowy sprzęt ochronny, który trzeba będzie jakoś utylizować. A to niewątpliwie spowoduje jeszcze większą degradację środowiska…

Skoro zatem każde rozwiązanie jednego problemu powoduje pojawienie się problemu jeszcze większego, to znane przysłowie powinno brzmieć zupełnie inaczej: „nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło”. I wtedy staje się nie demoralizującym pocieszeniem, ale budzącą czujność przestrogą!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Razem czy osobno?

To pytanie pojawia się przede wszystkim w poradnikach ortograficznych, ale jest też ulubionym tematem socjologii. Na początku transformacji przeniknęło nawet do debaty publicznej i tak jest w dalszym ciągu, choć upodobania dyskutantów zmieniły się diametralnie: od uwielbienia indywidualizmu i potępienia wspólnotowości do apoteozy tejże wspólnotowości i negacji indywiduacji.

Przykładem tej zmiany jest najnowsza publikacja Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową – praca zbiorowa pod redakcją dr. Jana Szomburga „Jakie ‚Razem’ Polaków w XXI wieku?” (Gdańsk 2020). O ile jeszcze niedawno przekonywano, że nie ma czegoś takiego, jak społeczeństwo, że najlepszą drogą do uspołecznienia jest ujednostkowienie, a receptą na sukces ekonomiczny – wyłącznie ostra rywalizacja, o tyle teraz wychwala się wartości uznawane onegdaj za przeszkodę rozwoju.

W latach dziewięćdziesiątych, jak pisał prof. Jerzy Bralczyk, „propagowaną wartością jest w gruncie rzeczy ego, czyli egoistyczna samorealizacja odrzucająca wszystko, co może ją utrudniać czy ograniczać. Sukces się zautonomizował, dawne sukcesy wspólne zastąpił sukces indywidualny” (w: „Język w mediach masowych”, red. J. Bralczyk, 2000, s. 39). Obecnie trudno znaleźć sympatyków tamtych haseł, bo zapanowały zgoła inne: zaufanie, lojalność, wzajemność, solidarność, szacunek i sprawiedliwość (jak proponuje prof. Piotr Sztompka), a z tymi konkurują jeszcze inne (proponowane przez prof. Andrzeja Zybertowicza): prawda, wyrzeczenie się przemocy, suwerenność państwowa, rola Kościoła katolickiego i tradycja narodowa.

We wszystkich tych propozycjach, których dużo więcej można znaleźć w książce „Jakie ‚Razem’ Polaków”, zwraca uwagę ich moralizujące („romantyczne” wedle określenia Sztompki) przesłanie, które jaskrawo różni się od poprzedniego („cynicznego”), ale podobnie jak tamto nacechowane jednostronnością. Przykładowo: indywidualizm niekoniecznie musi być przeciwieństwem kolektywizmu – określeniem „indywidualizm kolektywny” posługiwał się przecież de Tocqueville („Dawny ustrój i rewolucja”), a von Hayek piętnował „fałszywy”, kontynentalny indywidualizm i przeciwstawiał mu indywidualizm „prawdziwy”, brytyjski („Indywidualizm i porządek ekonomiczny”).

Mimo podobieństw (spomiędzy których moralistyczny ton rozważań jest tylko jednym z wielu) w tekstach zaprezentowanych pod wspólnym tytułem „Jakie ‚Razem’ Polaków?” można jednak odnaleźć również różnice. Aby pozostać tylko przy wątku socjologicznym warto skonfrontować z tego punktu widzenia dwa wspomniane już opracowania: Piotra Sztompki i Andrzeja Zybertowicza. Gdyby przyszło najkrócej ująć to, czym się różnią, to należałoby odwołać się do pojęć: „formalizm” i „substantywizm”. Wartości wskazywane przez Sztompkę są ogólne i abstrakcyjne (swoją drogą, ciekawe, czy Autor propagując zaufanie jako podstawę kapitału społecznego posunąłby się tak daleko, jak Fukuyama, który twierdził, iż fundamentem są tu „irracjonalne” zjawiska w rodzaju religii oraz tradycyjnej etyki – „Zaufanie”, s. 367), natomiast te podnoszone przez Zybertowicza tylko w części są uniwersalne (prawda i wyrzeczenie się przemocy), ale już pozostałe – konkretne, bo wypełnione określoną treścią kulturową i historyczną.

Aby jeszcze bardziej skontrastować te stanowiska, można nawet zaryzykować twierdzenie, iż obaj socjologowie pozostają wierni przesłaniu niekwestionowanego klasyka dyscypliny, Maxa Webera, ale każdy czyni to w inny sposób. Sztompka jest bliższy Weberowi, gdy ten pisał o „obiektywizmie” badacza społecznego, natomiast Zybertowicz wyciąga wnioski z Weberowskiego „decyzjonizmu”, który wskazywał, że tak w badaniu naukowym, jak i w życiu podstawą każdego działania jest kierowanie się „ideami kulturowych wartości”. Bez nich poznawanie zamieniłoby się w „chaos sądów egzystencjalnych”, a działania praktyczne pozbawione zostałyby jakiegokolwiek kompasu.

W tym momencie jednak zdają się blaknąć hasła „prawdy” i „wyrzeczenia się przemocy”, bo przecież Weber nie pozostawiał złudzeń: „jest przeznaczeniem epoki cywilizacyjnej, która spożyła owoc z drzewa poznania, iż musi wiedzieć, że sensu dziejów świata nie możemy odczytać z najbardziej nawet wydoskonalonych wyników jego przebadania, lecz musimy być w stanie stworzyć go sami, że więc najwyższe ideały, które poruszają nas najpotężniej, kształtują się zawsze jedynie w walce z innymi ideałami, które są dla innych ludzi tak samo święte, jak nasze dla nas”.

Pytaniem otwartym – i chyba zasadniczym – staje się więc kwestia: czy Polakom (obojętnie już czy pozostającym „razem”, czy „osobno”) przysługuje prawo do „decyzjonizmu”, a więc arbitralnego wyboru wartości (np. wbrew wszelkim „racjonalnym” przesłankom – do opowiedzenia się za własną, nawet „irracjonalną”, tradycją), do uczynienia ich motorem działań i następnie do obrony tych wartości „w walce z innymi ideałami”. Oczywiście, z pełną świadomością, że nie ma to nic wspólnego ani z obiektywną prawdą, ani z wyrzeczeniem się przemocy.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Covid-19 jako wyzwanie dla socjologii

Wobec dużego zainteresowania badaczy epidemią i związanymi z nią zjawiskami społecznymi PTS zaproponował platformę umożliwiającą gromadzenie wyników i wymianę doświadczeń.

To bardzo dobrze, że socjologowie tak licznie odpowiadają na zapotrzebowanie społeczne, ale trzeba mieć nadzieję, że przy tej okazji (wzbogacając wiedzę o społeczeństwie) nie zaniechają refleksji ogólniejszej mającej na celu rozwój samej dyscypliny. Bo przecież jej rozwój czysto ekstensywny (obejmowanie badaniami kolejnych zjawisk i środowisk) nie oznacza jeszcze rozwoju intensywnego, czyli pogłębiania refleksji metodologicznej i budowania nowych koncepcji. Można nawet powiedzieć, że bywa odwrotnie, bo nauka, która – według słów Bourdieu – zapożycza od świata społecznego jego problemy, pojęcia i narzędzia, traci swoją autonomię i staje się „półuczoną nauką” („Zaproszenie do socjologii refleksyjnej” s. 236), a więc co najwyżej „socjologią turystyczno-krajoznawczą”.

Jakie zatem niebezpieczeństwa mogą wiązać się z tak chętnym akcesem do nowej „modnej problematyki”? Na pewno istnieje ryzyko, że badacze uwikłają się w dylematy związane z płynnymi granicami między ethosowym wymogiem służebności nauki, a jej funkcją czysto usługową i zarazem między własną usłużnością a wręcz służalczością.

Po drugie, większość badaczy zdaje się traktować epidemię głównie jako zjawisko naturalne (i to przy ewidentnych niedostatkach wyklinanej wciąż refleksji „naturalistycznej”) – wbrew dominującej do niedawna modzie na konstruktywizm.  Powinny zatem pojawić się rozważania nad szansą zbudowania współczesnego paradygmatu naturalistycznego, ale także badania nad epidemią jako „tworzonym społecznie” dyskursem, a więc nad wielością narracji, które niekoniecznie muszą mieć coś wspólnego z rzeczywistością, bo jak twierdził Foucault „nie ma mowy o interpretowaniu dyskursu w celu wydobycia zeń historii tego, do czego odsyła”.

I po trzecie, z ostrożnością trzeba traktować pojawiające się już sugestie, z jakich to pojęć warto korzystać badając zjawiska towarzyszące epidemii (prof. Andrzej Rychard wspomniał ostatnio w tym kontekście o kategorii „amoralnego familizmu”). Oczywiście, można odwołać się do tego i do innych pojęć, ważne jednak, by nie traktować socjologii wyłącznie jako poręcznej „skrzynki z narzędziami”, ale starać się je korygować, a najlepiej wprowadzać nowe. Akurat określenie „amoralny familizm” zasługiwałoby na gruntowną dekonstrukcję (zwłaszcza inspirowaną sugestiami Antoniego Mączaka, który widział w nim wyraz etnocentryzmu amerykańskiego badacza niezdolnego do empatii i prawidłowego rozumienia innych kultur poza jego własną – „Nierówna przyjaźń”). Zresztą, niby czemu bardziej „moralny” od familizmu miałby być trybalizm, lokalizm, nacjonalizm, a nawet paneuropeizm (o ten wątek zahaczył też Mączak sugerując termin amoral nationalism w odniesieniu do realiów okupowanej Polski – „Latem w Tocznabieli”).

Z pewnością taka sama korekta przydałaby się wielu innym pojęciom używanym w socjologii, które nie powinny być bezkarnie przemycane z jednego kontekstu do drugiego, by trwać niezależnie od czasu i miejsca.

Na zakończenie wypada wyrazić nadzieję, że wniosek z badań nad koronawirusem będzie inny niż ten, jaki dawno temu sformułował Georg Lundberg (i nie należy lekceważyć jego opinii tylko dlatego, że był on neopozytywistą): „przez parę lat badałem roczny plon badań socjologicznych stawiając sobie następujące pytanie: jaka hipoteza albo teoria została sformułowana w tych badaniach? Jakie uogólnienie albo,prawo socjologiczne zostało potwierdzone albo zakwestionowane przez ich wyniki? … Muszę stwierdzić, że dla większości badań, które obserwowałem, odpowiedź na każde z postawionych pytań byłoby odpowiedzią negatywną” (Szacki, HMS).

Gdyby tak miało być i w przypadku covid-19, znaczyłoby to, że gorliwi socjologowie kierują się nie względami naukowymi, ale zasadą „co by tu jeszcze zbadać, co by tu jeszcze…”

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Konstytucja 3 Maja – w oczach UE

Gdyby w 1791 r. istniała UE i gdyby Polska była jej członkiem, coś tak skandalicznego, jak Konstytucja 3 Maja, nie miałoby prawa się zdarzyć. Natomiast reakcją wobec obozu rządzącego, który by chciał przeprowadzić takie reformy, byłyby z pewnością „procedury naruszeniowe”. I to zarówno jeśli chodzi o treść przepisów (likwidacja wolnych wyborów, czyli elekcji, wprowadzenie monarchii dziedzicznej, odebranie prawa głosu rzeszom wyborców z powodu cenzusu majątkowego, zniesienie liberum veto, które nb do dziś jest obowiązującym trybem głosowania w UE), jak i z powodu trybu ich wprowadzania – ewidentnie z naruszeniem wszelkich reguł praworządności.

O kontrowersjach związanych z uchwaleniem Konstytucji 3 Maja oraz o gorącej atmosferze, jaka towarzyszyła tamtym wydarzeniom, przekonują fragmenty pamiętników Jędrzeja Kitowicza, który opisywał działania głównych aktorów. Otóż król tylko pozornie angażował się w oficjalne tematy obrad (finanse dla wojska i forma rządu publicznego), a tymczasem „robił cicho i zręcznie około zamiaru swego”, to znaczy już w kwietniu spowodował uszlachcenie 300 najbogatszych mieszczan, następnie 2 maja wezwał do sejmu uzbrojone po zęby drużyny cechowe, aby „jak tylko się zacznie sesja sejmowa, natychmiast opanowali wszystkie sale, cały dziedziniec Zamkowy, zgoła cały Zamek, i żeby byli gotowi czynić, co im starszyzna każe”. Potem odczytał spreparowane listy od ambasadorów donoszących o spisku ościennych mocarstw przeciw Polsce. A po przeczytaniu listów „posłowie w sekretnej zmowie z królem będący pokazali po sobie wielkie zatrwożenie” i zwrócili się do króla, „by co prędzej ratował ginącą ojczyznę”. Zaraz po odczytaniu projektu podano więc królowi Ewangelię, na której przed Turskim, biskupem krakowskim przysiągł ową konstytucję. Wreszcie w kościele wszyscy ową przysięgę wykonali, bo kto chciał, poseł i nie poseł, podnosił rękę w górę i wypowiadał słowa przysięgi.

Na nic też zdały się głosy, że „tak ważne interesa powinny być do deliberacji podane”, że „połowy posłów nie masz na sejmie”, że to jest „zdrada oczywista wprowadzić znienacka takowe materie kardynalne i zaraz je decydować w garstce posłów przeciw większej liczbie nieprzytomnej”, że „ów gmin otaczający cały Zamek na zniewolenie stanu szlacheckiego i zgubę wolności jest sprowadzony”. Nie sposób odmówić im słuszności, w dodatku niektóre z nich brzmią znajomo.

I teraz pytanie: czy to dobrze, czy źle, że Konstytucję 3 Maja uchwalono? A od odpowiedzi na to pytanie będzie zależeć odpowiedź na kolejne: czy to dobrze, czy źle, że UE z takim zaangażowaniem broni dziś demokracji w krajach członkowskich (zapominając jednocześnie, że sama nie spełnia wielu kryteriów, które stara się egzekwować od innych). Czy z przeszłości nie płynie raczej morał, że historii nie robi się zgodnie z procedurami, że im większe dokonanie, w tym większym stopniu musi naruszać istniejące reguły, że im bardziej okaże się doniosłe dla potomności, tym bardziej u współczesnych musi budzić sprzeciw?

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Nasze skarabeusze

Pandemia trwa, gospodarka słabnie, ale urzędnicy UE (UE – Unia Europejska) działają po staremu: zatroskani stanem demokracji w Polsce wyrażają zaniepokojenie, wydają oświadczenia i wszczynają kolejne procedury „w głupstwa wywarzone kuźni”.

Bo choćby świat się walił, oni będą turlali te swoje kulki gnoju, zupełnie jak skarabeusze (skarabeusze – żuki gnojarze, z rodziny gnojarzowatych, pospolicie zwane gnojakami).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„A wiosną niechaj wiosnę…

… a nie koronawirusa zobaczę” – tak należałoby dziś sparafrazować znany fragment Jana Lechonia.

No bo ile można! Od rana do nocy nic tylko koronawirus: na ulicach ludzie w maseczkach, w sklepach i przy każdym straganie na bazarze – płyn dezynfekujący, w tv uaktualniane co godzinę notowania, ilu zachorowało, ilu zmarło… W Europie przymusowe kwarantanny i mandaty wlepiane przez policję. Poza Europą batożenie niesubordynowanych i strzelanie do nich ostrą amunicją. I to wszystko z powodu wirusa: czegoś tak znikomego, że – według wyliczeń ekspertów – na końcu szpilki zmieści się go dużo więcej niż aniołów (co z kolei wyliczały średniowieczne autorytety).

Oczywiście, trzeba myć ręce i zasłaniać usta podczas kichania, ale czy świat nie popadł w obłęd, a raczej czy nie został doprowadzony do tego stanu przez specjalistów od wzniecania „moralnej paniki” w jakimś – niekoniecznie moralnym – celu? Zwłaszcza socjologowie powinni tu wykazać się czujnością i pamiętać o znanej sentencji W.I. Thomasa: „Jeśli ludzie definiują sytuacje jako prawdziwe, to nawet gdy nie mają racji, konsekwencje takich definicji są prawdziwe”.

Dlatego warto właśnie teraz przypomnieć sobie końcowy fragment filmu „Seksmisja” i tak jak jego bohaterowie unieść wreszcie głowę. A wtedy każdy zobaczy, że jednak „bociuś leci!” i będzie mógł zrzucić skafander, przyłbicę i wrócić do normalnego życia.

Opublikowano Uncategorized | 12 Komentarzy

KKHP fb (17.III) – całkiem słusznie!

Na fb KKHP pod datą 17 marca znalazła się wypowiedź hiszpańskiego badacza-biologa: „dajecie piłkarzowi 1 mln euro na miesiąc, a badaczowi 1,800 euro. Teraz oczekujecie leczenia. Idźcie do Ronaldo lub Messiego”. Pełna zgoda!

Oczywiście, przykłady dobrane skrajnie (super gwiazdy i szeregowi badacze), ale zwracają uwagę na skandaliczne dysproporcje w finansowaniu sportu oraz nauki. Jak widać, nie tylko w Polsce, choć tu może szczególnie.

Oczywiście, czym innym jest sfera budżetowa, zawsze lekceważona i traktowana jak najgorzej – choć właśnie tu na koszt całego społeczeństwa otacza się opieką i rozwija „kapitał ludzki”, a czym innym „wolny rynek”, gdzie ten kapitał ludzki produkuje i przynosi zyski, ale już tylko niektórym.

Czemu jednak społeczeństwa zaakceptowały ten podział? Czemu nie widzą zależności jednej sfery od drugiej? I czemu akceptują aż takie dysproporcje, preferując to, co w sumie zbędne, a zaniedbując to, co absolutnie konieczne?

Dlatego wniosek jest jasny: pandemia koronawirusa to dobra okazja, by wreszcie zweryfikować upodobania i priorytety, bo targowisko próżności (sport, media, reklama i celebryci) nie trwa wiecznie i czasami powraca zgrzebna rzeczywistość, która pokazuje kto i co tak naprawdę jest niezbędne do życia i przeżycia całych populacji.

A wtedy naukowcy mają pełne prawo powiedzieć to, co przymierający głodem filozof Anaksagoras odrzekł Peryklesowi oczekującemu od niego mądrych rad: „kto potrzebuje światła, musi do lampy dolewać oliwy”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ku pokrzepieniu serc

Jeszcze nie przestaliśmy się obawiać koronawirusa, a już zaczynamy lękać się kryzysu. Tymczasem, w każdej sytuacji trzeba szukać pozytywów, tym bardziej, że podobne sytuacje przytrafiały się ludzkości wcześniej.

Taka np. Czarna Śmierć spustoszyła Europę, zmniejszając liczbę ludności o 30-60% – „Ale za to ile wolnego miejsca!” skomentował ten fakt Fernand Braudel. W dodatku, spowodowana tamtą pandemią zapaść gospodarcza wyzwoliła tyle społecznej energii, że zapoczątkowała wyjątkowy wzrost gospodarczy, który doprowadził do rewolucji przemysłowej.

Zresztą, nie jest nigdzie powiedziane, że należy bać się kryzysów ekonomicznych. Cytowany Braudel pisze wyraźnie, że to raczej w okresie prosperity gospodarczej ludziom żyje się gorzej, a w kryzysie – lepiej („Kultura materialna, gospodarka…” t. III, s. 72). Pewnie dlatego, że rozwój wymaga gospodarki „naprężonej” (J.S. Mill), a ta rabunkowo eksploatuje wszelkie zasoby, z ludzkimi i naturalnymi na czele. Natomiast kryzys przypomina upragniony przez Milla „czas zastoju”, kiedy to można wreszcie odpocząć od przymusu eksploatacji, rywalizacji i akumulacji i zająć się czymś innym.

Jak wiadomo, te trzy określenia składają się na taki model wzrostu, o którym już Adam Smith pisał, że „bez końca odnawia się w nieustającym popycie na wszystkie bezużyteczne rzeczy tego świata”. Dlatego, co bardziej światli ekonomiści na serio rozważali propozycję Milla („Zasady ekonomii politycznej”, t. II, rozdz. O stanie zastoju) przekonani, tak jak on, że realizowany wg takiej logiki „postęp społeczeństwa musi się skończyć w cierpieniach i nieszczęściach” (jw. s. 483).

Jak wspomina Charles Handy („Głód ducha. Poza kapitalizm. Poszukiwanie sensu w nowoczesnym świecie” 1999), jego wykładowca ekonomii, noblista zresztą, „zawsze wolał mieszkać w kraju, gdzie gospodarka upada, bo tam ma się o wiele więcej czasu na zjedzenie śniadania, a sztuka i teatr też są lepsze” (s. 28).

Teraz wszyscy będziemy mieli okazję przetestować słuszność tej teorii.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Być jak … Tylko po co?

W żywocie Peryklesa Plutarch czyni ciekawą obserwację: często bywa tak, że „jakkolwiek dzieło sprawia nam przyjemność przez swoje piękno i wdzięk, twórca jego niekoniecznie jednak budzi w nas tym samym chęć do pójścia w jego ślady”. I faktycznie . Nie każdy, kto ogląda z podziwem wyczyny sportowe, chciałby prowadzić tak rygorystyczny tryb życia, jakiemu poddają się sportowcy. Chyba też nikt, kto – dla odmiany – lubi koncerty fortepianowe, nie chciałby wyglądać jak Danił Trifonow, któremu pot kapie z nosa, a mokre kosmyki włosów przyklejają się do czoła ani też jak (to wersja dla starszego pokolenia) Maurizio Pollini, którego chrapliwy oddech był słyszalny z dyrektorskiej loży w Filharmonii Narodowej tak samo wyraźnie, jak dźwięki fortepianu. Wyjątek można by tu zrobić co najwyżej dla olśniewającej urodą Katii Buniatishvili, która zawsze nad klawiaturą ponętnie i śmiało wygina swe ciało.

Ale wracając do Plutarcha. Robi on jeden dokładnie jeden wyjątek od zaobserwowanej reguły, a mianowicie dla „czynów męstwa i dzielności”, które „tak właśnie bezpośrednio nas usposabiają, że jednocześnie podziwiamy dzieła i zarazem czujemy w sobie chęć dorównania wielkości ich twórców”. Czy jednak na pewno znalazłoby się (zwłaszcza dziś) wielu chętnych do tego, by naśladować np. Aleksandra Wielkiego, choć jego dokonania i format moralny budzą nadal szczery podziw. Przecież sam Plutarch w rozprawie „O szczęściu czy dzielności Aleksandra” starał się udowodnić, że bohater zawdzięczał swe sukcesy nie szczęściu, ale własnemu męstwu, okupionemu jednak wieloma cierpieniami. „Nad Granikiem miecz rozciął mu hełm aż do włosów, pod Gazą pocisk ugodził go w bark, w Marakandzie wyskoczyła mu kość złamana od uderzenia strzały w goleń, w Hyrkanii został trafiony kamieniem w gardło, co spowodowało osłabienie wzroku, w kraju Assakenów był ranny strzałą indyjską w kostkę, w kraju Mallów trafiono go w pierś dwułokciową strzałą, która przebiła pancerz oraz ktoś ugodził go w szyję maczugą, zaś po przekroczeniu rzeki Tanais w kraju Scytów, których pobił, ścigał ich konno 150 stadionów, dręczony przez biegunkę”.

Pewnie dlatego PJK, choć mógł zachować się jak Papież Franciszek, który od miesiąca samotnie przemierza Plac Świętego Piotra i sprawuje liturgię w opustoszałych kościołach, nie zdecydował się na podobny gest, lecz wkroczył i na Plac Piłsudskiego, i na Cmentarz Powązkowski w całkiem licznym towarzystwie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ekonomia moralna pandemii

Najbardziej bezwzględne restrykcje obowiązywały wtedy, gdy groźba zarażenia się była (z powodu małej liczby chorych) stosunkowo niewielka.

Cofa się te restrykcje wtedy, gdy zachorowań jest już tyle, że o wiele łatwiej złapać tego wirusa.

Bo przecież nie o to chodzi, by ludzie nie chorowali i nie umierali, ale żeby robili to w odpowiednim tempie: dostosowanym do przepustowości szpitali i mocy przerobowych służby zdrowia w danym kraju.

A przede wszystkim powinni to robić nie szkodząc zanadto gospodarce. Na takie ekstrawagancje nawet najsilniejsze gospodarki świata nie mogą sobie pozwolić.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Najlepsze maseczki

To byłyby te, z płótna utkanego przez lasowskiego tkacza jakieś sto lat temu. Przynajmniej, jeśli wierzyć relacjom Jana Słomki, który w „Pamiętnikach włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych” tak opisywał rodzaje lnianego płótna wyrabianego wtenczas po wsiach w okolicach Tarnowa: „płótno było trojakiego gatunku. Najprzedniejsze było cienkie, lniane lub konopne, z najlepszego włókna, używane na odświętne koszule, kamiziele, fartuchy, zapaski. Średnie nazywało się ‚pacześne’, wyrabiane ze średniego włókna lnianego i konopnego, razem zmieszanego, używane zaś było najwięcej na koszule dla sług, podszewki do kamiziel, spodnie dla gospodarzy itp. Najpośledniejsze było zgrzebne, to jest pozostającego przy czesaniu włókna na szczotce. Z takiego włókna nie dały się już uprząść nici cienkie i równe”.

To najlepsze płótno – dodaje Słomka – „gdy było dobrze zrobione, to woda przez nie nie przeciekała”. I właśnie takie przydałoby się dzisiaj na maseczki. Jaka szkoda, że nie ma już tamtych tkaczy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pandemia i obywatelskie nieposłuszeństwo

Jeszcze tydzień temu można było – zachowując wskazane środki ostrożności – pospacerować po Fortach Bema (z wyjątkiem części wewnętrznej, otoczonej fosą; mostki były zagrodzone taśmami a policja patrolowała teren), ale dziś już nie, choć w między czasie nie wprowadzono żadnych obostrzeń. Widocznie jakiś urzędnik zreflektował się, że nie był dostatecznie gorliwy i naprawił swój błąd.

Cóż, to tylko jeszcze jedno wyrzeczenie. Przecież ograniczone zostały inne podstawowe swobody obywatelskie (wolność przemieszczania się i wolność zgromadzeń) – już teraz można opuszczać mieszkanie tylko dla zaspokojenia najważniejszych potrzeb życiowych. Tylko patrzeć, jak polska policja, wzorem francuskiej czy hiszpańskiej, zacznie rewidować torby z zakupami i sprawdzać, czy ktoś nie nabył czekolady albo papierosów i czipsów, bo za taki karygodny występek należy się wysoki mandat („Le gendarme est sans pitie” – Courteline). Z kolei za kilka dni trzeba będzie zakrywać twarz w miejscach publicznych, a więc zrezygnować z jednej z najważniejszych wartości europejskich, jaką jest chodzenie z odsłoniętym obliczem (czy ktoś pamięta argumenty, jakie przywoływano kilka lat temu podczas batalii przeciw islamizacji europejskiej przestrzeni?)

Ciekawe, co dalej. Jak wiadomo, ambicje władzy w dyscyplinowaniu obywateli/poddanych nie mają granic. „W porządku – powiedział kiedyś wielki książę Michał przyjmujący paradę wojskową – oni jedynie oddychają!”

Nic więc dziwnego, że v-ce szefowa PE, Katarina Barley, postanowiła zareagować na te wszystkie ograniczenia demokracji narzucane obywatelom takich państw jak Polska czy Węgry pod pretekstem walki z pandemią. Jednak w takim razie Jarosław Kaczyński, który 10 kwietnia ostentacyjnie zignorował istniejące regulacje, powinien zostać uznany przez UE za wzór obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Kto wie, jakie będą kolejne absurdy, aberracje myślowe i inne powikłania w związku z koronawirusem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Prawda o Smoleńsku

Przed samymi Świętami wróciło pytanie o to, czy kiedykolwiek Polacy poznają prawdę o Smoleńsku. Pytanie to wydaje się jednak niewłaściwie postawione, bo być może prawdę już poznaliśmy (tym bardziej, że propozycji było kilka i każdy mógł sobie jakąś najbardziej dla niego wiarygodną wybrać), tylko nie chcemy przyjąć jej do wiadomości.

I wcale nie pomaga tu forsowanie tej czy innej wersji, bo odbierana jest ona jako naigrawanie się z ofiar i szyderstwo wobec ich bliskich albo też jako wyraz cynicznego serwilizmu wobec jakichś wciąż potężnych sił. W związku z tym trudno oprzeć się wrażeniu, iż dużo więcej taktu niż Polacy potrafią okazać samym sobie, okazał im w 1839 r. Astolphe de Custine, który wracając z podróży po Rosji (co zrelacjonował w 36 arcyciekawych i przenikliwych listach) ominął – wbrew pierwotnym planom – Wilno i Warszawę.

Ale dlaczego tak uczynił? Autor relacji tłumaczy to bardzo jasno i dobrze byłoby, aby polscy autorzy z taką satysfakcją cytujący wszystko, co tak krytycznie de Custine napisał o Rosji, zechcieli zastanowić się nad tym, czego Custine nie napisał o Polsce. Tym bardziej, że zdaje się to posiadać wymiar ponadczasowy.

„Takie nieszczęścia, jakie spadają na Polskę – pisał de Custine w Relacji z powrotu do Niemiec przez Sankt-Petersburg – nie są jedynie skutkiem jakiejś nieodwracalnej konieczności. Kiedy niepowodzenia trwają długo, trzeba wziąć pod uwagę zarówno popełnione błędy, jak i okoliczności. Narody, podobnie jak jednostki, w pewnej mierze są współwinne losu, jaki im przypada w udziale. Ponoszą odpowiedzialność za klęski, które raz po raz na nie spadają, dla bystrego bowiem obserwatora przeznaczenia narodów są jedynie skutkiem takiego, a nie innego rozwoju cech ich charakteru. Patrząc na skutek błędów narodu tak surowo pokaranego, nie mogę oprzeć się kilku myślom, choć miałbym sobie za złe, gdybym je wypowiedział”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rocznice

Mija równo 80 lat od zbrodni w Katyniu i akurat 10 lat od tragedii w Smoleńsku. W 1943 r. Churchil wyraził się, że „nie ma sensu chorobliwe myszkowanie wokół grobów koło Smoleńska sprzed trzech lat” a magazyn „Time” w roku 1945 ogłosił Stalina „człowiekiem roku”. Taka była i jest perspektywa Zachodu.

Dlatego warto, mając dziś takich sojuszników, zachować mimo wszystko czujność. „Mimo wszystko”, ale zarazem „właśnie dlatego”.

Opublikowano Uncategorized | 5 Komentarzy

Stanowisko Akademii w sprawie …

Obojętne, jakiej Akademii i w jakiej sprawie. Każde stanowisko jakiejkolwiek Akademii w dowolnej sprawie jest wyrazem zacierania różnicy między autorytetem epistemicznym (opartym na wiedzy w dowolnej dziedzinie) i autorytetu deontycznego (dotyczy reguł działania i władzy ich egzekwowania) – jak to precyzyjnie objaśnia Józef Bocheński w pracy „Logika i filozofia” (1993).

Autorytet epistemiczny przysługuje oczywiście każdemu członkowi dowolnej Akademii – ale tylko w obrębie dziedziny, którą zawodowo się zajmuje. Autorytet deontyczny nie przysługuje natomiast nawet najwyższej klasy specjaliście od czegoś tam ani też szacownemu gronu profesorów z różnych dziedzin. „Żaden naukowiec nie jest podmiotem autorytetu w dziedzinie zdań praktycznych” – pisze Bocheński (s. 263). A dlaczego? Bardzo dobrze tłumaczył to Le Bon: „decyzja 40 członków Akademii Francuskiej w sprawach niefachowych nie będzie inna niż decyzja 40 woziwodów. Sama znajomość greki lub matematyki, architektury, medycyny lub praw nie daje nikomu należytego poglądu na kwestie społeczne” („Psychologia tłumu” 1986, s. 115).

Udawanie, że jest inaczej i zajmowanie stanowiska w dowolnej kwestii życia publicznego (jak to 8 kwietnia uczyniło Prezydium PAN w sprawie wyborów) jest więc niczym innym jak nadużyciem i nieuprawnionym roszczeniem do bycia autorytetem we wszystkim. Klasyczny przykład tego rodzaju nadużycia – pisze Bocheński – „to owi uczeni profesorowie, którzy ogłaszają oświadczenia polityczne i przez to dają pozór, jakoby byli autorytetami w dziedzinie polityki, a w rzeczy samej są nimi tylko w paleografii, w historii Egiptu, w fizyce czy w geografii Księżyca” (s. 226).

Idąc dalej za myślą tego światowej sławy filozofa i logika można by nawet rzec, iż cykliczne wydawanie oświadczeń w każdej kolejnej sprawie zdradza inklinacje do totalitaryzmu, definiowanego przez Bocheńskiego jako pogląd, zgodnie z którym „powinien istnieć autorytet deontyczny we wszystkich dziedzinach” (s. 305). Takie działanie nie przysparza autorytetu, a nawet sprawia, że nadwyręża autorytet, który już się posiada.

Opublikowano Uncategorized | 15 Komentarzy

Co z tymi tłumaczami?

Parokrotnie już we wcześniejszych wpisach poruszany był pewien problem związany z tłumaczeniami tekstów naukowych na język polski. Otóż wcale do rzadkości nie należą sytuacje, gdy jakaś fraza, całe zdanie, a nawet większy fragment został pominięty w przekładzie na język polski i to bez żadnych wyjaśnień (np. w: M. Archer – „Kultura i sprawczość” na s. 165 znajduje się przypis: „ten dobitny cytat”, a chodzi o fragment z „Ideologii niemieckiej” Marksa i Engelsa, „jest nieobecny w polskim wydaniu”). Przy czym, jak widać, często chodzi o fragmenty uznane za bardzo ważne, takie które przykuły uwagę innego autora i stały się dla niego punktem wyjścia do bardzo ciekawych rozważań, a nawet podstawą sformułowania oryginalnych interpretacji.

Ta praktyka niedbałego czy może celowo selektywnego tłumaczenia nie ominęła także klasycznych tekstów kanonicznych w rodzaju Biblii. Przykładowo, de Maistre w „Wieczorach petersburskich” (s. 269) cytuje fragment Psalmu 46 (47) wers 8: „Psallite sapienter”, co w polskim tłumaczeniu oznacza: „śpiewajcie mądrze”. Tyle tylko, że akurat tego fragmentu nie ma w polskim tłumaczeniu.

Po raz kolejny trzeba więc zadać sobie pytanie, z czym faktycznie ma do czynienia polski czytelnik dzieł obcojęzycznych, bo – zbyt często – wcale nie z oryginalnym tekstem danego autora. „Psallite sapienter” – łatwo powiedzieć, ale jak tego dokonać, skoro nawet mądre czytanie, a więc czytanie kompletnego, nie okrojonego i nie zafałszowanego tekstu, okazuje się tak często niemożliwe.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Bywało gorzej

Latem 1941 r. Irena Bieniasz-Krzywiec pisała z Nowogródka do swego krewniaka w Wilnie, Witalisa Bukraby: „Z góry bardzo przepraszam, że tak długo milczałam, ale naprawdę ostatnio mam tak dużo pracy, że po prostu brak czasu na jedzenie, a cóż dopiero myśleć o pisaniu. Mnie zwolnili, ale przyjęli z powrotem, gdyż trzy siostry zaraziły się i leżą chore i nie ma komu pracować. Chorych mamy moc. Niby lato, a ludzi coraz więcej choruje i umiera. Siedzę w tych smrodach szpitalnych (przepraszam, ale inaczej tego nazwać nie mogę) za marne 350 rubli narażona w każdej chwili na tyfus czy inną cholerę. Podobno w Wilnie też okropna epidemia tyfusu brzusznego, więc martwimy się o Ciebie bardzo. Tak marnują się i mijają nasze młode, najpiękniejsze lata. Jestem tak rozgoryczona i przygnębiona, że przestaję wierzyć, iż może jeszcze być inaczej. Nastrój u nas okropny, warunki materialne też się pogorszyły, bo drożyzna okropna i w ogóle za pieniądze nic prawie nie można dostać, wszystko chcą na wymianę, a niestety nie ma już czego wymieniać…”

Bywało więc gorzej, a nawet dużo gorzej. Ale to żadna pociecha.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ruskim trollem być …

… to coraz większy powód do dumy i przeświadczenia o własnej wszechmocy. Właściwie wszystko, co dzieje się na świecie, a nie jest po myśli USA lub UE, okazuje się sprawką działających na rzecz Kremla rosyjskich trolli. A więc to oni (nie dość, że patrioci, to jeszcze profesjonaliści w swym fachu) – obywając się bez żadnych czołgów i mechanizmów finansowych w rodzaju BŚ czy MFW – decydują praktycznie o wszystkim. A sprawiają to mocą samych słów. „Słowo jest wielkim panem – przekonywał Gorgiasz w „Pochwale Heleny” – ma moc uwalniania od strachu, kojenia bólu, wywoływania radości, pobudzania do litości. Tak bowiem jak ten lub ów lek kładzie kres bądź chorobie, bądź życiu, tak samo spośród słów jedne mogą zasmucać, inne cieszyć, inne przerazić, inne napełniać otuchą, inne wreszcie oszałamiają i zaczarowują dusze swą zgubną namową”.

Skoro więc ruskie trolle mogły tak mistrzowsko opanować tę sztukę, to czemu inni tego nie potrafią? Czemu Europejczycy nie okazują się godni swego własnego dziedzictwa i nie chcą go pielęgnować? Czyżby, także w tym przypadku, słuszny miał okazać się osąd Arnolda Toynbeego, który tak postrzegał sytuację Rosji: „Rosjanie przejęli zachodnią świecką filozofię społeczną, marksizm. Przejęli tę zachodnią heretycką religię, przekształcili na własną modłę i teraz z kolei strzelają z niej do nas” („Cywilizacja w czasie próby”).

Jak wiadomo – tłumaczy Toynbee – w konfrontacji z bardziej zaawansowanym w rozwoju przeciwnikiem możliwe są dwie strategie: zelotyzm (nawracanie do własnych tradycji) lub herodianizm (zwalczanie wroga jego własną bronią). Jeśli choć w połowie to, co przypisuje się rosyjskim trollom, jest prawdą, to znaczy, że wyciągnęli oni wnioski także z europejskiej nauki o cywilizacjach i sięgnęli po naprawdę groźną dla swoich przeciwników broń.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Świat na opak wywrócony

Po Chinach, Rosji i Kubie także Albania zdecydowała się udzielić pomocy krajom UE ogarniętym epidemią koronawirusa. Podczas gdy kolejne samoloty ze sprzętem medycznym lądują na europejskich lotniskach, UE obraduje, spiera się i odracza podjęcie decyzji o dwa tygodnie. „Kogo nie boli, temu powoli” jak mówi ludowe przysłowie. Przedstawiciele państw najbardziej dotkniętych epidemią ciskają oskarżenia („UE? To nora żmij i szkali. To obrzydliwość. Dajcie sobie siana” – Matteo Salvini), a władze W. Brytanii, która i tak wie, że nie może liczyć na pomoc Unii, stawiają przed sobą ambitne cele, że liczba zmarłych nie przekroczy u nich tylu a tylu tysięcy.

Tak wygląda teraźniejszość. A przyszłość? Pewnego dnia, może już niedługo, Europejczycy zobaczą w telewizorach samych siebie, jak z miseczkami w rękach stoją w długich kolejkach i czekają na pomoc humanitarną, którą im będą wysyłać kraje III świata.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Świat po koronawirusie

Kiedyś to się skończy. Ale już teraz widać, jak bardzo epidemia zmienia świat. Przede wszystkim ten zachodni. Już nauczyła ludzi rezygnować z wielu swobód obywatelskich, takich jak wolność zgromadzeń i przemieszczania się.

Uczy też rządy poszczególnych państw, a nawet opozycję, że nie ma czegoś takiego, jak niedozwolona pomoc publiczna dla przedsiębiorstw i że na trudne czasy nie ma to jak państwo, najlepiej w wersji hard, a nie light.

Uczy wreszcie Europejczyków, że europejska solidarność to jeszcze jeden dęty slogan, bo jak co do czego, to z najbardziej skuteczną i – co najważniejsze – z szybką pomocą wysoko rozwiniętym krajom liberalnej demokracji śpieszą jak na razie reżimy postkomunistyczne.

Taka lekcja pokory i refleksji dla wszystkich. Nawet dla najbardziej zlaicyzowanych środowisk, które jakoś nie oprotestowały akcji „różaniec balonów nad Sycylią”.

Opublikowano Uncategorized | 13 Komentarzy

Rozważania o Niemcach – c.d.

Szanowny Komentator przekonuje, że Niemcy dokonali rozrachunku z trudną przeszłością. Owszem, i zrobili to tak skutecznie, że jak pokazuje w swojej książce „Kapitał moralny. Polityki historyczne w późnej nowoczesności” Michał Łuczewski (2017), obecnie ich kapitał moralny jest dużo lepszy niż kapitał moralny tych, co ich pokonali, a więc Rosjan, a nawet tych, co byli ich ofiarą, czyli Polaków.

Szanowny Komentator przekonuje też, że Niemcy to całkiem mili ludzie i warto z nimi utrzymywać kontakty. Owszem, każdy z osobna ma na pewno swoje zalety, ale problem w tym, że jako zbiorowość stają się czymś innym. Zwracał na to uwagę już Ortega y Gasset w swoim szkicu z 1935 r. („O pewnym aspekcie życia niemieckiego”), podkreślając, że gdzieś ok. 1850 r. Niemcy dokonali wyboru sposobu życia przedkładając podporządkowanie się „organizacji życia zbiorowego”, co oznaczało że uczynili z państwa i z samych siebie „doskonałą maszynę”, że wybrali dla siebie rolę funkcjonariuszy tej maszyny, a więc postawili na kolektywizm i automatyzm kosztem indywidualności. I zrobili to z właściwym sobie „totalnym zaangażowaniem”, „radykalną lojalnością”, z prawdziwie niemiecką „rzetelnością”: czując się pokrzywdzeni i upokorzeni Traktatem Wersalskim stworzyli narodowy socjalizm i wszczęli II wojnę światową.

To dlatego – jako zbiorowość, a nie konkretne jednostki – zasłużyli sobie na miano „narodu zdefektowanego” (R. Dahrendorf) i „normopatycznego społeczeństwa” (H.-J. Maaz). To pewnie dlatego, nie wierząc w możliwość zmiany ich charakteru narodowego i wrodzonych skłonności Theodore Newman Kaufman, amerykański biznesmen i pisarz żydowskiego pochodzenia, już w 1941 r. wydał książkę „Germany Must Perish”, w której przekonywał o konieczności wymazania nie tylko Niemiec, ale i Niemców z mapy Europy. I nawet proponował, jak to uczynić: powinno się, jego zdaniem, przeprowadzić masową sterylizację wszystkich Niemców, do czego – a to wyliczył precyzyjnie – potrzeba będzie 25 tys. chirurgów, którzy w ciągu 4 miesięcy wysterylizują wszystkich niemieckich mężczyzn, a w ciągu 3 lat – wszystkie kobiety niemieckie. I co się stało? Jak wiadomo, jego pomysł wykorzystał Goebbels pod pretekstem, że Żydzi spiskują przeciw Niemcom.

Strach pomyśleć, co może się stać, jeśli znowu ktoś stanie im na drodze.

Opublikowano Uncategorized | 8 Komentarzy

Czytać między wierszami

Może faktycznie tłumaczenie na język polski zmieniło sens wypowiedzi kanclerz Merkel, na co zwrócił uwagę Komentator. Ale czy należy złożyć na karb niedokładnego tłumaczenia także inne jej sformułowanie: o „naszym kraju” stającym dziś przed takim wyzwaniem, jak w czasie II wojny światowej? Takie sformułowanie sugeruje niedwuznacznie, iż pani kanclerz uznaje tożsamość kraju nazistowskiego i obecnego, a więc tożsamość i ciągłość państwowości III Rzeszy i dzisiejszych Niemiec.

Inną poszlaką wskazującą, że Niemcy nie odcięli się wcale tak definitywnie od swojej przeszłości, było inne sformułowanie, używane w kontekście obalenia muru berlińskiego. Używano wówczas sformułowanie o kraju „ponownie zjednoczonym” i to słowo „ponownie” powinno zwracać uwagę, przynajmniej polityków i dyplomatów, bo oni muszą zdawać sobie sprawę ze znaczenia niuansów językowych.

Jeszcze innym sygnałem ostrzegawczym powinny być słowa wypowiedziane przez kanclerza Kohla w 1994 r. – „jeśli integracja europejska nie będzie postępowała naprzód, Niemcy mogliby się uważać za powołanych lub zmuszonych do osiągania stabilizacji i własnego bezpieczeństwa swoją tradycyjną drogą”. Studentom politologii należałoby dawać na egzaminie to zdanie do zinterpretowania – co ono faktycznie oznacza i czy nie jest to zawoalowana pogróżka. Jak wiadomo, integracja postępuje, a dzisiejsza UE została już jakiś czas temu określona mianem „German Europe”.

Oczywiście, stało się to – jak wyjaśnia U. Beck – „by accident”. Podobnie, jak „by accident” przydarzył się Niemcom epizod nazistowski, do czego zdaje się nawiązywać Komentator. Ale tu warto przypomnieć „Rozważania o Niemcach” N. Eliasa albo jeszcze lepiej – opinię Ortegi y Gasseta z jego szkicu „O pewnym aspekcie życia niemieckiego”. Filozof hiszpański podkreślał tam, że Niemcy stworzyli państwo narodowo-socjalistyczne, ponieważ „już kultywowali pewne formy albo sposoby życia. Gdyby wcześniej i od dawna kultywowali oni formy i sposoby życia właściwe kiedyś i teraz Anglikom, najprawdopodobniej nie zdecydowaliby się na narodowy socjalizm, lecz na coś innego”.

Otóż formy życia są czymś dużo bardziej trwałym niż kierunki polityki, w dodatku czymś trudniej uchwytnym i praktycznie nie do wykorzenienia, bo nieświadomym, zakorzenionym w codziennej rutynie i odruchach. Czy Niemcy zmienili swoje formy życia, czy tylko polityczne deklaracje, w których i tak pobrzmiewają echa ich przeszłości? Oto jest pytanie.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Merkel o epidemii, Niemcach i II wojnie światowej

Kilka dni temu w specjalnym orędziu do narodu kanclerz Merkel powiedziała, że „od II wojny światowej nasz kraj nie musiał stanąć przed takim wyzwaniem”.

Mimo tego, że aktualna sytuacja staje się coraz bardziej niepokojąca, ta wypowiedź budzi szereg wątpliwości. Można bowiem zapytać, jakim to wyzwaniom musieli stawić czoła Niemcy podczas II wojny światowej? Kto im zagrażał? Przeciw czemu się bronili? Czy naprawdę mają prawo szukać jakichś analogii między tamtym okresem, a obecnym zagrożeniem?

A jeśli już, to jedyną analogią wydaje się ta, którą posługiwali się sami Niemcy. Na długo przed rozpoczęciem wojny obawiali się bowiem dominacji obcych ras i „niżej rozwiniętych typów człowieczeństwa”, jak to ujął Max Weber w pamiętnym wykładzie o „Państwie narodowym i narodowej polityce gospodarczej”, a w trosce o czyste środowisko obawiali się też wszelkich „gatunków inwazyjnych” flory i fauny. Dlatego, zgodnie z zasadą, iż najlepszą formą obrony jest atak, przystąpili do ataku deklarując, że „narodowy socjalizm jest niczym innym, jak biologią stosowaną” (R. Hess) i przekonując, że „z antysemityzmem jest dokładnie tak, jak z odwszaniem. Nie jest kwestią światopoglądową, że się usuwa wszy. To jest sprawa czystości” (Himmler), a Hitler jest „wielkim niemieckim medykiem”.

Trzeba być ostrożnym w dobieraniu słów. Zwłaszcza gdy się jest politykiem. W przeciwnym razie budzi się głęboki niesmak. Ale, jak to już ktoś powiedział, „wystarczy poskrobać Niemca, a zawsze pokaże się Niemiec”.

Opublikowano Uncategorized | 5 Komentarzy

Czy Lyda Hanifan był kobietą?

Termin „społeczeństwo obywatelskie” odsyła do pojęcia „kapitał społeczny”, to zaś do autora, który użył go po raz pierwszy. Piotr Sztompka w książce „Kapitał społeczny” pisze, iż była to nauczycielka z Charleston, Lynda H. Hanifan (s. 286). Podobnie pisze F. Fukuyama: „po raz pierwszy terminu ‚kapitał społeczny’ użyła w roku 1916 Lyda Judson Hanifan w odniesieniu do wiejskich ośrodków edukacyjnych” (w: Kultura ma znaczenie, s. 172). O Lyndzie Hanifan można też przeczytać u R. Putnama w jego pracy „Samotna gra w kręgle” (s. 34-45): „Hanifan przywołała ideę ‚kapitału społecznego'” i „użyła tego terminu dla naświetlenia kontekstu społecznego edukacji”.

Wszystko się zgadza poza tym, że Hanifan raz ma na imię Lyda, a raz Lynda, no i poza tym, że i w książce Sztompki, i w tłumaczeniach prac wspominających to nazwisko dokonano zmiany płci autora kategorii „kapitał społeczny”. Tymczasem, jak można przeczytać w anglojęzycznych opracowaniach (i zobaczyć na załączanych fotografiach przedstawiających z całą pewnością mężczyznę, a nie kobietę) był to nauczyciel, wizytator wiejskich szkół. Zwrócił na to uwagę jakieś 10 lat temu pewien bystry doktorant z IS na Karowej, ale jego odkrycie nie weszło do obiegu naukowego. Za to wciąż powielana jest wersja, iż pan L.J. Hanifan był kobietą – np. w pracy zbiorowej pod redakcją M. Klimowicz i W. Bokajło, wydanej przez „Wydawnictwa Fachowe” – a jakże (Warszawa 2010, s. 19), gdzie dodatkowo inicjał jego drugiego imienia zamieniono na L., co jest już jego trzecią wersją spotykaną w literaturze przedmiotu.

W przypadku epidemii, takiej jak ostatnio koronawirusa, używa się określenia „pacjent zero” na oznaczenie,osoby, która jako pierwsza w danej grupie zachorowała, czyli wprowadziła zarazek do określonego środowiska. Ciekawe, kto w przypadku Lydy J. Hanifana był „autorem zerowym”, a więc tym, kto jako pierwszy podał błędną wersję dotyczącą jego imienia i płci. No i ciekawe, czemu nikt z kolejnych autorów piszących na ten temat nie sprostował pomyłki, tylko ją powielał, tak jakby była ona jakimś zaraźliwym bakcylem, a nie informacją, którą można na własną rękę sprawdzić i skorygować, zamiast ją bezkrytycznie kolportować w środowisku naukowym.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Społeczeństwo obywatelskie wobec epidemii

Socjologowie przez wiele lat przekonywali, że „Polska nie spełnia żadnego z kryteriów społeczeństwa obywatelskiego” (B. Uścińska, „Odra” 9/2008) i jako dowód przytaczali dane pokazujące, że liczba polskich organizacji zaliczanych do III sektora jest dużo mniejsza niż tych na Zachodzie.

W obecnej sytuacji należy więc zapytać, jakie działania podejmują istniejące w Polsce stowarzyszenia i fundacje, zwłaszcza te, znane dotąd głównie ze starań o pozyskiwanie grantów. Bo co robi społeczeństwo, oskarżane o brak kapitału społecznego, wzajemnego zaufania i troski o dobro wspólne – widać codziennie. Mieszkańcy wsi, tego siedliska wyuczonej bezradności i amoralnego familizmu, śpieszą z pomocą kierowcom unieruchomionym na przejściach granicznych niosąc im zapasy wody i żywności. Mieszkańcy miast, dotkniętych jakoby atrofią więzi społecznych, organizują się w grupy, aby pomagać sąsiadom, a prywatne firmy przestawiają produkcję na wytwarzanie maseczek higienicznych i środków czystości.

Rację więc chyba miał Adam Podgórecki, kiedy w książce „Społeczeństwo polskie” pisał: „to szczególny, lecz wciąż niezbadany przykład społeczeństwa obywatelskiego” (1995, s. 133). Zamiast więc powtarzać tezy o „deficytach obywatelskiego zaangażowania”, dla których materiału dostarczają badania skrojone według schematów i kryteriów czerpanych z zachodnich podręczników, może należałoby raczej pokusić się o zbudowanie własnej, oryginalnej teorii, teorii prawdziwie „ugruntowanej”, bo osadzonej w rodzimym kontekście, teorii z „Globalnego Południa”, a zatem konkurencyjnej wobec tych z uprzywilejowanej „Globalnej Północy”. Tylko taka bowiem teoria socjologiczna pozwoli spojrzeć na własne społeczeństwo bez uprzedzeń, a niewykluczone że zdobędzie też uznanie w „globalnym polu akademickim”.

Epidemia koronawirusa to wyzwanie nie tylko dla społeczeństwa, ale też dla tych, co je badają.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Lektury na czas zarazy

Podczas epidemii ważne jest nie tylko mycie rąk i kwarantanna, ale też lektura, zwłaszcza że przybyło czasu na czytanie. Dla osób poddanych takiej opresji, jak teraz, nie ma chyba nic lepszego jak przekonać się, że to, co dzieje się obecnie, nie jest niczym nadzwyczajnym, a nawet, że bywało dużo gorzej.

Przekonują o tym takie klasyczne pozycje, jak opis tajemniczej zarazy pustoszącej Ateny w roku 430 pne, co zawdzięczamy Tukidydesowi. Ten bowiem w II księdze „Wojny peloponeskiej” dał przejmujący obraz tej choroby i zarazem zrelacjonował zachowania ludzi, którzy w obliczu nieuchronnej śmierci „zaczęli lekceważyć prawa boskie i ludzkie, bo każdy chciał szybko i przyjemnie użyć życia”, jakie mu jeszcze pozostało.

Nie wolno też zapominać o „Dekameronie”, bo przecież jego akcja toczy się w czasie wielkiej epidemii, jaka pustoszyła Florencję w roku 1348 i była zabójcza do tego stopnia, że „od marca do czerwca więcej niż sto tysięcy osób życie straciło”, co Boccaccio skomentował następująco: „dawniej nikt by może nie pomyślał, że we Florencji można naliczyć tylu żywych mieszkańców, ile w niej się później okazało zmarłych”.

Inną pozycją wartą polecenia jest oczywiście „Dziennik roku zarazy” Daniela Defoe – relacja z epidemii dżumy, jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku, kiedy to zarządzono, by „wszelkie widowiska, jak szczucie niedźwiedzi, śpiewanie ballad, strzelanie do tarcz i tym podobne zbiegowiska były całkowicie zakazane”, a „bramy domów i rogi ulic były oblepione ogłoszeniami lekarzy, a także ciemnych znachorów trudniących się medycyną, a zachęcające ludzi, by zgłaszali się do nich po lekarstwa opatrzone szumnymi frazesami, takimi jak ‚niezawodne pigułki zapobiegające zarazie'”.

Natomiast z rodzimej klasyki warto przypomnieć sobie „Ojca zadżumionych” Słowackiego, a zwolennikom teorii spiskowych – balladę „Alpuhara” Mickiewicza, zwłaszcza jej fragment: „Patrzcie, o giaury, jam siny i blady, zgadnijcie, czyim ja posłem? … Ja wam zarazę przyniosłem”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Krzepiące poczucie sprawczości

Już po tygodniu od złożenia skargi w Zarządzie aptek DOZ (że nie ma szyb izolujących personel od klientów) w aptece na Bemowie, czyli najbliższej, takie szyby się pojawiły!

Jakby tego było mało, już po 12 dniach meilowania i obdzwaniania w tej samej sprawie różnych instytucji (w sumie wykonano ponad 30 meili i tyleż telefonów do ministerstwa zdrowia, GIS-u, PZH, sanepidu, izb aptekarskich itd.) dziś rano w tvn24 można było usłyszeć, że wiceminister zdrowia zalecił Naczelnej Izbie Aptekarskiej zamontowanie takich szyb lub sprzedaż leków przez okienko nocne.

Czyli pełen sukces! I nic to, że na bodaj 7 telefonów do ministerstwa zdrowia w sześciu przypadkach jedyną reakcją było pouczenie, by „nie popadać w paranoję”. I nieważne nawet, że Naczelna Izba Aptekarska otrzymała meila w tej sprawie już 2 marca, ale czekała dopiero na sygnał z ministerstwa…

Ważne, że ktoś wreszcie sam pomyślał albo potraktował poważnie działania obywatela kierowanego troską o dobro publiczne.

A swoją drogą, ten eksperyment socjologiczny pokazał, jak funkcjonują instytucje publiczne i jak rozumują zatrudnieni tam urzędnicy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Koronawirus? Rady Jana Słomki

Media do tego stopnia zdominował temat koronawirusa, że zaczyna się już tęsknić za „aferą prezesa Banasia” albo za „sprawą sędziego Juszczyszyna”. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do klarownej, czarno-białej tonacji tamtych doniesień, w przypadku koronawirusa wszelkie informacje, ostrzeżenia i zalecenia są po prostu niespójne, a więc mogą wywołać dezorientację.

Podobno najlepszym sposobem na uchronienie się przed chorobą jest higiena, ale epidemia rozwija się właśnie w krajach zachodnich, również w Niemczech – w kraju zdyscyplinowanych czyściochów, gdzie poziom zużycia mydła zawsze był dużo wyższy niż w Polsce.

Podobno należy unikać podawania sobie rąk, ale politycy na powitanie wcale nie podają sobie nogi – a’ la Wałęsa, lecz nadal ściskają sobie ręce (pewnie dlatego, że zalecenia mówią o myciu rąk, a nie nóg).

Podobno najlepszym środkiem do odkażania ma być produkowany w Tarchominie płyn bakteriobójczy, choć zawsze informowano, że to, co działa na bakterie, nie działa na wirusy.

Podobno należy przemywać poręcze i uchwyty w miejscach publicznych (media nawet pokazują, jak to się robi w Nowym Yorku), ale zapytany wczoraj pracownik ruchomych schodów przy trasie WZ, czy zalecono im takie działania mówi, że nie i zamiast tego pokazuje swoje ręce – w rękawiczkach. On się zabezpieczył.

Podobno zarost to siedlisko zarazków, ale min. zdrowia wcale nie zgolił sobie brody…

W tej sytuacji najlepiej zachować spokój i zwrócić się w stronę tradycyjnych sposobów radzenia sobie z chorobami i epidemiami. O takich właśnie sposobach pisał Jan Słomka w „Pamiętnikach włościanina” wydanych po raz pierwszy w 1912 r. Wymieniając różne przypadłości, jakie trapiły wówczas polski lud (zapalenia, tyfusy, puchliny wodne, kołtuny, ograszki i utrącenia krzyża), wspomina też o epidemii cholery, która grasowała w okolicy w 1872 i 1873 roku i przywołuje popularną wtedy radę: „najlepszym lekarstwem jest pić jak najwięcej wódki, być wesołym i nie bać się, bo bojących się najprędzej się czepi”.

Warto zaufać ludowej mądrości.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dzień Kobiet a „mowa nienawiści”

Niekoniecznie trzeba sięgać do etymologii, by przekonać się, że słowo „kobieta” miało w staropolszczyźnie znaczenie wybitnie pejoratywne, bo wywodzone od „kob-yła” lub „kob” (chlew) i było wiązane z oporządzaniem świń oraz najstarszym zawodem świata. Słynny cytat z Mickiewicza : „Kobieto, puchu marny” to zaledwie nikły, bo wysublimowany ślad wcześniejszych konotacji.

Podobnie zresztą rzecz się miała z określeniem „femina” – w łacinie oznaczało to „kobietki”, „kobieciątka” i „kobieciny”, bo kojarzyło się z męskimi narządami (femen – „bok”ale też „członek” i male – potocznie „męskie jądra”) a zatem niedwuznacznie sugerowało gotowość zapewniania odpowiednich uciech.

Dziwne więc, że tak wrażliwe na punkcie form językowych feministki właśnie to lekceważące słowo wzięły na swoje sztandary, a słowo kobiety brzmi im zupełnie poprawnie, choć je także należałoby zaliczyć do „mowy nienawiści”.

Najwidoczniej ich oburzenie i zapędy cenzorskie są wprost proporcjonalne do wiedzy, jaką dysponują, a w takim razie należałoby życzyć sobie i im także – co zresztą sugerował autor poczytnego dzieła „O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety” Kraków 1937, dr P. J. Mobius, cieszący się (w okresie, gdy jeszcze nie kwestionowano, tak jak dziś, orzeczeń nauki) wielką sławą neurolog, psycholog i psychiatra – aby pozostawały w tym stanie jak najdłużej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

min. Gowin vs RPO

Niedawno RPO napisał list do MJG, więc teraz MJG kieruje list do RPO. I wyjaśnia, że ewaluacja nauki została szeroko przekonsultowana, jest więc dobrze przygotowana i odbędzie się w przewidzianym terminie, a „przyporządkowywanie własnych planów badawczych i publikacyjnych realnym lub spodziewanym decyzjom dotyczącym punktacji czasopism jest błędem”, ponieważ „zasady ewaluacji jakości działalności naukowej nie powinny być w żadnej mierze stosowane do oceny indywidualnej naukowców”.

Naukowcy mogą więc spokojnie pracować nie zaprzątając sobie głowy realnymi ani tym bardziej oczekiwanymi decyzjami resortu. Taką heroiczną postawą najlepiej dowiodą, że pozostają wierni ethosowi pracownika nauki i nie dają się korumpować żadnymi punktami, nawet jeśli są one przeliczalne na finanse. Wszak wszyscy przysięgali, że „nie dla marnego zysku…”

I w ten sposób przywitają 2021 rok, kiedy to okaże się, że ich instytuty zostaną rozwiązane, o ile oczywiście oni sami nie zostaną wcześniej zwolnieni z tych instytutów jako jednostki nieproduktywne, aspołeczne, a przede wszystkim tak naiwne, że aż groźne dla otoczenia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Migranci – ante portas

Pierwsza fala migracji (5 lat temu) – imigranci zapraszani, serdecznie witani i przyjmowani w krajach UE.

Druga fala migracji (AD 2020) – imigranci atakują granicę grecko-turecką, a greccy żołnierze strzelają do nich gumowymi kulami i ćwiczą już strzelanie ostrą amunicją.

Trzecia fala migracji (za jakieś 5 lat) – imigranci atakują granice UE i strzelają prawdziwymi kulami do broniących ich żołnierzy.

Ale może sprawy potoczą się szybciej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Koronawirus – prywatyzacja zagrożenia

Instytucje państwowe i najwyższe władze nie ustają w apelach do obywateli i bez przerwy pouczają i radzą, jak ci mają chronić się przed koronawirusem: nosić maseczki albo nie, jak myć ręce, jak kichać itp.

Ale przecież to nie obywatele zdemontowali w aptekach i przychodniach szyby oddzielające personel od pacjentów (szyby, które – według niegdysiejszych, ale chyba słusznych zaleceń – miały chronić właśnie przed zarażeniem), to nie obywatele zafundowali sobie wszędzie urządzenia klimatyzacyjne (w biurach, sklepach i pojazdach komunikacji miejskiej), które nie wiadomo czy i jak są konserwowane i czy czasem nie rozpylają zarazków itd.

Wychodzi na to, że obywatele mają zaradzić wszelkiemu ryzyku, które na nich sprowadzają działania władz. Ot, takie manewry, aby każdy miał co robić.

I najlepsze: na Litwie z powodu koronawirusa odwołano posiedzenie parlamentu, a w Polsce z powodu koronawirusa zwołano nadzwyczajne posiedzenie sejmu! Na to już obywatele nic nie zaradzą.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Znokautować polskich socjologów!

Najwyraźniej taki cel postawił sobie dr Jan Szomburg w przywołanym poniżej tekście. Formułuje w nim tezę niebywałą, a mianowicie, że wybór między anglosaskim a skandynawskim modelem kapitalizmu nie został Polakom przez nikogo narzucony, lecz wynikał z wrodzonych temu chłopskiemu społeczeństwu preferencji.

Charakteryzując mentalność polskiego społeczeństwa jako zdecydowanie indywidualistyczną, Szomburg neguje tym samym wszelkie ustalenia polskich socjologów, którzy po ’89 roku usilnie przekonywali, że Polacy to typowe homo sovieticusy i dlatego wymagają „kompletnej przebudowy aparatury mentalnej” (A. Miszalska), dokonania gruntownej reorientacji od ładu „partykularystyczno-opiekuńczo-roszczeniow-trafycyjno-wspólnotowo-egalitarnego” do ładu „uniwersalistyczno-rynkowo-osiągnięciowo-innowacyjno-indywidualistyczno-antyegalitarnego” (M. Ziółkowski) i domagali się, by tych, którzy nie przejdą pomyślnie takiej resocjalizacji, wysłać na „emigrację ostatnią”, bo będą hamować procesy modernizacyjne (I. Grabowska-Lusińska i M. Okólski). Dla żadnego z polskich socjologów, zwłaszcza zaliczanych do main streamu, nie ulegało też wątpliwości, że ostoją tych wszystkich negatywnych cech jest polska wieś – zbyt rolnicza i przepełniona chłopami, „którzy dosłownie zadeptują ziemię” – i dlatego należy jak najszybciej dokonać jej deruralizacji, dezgararyzacji i depezantyzacji, czyli – pozbyć się całego tego zbędnego „balastu”.

I oto nagle okazuje się, że było dokładnie odwrotnie. Że dziki, XIX-wieczny, manchesterski kapitalizm zafundowany Polakom stanowił odpowiedź na ich najtajniejsze pragnienia (by zakosztować nędzy, rozpadu więzi społecznych i migracji za chlebem), że wręcz był autentycznym wyrazem ich duszy zbiorowej (tak opacznie ocenianej przez profesjonalnych badaczy, ale na szczęście trafnie rozpoznanej przez środowisko gdańskich liberałów). Z takiego odwrócenia kota ogonem musi więc wynikać niezbicie, że to, co przesądziło o kształcie polskiej transformacji, nie było spiskiem kompradorskich elit, ale tych, których należy uznać za emanację duszy zbiorowej narodu, bo tajemną mocą jakiegoś mistycznego powinowactwa najlepiej odgadli, co Polakom w duszy gra.

Adam Podgórecki pisał w książce „Społeczeństwo polskie” (1995): najogólniejsza cecha Polaków, to „szczególna niezdolność do postrzegania rzeczywistości społecznej takiej, jaka ona jest. Sposób percepcji rzeczywistości w Polsce wyznaczany jest przez ‚rządców dusz’, wizjonerów i samozwańczych przywódców. Polacy nie są w stanie rozpoznać natury procesów społecznych. Oczekują, że ktoś wskaże im sens tego, z czym się bezpośrednio zetknęli”.

Jeśli tak faktycznie jest, tym pilniejsza potrzeba wypracowania nowych sposobów badania polskiego społeczeństwa, a mianowicie takiego, które nie polegałoby na nicowaniu starych schematów i wmawianiu Polakom, że powinni zawierzyć kolejnym wieszczom – elitom, intelektualistom i tym wszystkim, którzy – jak kiedyś awangarda komunistycznej partii – rzekomo najlepiej potrafią rozpoznać bieg historii i każdemu przypisać najwłaściwszą rolę. Najwyższy czas, by społeczeństwo samo „rozpoznało się w jestestwie swoim”.

Idee dla Polski

Idee dla Polski
obywatelski thinkletter
@Obywatelski Twitter
To naród wybrał kierunek transformacji
26 II 2020

dr Jan Szomburg
Prezes Zarządu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, inicjator Kongresu Obywatelskiego
Po 30 latach wolności wielu z nas wciąż nie rozumie źródeł takiego, a nie innego kierunku polskiej transformacji. Na pytanie o to, kto w tamtym czasie dokonał wyboru ku drodze rynkowej i kapitalizmowi raczej anglosaskiemu (indywidualistycznemu) niż skandynawskiemu (kolektywistycznemu), odpowiedź jest tylko jedna. Otóż był to wybór samego społeczeństwa, suwerena, lub jak kto woli – narodu. Była to droga prawdziwa, zgodna z podłożem kulturowym, mentalnością zdecydowanej większości społeczeństwa o chłopskich i postchłopskich korzeniach, gdzie najważniejsze jest to, „co je moje”. Żadne kody kulturowe nie są jednak wieczne – również nasze „DNA” ewoluuje. Czego zatem dziś potrzebujemy, myśląc o dalszym rozwoju Polski oraz nas samych jako społeczeństwa?
Niniejszy tekst ukazał się w „Magazynie Dziennika Gazety Prawnej” w dniu 21 lutego 2020 r.
Od dawna chciałem to powiedzieć lub napisać, lecz niechęć do prowadzenia polemik – zwłaszcza publicznie – powstrzymywała mnie od tego. Do zabrania głosu skłonił mnie jednak prof. Andrzej Szahaj artykułem „Liberalizm, lewica, dialog” (Magazyn DGP, nr 31 z 14 lutego 2020 r.)*, który świadczy o tym, że wciąż nie rozumiemy źródeł takiego, a nie innego kierunku polskiej transformacji. Chcę przy okazji pogratulować toruńskiemu profesorowi: bo „wygrał” z prof. Marcinem Królem, po którego wyznaniu w 2014 r., że „byliśmy głupi”, najbliżej byłem wejścia w publiczną polemikę.
Dla zrozumienia naszej transformacji najważniejsza jest odpowiedź na pytanie o to, kto dokonał wyboru jej kierunku? Czy narzucili ją nam promotorzy wolnego rynku: Hayek i Friedman? Czy wybór ten dokonał się, bo tacy intelektualiści, jak prof. Król byli wtedy „głupi”? Dlaczego prof. Ryszard Bugaj czy prof. Tadeusz Kowalik, dysponujący koncepcjami socjaldemokratycznymi oraz Unią Pracy, mieli wówczas marginalny wpływ na masową wyobraźnię?
Prof. Szahaj dziwi się, że u progu transformacji „ta marginalna odmiana (kapitalizmu – red.) związana z Miltonem Friedmanem oraz Friedrichem Augustem von Hayekiem w latach 80. XX w. niespodziewanie stała się dominująca”. Otóż nie było to niespodziewane – przeciwnie, można było tego oczekiwać. W tamtym okresie byłem blisko ludzi, uczestniczyłem wiecach i spotkaniach „Solidarności” – obserwowałem reakcje na socjaldemokratyczne hasła Bugaja. I stąd wiem, że wyboru drogi rynkowej u progu transformacji dokonał naród.
To był wybór większości społeczeństwa ze swojej natury postchłopskiego – kulturowy, polityczny, lecz też intuicyjny. Postchłopskie, choć robotnicze masy, były przekonane, że tylko własność prywatna i wolny rynek, nie zaś skompromitowane w PRL państwo może nam – Polsce – dać dobrobyt. Chłopi pamiętali próby przymusowej kolektywizacji z lat 50., robotnicy widzieli do bólu namacalną nieracjonalność w państwowych przedsiębiorstwach. Co więcej, tamten polski suweren podświadomie czuł, że bez własności prywatnej może powrócić komunizm.
Wybór drogi rynkowej u progu transformacji był kulturowym, politycznym, lecz też intuicyjnym wyborem większości społeczeństwa ze swojej natury postchłopskiego.
Powtórzę więc: gdyby nawet tysiąc atletów intelektualnych takich jak prof. Król i prof. Szahaj w latach 1989‑1991 „nie zgłupiało” czy też bardziej się „napięło” na rzecz budowy modelu skandynawskiego czy socjaldemokratycznego, to i tak Polska poszłaby drogą rynkową – bo to była droga zgodna z naszym kulturowym fundamentem, mentalnością zdecydowanej większości społeczeństwa o chłopskich i postchłopskich korzeniach, gdzie najważniejsze jest to, „co je moje”.
Niezrozumienie fundamentów kulturowo­‑mentalnych społeczeństwa prowadzi prof. Szahaja do drugiego błędu w opisie sytuacji. Do tezy, że „w ostatnich 30 latach (nasze społeczeństwo) tak bardzo przesunęło się na prawo, że lewicowe postulaty uchodzą za skrajne”. Tymczasem to, co się stało po odzyskaniu wolności było efektem usunięcia „pokrywy” komunizmu. Po 1989 r. ujawniła się nasza prawdziwa natura, dopiero wówczas dowiedzieliśmy się, jacy jesteśmy. Jeśli weźmie się to pod uwagę, trudno się dziwić, że społeczeństwo okazało się indywidualistyczne i egoistyczne, nie kolektywistyczne czy wspólnotowe. Już przecież Norwid pisał, że „jesteśmy żadnym społeczeństwem…”. I właściwie nie tak wiele się zmieniło od tego czasu, choć myślę, że mimo wszystko podążamy w kierunku, by społeczeństwem się stać.
Po 1989 r. ujawniła się nasza prawdziwa natura, dopiero wówczas dowiedzieliśmy się, jacy jesteśmy. Jeśli weźmie się to pod uwagę, trudno się dziwić, że społeczeństwo okazało się indywidualistyczne i egoistyczne, nie kolektywistyczne czy wspólnotowe.
Postchłopski indywidualizm i przywiązanie do własności mamy zapisane w kulturowo­‑mentalnym DNA. Oczywiście żadne kody kulturowe nie są wieczne, a DNA zmienia się pod wpływem miliardów mikrodoświadczeń i podczas procesu uczenia się. Z pewnością rodzą się nowe wzorce, lecz ciągle nasze przywiązanie do własności mieszkań jest nadzwyczajne, a z myśleniem i działaniem zbiorowym mamy ogromny problem.
Tak więc to, co obserwowaliśmy w tych 30 latach po odzyskaniu wolności to było ukazanie naszego prawdziwego zbiorowego „ja” – tacy en masse byliśmy. Prawicowość, o której pisze prof. Szahaj, nie przyszła wraz z transformacją, ona była w nas. W przeciwieństwie do jego tezy – w ciągu tych 30 lat uległa ona osłabieniu w wymiarze ekonomicznym i społecznym. Oczywiście, jesteśmy też – na szczęście – wewnętrznie zróżnicowani, mamy tę podstawową matrycę zróżnicowań kulturowych: myślenie wschodnie i zachodnie, gen postchłopski i postinteligencki.
Trzecie uproszczenie prof. Szahaja, które utrudnia nam myślenie o przyszłości, to opis rynku. Naukowcy ukierunkowani aksjologicznie, czyli jednak związani emocjonalnie z doktryną lewicową czy socjaldemokratyczną, dyskwalifikują ideę mechanizmu rynkowego, wskazując na zjawiska nadmiernej kumulacji zysków, globalizacji, która wymknęła się spod kontroli, dominacji władzy ekonomicznej (jej wpływu na politykę) i tożsamościowo­‑kulturowej GAFA. To jednak ułatwianie sobie zadania. To zjawisko nowsze niż sama transformacja i kreowane poza państwem narodowym, które było punktem odniesienia debaty ustrojowej w latach 1989‑1991.
Nie jest to ład rynkowy, o którym marzyli jego zwolennicy z początku transformacji. Podstawowym naszym założeniem było istnienie konkurencji, a jeśli by jej brakowało, obowiązkiem państwa było jej przywrócenie lub wprowadzenie korekt regulacyjnych. Bez realnej konkurencji trudno mówić o ładzie rynkowym, jest to sytuacja dominacji i eksploatacji. Ewidentnie są problemy z wykorzystaniem ładu rynkowego do rozwoju w sytuacji zmian klimatycznych, globalizacji, w rzeczywistości cyfrowej rewolucji. Ale te okoliczności 30 lat temu trudno było brać pod uwagę, bo nie istniały, a dzisiaj wykraczają poza kwestię „rynek­‑państwo”. Dotyczą one kwestii „jakie społeczeństwo?”.
Lubię czytać prof. Szahaja, myślę, że wnosi on wiele dobrego do naszej debaty. Ale zidentyfikowanie przez niego obecnego napięcia między liberałami a lewicą nie jest dobrym punktem wyjścia do rozwiązywania problemów, które leżą mu i nam wszystkim na sercu – mieszkalnictwa, służby zdrowia, ekologii i klimatu, utraty podmiotowości w erze cyfrowej.
To, czego dziś naprawdę potrzebujemy to poszerzona tożsamość, czyli wyjście z baniek doktrynalnych, z owego homo separatus ku idei homo integratus. Tak jak w mowie noblowskiej podkreślała Olga Tokarczuk, świat jest jeden i – mimo wewnętrznych zróżnicowań – powinniśmy budować go razem, z pewną dozą wzajemnej „czułości”. Dopóki nie wyjdziemy poza ramy wszelkiego rodzaju „izmów”, będzie nam trudno go ogarnąć intelektualnie (zrozumieć całość) i praktycznie (zmienić na lepsze) – bo to wymaga zaufania i współpracy w ramach różnorodności aksjologicznej.
To, czego dziś naprawdę potrzebujemy to poszerzona tożsamość, czyli wyjście z baniek doktrynalnych, z owego homo separatus ku idei homo integratus. Dopóki nie wyjdziemy poza ramy wszelkiego rodzaju „izmów”, będzie nam trudno ogarnąć świat tak intelektualnie (zrozumieć całość), jak i praktycznie (zmienić na lepsze) – bo to wymaga zaufania i współpracy w ramach różnorodności aksjologicznej.
* https://edgp.gazetaprawna.pl/e-wydanie/57197,14-lutego-2020/70179,Dziennik-Gazeta-Prawna/714118,Liberalizm-lewica-dialog.html

O autorze

Jan Szomburg jest doktorem nauk ekonomicznych, współzałożycielem oraz Prezesem Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, inicjatorem Kongresu Obywatelskiego i Przewodniczącym Rady Programowej Kongresu Obywatelskiego. Promotor publicznej refleksji i debaty nad tożsamością i wspólnotowością Polaków. Współtwórca polskiej myśli transformacyjnej dotyczącej gospodarki. Autor wielu opracowań na temat kulturowych przesłanek i uwarunkowań rozwoju. Wydawca serii wydawniczej „Wolność i Solidarność” (od 2005). W latach 80. zaangażowany w gdańskiej „Solidarności”, w stanie wojennym współpracował z podziemiem. Absolwent Uniwersytetu Gdańskiego.
WYDAWCA

© Copyright 2020, Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową
Jeśli nie chcą już Państwo otrzymywać naszego thinklettera, proszę kliknąć ten odnośnik.
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Liberalna demokracja i jej grabarze

Wczoraj na seminarium IFiS PAN dyskutowano nad referatem prof. Antoniego Kamińskiego, który omówił najnowsze koncepcje na temat liberalnej demokracji i zjawisk wskazywanych jako jej zagrożenia.

A tych nie brakuje, bo zarówno prawicowy autorytarny populizm (zwolennicy tradycyjnych wartości takich jak rodzina, religia czy naród), jak i lewicowy libertariański populizm (działający jak typowe sekty „bojownicy jednej sprawy” – o ekologię, LGBT czy feminizm) mogą okazać się grabarzami tej, uważanej przez wielu za najlepszą, formy ustrojowej. I jeden, i drugi populizm podkopuje bowiem instytucje państwa (jednocześnie domagając się od nich ochrony wyznawanych przez siebie wartości, ich prawnej gwarancji i tępienia przeciwników), a jednocześnie ma negatywny wpływ na postawy obywatelskie (skoro wszystko ma zapewnić właśnie państwo).

Już dawno temu Arnold Gehlen stwierdził, że „Lewiatan” stał się „dojną krową” (mając na myśli powojenne państwa opiekuńcze). W ostatnich paru dekadach widać wyraźnie, że ta „dojna krowa” – dostarczyciel wszystkich dóbr materialnych – ma zarazem być „super nianią”, która nie stawia żadnych wymagań, nie ocenia, a wyłącznie docenia i nie pozwoli na nic, co mogłoby zakłócić błogostan każdego obywatela i zarazem ich wszystkich pospołu. Kiedyś Simmel tak charakteryzował zasady salonowego obycia, tej swoistej „gry w towarzyskość”: „każdy postępuje tak, ‚jak gdyby’ wszyscy byli równi, a zarazem ‚jak gdyby’ każdy był szczególnie ceniony przez pozostałych”, ale dodawał: „jest to oszustwo w tej mierze, w jakiej oszustwem są odstępstwa od rzeczywistości czynione w sferze gry i sztuki”.

Tymczasem takie właśnie oszustwo usiłuje się utrzymać pod nazwą „liberalnej demokracji”, co jednak – jak widać z charakterystyki dwu rodzajów populizmu – może prowadzić tylko do pogrzebania nieżyciowego ideału. Wydaje się jednak, że zarysowany układ dwu sił podkopujących liberalną demokrację nie jest tylko zrządzeniem złego losu (nabrzmiewającego od dawna konfliktu elit i „ludu”, arogancji, a nawet rasizmu kulturowego z jednej strony i poczucia braku reprezentacji i sprawczości po stronie tych drugich, coraz większych nierówności społecznych i dysproporcji w dochodach, czy nawet kumulujących się przeciwieństw między Globalną Północą i Globalnym Południem).

O wiele bardziej zasadniczą przyczyną aktualnego kryzysu liberalnej demokracji wydaje się jej immanentna skaza, „grzech pierworodny” polegający na próbie pogodzenia absolutnych sprzeczności, a mianowicie wolności jednostki oraz idei równości, haseł praw człowieka jako nadrzędnych wobec wszelkiej władzy z postulatem suwerenności ludu, czyli rządów demokratycznych. Wielokrotnie zwracano na to uwagę: C. Schmitt pisał o „głębokiej, nieprzezwyciężalnej sprzeczności między liberalną świadomością jednostki, a demokratyczna jednorodnością” („Teologia polityczna”), J. Habermas nazywał wartości liberalne oraz demokratyczne „elementami heterogenicznymi” („Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej”), I. Wallerstein twierdził, że są to wręcz „biegunowe przeciwieństwa” („Koniec świata jaki znamy”), P. Manent uważał, że są one „nie do pogodzenia” („Intelektualna historia liberalizmu”), a A. Walicki samo określenie nazwał „oksymoronem” („Zniewolony umysł”).

Wszystko więc wskazuje na to, że zwolennicy liberalnej demokracji śnią sen o Królestwie, które na pewno nie jest „z tego świata”. Co nie zmienia faktu, że próby jego realizacji mogą skutkować całkiem realnymi konsekwencjami, bo jak przestrzega A. Appadurai: właśnie „społeczeństwa liberalno-demokratyczne łatwo poddają się wpływowi sił majorytarystycznych i ludobójczej przemocy” („Strach przed mniejszościami”).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Post Post Scriptum

Jeżeli kogoś tylko rozbawiły albo poirytowały cytowane niedawno wypowiedzi min. Gowina, z pewnością nie były to właściwe reakcje, ponieważ każdy powinien się wznieść ponad doraźne emocje i rozpatrzeć tę (i wiele podobnych spraw) w szerszym kontekście.

W gruncie rzeczy krótkowzroczne i małostkowe jest zżymać się na brak wiedzy czy niezręczność wysłowienia u rządzących, ponieważ o wiele groźniejsze byłoby, gdyby władza – poza samą władzą – dysponowała jeszcze wiedzą i bystrością w stopniu ponadprzeciętnym. Przekonuje o tym Simmel, pisząc: „gdyby w ustroju demokratycznym aktualna większość dysponowała jednocześnie wiedzą i siłą, rządy jej byłyby nie mniej tyrańskie niż rządy autokracji. Aby uniknąć takiego rozłamu, potrzebny jest szczególny mechanizm, w wyniku którego najwyższa władza zostaje powierzona tym, którzy posiadają mniejszą znajomość przedmiotu” („Socjologia”).

Dlatego pobłażliwie i z wyrozumiałością należy traktować wszelkie potknięcia i lapsusy rządzących. Są one przecież (jeśli wierzyć Simmlowi) konstytutywną cechą demokracji, a dodatkowo dają nadzieję obywatelom, że jakoś uda im się przechytrzyć także tę władzę, obejść jej zarządzenia i wypracować sposoby radzenia sobie z kolejnym systemem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Post Scriptum

Minister Gowin formułując swój najważniejszy argument przeciw zarzutom RPO
(„takie będą kryteria oceny, ale niech nikt się nimi nie kieruje”) niewątpliwie uzupełnił długą już listę podobnych sformułowań. Znajduje się na niej zdanie przypisywane Dżingis Chanowi, który zdobywając kolejne miasto powiedział do jego mieszkańców: „Musieliście wiele nagrzeszyć, skoro Bóg zesłał na was Dżingis Chana” (Mickiewicz – w wykładach paryskich). Można tu też zaliczyć modlitwę ateisty, cytowaną przez U. Eco: „Boże, błagam cię, daj mi dowód twojego nieistnienia” („Semiologia życia codziennego”) albo rozważania A. Wata: „A może Bóg upatrzył mnie sobie na ateistę?” (wspomnienia). Na tej liście figuruje też zdanie cytowane przez E. Abramowskiego: „Boli mnie ząb, ale ja tego nie czuję” oraz przykłady rozpatrywane przez J. Austina: „Pada deszcz, ale ja w to nie wierzę” czy też: „Takie są moje poglądy, ale się z nimi nie zgadzam”.

Problem tylko w tym, że ta światowa lista dziedzictwa zawiera same paralogizmy, sofizmaty, czy mówiąc wprost – absurdy i nonsensy. Wszystkie one sprawiają, że ci, którzy mają problem z ich zrozumieniem oraz interpretacją muszą zgodzić się z D. Davidsonem, który proponował zupełnie inne potraktowanie ludzkich wypowiedzi: „słowne porozumiewanie się nie jest niczym więcej niż skomplikowanymi zakłóceniami powietrza, które tworzą więzi przyczynowe pomiędzy pozajęzykowymi działaniami ludzi” – pisał w „Esejach o prawdzie, języku i umyśle”.

Jako żywo, definicja Davidsona pasuje doskonale do wypowiedzi polskich polityków i do całej polskiej debaty publicznej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

RPO vs minister Gowin

Chociaż działania ministerstwa nauki od lat budzą kontrowersje i poważne zastrzeżenia, to jednak niedawna reakcja min. Gowina na wystąpienie RPO wydaje się kompletnym kuriozum. >
> http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C80737%2Crpo-apeluje-do-szefa-resortu-nauki-o-przesuniecie-terminu-ewaluacji-uczelni

W odpowiedzi na obiekcje RPO, czy kryteria ewaluacji nie są ogłaszane zbyt późno minister twierdzi, iż chodzi właśnie o to, by nie działały one jako bodźce, bo wówczas determinowałyby zainteresowania i kierunki badań, a trzeba po prostu uprawiać naukę na wysokim poziomie, nie zaś według kryteriów ewaluacji.

Albo więc min. Gowin chce zawstydzić samego Jahwe (który wszak ogłosił 10 przykazań po to, by z ich przestrzegania rozliczać ludzi) i dlatego proponuje innowacyjny system oceny dokonań – co warto by upowszechnić w każdej innej dziedzinie (np. podczas olimpiady sportowcy nie powinni wiedzieć czy będzie brana pod uwagę ich siła i szybkość, czy raczej kolor dresu) – albo też z pełną premedytacją chce przetestować heroizm naukowców, którzy wbrew racjonalnym kalkulacjom i presji bezpośrednich przełożonych powinni uprawiać prawdziwą naukę, a nie zbierać punkty za publikacje.

Gdyby to drugie miało być prawdą, wówczas można mieć nadzieję, że kryteria opracowywane dotąd przez resort już niedługo okażą się tylko elementem perfidnego planu mającego na celu oddzielić – jak na Sądzie Ostatecznym – wszystkich oportunistów, koniunkturalistów i cwaniaków podatnych na korumpowanie ilością punktów (łatwo przeliczalną na finanse) od prawdziwych naukowców wiernych tradycyjnemu ethosowi nauki.

Tak czy siak, pozostaje otwarte jedno pytanie: czy naprawdę są to reguły gry dopuszczalne w państwie prawa i sprawiedliwości?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O wolności myślenia

Skoro wolność słowa – nadużywanego albo choćby źle zrozumianego – jest coraz bardziej ograniczana, a znaczenie mowy ciała, gestu czy nawet grymasu nie zależy już od intencji podmiotu, lecz od interpretacji otoczenia, jedyne, co pozostaje, to wolność myślenia (przynajmniej dopóty, dopóki nie zostanie wynalezione urządzenie służące do skanowania i dekonspirowania myśli).

Co jednak jest warunkiem wolności myślenia? Aby myśleć, trzeba się oddalić od tłumu – mówił Lamartine. Aby stworzyć coś nowego, jednostka powinna uciec od swego społeczeństwa – przekonywał Tarde. Człowiek chcąc należeć do społeczności musi przyjmować postawy innych, ale chcąc myśleć, musi wprowadzać do swego postępowania postawy zewnętrznego świata społecznego, nawet jeśli oznacza to utworzenie społeczności na wyższym poziomie – twierdził Mead.

Gdzie szukać takiej społeczności, która przegłosuje tę, otaczającą nas na co dzień tu i teraz? Norwid lokował ją w przyszłości, bo jeśli „syn minie pismo”, to przynajmniej u wnuka można będzie liczyć na zrozumienie, Bachtin ukuł pojęcie „nad-adresata zapasowego”, a Mead odpowiada: „człowiek może osiągnąć taki punkt, że działa przeciw całemu światu, który go otacza; ale aby tak działać, musi mówić do siebie głosem rozumu”. Jeszcze dokładniejszych wskazówek udziela Znaniecki, gdy pisze o tworzeniu nowych systemów kultury (wiedzy, sztuki, religii). Zawsze odbywa się to „ponad głowami społeczeństwa, niezależnie od związku społecznego – tłumaczy Znaniecki – Dlatego też osobnik może na gruncie swych obiektywnych zainteresowań kulturalnych zupełnie uniezależnić się od swego społecznego środowiska”, bo ktoś wprowadzony w sferę nauki, sztuki czy prawa będzie myślał i działał w tej sferze już nie jako członek określonej grupy społecznej, ale jako podmiot przynależący do tych systemów, jako ich narzędzie czy nawet organ („Wstęp do socjologii”).

Ale wtedy grozi mu to, że w swoim środowisku zyska sobie miano „intelektualnego outsidera” (jak Arnold Gehlen), będzie określany jako „prowokator i filozoficzny giez” (jak John Gray) lub też zasłuży na to, co w demokratycznych Atenach spotkało Sokratesa. Każdy musi wybierać na własną odpowiedzialność.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

I znów o hejcie

Ale tym razem – pod prowokacyjnym tytułem: Czy hejt łączy Polaków? Na ten temat w Sali Okrągłego Stołu zabrali dziś głos paneliści i dyskutanci. Zamiast jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie debata przyniosła kilka nowych sugestii. Na przykład taką (sformułowaną przez red. Jacka Żakowskiego), że być może należałoby rozpatrywać hejt, mowę nienawiści, język pogardy itp. jako realizację pewnego kodu kulturowego, a nie po prostu ekspresję negatywnych odczuć wobec innych.

Wydaje się to słuszną propozycją, jeśli przypomnieć badania prof. Anny Wierzbickiej nad zachowaniami słownymi właściwymi dla różnych kultur. Jej analizy zjawiska „dozen” praktykowanego przez amerykańskich czarnoskórych albo przekleństw typowych dla kultury żydowskiej (jak pisze Wierzbicka: jidisz dysponuje rozwiniętym systemem klątw i złorzeczeń, bo „kultura izraelska zachęca mówiącego do wyjawiania innym ‚złych myśli’, jakie o nich ma” – „Teksty drugie” 5/1992) pokazują, jak błędna byłaby interpretacja dosłowna.

Jeśli więc np. żydowska matka tak reaguje na płacz głodnego dziecka: „Ciągle chcesz jeść. Niech ziemia się otworzy i połknie cię żywcem. Niech cię robaki zjedzą!” albo: „mam nadzieję, że się udusisz, że umrzesz, żeby ktoś cię porwał” – to, jak tłumaczy Wierzbicka z całą pewnością nie jest to przejaw nienawiści, lecz wręcz przeciwnie – „ta matka kocha swoje dziecko i tylko wylewa gorycz, która zebrała się w jej sercu. Ale brzmi to tak, jakby była potworem”.

Być może równie wnikliwej, kulturowej interpretacji wymagają także zachowania słowne zbyt pochopnie kwalifikowane współcześnie jako hejt, mowa nienawiści czy język pogardy. Może to również nie jest to ekspresja negatywnych uczuć, lecz dokładnie odwrotnie?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Zabójcza brukselka

Nie, nie chodzi tym razem o politykę UE, ale o ciekawy fragment w tekście Satoshi Kanazawy (w: Nowe perspektywy teorii socjologicznej, Kraków 2009). Rozważając teorię racjonalnego wyboru w perspektywie psychologii ewolucyjnej Kanazawa zwraca uwagę na fakt, że ewolucyjnie wykształcone preferencje dla potraw słodkich i tłustych są całkiem racjonalne, podobnie jak niechęć dzieci do brukselki i brokułów. Potrawy słodkie i tłuste, a właściwie zawarte w nich składniki takie jak glukoza i kalorie, rozwiązują bowiem adaptacyjne problemy przetrwania i reprodukcji gatunku ludzkiego, podczas gdy jeden ze składników brukselki i brokułów – estr C4H5NS – nie ma takiego znaczenia. To dlatego, gdy ludzie mają np. zbyt niski poziom cukru, to boli ich głowa, czego nikt nie odczuwa przy niedoborze estru C4H5NS.

Jakby tego było mało, Kanazawa przypomina, że wspomniany estr może nawet być toksyczny, zwłaszcza dla dzieci i zwłaszcza, jeśli są nim karmione na siłę i w nadmiarze – czego najwyraźniej nie wiedzą zapobiegliwi rodzice, wmuszający tę zieleninę swoim pociechom.

A więc nie przypadkiem natura wyposażyła mózg człowieka w preferencję dla cukru i tłuszczu i w niechęć do spożywania brukselki i brokułów. „Ta natura jest niegłupia” – jak śpiewali Starsi Panowie. I o tym powinni wiedzieć przynajmniej dietetycy i inni specjaliści od „zdrowego żywienia” wmawiający ludziom, co dla nich jest najlepsze.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Punktacja czasopism i kariery naukowców

W minioną środę w INE PAN dr Piotr Śpiewanowski zaprezentował referat zatytułowany: Arbitraż publikacyjny/wpływ rankingów/punktacji czasopism na kariery naukowców. Analizy zostały oparte głównie na danych brytyjskich i nie potwierdziły, by np. powodzenie publikacyjne zwiększało szansę migracji pracownika do Wielkiej Brytanii (co po brexicie jest jeszcze bardziej zrozumiałe). Nie pojawiła się też kwestia, jaki wpływ na karierę ma brak wysokopunktowanych publikacji. Chociaż akurat to jest dobrze rozpoznane i wyrażone w znanym powiedzeniu: publikuj lub giń.

Co się jednak okazało? Po pierwsze, także w Wielkiej Brytanii stosowane są rankingi czasopism (publiczne, prywatne, branżowe oraz „obiektywne” – wg miar bibliometrycznych), ale stosuje się tam mniej progów (np. 4), podczas gdy w Polsce jest ich kilkanaście. Po drugie, służą one do oceny pracowników, jednostek naukowych i poziomu dydaktyki – ale chyba nie tak rygorystycznie, jak w Polsce, gdzie niewykonanie „normy” skutkuje obcięciem środków. Np. w Finlandii poziom finansowania tylko w 13% zależy od uzyskanej kategoryzacji. Po trzecie, także w Wielkiej Brytanii punktacje są zmieniane dosyć często (nawet rok po roku), ale nie aż tak często jak w Polsce – w lipcu 2019 r. pojawiła się jedna lista czasopism, a już w grudniu tego samego roku kolejna, i oczywiście zawsze działają one wstecz. Istne horrendum prawne! I po czwarte, system brytyjski zakłada ocenę treści publikacji, a nie tylko wskaźnik cytowań, co zresztą przez polskie Ministerstwo Nauki też jest stosowane wybiórczo, bo pisma mające wysoki IF uzyskują tu tyle samo punktów, co te z niskim IF, a w dodatku pisma zagraniczne o ustalonej renomie niekoniecznie są odpowiednio doceniane przez urzędników ministerialnych. Czyli, mówiąc w skrócie, cicer cum caule.

Także w dyskusji nad referatem pojawiły się ciekawe głosy. Np., że systemy ewaluacyjne z diagnostycznych i oceniających (jak sama nazwa wskazuje) mają tendencję do wyradzania się w systemy sterujące, co jest już zjawiskiem niebezpiecznym i korupcjogennym. Albo: że logika założona w polskim systemie ewaluacyjnym zmierza do eliminacji pracowników i ośrodków „mniej wydajnych”, podczas gdy wiadomo (N. Wiener), że aby 5% autorów mogło przejść do historii jako geniusze, niezbędne jest pozostałe 95% ich mniej utalentowanych kolegów, bo nauka to swoisty ekosystem, a nie hodowla olimpijczyków. No i wreszcie to, że polityka resortu wspiera rozwój molekularny, czyli co najwyżej kariery poszczególnych naukowców, którym uda się wtopić w globalne pole akademickie, ale nie uwzględnia faktu, że nauka to przede wszystkim „myślowe style i kolektywy”, jak twierdził Ludwik Fleck. Tak więc obrana przez Ministerstwo Nauki droga nie rokuje, by rodzime pole akademickie mogło rozwijać się pomyślnie, kultywować własne tradycje badawcze i proponować nauce międzynarodowej oryginalne teorie. Za to skazuje polskich badaczy na to, by byli petentami kołaczącymi do drzwi zachodnich redakcji, przez co wyznacza im drogę rozwoju zależnego i imitacyjnego. Czyli dokładnie taką samą, jaką dla polskiej gospodarki i całego społeczeństwa zaplanowano na początku transformacji.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O tzw. obiektywizmie nauk społecznych

Kwestię kojarzoną najczęściej z Weberem, ale przez niego bynajmniej nie rozwiązaną zadowalająco (zwłaszcza jeśli brać pod uwagę nie deklaracje, ale praktykę samego Webera) warto konfrontować z interpretacjami dorobku innych klasycznych autorów. I co z tego wynika?

Koncepcje Durkheima i całej francuskiej szkoły socjologicznej Łukasz Dominiak proponuje rozpatrywać w kategoriach „zsekularyzowanej formy myśli judaistycznej”, a więc „żydowskości” („Partycypacja i dyskurs”, s. 79-80); Horkheimer pytany w jednym z wywiadów o najkrótszą definicję szkoły frankfurckiej odpowiedział: „ukryty judaizm” („Teksty Drugie” 4/2019, s. 25); Habermas sam deklaruje, że motyw przewodni jego teorii działania komunikacyjnego „odwołuje się do tradycji religijnych takich jak mistyka protestancka czy żydowska” (t. I, s. LXXXV); wpływową, choć najczęściej niewłaściwie rozumianą w socjologii koncepcję „świata przeżywanego” Husserla F. Fellmann wiąże z „pojęciem świata wywodzącym się z późnoidealistycznej protestanckiej filozofii kultury i jej systemu Królestwa Bożego” (w: Świat przeżywany, red. Z. Krasnodębski, s. 59); a Michał Warchala w artykule „Efekt Lutra, efekt Webera” („PSL Konteksty 3/2018) twierdzi, że „ukrytym ojcem założycielem socjologii religii czy socjologii w ogóle okazuje się Marcin Luter”. Wystarczy? Chyba tak.

A skoro tak, to można zapytać, na czym powinna być oparta socjologia wywodząca się z Globalnego Południa, np. z Polski? Czy naprawdę wystarczy tu tylko fascynacja socjologią zachodnią i jej układne imitowanie, czy może polska socjologia powinna sobie poszukać innych, własnych fundamentów i na nich budować myślenie o społeczeństwie. I nie wstydzić się tego, nawet gdyby miało się okazać, że te fundamenty to tradycjonalistyczny katolicyzm, prymordialny nacjonalizm i zaściankowa mentalność.

Jak widać, cała nauka zbudowana jest na tradycjonalistycznych, religijnych i obskuranckich podstawach, więc niby w czym prowincjonalność polskiego myślenia miałaby być gorsza od każdego innego prowincjonalizmu, tylko maskowanego umiejętnym kanonizowaniem go na „obiektywizm”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Great Great Britain!

Co postanowili, to zrobili.
Jak naród zdecydował, tak uczynili.
I nie ponawiali głosowania aż do uzyskania innego wyniku.
Zwyciężyła więc demokracja, trzeźwa kalkulacja z pewnością również, a na pewno poczucie dumy, które nie pozwala rezygnować z własnej suwerenności.

Przed laty Margaret Thatcher tak wyraziła się o Tonym Blairze: „jest on zaangażowany w politykę, która będzie prowadziła do stopniowej likwidacji Wielkiej Brytanii jako niepodległego państwa narodowego, a nawet do likwidacji brytyjskiej demokracji. Jest coś bardzo nie w porządku z premierem, którego wolność i niezawisłość jego kraju po prostu w ogóle nie obchodzi” („The Daily Telegraph” 1.VI.2001). Brytyjczycy mając w pamięci słowa jednego premiera o drugim premierze zdecydowali się zatem zawierzyć trzeciemu, gdy tylko nadarzyła się po temu okazja.

O północy 31 stycznia 2020 WB wystąpiła więc z UE realizując tym samym swoją odwieczną zasadę: być z Europą, ale nie w Europie. I co? Wbrew moralnemu oburzeniu politycznych bigotów, którzy byli tak zgorszeni brexitem, jak kiedyś stare ciotki rozwodem w rodzinie, wbrew ortodoksom politycznej poprawności, którzy gotowi powtarzać: „Poza UE nie ma zbawienia”, wbrew wszystkim pozbawionym odwagi i wyobraźni, by tworzyć coś nowego, a nie znosić dyktaturę niewybieralnej biurokracji brukselskiej – świat się nie skończył.

Może należałoby dopisać do polskiego hymnu narodowego kolejną zwrotkę: „dał nam przykład Borys Johnson, jak wychodzić mamy”?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Bibliometria, naukometria czy naukoznawstwo?

Tekst Michała Kokowskiego, referujący w 2015 roku stan debaty nad naukometrią i bibliometrią

http://bazhum.muzhp.pl/media/files/Prace_Komisji_Historii_Nauki_PAU/Prace_Komisji_Historii_Nauki_PAU-r2015-t14/Prace_Komisji_Historii_Nauki_PAU-r2015-t14-s117-134/Prace_Komisji_Historii_Nauki_PAU-r2015-t14-s117-134.pdf

pozostaje nadal aktualny. Wszystkie przywołane tam argumenty, choć znane, wciąż zbyt rzadko pojawiają się w debacie publicznej o kondycji polskiej nauki, a pewnie w ogóle – na posiedzeniach rządu podczas dyskusji nad budżetem. Tymczasem Kokowski jasno pokazuje, że osiągnięcia polskiej nauki są dokładnie proporcjonalne do nakładów, a może nawet sporo lepsze. Nie to jest jednak głównym tematem artykułu, który warto polecić wszystkim naukowcom, zwłaszcza w kontekście zbliżającej się ewaluacji.

Kokowski słusznie przypomina, że starając się o wypracowanie kryteriów ocen polskiej nauki zapomniano o rodzimych osiągnięciach (naukoznawstwo) czerpiąc jedynie z zagranicznych i to nie najlepszych wzorów. Bibliometria jest zbyt topornym narzędziem, niestety, w zespołach takich jak KEJN zawsze brakowało uczonych zaznajomionych z dużo lepszymi metodami. Te lepsze metody wypracowywało przez lata polskie naukoznawstwo, co zaowocowało całym kompleksem podejść, narzędzi i technik badawczych. Dlaczego więc Ministerstwo Nauki z nich nie skorzystało?

Odpowiedź jest tu chyba dokładnie taka sama, jak w przypadku wszystkich innych decyzji odnośnie do całej nauki w Polsce. A te z góry zakładają, że polska nauka jest niczym w porównaniu z zachodnią, a więc należy przede wszystkim wzorować się na jej osiągnięciach, nie zaś sięgać do rodzimych tradycji. Doskonałym przykładem takiej mentalności była polemika, jaką Piotr Sztompka stoczył w 2011 roku na łamach „Contemporary Sociology” z Michaelem Burawoy’em. Profesor Sztompka reprezentujący jakiś peryferyjny uniwersytet, który według różnych rankingów mieści się w czwartej lub piątej setce światowych uczelni, dowodził profesorowi Burawoy’owi (z jednego z najlepszych światowych uniwersytetów), że ten nie ma racji upominając się o docenienie nauki z „globalnego Południa”, jakby to nazwała R. Connell.

Mikromania polskich badaczy, ich zadawnione kompleksy i poczucie niższości dają więc o sobie znać nie tylko w ich opiniach na temat własnej wartości, ale też – o czym przekonuje artykuł Kokowskiego – w przeświadczeniach, że najlepsze systemy oceny nauki wymyślono także na Zachodzie. Z taką mentalnością polska nauka nieprędko wybije się na intelektualną suwerenność. A pierwszym krokiem w tym kierunku mogłoby być zastąpienie bibliometrii naukoznawstwem – i to już przy najbliższej ewaluacji.
Prace_Komisji_Historii_Nauki_PAU-r2015-t14-s117-134.pdf

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Krowa w pasiaku – nowa odsłona nazizmu?

Kilka dni temu europosłanka Sylwia Spurek zamieściła w internecie kontrowersyjną grafikę Jo Frederiks (krowy w pasiakach i z Gwiazdą Dawida), co spotkało się z krytyczną reakcją wielu środowisk, np. Forum Żydów Polskich:

https://www.salon24.pl/u/fzp/1014275,krowa-w-pasiaku-na-fb-sylwii-spurek-symptomem-groznych-przemian-kulturowych

Pani Spurek (nowa twarz polskiej lewicy, doktor praw, feministka, obrończyni praw zwierząt, za to zwolenniczka aborcji, wykładowca teorii gender na polskich uczelniach, a nawet w PAN) broni się cytując noblistę Isaaca Singera, który powiedział: „w swoim zachowaniu wobec zwierząt wszyscy ludzie byli nazistami”. Tego typu niezręcznych wypowiedzi można by cytować wiele (zaledwie cztery lata po zakończeniu wojny Heidegger wyraził się podobnie: „rolnictwo jest obecnie zmotoryzowanym przemysłem żywieniowym, a więc w istocie tym samym co fabrykacja zwłok w komorach gazowych i obozach zagłady”), ale to jeszcze nie powód, by się na nie powoływać. Przykładowo, wybitny polski historyk, Antoni Mączak zachował rezerwę nawet wobec powszechnie przyjętego określenia: Holokaust, tłumacząc to następująco: „nie używam słowa ‚holokaust’ w znaczeniu zagłady Żydów. ‚Całopalenie’ dotyczyło ofiar składanych ze zwierząt; kojarzy mi się to z bydłem lub z religijną ofiarą. Podobnie mówimy ‚hekatomba’. ‚Zagłada’ przez wielkie ‚Z’ brzmi właściwiej” („Latem w Tocznabieli”, s. 48).

U podstaw tego rodzaju myślenia, jakie zaprezentowała Sylwia Spurek, leży tzw. ekologia głęboka wyrażająca się w radykalnym nonantropocentryzmie, którego prekursorem był niewątpliwie Heidegger (vide książka M. Hoły- Łuczaj), a którego teoretyczne założenia najskuteczniej jak do tej pory realizowali naziści. Byli oni bowiem zagorzałymi zwolennikami ochrony środowiska (dbali o jego czystość eliminując np. niecierpka alpejskiego, jako gatunek „azjatycki”, z taką samą zaciekłością, jak eksterminowali poszczególne nacje) i zabiegali o dobrostan zwierząt (w październiku 1939 roku, kiedy już zbombardowali polskie miasta zabijając tysiące cywilów, w tym kobiet i dzieci, wydali zarządzenie zabraniające wiązania łapek kurom na targu – „bo to przysparza im cierpień”!)

Najwyraźniej dzisiejsi obrońcy środowiska, ekologowie (a raczej ekologiści) i wszyscy ci, którzy upominają się o prawa zwierząt, powielają takie właśnie myślenie, choć powinni wiedzieć, dokąd to może zaprowadzić.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Przypadek prof. Budzyńskiej

Przypadek prof. Ewy Budzyńskiej z Uniwersytetu Śląskiego nie jest wcale odosobniony. Podobnych można wskazać dużo więcej, a i tak są to tylko te oficjalnie zgłoszone bądź nagłośnione przez media. We wszystkich jednak dochodzi do nieuprawnionego, jak się wydaje, interpretowania „wolności akademickiej” jako „prawa do głoszenia własnych poglądów”. Katedra uniwersytecka nie jest bowiem miejscem do ekspresji lirycznych profesora, tak jak w sali sądowej nikt nie oczekuje, by sędzia wyjawiał swoje prywatne opinie. Sędzia, jak to ujął Monteskiusz, to „jedynie usta, które wygłaszają brzmienie praw”. Podobnie profesor – ma prezentować stan wiedzy na dany temat, porównywać istniejące koncepcje, dokonywać ich analizy i (jeśli już bardzo musi) to dzielić się swoimi prywatnymi opiniami na gruncie towarzyskim lub w mediach. Zaznaczając wszelako, że to jego własne poglądy, przekonania itp.

Jak się wydaje, ani prof. Budzyńska, ani wcześniej prof. Nalaskowski nie prezentowali podczas wykładów lirycznych wynurzeń, a tylko realizowali materiał zgłoszony w sylabusie, a ten materiał musiał być oparty na konkretnych lekturach – też wymienionych w sylabusie, a to z kolei zostało zatwierdzone przez odpowiednie komisje dydaktyczne itd. W czym zatem rzecz?

Okazuje się, i znów przypadek prof. Budzyńskiej nie jest tu niestety jakimś wyjątkiem, że studenci (ale także koledzy-naukowcy, nie mówiąc już o postronnej publice) mogą poczuć się dotknięci do żywego samą treścią zawartą w istniejących publikacjach, dostępnych opracowaniach, w tekstach, które nie są (póki co!) na jakimś indeksie ani też nie ukazały się w podziemnym, nielegalnym obiegu. Wprost przeciwnie – widać je na wystawach księgarń, zapełniają półki bibliotek, zaliczane są do podstawowych lektur z danej dziedziny – jednym słowem, to klasyka danego gatunku.

Jeśli zatem komuś nie podoba się, że kultura chrześcijańska tak a nie inaczej definiuje rodzinę, dziecko czy normę seksualną, jeżeli ktoś inny doszukuje się osobistej obrazy w stwierdzeniu faktu, że współczesna UE jest „niemiecka”, jak to opisał np. U. Beck, a jeszcze ktoś inny (jak np. niedouczony dziennikarz) nie potrafi zaakceptować, że międzynarodowa encyklopedia zawiera hasło „ekologizm”, „ekoterroryzm” albo „ekofaszyzm”- to sprawa wygląda już dużo gorzej. Nie są to bowiem czyjeś „poglądy” będące nie w smak komuś o innych poglądach, ale fakty naukowe, historyczne bądź kulturowe, którym nie ma sensu zaprzeczać. Traktowanie ich tak, jakby sam fakt ich istnienia, a choćby wspomnienie o tym oczywistym fakcie, że przecież istnieją – miał urągać czemuś lub komuś to jakaś aberracja. Myśleć w ten sposób może albo osoba niedojrzała psychicznie, albo zaczadzona ideologicznie. Od osób zajmujących się nauką, a więc od studentów, kadry naukowej, a nawet od rektorów uniwersytetów oczekuje się czegoś innego.

Przypadek prof. Budzyńskiej pokazuje jeszcze jedno: że nie wszystkie polskie środowiska akademickie jednakowo nadążają za „poprawnością polityczną” obowiązującą na Zachodzie już od dawna. Ale chyba już niedługo także w Polsce można będzie przeczytać, że „równanie E=mc2 to równanie seksistowskie”, a fizyka ciała stałego jest maskulinistyczna, jak twierdzi wybitna naukowczyni i feministka, L. Irigaray. A wtedy także przedstawiciele tych nauk nie będą mogli być spokojni, czy po którymś wykładzie studentki lub koleżanki po fachu nie doniosą na nich do rzecznika dyscyplinarnego. Szaleństwo ma to do siebie, że się udziela.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Historia wg Putina, czyli wolność akademicka i jej cena polityczna

Wśród oskarżeń, jakich ostatnio Prezydent Putin nie szczędzi Polsce, wybrzmiewa też wątek polskiego antysemityzmu, faszyzmu i współpracy z nazistami. Putin zapewnia, że ma dokumenty i materiały potwierdzające te tezy i chętnie je udostępni całemu światu. Rodzi się więc pytanie, czym dysponuje strona polska, aby odpierać tego rodzaju zarzuty.

Okazuje się, że (poza coraz bardziej emocjonalną retoryką przywódców) ma niewiele, a ściśle rzecz biorąc – dysponuje tym samym. Przecież od dawna znane są wyniki badań nad Zagładą z upodobaniem powtarzane przez media: „Polacy nic nie robili, by ratować Żydów”, „Polacy zamordowali więcej Żydów niż Niemcy”, a szczególnie: „na wsi polskiej wymordowano więcej Żydów niż w obozach koncentracyjnych”. Tego rodzaju twierdzenia znajdują zresztą wsparcie w licznych środowiskach naukowych – wszystko w imię solidarności, swobody badań i wolności akademickiej.

Skoro zatem można odnieść wrażenie, że głosy polskich naukowców pokrywają się z opiniami Putina (i już nieważne, czy – aby użyć języka dziennikarskiego – to Putin mówi tym samym językiem, co oni, czy też odwrotnie), warto byłoby rozważyć dwie kwestie: po pierwsze – jak to możliwe, że wyniki „poważnych badań naukowych” brzmią tak samo jak „kłamliwe insynuacje Putina” i po drugie – jakie mogą być polityczne konsekwencje takiej niefortunnej zbieżności zdań. Umiejętność szacowania ryzyka i odpowiedzialność za słowo wcale nie kłócą się z wolnością akademicką.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ekologizm i inne -izmy

Wbrew temu, co się powszechnie mówi i wbrew temu, co powtórzył w swoim aroganckim i zarazem pełnym ignorancji felietonie Jacek Dehnel „Zagrożenia chrześcijanizmu” („Polityka” 3/2020) istnieje ekologizm, tak samo jak można mówić o genderyzmie (jako ideologii) oraz o ideologii LGBT itd. Co mianowicie sprawia, że zespół przekonań, a nawet wiedzy naukowej czy rozwiązań technologicznych staje się ideologią? Jak tłumaczył w książce „Świadomość i historia” Stanisław Rainko „ideologia jest systemem poglądów odniesionym do określonego podmiotu zbiorowego – grupy lub klasy – i pełniącym ze względu na ów podmiot funkcje”: np. ekspresji doświadczeń lub projektowania działań. „Żadna treść świadomości i żaden fragment wiedzy nie są same z siebie ideologią – dodawał Rainko – Ideologią stają się dopiero przez akt odniesienia do podmiotu zbiorowego i uczestnictwa w strukturze jego interesów”.

Ta definicja wydaje się słuszna i aktualna także dziś, ponieważ zawiera kryteria formalne, dające się wypełnić dowolną treścią, niekoniecznie marksistowską. Dlatego można używać określenia „ekologizm”, co się zresztą w tekstach naukowych powszechnie czyni (W. Tyburski – Wobec dwóch paradygmatów: antropocentryzm a ekologizm”, w: „Sztuka i filozofia” 12/1996, Z. Piątek – Ekologia a ekologizm, w: „Kwartalnik filozoficzny” 2/1997) oraz „fundamentalistyczny ekologizm” (Z. Jaworski – Może nie zniszczymy cywilizacji, w: Res Humanae, 1-2/2004) a nawet „ekofaszyzm” (hasło M.E. Zimmermana w The Encyclopedia of Religion and Nature) i „ekoterroryzm” (E. Posłuszna i J. Posłuszny – Prawdziwe dzieci matki-ziemi. Szkic wprowadzający w zagadnienie ekoterroryzmu, w: „Kultura i Społeczeństwo” 4/2003) itd. Każdy zajmujący się tym tematem powinien też znać hasło Naomi Klein: „nie ma szczerego ekologizmu bez mądrego antykapitalizmu” (w: Kapitalizm kontra klimat), tak jak każdy powinien wiedzieć, że Ernst Haeckel, na którego powołuje się Jacek Dehnel, był – owszem – prekursorem ekologii, ale też higieny rasowej, a jego myśli stanowiły inspirację dla nazistów, więc może i termin „ekonazizm” nie byłby tak całkiem bezpodstawny?

Jako absolwent międzywydziałowych studiów humanistycznych i aktywny zawodowo intelektualista Jacek Dehnel powinien coś o tym wiedzieć, zwłaszcza jeśli ośmiela się coś na ten temat pisać. Ale najwidoczniej nie wie i w swojej aroganckiej ignorancji przypuszcza ostry atak zwłaszcza na „stadko biskupów” i abp Jędraszewskiego – profesorów teologii – im zarzucając nieuctwo i słabość intelektualną, którą jakoby maskują „sieczką z nowomowy”, „zaklęciami z teologii tegoiśmego” oraz bełkotem w rodzaju „ekologizmu”, „ideologii gender” i „ideologii LGBT”.

Pan Jacek Dehnel najwyraźniej nie jest też na bieżąco z literaturą wybitnych filozofów współczesnych, takich jak np. Jurgen Habermas, który w książce „Między naturalizmem a religią” protestuje przeciw „niesprawiedliwemu wykluczeniu religii ze sfery publicznej” i przekonuje, że państwo liberalne jest zainteresowane dopuszczeniem do głosu religii w polityce i sferze publicznej. A jest tak dlatego, że po pierwsze – na tym polega demokracja liberalna, a po drugie – że religie są (jak tego dowodził Hegel) częścią samego rozumu, więc nie zawadzi posłuchać, co mają do powiedzenia. „Zsekularyzowani członkowie społeczeństwa nie mogą odmawiać potencjału prawdziwościowego religijnym obrazom świata ani odmawiać wierzącym prawa do wyrażania w języku religijnym swego zdania w publicznych dyskusjach” (s. 101).

Teksty takie, jak felieton Jacka Dehnela w ostatniej „Polityce” są więc kompromitujące dla autora, dla redakcji i dla tych wszystkich czytelników, którzy odbędą taką lekturę bezkrytycznie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

A gdzie profesorskie togi?

Środowisku sędziów, choć niezbyt licznemu, nie sposób odmówić pomysłowości i konsekwencji w sprzeciwianiu się reformom sądownictwa forsowanym przez rząd. Jak tłumaczy to mecenas Dubois, są to przecież ludzie mądrzy i wykształceni, którzy dobrze wiedzą, na czym polega bycie sędzią. Co prawda, zdarzają się wśród nich zdrajcy i reżimowi kolaboranci, ale zostali oni odpowiednio naznaczeni i zmarginalizowani.

Patrząc na dzisiejszy „marsz tysiąca tóg” można jednak zadać pytanie, dlaczego w podobny sposób na forsowane przez rząd reformy nauki i szkolnictwa wyższego nie reaguje środowisko naukowe, a zwłaszcza jego „najwyższa kasta”, czyli profesorowie belwederscy. Jest ich w przybliżeniu tylu, ilu sędziów, są tak samo mądrzy i wykształceni i również oni dobrze wiedzą, na czym polega bycie profesjonalistą w ich zawodzie. No i także oni mogą zakładać togi! Mimo to reformowanie nauki przebiega bez poważniejszych zakłóceń.

W dodatku rozpoczęte przez min. Kudrycką i bynajmniej nie odcięte żadną „grubą kreską” przez min. Gowina reformy trwają w najlepsze dzięki wytężonej pracy samych naukowców (w tym władz jednostek akademickich i wielu profesorów o znanych nazwiskach i cenionym dorobku). Ale im jakoś nikt nie zarzuca zdrady wspólnych interesów i sprzeniewierzenia się ethosowi zawodu, nie są oskarżani o kolaborację z reżimem ani piętnowani w niepublicznych mediach, nie spotykają się też z groźbami zemsty do któregoś tam pokolenia. Wprost przeciwnie – obiektem nagonki stają się przeciwnicy reform, w dodatku wyśmiewani jako miernoty naukowe nie notowane w odpowiednich bazach i z mizernymi indeksami cytowań.

A przecież, nawet jeśli uznać słuszność ogólnych postulatów „umiędzynarodowienia nauki” – sztandarowego hasła prowadzonych reform – to już dużo trudniej zaakceptować konkretne rozwiązania mające prowadzić w tym kierunku (np. prześladowanie humanistów za to, że używają w swoich publikacjach języka ojczystego, kompletnie absurdalne i ciągle zmieniane punktacje czasopism i wydawnictw, konieczność „wypełniania slotów” – najlepiej artykuł za tyle a tyle punktów i nie za dużo monografii, co zmienia instytucje naukowe w odpowiednik fabryki, gdzie trzeba wyprodukować określoną ilość śrubek i gwoździ, czy wreszcie zapowiadane konsekwencje parametryzacji i ewaluacji, które obmyślono zgodnie z logiką obozów pracy: kto nie wykona normy, temu zostaną obcięte racje żywnościowe).

Wszystko to razem sprawia wrażenie realizacji jakiegoś koszmarnego snu biurokraty i wręcz urąga inteligencji tych, którzy w swoich obowiązkach zawodowych mają wszak „brak posłuszeństwa w myśleniu”. Niestety, szacowna profesura, nawet jeśli coś tam sobie myśli na temat aplikowanych nauce reform, to jednak przezornie powstrzymuje się od działania i póki co nie zdobyła się na jakikolwiek gest porównywalny ze spektakularnymi akcjami środowiska sędziowskiego. Co musiałoby się stać, aby na ulice Warszawy wyszły togi profesorskie?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Polska: między Iranem a USA

Nie tak dawno, kiedy dyskutowano nad możliwością przyjęcia w Polsce kilku tysięcy imigrantów, jednym z argumentów było, że powinniśmy, bo przecież w czasie II wojny światowej wiele tysięcy Polaków skorzystało z gościnności Iranu, gdzie otoczono ich serdeczną i troskliwą opieką.

Teraz, gdy stosunki między Iranem i USA bardzo się zaostrzyły, nikt nie ma wątpliwości, komu Polska jest winna lojalność, a więc nie wspomina się o tamtej pomocy Irańczyków.

Podobnie, jak nie wspomina się o tym, że w Jałcie to Amerykanie wydali Polskę w ręce Stalina.

Ot, polityka.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rewolucyjne skutki czytania

Książka Rogera Chartier „Czy książki wywołują rewolucje?” (2019) poddaje rewizji przekonanie, iż to książki zawierające wywrotowe idee oświecenia doprowadziły do Wielkiej Rewolucji Francuskiej i pokazuje, że zdecydowała o tym nie treść tych książek, lecz sposób ich lektury: już nie głośny, lecz cichy i nie intensywny (skupianie się na kilku wybranych pozycjach i ich studiowanie) ale ekstensywny (polegający na chaotycznym i pośpiesznym czytaniu wielu różnych tekstów wydawanych w nowy sposób).

Tak więc to nie rewolucyjne treści, odkrywcze myśli filozoficzne czy obrazoburcze idee doprowadziły do rewolucji, ale raczej cechy ich materialnego nośnika, jakim jest książka. Ta zaś w XVIII wieku była przedrukowywana w masowych, tandetnych wydaniach i zawierała nowe rozstrzygnięcia typograficzne i to one przesądziły o nowych – ludowych, popularnych sposobach lektury. Wszyscy czytali te same teksty – arystokracja i plebs – ale ich wzajemne i wielorakie znaczenia powstawały w ramach skrajnie różnych sposobów ich użytkowania – pisze Chartier. Adaptacja tekstu, jego mniejszy format, nowy podział na krótsze rozdziały, ilustrowanie i dodatkowe informacje ułatwiające czytelnikowi orientację w fabule – wszystko to wykształciło nowe praktyki lekturowe, a te doprowadziły do wybuchu rewolucji.

Roger Chartier, podważając swoimi ustaleniami megalomańskie przeświadczenia wszystkich myślicieli i intelektualistów, stawia zarazem pytanie o możliwe skutki lektury tekstu elektronicznego – z ekranu własnego komputera. Skoro osiemnastowieczne wydania zrodziły lekturę wyzwoloną z wszelkich kanonów interpretacji i podatną na wpływy sytuacji życiowej nowych czytelników, to czego można się spodziewać po tekście elektronicznym z jego niematerialnością, brakiem spójności wymuszonej okładkami książki, zdolnością do podziału na dowolne fragmenty, które można dowolnie zestawiać, porównywać i łączyć?

Umberto Eco pisząc swoją pracę „Od drzewa do labiryntu” starał się określić strukturę wiedzy zależną od sposobu jej prezentacji. Logicznej strukturze drzewa przeciwstawiał więc strukturę labiryntu, przy czym omawiał trzy jego modele (klasyczny, czyli jednokierunkowy, manierystyczny – z wyborami alternatywnymi oraz sieciowy, gdzie każdy punkt może być połączony z dowolnym innym punktem). Wydaje się, że internet stwarza możliwość takiej właśnie lektury wg schematu labiryntu sieciowego: każda myśl, idea, opinia daje się zestawiać z inną, nie ma już bowiem kanonu paradygmatów, sposobów prowadzenia wnioskowania ani schematów interpretacji. Anything goes!

Tylko do czego to doprowadzi?

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Z kalendarza studenta USB

Kalendarz na rok 1936 studenta USB, czyli Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, był jednocześnie kalendarzem dla wyznawców religii mojżeszowej (wg której był to rok 5696), a także zawierał zestawienie świąt wg kalendarza grecko-katolickiego. Nowy Rok przypadał zaś – tak jak w bieżącym, 2020 roku – na środę. Niemal każdy dzień tygodnia opatrzony został jakąś notatką, co pokazuje, jak ożywione życie studenckie i towarzyskie prowadzono wówczas w Wilnie:

– 14 stycznia – godz. 19.00 – proseminarium prof. Sukiennickiego, 20.00 – operetka „Rose Marie”

– 17 stycznia – godz. 20.00 – Teatr Wielki – „Mieszczanin szlachcicem”

– 19 stycznia (niedziela) – godz. 16.30 – wieczór inauguracyjny ku czci Ibsena (sala śniadaniowa)

– 20 stycznia – godz. 20.00 – teatr – „Szczęśliwe małżeństwo”

– 21 stycznia – godz. 20.24 – wyjechała Giga, ostatni list z drogi …

– 24 stycznia – pierwszy strajk ogólnoakademicki

– 25 stycznia – złożyć podanie o obiady ulgowe do „Bratniaka”

– 26 stycznia – zebranie KM „Odrodzenie” o 4 p.p., referat z przezroczami

– 30 stycznia – Teatr Wielki – „Arleta”

– 31 stycznia – o 13.00 mam zgłosić się w Referacie Spraw Młodzieży, o 19.00 referat Matuszewskiego

– 1 lutego – zadzwonić do P. Kurczyca, tel. 19.07

– 3 lutego – wiec socjalistyczny w sali Śniadeckich o 16.30, o 18.00 muszę być u P. Kurczyca

– 4 lutego – operetka „Lutnia”

– 6 lutego – odczyt Dembińskiego pt. „Faszyzm”; napisałem list do Krysi M.

– 9 lutego – walne zebranie KM o 11.00 w lokalu własnym

– 10 lutego – wysłałem list do Stefana, otrzymałem list od Krysi

– 11 lutego – napisać odpowiedzi na 5 pytań prof. Sukiennickiego

– 13 lutego – Konkurs Krasomówczy Prawników – operetka „Bajadera” godz. 20.15

– 17 lutego – zebranie KM, zarząd o 19.30

– 18 lutego – zebranie sprawozdawcze Koła Prawników

– 25 lutego – podpisałem zobowiązanie na 121 zł 50 gr płatne w pięć lat po skończeniu studiów („Wojewódzki Komitet Towarzystwa Przyjaźni Akademik”)

– 26 lutego – wyjść na stację spotkać Lolka, 22.40

– 28 lutego – Teatr Wielki – „Kiedy kobieta kłamie?”

– 15 marca – Wieczór Moniuszkowski, sala Śniadeckich

– 8 kwietnia – zamówiłem fryzjera na 11.00

– 9 kwietnia – pójść do adw. Engla w sprawie kasacji

– 10 kwietnia – być w KM na 18.00, sprawa nagła

– 11 kwietnia – skończyłem pisać tłumaczenie seminaryjne pt. „Czysta teoria prawa i pojęcie prawa społecznego”

– 27 kwietnia – seminarium prawne prof. Ehrenkreutza, godz. 18.00

– 31 maja – wycieczka do Karaciszek i na jeziora trockie, godz. 7.30

– 15 czerwca – złożyłem egzamin z prawa z poprawką u prof. Ehrenkreutza

– 16 czerwca – wyjazd do Druskiennik
…….
– 11 października – pierwszy śnieg!!

– 13 października – nadzwyczajne zebranie KM

– 15 października – krawiec, godz. 9.45

– 16 października – krawiec, przymiarka, godz. 9.45

– 29 października – seminarium 16.30-18.00, 20.15 – teatr – „Ludzie na krze”

– 5 listopada – Jurkowi 12 zł (zwróciłem)

– 10 listopada – godz. 10.00 – Msza Św. za duszę Ś.P. Wacławskiego

– 11 listopada – opera „Straszny dwór” godz. 20.00

– 14 listopada – godz. 15.30 – wiec w Domu Akademickim, godz. 19.00 – początek okupacji Domu Akademickiego

– 15 listopada – Pierwszy dzień okupacji

– 16 listopada – Drugi dzień okupacji

– 17 listopada – Trzeci dzień okupacji, godz. 23.00 – uchwalono rozpoczęcie głodówki

– 18 listopada – Czwarty dzień okupacji i pierwszy dzień głodówki

– 19 listopada – Piąty dzień okupacji i drugi dzień głodówki

– 20 listopada – dalszy ciąg okupacji i głodówki

– 21 listopada – zupełna głodówka! Nic prócz szklanki wody

– 22 listopada – dalszy ciąg blokady i głodówki. Osłabienie, godz. 9.00 – Msza Św., godz. 15.00 – manifestacja (5 tys.)

– 23 listopada – Koniec blokady!! Zwyciężyliśmy!!! Msza Św. o godz. 11.00

– 6 grudnia – zamówiłem słownik wyrazów obcych Arcta u kol. Piotrowskiego za 15 zł płatnych od stycznia 1937

– 8 grudnia – pożyczyłem Jurkowi Dubielowi 10 zł, zwrotne po Świętach

– 14 grudnia (niedziela) – Msza Św. a potem zebranie AKM, o 15.30 mam być u Steni.

Ciekawe, czy za kolejne 80-90 lat ktoś będzie przeglądał zapiski w kalendarzu z roku 2020? I co z nich wyczyta?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Być przeciw, a nawet za

Jak wiadomo, pewien Klasyk oryginalnych powiedzonek był kiedyś „za, a nawet przeciw”. Okazuje się jednak, że można też zupełnie odwrotnie.

Nieustająca dyskusja o ekologii/ekologizmie wyłoniła oto szczególną grupę osób, które chociaż generalnie przeciw Kościołowi, a zwłaszcza jego autorytarnej i hierarchicznej strukturze, to jednocześnie w wielu kwestiach za najwyższą wyrocznię uznają słowa Papieża i nie mieści im się w głowach, że jakiś biskup może mieć inne niż Papież zdanie i nie być za to ścigany (najlepiej przez inkwizycję). Te same osoby i środowiska, chociaż są przeciwko zakazowi aborcji i za nic mają argumenty o konieczności ochrony dzieci nienarodzonych, potrafią głośno upominać się o los przyszłych pokoleń, a więc dzieci jeszcze nawet nie poczętych (co wszakże nie wyklucza nawoływań do zaprzestania prokreacji – w imię dobrostanu planety Ziemia). Ten sam brak konsekwencji, a może elementarnej logiki myślenia, pozwala im zamykać usta wszystkim oponentom i wysyłać ich „do diabła” (swoją drogą ciekawe, że ateiście łatwiej uwierzyć w istnienie diabła niż Pana Boga), a zarazem opowiadać się za tolerancją, wolnością słowa i zakazem mowy nienawiści…

Jak to się wszystko ze sobą rymuje? – pytał w takich razach Aleksander Świętochowski. A gdyby dziś poszukać odpowiedzi na to pytanie?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Łapówki duże i małe

Jakieś 30 lat temu pacjent czuł się zobowiązany okazać „wdzięczność” lekarzowi, wręczając mu kopertę z przyjętą zwyczajowo stawką (np. operacja prostaty w stołecznym szpitalu „kosztowała” 8-12 tys.) Dziś lekarze potanieli albo też pacjenci nie poczuwają się aż tak do wdzięczności, bo – jak wynika z ostatnich doniesień medialnych – to, co przekazują w kopercie, jest zaledwie ułamkiem wcześniejszej kwoty. Ale słowa potępienia, z jakimi ta „transakcja” się spotyka, są porównywalne z tymi, jakie padały wówczas. Jest bowiem – co wszyscy podkreślają – nieakceptowalne, by lekarz czerpał korzyści majątkowe za to, co pacjentowi i tak się należy: za przyjęcie do szpitala, za wykonanie zabiegu, za pooperacyjną opiekę medyczną itd.

Z drugiej jednak strony obecnie dużo częściej niż kiedyś ogłasza się w mediach zbiórki na rzecz chorych wymagających operacji, której koszty idą zazwyczaj w miliony złotych. I co? I nic. Najwyraźniej wszyscy pogodzili się już z tym, że państwowy system opieki zdrowotnej może czerpać dodatkowe (poza składkami ubezpieczonych) korzyści finansowe za to, co pacjentowi powinno się należeć…

Do sum, jakie udaje się zebrać w ramach ogólnospołecznych zbiórek nijak się ma przeciętna zawartość koperty wręczanej lekarzowi. Dlaczego więc jedno jest oficjalne i akceptowalne, a drugie pokątne i naganne?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Czułość siepacza

Herodot, uważany za ojca historiografii, nie ma jednak całkiem czystej kartoteki. A to Plutarch w jednym ze swoich tekstów zarzuca mu „złośliwość i przewrotność”, a to współcześni historycy kwestionują podawane przez niego dane (np. że Kserkses prowadził ze sobą na Grecję 10 mln ludzi, podczas gdy musiało ich być – wg dzisiejszych ustaleń – dużo mniej). Jeśli jednak przeglądać jego „Dzieje” bezinteresownie i po amatorsku, trudno oprzeć się czysto ludzkim odczuciom podziwu, zainteresowania i wzruszenia wobec historii, które opowiada. Przy czym nie są to tylko historie, które można nazwać „wielkimi narracjami”, ale też anegdoty, o których profesjonalny dziejopis nie musi pamiętać, ale dla zwykłego człowieka właśnie te pozostają w pamięci, jako wspaniałe, wzruszające i zarazem zastanawiające sceny.

Jedną z nich jest opowieść o Labdzie i jej dziecku, które wyszło cało z rąk nasłanych na nie siepaczy. Herodot relacjonuje to tak: „Skoro więc tylko Labda powiła dziecię, wysłano do jej domu 10 ludzi, aby je zabili. Ci weszli do mieszkania i zażądali dziecięcia. A Labda, która przypuszczała, iż żądają dziecka z przyjaźni dla ojca, przyniosła je i oddała do rąk jednemu z mężczyzn. Oni zaś po drodze tak się umówili, żeby pierwszy, który dostanie dziecię, cisnął je o ziemię. Lecz kiedy Labda przyniosła i podała dziecię, uśmiechnęło się ono do tego, który je wziął. A gdy on to zauważył, zdjęła go litość, tak że nie mógł go zabić, tylko oddał je drugiemu, a ten trzeciemu, i w ten sposób przeszło ono przez ręce wszystkich dziesięciu, oddawane jednemu przez drugiego, bo żaden nie chciał go zgładzić. Oddali więc z powrotem dziecko matce i wyszli. Ale znalazłszy się za drzwiami poczęli jeden drugiego łajać i obwiniać, a zwłaszcza tego, który pierwszy wziął dziecko na ręce, że nie postąpił wedle umowy. Wreszcie po jakimś czasie postanowili znów wejść i wszyscy razem mordu dokonać. Ale Labda stojąc przy drzwiach, wszystko słyszała. Zdjęła więc ją trwoga, że otrzymawszy po raz drugi dziecko, zabiją je. Wzięła tedy je i schowała w najbardziej skrytym, jak sądziła, miejscu, mianowicie w skrzyni. Ci zaś, kiedy przyszli, szukali, a skoro dziecka nie było, postanowili odejść i powiedzieć tym, co ich wysłali, że zrobili wszystko według zalecenia. Wrócili więc i tak powiedzieli”.

Tyle Herodot. A czytelnik nie może otrząsnąć się ze zdumienia, że dziesięciu siepaczy nie było w stanie wypełnić rozkazu i zabić dziecka – bo ono się uśmiechnęło do nich! I trudno mu też uwierzyć, że tych samych dziesięciu siepaczy tak przeszukiwało dom Labdy, by za wszelką cenę nie znaleźć dziecka ukrytego – w skrzyni! Nawet jeśli Herodot faktycznie pozwalał sobie na złośliwość i przewrotność, nawet jeśli przeszacował ciżbę ciągnącą wraz z Kserksesem na Grecję, to w takiej opowieści jak ta – o Labdzie i jej dziecku – mówi coś bardzo ważnego i prawdziwego.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Altmetric zamiast Hirscha?

Na blogu:
https://nicprostszego.wordpress.com

można znaleźć informację, że naukowcy nie są wcale skazani na indeks Hirscha, mierzący ich „cytowalność”. Istnieje bowiem dużo lepszy wskaźnik alternatywny, który bierze pod uwagę także znaczenie społeczne tekstu (czy jest interesujący dla szerszej publiczności, czy stanowi punkt odniesienia dla haseł encyklopedycznych, czy jest wykorzystywany przez agencje rządowe opracowujące nowe regulacje itp.)

Oczywiście, „cytowalność” to kiepska miara naukowego znaczenia pracy, ale czy „znaczenie społeczne” nie budzi również poważnych wątpliwości? Przecież niewątpliwie ogromne, choć tragiczne, znaczenie społeczne było udziałem takich (może nie ściśle naukowych, ale odwołujących się do naukowych argumentów) prac jak „Mein Kampf” czy „Krótki kurs historii WKP (b)” – ich nakłady szły przecież w miliony egzemplarzy, prace te były i są analizowane i cytowane, na pewno też przyczyniły się do wprowadzenia przez totalitarne rządy szeregu praktycznych regulacji, które kosztowały życie wielu milionów ludzi. Czy zatem autorów tych tekstów i ich idee należałoby stawiać za wzór innym autorom? Czy, gdyby żyli i pracowali naukowo (jak wybitne w swoim czasie autorytety prawa i medycyny – Karl Binding i Alfred Hoche, autorzy pracy o życiu nie wartym życia), zyskiwaliby najwyższe punktacje, a zatrudniające ich instytuty zajmowałyby czołowe miejsca w ministerialnych rankingach?

Tak naprawdę wartość pracy naukowej ocenia sama nauka w swoim „długim trwaniu”, gdyż wyroki ferowane w krótkich odcinkach czasu są często weryfikowane (in plus lub in minus), a w ogóle – chyba nigdy nie można przyjąć, że są to wyroki ostateczne.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Przyszłość Europy

W świetle tego, co zaprezentował na wczorajszym seminarium IFiS PAN prof. Krzysztof Jasiecki i co dodali dyskutanci, przyszłość Europy rysuje się fatalnie. Europa w zastraszającym tempie kurczy się demograficznie (jej ludność z 25% ogółu mieszkańców globu na początku XX w. spadła do ok. 5% obecnie), jej udział w wytwarzaniu światowego PKB maleje, podczas gdy Indii, Brazylii, a zwłaszcza Chin (z 5% do 15%) rośnie, dodatkowo –
nieunikniony już chyba – brexit spowoduje ubytek 15,2% PKB UE, stratę 12,9% jej populacji i zmniejszenie o 20% wydatków na NATO.

Te i wiele innych wymownych danych przywołanych przez prelegenta dobrze ilustruje upadek Europy, ale nie daje odpowiedzi na pytanie o jego przyczyny. Czy chodzi tu o wyczerpanie się obranego modelu rozwoju, czy o popełniane błędy (np. naruszenie spójności społecznej albo przyzwolenie na wielokulturowość i migrację), a może po prostu o zanik dynamiki samych Europejczyków, którzy zarzucili „postawę faustyczną” przypisywaną im jeszcze przez Spenglera, przestali wierzyć w „europejską entelechię” gloryfikowaną przez Husserla, wyzbyli się asertywności i poczucia misjonizmu (najpierw szerzenie chrześcijaństwa, potem wiara w cywilizację i postęp) i w rezultacie doprowadzili krytykę samych siebie do hasła kulminującego w określeniu Rogera Scrutona: „do diabła z nami samymi!”.

Wszystko to daje się wytłumaczyć bodaj tylko „teorią pasjonarną” Lwa Gumilowa, która zakłada, iż dawka energii kosmicznej, jaką zostały „napromieniowane” narody zachodniej Europy jest już na wyczerpaniu, natomiast Rosja – szczęśliwie „napromieniowana” dwa razy – ma jeszcze przed sobą długie lata prosperity.

Nie bez znaczenia jest też zapewne wroga działalność USA – tego światowego mocarstwa, które od początku XX w. z premedytacją starało się (jak to tłumaczy Carl Schmitt w książce „Nomos ziemi”) zdegradować Europę w roli Zachodu i przy każdej okazji osłabiało Stary Kontynent (przez jego „bałkanizację” – polityka prezydenta Wilsona, dzięki której Polska odzyskała w 1918 r. niepodległość, a potem przez „bałkanizacje Bałkanów” – wojny w Jugosławii, zaatakowanej przez siły NATO w latach 90. i jej ostateczne rozbicie).

Jeżeli w takiej perspektywie spojrzeć na Europę – „ten wyrostek robaczkowy kontynentu azjatyckiego” – niepojęte wydaje się nie to, że być może już niedługo upadnie, ale że w ogóle powstała i doszła do takiej potęgi, jaka była kiedyś jej udziałem. Określenie „wyrostek robaczkowy” sugeruje bowiem nie tylko znikomość, ale i – zbędność, co być może potwierdzą najbliższe dziesięciolecia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„How dare you!”

Ta stała fraza panny Grety wciąż robi wrażenie, ale nie takie, jak powinna. Uwagę skupia się bowiem na sile oskarżenia, a nie na jego niestosowności, zwłaszcza co do formy. Przecież w ten sposób może się odzywać osoba starsza do młodszej, znaczniejsza do postawionej niżej, lecz w żadnym razie nie nastoletnia smarkula, nawet jeśli ma ewidentną skłonność do histerii.

Pewien stary szlachcic w rozmowie z Ludwikiem XV powiedział: „spędziłem młodość szanując starców, a teraz na starość sam muszę czcić młokosów”. I wiadomo, co było potem. Odwracanie porządku, stawianie na głowie obowiązującej hierarchii zawsze poprzedzało gwałty i krwawe rewolucje, a wzniecanie konfliktu między wyznaniami, narodami, rasami czy pokoleniami nigdy nie obywało się bez konsekwencji.

Słuchając panny Grety i śledząc najnowsze reklamy w tv (paroletnia córeczka marszcząca groźnie brwi, dopóki ojciec nie wrzuci plastikowej butelki do odpowiedniego pojemnika; gromadka dzieciaków, która zakręca matce wodę, podczas gdy ta zmywa po nich naczynia; zbuntowana nastolatka egzekwująca od chorego ojca spełnienie obietnicy dowiezienia na imprezę) – wszystko to są być może zapowiedzi wydarzeń, w których główną rolę odegrają małoletni. Rówieśnicy tych, pokazywanych w reportażach z Trzeciego Świata bojowników, co to gotowi są swoją maczetą rozpłatać każdego wskazanego im przeciwnika. W roli takiego przeciwnika jest obecnie w Europie obsadzane starsze pokolenie, podczas gdy w młodych umiejętnie podsyca się gniew.

Ciekawe, co będzie dalej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„One blade – do twarzy i do ciała”

Nowa reklama w tv zachwala „one blade – do twarzy i do ciała”, podczas której przystojny młodzian z uśmiechem gładzi swój policzek, a potem opuszcza wzrok niżej i sprawdza zawartość spodenek.

Reklama jak reklama. W sumie – nic nadzwyczajnego. A zwłaszcza reklamowany produkt w żadnym razie nie oryginalny. Każdy, kto w Wilnie podczas okupacji był przenoszony z Łukiszek na Antokol (albo odwrotnie) zapamiętał na całe życie pewnego strażnika w łaźni, któremu należy się tytuł wynalazcy takiego właśnie urządzenia. Ów strażnik tą samą brzytwą golił bowiem najpierw twarz osadzonego, a potem jego … ciało, po czym tak samo traktował następnego. W ten sposób każdy na swej twarzy odnajdywał resztki włosów pochodzących z zupełnie innego miejsca na ciele poprzednika i mógł to samo doznanie przekazać kolejnemu skazańcowi.

Subtelny sadyzm, perwersja czy oryginalny wynalazek, który nie wiedzieć czemu dopiero teraz doczekał się reklamy?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Teoremat Olgierda Łukaszewicza

W dyskusji, czy część środowiska Łódzkiej Szkoły Filmowej ma rację protestując przeciw wizycie i uhonorowaniu Romana Polańskiego, zabrał też głos Olgierd Łukaszewicz. I stwierdził, że „nie chodzi tu o człowieka, który ma dać świadectwo swojej moralności, ale o spotkanie z kimś wyjątkowym”, co byłoby dla wszystkich „wzbogaceniem”.

Jeżeli potraktować tę opinię jako pochodną pewnych nie wyrażanych wprost przekonań, to właśnie dlatego warto te przekonania wyartykułować.

Po pierwsze, Łukaszewicz dopuszcza całkowitą rozdzielność sfery moralnej od artystycznej (gdyby był naukowcem, to pewnie od naukowej itd.)

Po drugie, uważa, że im ktoś ma większe osiągnięcia w danej dziedzinie, tym mniej podlega ocenom moralnym. „Wielkim” wolno zatem więcej, a moralność jest dla całej reszty. Przykładowo, gdyby Polański nakręcił jeszcze kilka świetnych filmów, to należało by mu wybaczyć także zabójstwo ofiar, a gdyby nakręcił takich filmów jeszcze więcej, to nawet fakt torturowania tych ofiar powinien mu ujść na sucho.

Po trzecie, owa „cała reszta”, czyli wszyscy zwykli ludzie, przeciętniacy i maluczcy, są niejako naturalnym „zasobem” do wykorzystania (nie tylko seksualnego, ale też ekonomicznego, może nawet medycznego) przez i/lub w interesie „wielkich”. Do takich ostatecznych wniosków doszli już opisywani przez Coreya Peina w książce „Nowy Dziki Zachód” (UJ 2019) przedstawiciele elity z Doliny Krzemowej i ich sponsorzy z najlepszych na świecie uniwersytetów takich jak Stanford czy Harvard. To tam wykuwa się zręby przyszłości i tam głosi się już otwarcie, że „postęp wymaga przetrzebienia ludzkiego stada i ochrony ‚ras wolno urodzonych'”.

I wszystko to sugeruje Olgierd Łukaszewicz: nie tylko sławny aktor, nawet nie tylko były Prezes ZASP-u (gdzie na długie lata znalazł schronienie niejaki Ryszard A. – wdrażający młodzież w arkana aktorskie i inne), ale także „obywatel UE”, który agituje gdzie może za „wartościami europejskimi”. Tego rodzaju rasistowskie przekonania, jak wśród elit high-tech i naukowych w USA, także w Polsce mają – jak widać – szansę na akceptację. Zwłaszcza w szeregach rodzimej „europejskiej” elity.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Populizm jako narzędzie retorycznego nokautu

Dzisiejsza debata w IFiS PAN poświęcona populizmowi pokazała, że zdaniem przynajmniej części panelistów i dyskutantów populizm wciąż jest traktowany jako spaczona, niedojrzała forma demokracji, bo przecież wiadomo, że aby dobrze funkcjonować demokracja musi być „schładzana” (przez procedury, reprezentacje i deliberacje), a lud zawsze i wszędzie jest taki sam: kieruje się krótkowzrocznym interesem lub emocjami i ma zbyt niski poziom kompetencji, by decydować o ważnych sprawach. Padały więc słowa o tym, że lud „nie rozumie”, „nie ogarnia” i nie potrafi myśleć systemowo, dlatego potrzebuje światłego przewodnictwa elit.

Odosobnione były głosy wskazujące na (przynajmniej potencjalny) wymiar emancypacyjny i korygujący populizmu wobec demokracji. Zwłaszcza tej nadmiernie „schłodzonej” czy zbiurokratyzowanej albo zawłaszczonej przez zawsze skłonną do zdrady elitę. Na szczęście pojawiły się też opinie, że są jednak takie środowiska – jak np. polski lud, czyli polscy rolnicy – którzy potrafią o sprawach wspólnych myśleć zadziwiająco dojrzale i systemowo, chociaż, a może właśnie dlatego, że za punkt wyjścia biorą swoją własną zagrodę.

Wniosek? Biorąc pod uwagę stan świadomości społecznej środowisk naukowych trzeba przyjąć, że jeszcze długo określenie „populizm” pozostanie przede wszystkim poręcznym epitetem, czyli – jak to określił w swojej niedawno wydanej książce „Populizm a sfera publiczna” Piotr Dejneka – poręcznym narzędziem retorycznego nokautu i skutecznym mechanizmem dyskursywnej dyskredytacji. Czy jednak będzie to świadczyło kiepsko o populizmie i o populistach, czy raczej o tych, którzy tylko tak potrafią używać tego określenia?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Porządek myśli, porządek rzeczy

Robiąc zapiski, gromadząc hypomnemata albo prowadząc bloga, w którym zestawia się bieżące wydarzenia z podobnymi z przeszłości, a aktualne komentarze z tymi wygłaszanymi przez uznane autorytety, tylko pozornie chodzi o to, by popisać się erudycją i pokazać że dla każdej sytuacji da się odnaleźć analogię lub trafne określenie. A przynajmniej tak może wydawać się na początku lub przy bardzo powierzchownym tylko osądzie. Tak naprawdę okazuje się coś zupełnie odwrotnego. Oto każda realnie zaistniały fakt miał już swoją zapowiedź w jakimś wcześniejszym stwierdzeniu, każde zjawisko zostało już poprzedzone jakąś uprzednią konfiguracją idei. Tak więc nie tyle zgrabnie sformułowana kiedyś i przez kogoś myśl pasuje do akurat tego zdarzenia, ale raczej to zdarzenie mniej lub bardziej doskonale wpisuje się w istniejącą już formę i przybiera jej kształt, tak jakby porządek myśli poprzedzał porządek rzeczy.

Znany ze skłonności do paradoksu Oskar Wilde ujął tę prawidłowość w słynną maksymę, że oto „życie naśladuje sztukę”. Alasdair MacIntyre w „Dziedzictwie cnoty” twierdził, że intelektualne przepowiednie przeobrażają się w rytuał społeczny i jako przykład podawał historię współczesną: „Dwudziestowieczne życie społeczne okazuje się więc w wielkiej mierze konkretyzacją i dramatyczną inscenizacją wydarzeń intelektualnych składających się na filozofię XVIII stulecia odgrywaną na arenie życia społecznego” (s. 169). A Stanisław Brzozowski pisał w swoich „Pamiętnikach”, że „całe niemal życie człowiek ma myśli, którymi można by się przejąć, gdyby była po temu sytuacja. Trzeba więc szukać dla nich sytuacji, wmawiać w siebie, że się ją ma”. I wtedy porządek rzeczy urzeczywistni porządek myśli, a porządek myśli uprawomocni porządek rzeczy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Złe i dobre przemilczanie

W tym samym czasie, gdy nie zaniedbuje się żadnej sytuacji, by podkreślić, że podczas drugiej wojny światowej zbrodnie popełniali Niemcy, a nie „naziści”, właściwie zaprzestano mówić, że bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki zrzucili Amerykanie. Nawet podczas niedawnej wizyty Papieża Franciszka w Japonii w relacjach i komentarzach nie pojawiła się choćby wzmianka na ten temat. Mówiono tylko o „ofiarach wybuchu bomby”, o „zniszczeniach dokonanych przez bomby atomowe”, o tym, że „bomby zrzucono” lub że „broń atomowa została użyta”.

Ten bezosobowy tryb (tak jakby zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki było zrządzeniem ślepego losu lub katastrofą naturalną) zdaje się sugerować całkowity brak konkretnych wykonawców, a więc brak czyjejkolwiek odpowiedzialności za to, co słusznie Papież Franciszek nazywa największą zbrodnią przeciw ludzkości, ale (co znamienne) kierując te słowa ku przeszłości – jako przestrogę, nie zaś w odniesieniu do przeszłości – jako naganę czy tym bardziej oskarżenie.

I właściwie nietrudno domyśleć się, czemu tak jest. Bo gdyby tak samo często, jak przypomina się o zbrodniach Niemców, przypominano o tej i paru innych zbrodniach Amerykanów dla wszystkich musiało by stać się dziwne, dlaczego obecnie o zakazie broni atomowej najczęściej mówi kraj, który przecież sam nią dysponuje i dlaczego przed użyciem broni atomowej przestrzega akurat ten kraj, który jako jedyny dotąd sam jej użył. Nawet jeśli pominąć pytanie o moralne prawo Ameryki do takich wypowiedzi, musi pojawić się inna refleksja: aż strach bierze mieć takiego sojusznika.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O pocieszeniu, jakie daje medycyna

W ciągu paru tygodni, które upływają od wypadku (na szczęście skończyło się nienajgorzej – ot, kilka szwów i twarz opuchnięta jak księżyc w pełni) trzeba zaliczyć kilka wizyt u specjalistów wskazanych do konsultacji. Ci zaś raczą pacjenta następującymi rewelacjami:
– lekarz pierwszego kontaktu: „jeśli mam być szczery, to taki opis, jak w karcie, pasuje bardziej do aktu zgonu niż do wypisu ze szpitala”
– chirurg twarzowo-szczękowo-czaszkowy: „zęby się na razie trzymają, ale niewykluczone, że jak opuchlizna zejdzie, to zaczną wypadać”
– neurolog: „niby teraz wszystko w porządku, ale bywa, że raptem po pół roku po czymś takim pacjent umiera i nie wiadomo dlaczego”.

Dopiero sąsiadce z bloku udaje się tchnąć w znękaną ofiarę wypadku trochę optymizmu: „moja ciotka miała początki Parkinsona i proszę sobie wyobrazić, że jechała raz tramwajem, tramwaj nagle zahamował, a ona uderzyła głową w kasownik. Trochę się poobijała, ale objawy Parkinsona zniknęły, jak ręką odjął!”

Że też lekarze nie potrafią tak rozmawiać z pacjentem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Niedoskonała Rada Doskonałości Naukowej

Niedawno powołana RDN rozpoczęła swoją działalność, ale chyba w nie najlepszym stylu. Zwróciła się mianowicie do rektorów uczelni i dyrektorów instytutów PAN z prośbą o „wskazanie potencjalnych kandydatów na recenzentów w przewodach habilitacyjnych i profesorskich”. Już sama piętrowa konstrukcja użytego sformułowania sugeruje, iż niewykluczone będzie dokonywanie selekcji spomiędzy zgłoszonych nazwisk, ale według jakich kryteriów (może impact factor, a może coś innego?) – o tym nie ma na razie mowy.

Nie to jest jednak najważniejsze. Zdziwienie budzi fakt, że RDN oczekuje takich informacji od jednostek naukowych, zamiast skorzystać z istniejącej bazy POL-on, która w 2018 r. uzyskała nagrodę za najlepsze w Europie rozwiązanie w zakresie systemu informacji o nauce i szkolnictwie wyższym. Albo więc POL-on nie jest dobrym systemem, skoro podstawowych informacji trzeba szukać gdzie indziej, albo sama RDN daleka jest od doskonałości, bo nie potrafi wykorzystać istniejących baz danych.

Zastanawiająca w tym wszystkim jest też reakcja jednostek naukowych. Zamiast uprzejmie odpowiedzieć RDN, że żądane informacje znajdują się w bazie POL-on, posłusznie szykują się do realizacji polecenia. O tym, że urzędnicy traktują środowiska naukowe jak swoich podwładnych, wiadomo od początku reform podjętych przez min. Kudrycką. Teraz wiadomo, dlaczego tak jest. Oto najwyraźniej same środowiska naukowe uważają się za podwładnych urzędników, których najbardziej absurdalne polecenia należy wykonywać bez mrugnięcia okiem. Taką postawę socjologowie badający polskie społeczeństwo nazywają „mentalnością folwarczną” i przydałoby się, by tym razem równie krytycznie przyjrzeli się środowiskom naukowym, bo analogia jest uderzająca.

Ciekawe, czy choć jeden z adresatów pisma RDN odpowie, że takie oczekiwania to brak kompetencji, przejaw nieprofesjonalizmu i oznaka lekceważenia środowiska, któremu takie ciało jak RDN powinno służyć, a nie oczekiwać obsługiwania. Ciekawe też, jaką to doskonałość wypracuje RDN, która tak właśnie sobie poczyna.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Społeczna historia medycyny wiejskiej

Nowa książka dr Eweliny Szpak pokazuje, że jej autorka konsekwentnie zajmuje się problematyką polskiej wsi ujmowaną w perspektywie historycznej. Wcześniejsze prace to „Między osiedlem i zagrodą. Życie codzienne mieszkańców PGR-ów” (2005) i „Mentalność ludności wiejskiej w PRL” (2013). W pracy „Chory człowiek jest wtedy jak coś go boli. Społeczno-kulturowa historia zdrowia i choroby na wsi w Polsce Ludowej” (2018) autorka omawia warunki życia na powojennej wsi, instytucje i działania personelu medycznego oraz stosunek do zdrowia i choroby wśród ludności wiejskiej.

Na podstawie materiałów źródłowych, dokumentów i wspomnień lekarzy, a także przeprowadzonych wywiadów twierdzi, że pozbawienie wsi aż do lat 70. pełnej opieki medycznej było elementem walki ideologicznej i stanowiło element opresyjny ze strony władz, które chciały w ten sposób „przekonać” indywidualnych chłopów do oddania ziemi państwu lub spółdzielniom. Pokazuje też, jak skomplikowane relacje powstawały w związku z problemami i dziś istniejącymi: kolejki do lekarzy, deficyt leków, obawy przed szczepionkami. W książce nie brak opisów sytuacji, które są jakby odwróceniem aktualnych realiów: dziś osoby bez przygotowania medycznego udają lekarzy i próbują leczyć ludzi, a wtedy zdarzało się, iż to lekarze z dyplomem udawali znachorów. Przykładem może być dr Trześniewski, który „do dyplomu lekarskiego nie przyznawał się. Stosował racjonalną terapię , ale w pewnej znachorskiej modyfikacji. Zapisaną miksturę trzeb było mieszać na pół ze święconą wodą i pić trzy razy dziennie drewnianą łyżką. Proszki musiały być rozpuszczone w źródlanej wodzie pobranej z leśnego zdroju przy pełni księżyca. Aby postawić człowieka na nogi należało zarżnąć kurę o północy…”. Niestety, władze zdemaskowały oszusta i pozbawiły okoliczną ludność dobrej opieki lekarskiej.

Praca Eweliny Szpak, poza tym, że podejmuje rzadko poruszaną problematykę i dostarcza wielu ciekawych informacji, rodzi jednak również pytania zasadnicze, a mające związek z kwestiami warsztatowymi. Jako historyk autorka pokazuje, że warunki życia na polskiej wsi jeszcze przez wiele lat po wojnie były trudne, a nawet tragiczne:
– w roku 1947 w pow. kozieleckim 97% ludzi mieszkało w ziemiankach lub bunkrach i szałasach, – w latach 70. tylko 5% mieszkańców miało łazienkę a 10% bieżącą wodę, – u progu lat 80. kanalizacja była zaledwie w 4,5% wsi,
– w połowie lat 80. brakowało wody w 7 tys. osad wiejskich,
– pod koniec lat 80. stwierdzano, że „chłopi na wsi są niedożywieni” – s. 179, a wiele dzieci wiejskich jest niedożywionych lub źle odżywionych – s. 325. (Nie przeszkadzało to jednak w oficjalnej propagandzie i w listach pisanych do KC PZPR przez gorliwych obywateli głosić, że „Dobrze żyje obecnie polska wieś. Nie było jeszcze tak korzystnych dla rozwoju rolnictwa warunków, jakie stworzono obecnie mieszkańcom wsi. Dziś wieś nie je, ale żre” – 1979 r.)

Ciekawe więc, że opisując te same lata socjologowie formułowali swoje diagnozy odbiegające daleko od tego, co zrekonstruował historyk, bo np. w odniesieniu do połowy lat 80. pisano, że „polscy chłopi są syci, podpici i niedomyci”. Różnice wynikają z warsztatu, z używanych danych czy może także ze stosunku do badanej rzeczywistości?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Tajne przez poufne

Redakcja wydawnictw naukowych jednego z poważnych uniwersytetów zwraca się do specjalisty z prośbą o przygotowanie recenzji wydawniczej i informuje, że „imię i nazwisko recenzenta nie zostanie podane do wiadomości autora pracy oraz nie będzie umieszczone na stronie redakcyjnej. Według nowych zasad recenzent również nie zna autora publikacji”. Po dopytaniu, jakie to „nowe zasady”, okazuje się, że jest to zarządzenie rektora tej uczelni. A recenzent niech się cieszy, że nie utajniono także treści książki.

Natomiast redakcja znanego i szanowanego czasopisma naukowego z dziedziny humanistyki przesyła do autora zgłoszonego artykułu taką oto informację: „praca będzie publikowana, ale recenzent zgłosił uwagę, że jeden z fragmentów znalazł się już w Pana innym tekście (…), więc jest prośba o opatrzenie tego stosownym przypisem”. Skąd niby recenzent wiedział, że fragment jest autoplagiatem, a nie plagiatem?

Wspaniałe czasy! Obowiązuje nawet to, co nie obowiązuje (chyba że potraktować poważnie lokalne zarządzenie rektora – przeczące wymogom ministerstwa, że każda książka naukowa musi zawierać nazwisko recenzenta), a jednocześnie nie obowiązuje to, co powszechnie obowiązuje. Zresztą – czy aby na pewno słusznie obowiązuje? Po lekturze wywiadu z prof. Głowińskim („Akademia” 3/2018) można tylko utwierdzić się w przekonaniu, że wymóg anonimowych recenzji nie ma większego sensu, bo zdaniem Profesora „skłania do lekceważenia ocenianej rzeczy, do stronniczości i nieodpowiedzialności”.

Oto kolejny skutek wdrażanej od lat reformy nauki: wymuszanie na naukowcach działań, które są pozbawione sensu (a więc urągają myśleniu, co jest przecież podstawowym obowiązkiem naukowca). To już nie tylko okrucieństwo, to perwersja. Dziwne tylko, że środowisko poddaje się tym wszystkim działaniom z taką biernością!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O wyższości wsi nad miastem

Lektura klasyków zawsze jest pouczająca, zwłaszcza gdy dostarcza argumentów przeciw głoszonym współcześnie tezom. Jedną z takich tez jest to, że miasta górują nad wsią, jeśli chodzi o dynamikę rozwoju, postęp i nowoczesność. Ale wystarczy zajrzeć do W. Grabskiego – założyciela polskiej socjologii wsi, by przekonać się, że mówi on coś zgoła innego: „każdy wie o tym, że Rzym powstał ze zjednoczenia kilku sąsiadujących ze sobą wiosek. A więc sąsiadujące ze sobą wioski niosą w sobie siłę, by móc stać się stolicą świata” – pisał w „Systemie socjologii wsi”. I dodawał, że dzieje się tak wtedy, gdy uznać, że wieś posiada własne pojęcia moralne, ideały społeczne i typ kultury – wtedy promieniuje na zewnątrz i ożywia cały naród i państwo „siłami dynamicznymi na wszelkich polach”.

To samo twierdził V. Pareto w swojej teorii krążenia elit: „to właśnie klasy wiejskie mają ów przywilej wytwarzania jednostek doboru” – musi ona podołać rekrutacji do wszystkich innych klas niezdolnych do samodzielnego trwania. A dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że właśnie to, iż „klasy wiejskie rozwijają swe muskuły i pozwalają odpoczywać swym umysłom, jest powodem płodzenia jednostek, które mogą – pozostawiwszy w spokoju muskuły – szczególnie wytężyć pracę swoich umysłów”. A wtedy te wytwarzane na wsi rezerwy „wchłania wybitnie aktywne życie wielkich ośrodków cywilizacji”.

O drenażu wsi przez miasta pisał również F. Braudel w swoim trzytomowym opus magnum. Jego zdaniem, miasta, te systemy pasożytnicze, „ze szkodą dla innych społeczności” stają się miejscami akumulacji i bogactwa, tam budowane są struktury władzy, dzięki czemu można jeszcze bardziej ujarzmiać i wyzyskiwać wieś. Sposób jest zawsze ten sam, dodaje Braudel: „trzeba dotrzeć do zasobów wsi, sprawić, by przestała być samowystarczalna, zaczęła produkować ponad swe potrzeby, sprzedawać na rynku, utrzymywać miasta”.

Także w powojennej Polsce badacze pisali, iż „socjalistyczne miasta karmiono kradzionym chlebem” (A. Koraszewski – „Wielki poker”), a prof. A. Woś już po 2000 r. obliczał, iż skala przepływów międzygałęziowych, czyli drenaż rolnictwa na rzecz innych gałęzi gospodarki, jest nie mniejszy niż w PRL (gdzie sięgał ok. 30% wartości wytworzonych w rolnictwie), a może nawet większy.

Gdyby natomiast zadać pytanie, jaki jest cywilizacyjno-kulturowy skutek tak realizowanej akumulacji, eksploatacji i modernizacji, to warto znów sięgnąć do klasyka i poczytać to, co tak przekonująco opisywał chociażby O. Spengler. Według niego, „chłopstwo zrodziło rynek, miasto i żywiło je swoją najlepszą krwią. Teraz miasto wysysa nienasycenie wieś” – „zwierzęca strona życia pożera stronę roślinną”. Ponieważ jednak „każda wielka kultura wyłania się z wiejskiej prowincji, jest wielogłosowo rozwijana w miastach i przebrzmiewa w finale materializmu w metropoliach”, można powiedzieć, że powstająca wraz ze zwycięstwem miasta cywilizacja prędzej czy później „idzie na zatratę”. A wtedy znowu trzeba sięgnąć do moralnych, społecznych i kulturowych zasobów wsi, by podnieść wszystko z ruiny, bo miasta same z siebie nie są do tego zdolne.

W przypadku Polski słuszności jego tezy dowodzi cyklicznie powtarzające się zjawisko „paradoksu modernizacyjnego”, które badał prof. J. Kochanowicz: na potrzeby kolejnych faz modernizacji, które i tak nie za bardzo się udają, eksploatuje się wieś pogrążając ją w coraz większej ruinie, co służy następnie wykazywaniu jej zapóźnienia i nieudolności i formułowaniu twierdzeń, iż to tam egzystują „klasy złodziejsko-żebracze”, podczas gdy wszystko wskazuje na to, że – tak jak zawsze i wszędzie – jest dokładnie odwrotnie.

Dlatego zapoznając się ze współczesnymi opracowaniami zawierającymi mnóstwo onieśmielających laika liczbowych wskaźników i statystycznych zestawień, które zdają się pokazywać coś innego, warto mieć w pamięci twierdzenia klasyków oraz to, co powiedział L. Gumplowicz: „Prawidłowości liczb da się zawsze i wszędzie osiągnąć, choć o prawidłowości podciągniętych pod te liczby faktów mowy nie ma” („System socjologii”).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

101 lat po odzyskaniu niepodległości

Podobno warszawskie parafie odmówiły organizatorom Marszu Niepodległości odprawienia mszy w dniu 11 listopada. Czy następnym krokiem będzie zakaz udzielania narodowcom sakramentów, a może nawet chowania ich w poświęconej ziemi?

Natomiast Prezydent Duda w swoim przemówieniu powiedział: „Jesteśmy Polakami, więc mamy obowiązki polskie”, a to jest przecież parafraza z „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego.

Jak się ma jedno do drugiego?

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Algorytm trwałej wartości

W żywocie Peryklesa Plutarch proponuje coś w rodzaju algorytmu trwałej wartości dla tworzonego dzieła i pisze tak: „Bo wprawa i szybkość w twórczości nie zapewnia jeszcze dziełu trwałości i doskonałości jego piękna. Dopiero czas włożony w twórczy trud zwraca nam tę jakby pożyczkę z olbrzymim zyskiem w postaci trwałej wartości stworzonego dzieła”.

W czasach, gdy jeszcze nie przeminęła moda na możliwie szybkie wykonywanie czegokolwiek, warto zastanowić się nad tą refleksją Plutarcha. Może nawet dałoby się opracować równanie pokazujące, że trwała wartość każdego dokonania jest wprost proporcjonalna do czasu, jakie się na to poświęciło. W czasach, gdy dopiero to, co kwantyfikowalne staje się przekonującym argumentem, chyba nie ma innego wyjścia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Historie przyziemne

W sieci krąży film zatytułowany „Nie/ziemskie historie” – link poniżej – który prezentuje różne stanowiska w sprawie kończącego się za parę miesięcy okresu dzierżawienia ziemi z zasobów byłych pgr-ów i związanej z tym konieczności przekazania przez dzierżawców 30% posiadanych gruntów na rzecz okolicznych rolników. Tak to wymyślono 30 lat temu i tak trzeba będzie zrobić, skoro przez te wszystkie lata temat praktycznie nie zaistniał. Jak zwykle więc, „obudzono się za 5 dwunasta”.

Temat dotyczy jednak tyleż sprawy aktualnej, co i klasycznego dylematu zwanego „kwestią agrarną”, który streszcza się w pytaniu: co jest bardziej wydajną formą produkcji w rolnictwie – mała czy duża własność? Aby zrównoważyć argumenty części osób spomiędzy tych, co zabierają w filmie głos i faktycznie mówią tak, jakby kompletnie oderwali się od ziemi i przenieśli w jakąś pozaprzestrzeń Fraglesów, warto przywołać kilka faktów i ustaleń naukowych, czyli trzeba po prostu opowiedzieć kilka „historii przyziemnych”.

Jeszcze przed wojną badacze z Puławskiego Instytutu Naukowego Gospodarstwa Wiejskiego stwierdzali, że „na jednostkę obszaru przypada dochodu społecznego tym więcej, im mniejszy obszar gospodarstwa” (np. według wyliczeń Curzytka w gospodarstwach do 3 ha jest to ponad 700 zł na 1 ha, a w gospodarstwach pow. 50 ha – około 200 zł). W PRL-u tradycyjne gospodarstwa chłopskie (szykanowane i regularnie ograbiane z 30% wytworzonej wartośći – tzw. przepływy międzygałęziowe badane przez A. Wosia) żywiły cały kraj („za socjalizmu polskie miasta karmiono kradzionym chlebem” – słusznie pisał A. Koraszewski), a w dodatku utrzymywały niedochodowe pgr-y. Już po ’89 r., jak wyliczał regularnie i skrupulatnie W. Dzun, w dużych gospodarstwach częściej nie prowadzono działalności rolniczej (8,3%) niż w małych (3,5%) i więcej ziemi leżało odłogiem w tych pierwszych (27,6%) niż w tych drugich (12,4%), a po akcesji do UE odłogi i ugory zajmowały w dużych gospodarstwach niemal 30% obszaru, czyli dokładnie tyle, ile trzeba będzie teraz oddać. Więc po co teraz taki krzyk?

O tym, że w rolnictwie „małe” jest nie tylko piękne, ale i bardziej wydajne niż „duże” przekonują także dane z innych krajów. Jeszcze w ZSRR działki przyzagrodowe dysponujące zaledwie 1,4% ziemi dawały 26,3% produkcji żywności (T. Judt), a w pierwszej dekadzie XXI w. duże przedsiębiorstwa w Rosji dysponujące 80% ziemi produkowały niespełna 44% żywności, podczas gdy małe (4,8% gruntu) dawały niemal 50% całej produkcji rolnej (B. Frumkin). Również dokonywane obecnie na drugiej półkuli wyliczenia Banku Światowego mówią wyraźnie, że wydajność małych farm w Ameryce Łacińskiej liczona na 1 akr jest 3-14 razy wyższa niż farm dużych (W. Bello).

Te dane powinny przekonać każdego, kto trzyma się ziemi. Ale trwałą skazą polskiej inteligencji jest nieumiejętność przyjęcia do wiadomości tych faktów i zrozumienia, że nie wolno oceniać rolnictwa tylko w kategoriach ekonomicznych, a zwłaszcza licząc tylko wielkość produkcji „na rynek”. Pisał o tym w II RP Juliusz Poniatowski, ubolewając nad lekceważeniem tego, że „wyżywienie tych wszystkich, którzy nie ‚z rynku’, a z własnej dodatkowej produkcji zostaną utrzymani jest tak samo ważne dla gospodarstwa narodowego” („Cele i założenia reformy rolnej”). Dla niego był to przejaw „prostego nieuctwa”.

Ciekawe, czy rozpoczynająca się debata o współczesnej „kwestii agrarnej” pokaże, iż polskie elity wyszły wreszcie z tego kompromitującego stanu, czy też niestety tkwią w nim nadal i wciąż będą opowiadać historie nie z tej ziemi, co bardzo trafnie sygnalizuje tytuł filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=SwAWKg2-lrY

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wykluczanie – perspektywa mikro

Wykluczanie jest podobno powszechną praktyką większości wobec mniejszości, ale o tym, że może też zachodzić relacja odwrotna, mówi się rzadziej. Tymczasem taką właśnie strategię interakcyjną opisała Grażyna Kubica w książce „Śląskość i protestantyzm”.

Relacja o tym, jak to jej dziewięcioletnia córka została zagadnięta w windzie przez starszą kobietę – „A, to idziesz do pierwszej komunii”, na co odpowiedzią było milczenie i matki, i córki – pokazuje, że spełnione zostały wtedy wszelkie warunki dyskursu wykluczającego partnera, ale spełniła je nie przedstawicielka „większości” lecz reprezentantka „mniejszości”. Symboliczne wykluczenie jako strategia dyskursywna może bowiem przyjmować formę person exclusion – definiowaną przez Elżbietę Hałas jako „wykluczenie osoby” przez zakończenie kontaktu albo też topic rejection (odrzucenie tematu), które ma miejsce wtedy, gdy partner nie podejmuje tematu lub roli „następnego mówiącego”. I Kubica dokładnie tak właśnie opisała swoją reakcję na słowa kobiety: „nie kontynuowałam wątku, gdyż uważam, że winda nie jest dobrym miejscem do prezentowania swej przynależności wyznaniowej. Moje przemilczenie utwierdziło ją w tym przekonaniu (że wszyscy Polacy są katolikami), czyli ugruntowało kulturową dominację katolicyzmu. Moje przemilczenie było zauważalne tylko przeze mnie i moją córkę, tylko my obie odczułyśmy z tego powodu pewien dyskomfort” (s. 155).

Szkoda, że autorka tej relacji nie zastanowiła się, czy z kolei jej milczenie nie przysporzyło dyskomfortu partnerce interakcji, która podczas jazdy windą najprawdopodobniej nie kierowała się dążeniem do kulturowej dominacji ani chęcią zaznaczenia swojej symbolicznej przewagi. Tymczasem odpowiedzią na jej życzliwe słowa było milczenie, tłumiona uraza i przekonanie, iż wypowiedziane słowa były przejawem „podskórnej nietolerancji” oraz „agresywnych i wrogich postaw”, bo przecież „inność w Polsce budzi negatywne emocje”.

Jeśli ma się takie nastawienie do świata, to faktycznie można czuć się wykluczonym i nie potrzeba tu nawet jakichkolwiek wykluczających działań ze strony otoczenia. Wystarczy, jeśli ktoś z „mniejszości” dokona symbolicznego wykluczenia partnera zdefiniowanego jako przedstawiciel „większości”, a wtedy niezawodnie sam też poczuje się „wykluczony”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pytanie o integrację europejską

Na poniedziałkowym seminarium w IFiS PAN omawiana była książka dr. Piotra Dejneki – „Populizm a sfera publiczna. Czy populizm zrewitalizuje sferę publiczną w Europie?” (UKSW 2019). Autor zaprezentował swoje najważniejsze tezy, a mianowicie propozycję spojrzenia na populizm jako potencjał emancypacyjny dla współczesnej Europy, w której dominują odgórne i wcielane instytucjonalnie rozwiązania, co jednak spotyka się z coraz większym niezadowoleniem obywateli. Według Piotra Dejneki lepszą niż projekty elit płaszczyzną integracji europejskiej mogłaby być sfera kultury, problem tylko w tym, że niewiele czyni się w tym kierunku.

I faktycznie, jeśli – jak uważa się powszechnie – fundamentem Europy jest grecka kultura, rzymskie prawo i chrześcijaństwo, to zasadne będzie pytanie, co z nauką języków starożytnych albo z lekcjami religii, które byłyby nauczaniem o religii, a nie katechezą.

Skoro jednak jest, jak jest, to trudno się dziwić, że – o czym pisał już parę lat temu G. Delanty – wyrazem ducha Europy stał się raczej „antysemityzm, rasizm i faszyzm” („Odkrywanie Europy”, 1999, s. 146), zaś zamiast dumy z dziedzictwa dominują postawy, które R. Scruton streścił krótko: „do diabła z nami samymi”.

W tej sytuacji trudno o zgodę co do wspólnego dziedzictwa, a tym bardziej o jego pielęgnowanie, nawet w tak szczytnym celu, jak integracja europejska.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Zawsze z duchem czasu!

Jednym z haseł tegorocznego Kongresu Obywatelskiego była ochrona środowiska – jak o tym świadczy poniższy tekst. Ale przecież kilkanaście lat temu, jeszcze w okresie przedakcesyjnym, hasłem polskich liberałów było coś zupełnie innego. Jak pisał wtedy Jan Szomburg: „Od początku członkostwa powinniśmy zdecydowanie opowiadać się za deregulacją i liberalizacją, łamaniem wszystkich widzialnych i niewidzialnych barier swobodnej działalności gospodarczej i ograniczeniem pomocy publicznej, a przeciwko windowaniu standardów technicznych, socjalnych i środowiskowych” (tekst pt. Strategia integracji i rozwoju, „Rz” 16 grudnia 2002).

Jak pisali, tak zrobili. Odrzucając hipotezę, iż polscy liberałowie z premedytacją działali wówczas na szkodę Polski (wzywając do totalnej deregulacji) i że działają tak nadal (wzywając dziś do czegoś wręcz przeciwnego), trzeba przyjąć hipotezę przeciwną: że zawsze chcą dobrze, ale zawsze też czują się w obowiązku iść z duchem czasu.

Ponieważ jednak podążanie z duchem czasu nie zawsze wychodzi na dobre, może warto potraktować z rezerwą przynajmniej niektóre z modnych aktualnie haseł, po to, aby znów nie okazało się, że ich gorliwe wdrażanie powoduje szkody, które trzeba później naprawiać.

Idee dla Polski

Idee dla Polski
obywatelski thinkletter
@Obywatelski Twitter
„Razem” dla klimatu
19 X 2019

dr Joanna Remiszewska­‑Michalak
fizyk atmosfery
Świadomość zmian klimatu oraz ich konsekwencji jest na całym świecie coraz bardziej powszechna. Duża w tym rola nauki, lecz jeszcze większa empirii – wszyscy doświadczamy ekstremów pogodowych, które wcześniej w takiej skali się nie zdarzały. Recepta na przeciwdziałanie tym zjawiskom jest dobrze znana – musimy ograniczyć emisję dwutlenku węgla. Problemem jest jednak nie „co” należy zrobić, lecz „jak” tego dokonać. Wielu z nas nadal nie jest gotowych, by w imię ratowania Ziemi zmienić swój styl życia lub odsunąć na bok swój indywidualny interes. Tymczasem mamy szansę wygrać batalię o przyszłość planety tylko i wyłącznie działając razem – ponad podziałami.
„Zmiany klimatu to najważniejsze wyzwanie XXI wieku” – to bardzo częste stwierdzenie, które w ostatnim czasie wybrzmiewa coraz mocniej. Jeszcze kilkanaście lat temu nikt z nas nie uwierzyłby w jego prawdziwość, gdyby nie procesy i zdarzenia, których od pewnego czasu doświadczamy i które ingerują w nasze codzienne funkcjonowanie.
Zmiany, których doświadczamy wszyscy
W zasadzie nie ma tygodnia bez wiadomości o kolejnym ekstremum pogodowym będącym ekspresją kryzysu klimatycznego – nie tylko gdzieś daleko od nas, ale coraz częściej i w Polsce. Niszczycielskie żywioły, takie jak ulewne deszcze, huragany, tajfuny, czy szalejące w naszej części Europy orkany na stałe wpisały się w wachlarz prawie codziennych wiadomości. Co lato doświadczamy fal upałów – wysokich temperatur, długotrwałych susz wywołujących klęski żywiołowe. Dostęp do czystej wody pitnej – wydawać by się mogło, że jedno z podstawowych praw ludzkości – staje się dla milionów ludzi czymś niezwykle ekskluzywnym. Pustynnienie i degradację gleb obserwuje się w każdej części świata. Podobny proces dotyczy mórz i oceanów, będących środowiskiem życia dla tysięcy gatunków zwierząt morskich, które są nie tylko źródłem pożywienia dla miliardów ludzi, ale też utrzymują różne gałęzie gospodarki. Podnoszący się poziom mórz i oceanów jest i będzie coraz większym zagrożeniem nie tylko dla małych wyspiarskich krajów, lecz również i dla nas, w Polsce.
Powyższe zjawiska są jedynie drobnym wycinkiem tego, czym są zmiany klimatu i jak niebezpieczne mogą być one dla nas wszystkich. Nie ma w naszym otoczeniu ożywionym i nieożywionym elementu, który nie zmieniłby się pod ich wpływem. Średnie emisje dwutlenku węgla stale rosną o około 2,7% rocznie pomimo zapewnień wielu politycznych gremiów o gotowości do ich redukcji. Kolejne badania i analizy naukowe potwierdzają, że świat, który znamy, bezpowrotnie zmienia się na naszych oczach. Więcej, proces ten jest szybszy niż wcześniejsze – i tak wydawać by się mogło śmiałe – przewidywania nauki.
Nie „co”, ale „jak”
Remedium na to największe zagrożenie naszych czasów jest powszechnie znane – zeroemisyjny świat, najlepiej do 2050 roku. Pozwoliłoby nam to za trzy dekady żyć na planecie maksymalnie o 2 stopnie cieplejszej niż w epoce przedindustrialnej. Nie byłby to co prawda świat pozbawiony zagrożeń naturalnych, ale przy jeszcze wyższych temperaturach duża część ludzkości nie byłaby w stanie przeżyć, nie wspominając nawet o wielu innych ekosystemach.
Teoretycznie wiemy zatem, co trzeba zrobić, by przynajmniej spowolnić zmiany klimatu. Równie częstym, kluczowym dla naszego przetrwania pytaniem jest to, jak to zrobić. Jak pogodzić ze sobą dobro ogółu, jakim bezsprzecznie jest zachowanie Ziemi jako przyjaznego miejsca do życia z partykularnymi interesami grup społecznych lub po prostu wygodą i komfortem życia, do którego przywykliśmy? Najogólniejszą odpowiedzią – dla wielu zapewne utopijną – jest zjednoczone działanie mające swe źródło we wspólnej dobrej woli, przy wykorzystaniu najlepszej dostępnej wiedzy naukowej oraz nowoczesnych technologii. Jakie mogą być natomiast bardziej szczegółowe płaszczyzny tych wspólnych działań i wysiłków?
Jak pogodzić ze sobą dobro ogółu, jakim bezsprzecznie jest zachowanie Ziemi jako przyjaznego miejsca do życia z partykularnymi interesami grup społecznych lub po prostu wygodą i komfortem życia, do którego przywykliśmy?
Wyjść ze strefy komfortu
Niezwykle istotna dotyczy zmiany naszego stylu życia. Spójrzmy chociażby na komunikację – jednym z wyróżników współczesności jest możliwość stosunkowo szybkiego i sprawnego przemieszczania się. Tymczasem zdecydowana większość środków transportu jest źródłem emisji dwutlenku węgla oraz spalin. Czy w imię przeciwdziałania zmianom klimatycznym bylibyśmy w stanie ograniczyć globalny transport (np. nie jeżdżąc samochodem samemu) oraz częściej wybierać niskoemisyjne środki przemieszczania się? Nietrudno mi wyobrazić sobie sprzeciw dużej grupy ludzi, którzy powtórzą słowa Donalda Trumpa „oni zabraniają nam latać!”. Równie duże niezrozumienie dotyczy chociażby idei ograniczania spożycia wodochłonnego w produkcji mięsa wołowego ze strony rolników specjalizujących się i czerpiących dochody z takich hodowli. To samo dotyczy dużej grupy osób zatrudnionych w tak bardzo trujących środowisko sektorach górnictwa czy energetyki konwencjonalnej opartej na spalaniu węgla kamiennego i brunatnego. Argument zachowania planety dla przyszłych pokoleń nie wybrzmiewa na tyle silnie w kontekście ewentualnej utraty zatrudnienia. Takich przykładów można by mnożyć.
Wyjście ze strefy komfortu dla nikogo nie jest miłe ani pożądane. Nie ma jednak innej drogi do skutecznej ochrony klimatu niż wypracowanie globalnego kompromisu, który będzie godził ze sobą wiele sprzecznych interesów. Na czym jednak mógłby on się opierać? Moim zdaniem jedyną taką płaszczyzną jest zaufanie do dostępnej wiedzy i technologii oraz ich powszechne wykorzystanie.
Wyjście ze strefy komfortu dla nikogo nie jest miłe ani pożądane. Nie ma jednak innej drogi do skutecznej ochrony klimatu niż wypracowanie globalnego kompromisu, który będzie godził ze sobą wiele sprzecznych interesów.
Zaufać nauce
Postęp, jaki dokonuje się chociażby w dziedzinie odnawialnych źródeł energii jest niesamowicie dynamiczny. Rośnie ich wydajność oraz dostępność cenowa. Tego typu rozwiązania stają się nie tylko uzasadnione ideowo, ale również ekonomicznie. W podobny sposób można próbować rozwiązać problem wysokich emisji gazów cieplarnianych w rolnictwie. Dla przykładu – prowadzone są badania nad paszami minimalizującymi słynne metanowe wyziewy krów. Przykładów, w jaki sposób nauka może pomóc rozwiązać problemy związane z kryzysem klimatycznym jest wiele. W zasadzie znajduje ona rozwiązania dla prawie wszystkich problemów, z jakimi się zmagamy – począwszy od wcześniej wspomnianych, poprzez problemy z wyżywieniem ciągle rosnącej liczby ludzkości, ekstynkcję gatunków, problem migracji klimatycznej, degradację mórz i oceanów itd. Oparcie wszelkich działań na wiedzy naukowej może „zmiękczyć” przekonania osób, które ignorują, czy wręcz negują antropogeniczny charakter zmian klimatycznych.
„Zazielenić” gospodarkę
Istotna jest także zmiana postrzegana tzw. zielonych inicjatyw. Wielu ludzi dostrzega dziś w nich przede wszystkim zagrożenie dla niektórych sektorów gospodarki oraz miejsc pracy. Tymczasem stanowią one często pomysł na zastąpienie ich innowacyjnymi, perspektywicznymi gałęziami przemysłu i usług oraz na kreowanie dobrych miejsc pracy.
Świat – nie tylko Polska – potrzebuje systemowych zmian wspierających tzw. zieloną ekonomię, która pomoże drastycznie zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych. Pocieszające jest to, że tego typu działania zaczynają być obecne. Banki coraz częściej odmawiają udzielania kredytów na wysokoemisyjne przedsięwzięcia, wspomagając pożyczkami ekologiczne inwestycje promujące zrównoważony rozwój. Wspierane są z kolei chociażby inicjatywy i badania nad nowymi technologiami w energetyce, związanymi ze źródłami odnawialnymi czy magazynowaniem energii.
Współpracować globalnie
Porozumienie Paryskie z 2015 roku przewidywało utworzenie tzw. zielonego funduszu, który finansowałby działania związane ze zmniejszaniem emisji dwutlenku węgla. Jest to przykład próby globalnego potraktowania kwestii ochrony klimatu i adaptacji do jego zmian oraz solidarności międzynarodowej. Bogatsze, dobrze rozwinięte gospodarki są w stanie unieść ekonomiczne skutki kryzysu klimatycznego w przeciwieństwie do tych biedniejszych. Wielu ekonomistów w takiej masowej mobilizacji widzi nie tylko szansę, by uratować planetę i minimalizować straty krajowych PKB powstałe w wyniku gwałtownych zjawisk pogodowych, ale też by dokonać transformacji społecznej porównywalnej do tej, jaka miała miejsce po II wojnie światowej.
Osobną kwestią jest też to, że pogłębiający się kryzys klimatyczny oznacza przede wszystkim utratę dóbr pozwalających przeżyć w różnych regionach wielu milionom ludzi. Może to spowodować nie tylko postępowanie zubożenia, ale też bardzo dużą falę uchodźców klimatycznych. Działania globalne wspierające walkę z ociepleniem klimatu są niezbędne, jeśli chcemy uniknąć pogłębiania się kontrastów społecznych oraz ekonomicznych pomiędzy krajami bogatymi i rozwiniętymi, do których zalicza się również Polska, a tymi biedniejszymi – najbardziej dotkniętymi niekorzystnymi zjawiskami naturalnymi.
Działania globalne wspierające walkę z ociepleniem klimatu są niezbędne, jeśli chcemy uniknąć pogłębiania się kontrastów społecznych oraz ekonomicznych pomiędzy krajami bogatymi i rozwiniętymi, do których zalicza się również Polska, a tymi biedniejszymi – najbardziej dotkniętymi niekorzystnymi zjawiskami naturalnymi.
Tylko razem zwyciężymy
Ludzie niejednokrotnie na przestrzeni dziejów pokazali, że potrafią się zjednoczyć wobec zagrożeń zewnętrznych. Tym razem przeciwnik jest trudniejszy, nienamacalny, choć skutki jego aktywności są dla nas bardzo bolesne. Podobno każde pokolenie doświadcza globalnego konfliktu. Według noblisty z ekonomii, Josepha Stiglitza, właśnie przeżywamy trzecią wojnę światową. Z tym, że jest ona najbardziej globalna – kryzys klimatyczny dotyka cały świat. Możemy ją wygrać tylko razem, pod warunkiem podjęcia wspólnych, sprawnych działań.

O autorce

Fizyk atmosfery, ekspert ds. zmian klimatu związany z branżą konsultingową. Swoje badania naukowe realizowała we współpracy z m. in. Uniwersytetem Kalifornijskim w San Diego, Laboratorium Badawczym Marynarki Wojennej. Uczestniczyła i organizowała eksperymenty naukowe, m. in. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kalifornii, na Krecie.
WYDAWCA

© Copyright 2019, Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Tęczowy piątek” – tolerancja selektywna?

Organizowany w niektórych szkołach „Tęczowy piątek” wywołał rozmaite komentarze: czy chodzi tu o poszanowanie odmienności, czy o promocję tylko jednego rodzaju odmienności. Przecież ludzie różnią się pod wieloma względami, a dzieci w szkole dokuczają najczęściej rudym, grubasom i okularnikom, więc może należałoby przede wszystkim wyeliminować takie zachowania?

Na tę właśnie kwestię zwrócił uwagę prof. Domański mówiąc w którejś stacji tv, że w akcji „Tęczowy piątek” zabrakło równowagi, bo nawołując do tolerancji dla LGBT powinno się równocześnie wspomnieć o tolerancji wobec innych „innych”.

Tę sugestię należałoby odnieść też do działań innych niż szkoła instytucji, np. do koncernu IKEA, który egzekwując od swoich pracowników akceptację dla osób LGBT najwyraźniej zapomniał o osobach innego koloru skóry, wyznania czy orientacji światopoglądowej. Równowaga wymagałaby zatem, aby zachęcaniu ludzi do wspierania LGBT towarzyszył apel o zrozumienie dla Mocherowych Beretów, aby informowanie podwładnych o paradzie równości łączyło się z informacją o zgromadzeniu narodowców, a zaproszenie na czarny marsz pojawiało się jednocześnie z zaproszeniem na marsz w obronie życia itd.

Dopiero wtedy zapanowałaby prawdziwa tolerancja i pluralizm, a władze – czy to państwowe, czy to w takiej np. IKEi – mogłyby się uważać za prawdziwie neutralne światopoglądowo i sprawiedliwe.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Szkoła minimalistyczna czy maksymalistyczna?

W internecie ukazała się petycja w sprawie stworzenia polskim uczniom lepszych warunków do nauki i rozwoju, przygotowana przez grupę otwartą Szkoła Minimalna na FB. Autorzy petycji upominają się o wprowadzenie zindywidualizowanych ocen opisowych zamiast tych, wyrażanych liczbowo i o zaniechanie presji na jak najlepsze oceny z wszystkich przedmiotów, gdyż uczenie się dla ocen jest niewłaściwe, a dziecko ma prawo przykładać się bardziej do przedmiotów, które lubi, niż do tych, których nie lubi.

Z tekstu petycji można wywnioskować, że jej autorzy mieli szczęście uczęszczać do takiej właśnie szkoły minimalnej, o którą teraz zabiegają i jeśli któryś z nich nie lubił np. polskiego, to nie musiał się przykładać do tego przedmiotu. Gdyby bowiem było inaczej, to jedno ze zdań petycji („presja szkodzi dzieciom i blokuje ich rozwój w kierunkach, które sami uznają za odpowiednie”) brzmiałoby trochę inaczej („presja szkodzi dzieciom i blokuje ich rozwój w kierunkach, które same uznają za odpowiednie”).

A więc czy szkoła maksymalistyczna jest dziś w ogóle potrzebna? Czy nie będzie ona rodziła postaw nadmiernie purystycznych, a więc i fanatycznych? Przecież już teraz, w coraz bardziej pluralistycznym, tolerancyjnym i otwartym społeczeństwie, można jeszcze wprawdzie zauważać różnice, ale już w żadnym razie nie wolno oceniać.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Język dyplomacji

W ubiegłym tygodniu USA pochwaliły Turcję za decyzję o 5-dniowym wstrzymaniu działań wojskowych przeciw Kurdom w Syrii. W przeciwnym razie – dodał prezydent Trump – mogłoby zginąć kilka milionów ludzi.

Biorąc pod uwagę, że liczba Kurdów w Syrii to zaledwie około 800 tys., a Turcja na pewno nie planowała ich całkowitej eksterminacji, rodzi się pytanie: skąd taka liczba potencjalnych ofiar? Czy czasem Trump nie miał na myśli ewentualnych działań odwetowych USA wobec swego sojusznika w NATO w przypadku jego niesubordynacji?

A jeśli tak, to trudno o lepszy przykład języka dyplomacji: wyrazić uznanie zawierające utajoną groźbę. Tylko się uczyć.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Wzorzec Bukraby”

Okazuje się, że nie tylko w naukach ścisłych, ale i w humanistyce możliwe jest wypracowanie wzorca. I tak „Wzorcem Bukraby” nazwał Autor bloga niepoprawni.pl „fenomenalny zestaw argumentów przeciw tandetnej propagandzie feministycznej” zastosowany kilka lat temu w polemice prasowej:

http://kaduk.info/?p=426

Jako główną cechę tego wzorca Autor bloga wskazuje użycie racjonalnej argumentacji. Ale można by też dodać jeszcze kilka cech. Na przykład konsekwencję w prowadzeniu tej argumentacji, o czym de Tocqueville pisał tak: „autor, który pragnie być zrozumiany, zmuszony jest doprowadzić swą myśl do jej ostatecznych teoretycznych konsekwencji, nieraz do progu fałszu i niepodobieństwa. O ile bowiem czasem niezbędne jest porzucenie reguł logiki w działaniu, niepodobna tego uczynić w wywodzie” („O demokracji w Ameryce” 1996, s. 18).

Kolejną cechą tego wzorca byłoby przekonanie, iż racjonalna argumentacja powinna spotkać się ze zrozumieniem każdego myślącego racjonalnie człowieka, „nawet Chińczyka”, jak dodałby Weber. Ale tu może czekać niemiła niespodzianka, polegająca na tym, że nie tylko Chińczyk, ale nawet naukowiec gotów jest poświęcić racjonalne myślenie na rzecz osobistych upodobań, sympatii czy preferencji ideologicznych.

I wówczas autor(-ka) nawet najbardziej wzorcowego zestawu argumentów zyska miano „volksdeutschki” albo narazi się na jeszcze gorsze konsekwencje ze strony tych, którzy zamiast używać argumentów, wolą okopać się w swych mniemaniach jak w oblężonej twierdzy. Ale taki już los każdego, kto – tu warto przywołać nieco zmodyfikowane powiedzenie – rzuca perły ante portas.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

USA i Turcja

Ataki Turcji na Kurdów w Syrii wywołały krytykę i sankcje ze strony USA. Państwo, które samo nie wzdraga się przed akcjami zbrojnymi, a nawet regularną wojną w różnych częściach świata, jeśli tylko uzna, że jego interesy są zagrożone, występuje więc przeciw swemu najsilniejszemu sojusznikowi w ramach NATO.

W kategoriach politycznych można to skomentować następująco: widoczny jak na dłoni rozłam w sojuszu atlantyckim – wojska amerykańskie zostały już nawet ostrzelane przez siły tureckie, co na pewno bardzo cieszy zwłaszcza Rosję.

Ale można to skomentować jeszcze inaczej: USA w swojej humanitarnej reakcji przypominają niejakiego Brunera z serialu „Stawka większa niż życie”. Bruner też nie lubił patrzeć na bitego człowieka, jeśli to nie on był tym, kto bije.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Spinoza – komentarz powyborczy

No więc będzie to, co było. Tylko wyjaśnienia tego faktu są jak kulą w płot: że to efekt monopolu w mediach (tak jakby Polacy już w PRL-u nie uodpornili się na propagandę), że to wpływ Kościoła (tego samego, którego zaleceń w tylu ważnych kwestiach społeczeństwo w ogóle nie słucha) itd.

Wszystko zatem wskazuje, że najrozsądniejsza wydaje się opinia M. Urbanka sprzed kilku lat, kiedy pytał o oblicze tego rządu: czy prezentuje on populizm z domieszką nacjonalizmu, czy autorytaryzm z domieszką dyktatury. A po 4 latach rządów można by dodać kolejne określenia, których stanowczo nadużywano: czy jest on bardziej „faszystowski”, czy raczej „bolszewicki”. Nietrudno zauważyć, że każda kolejna charakterystyka obala i kompromituje wszystkie poprzednie, bo i tak wychodzi na to, że ten rząd nie jest podobny do czegokolwiek innego poza samym sobą.

Więc może rację miał (i ma nadal) Urbanek, kiedy dodawał: a może ten rząd „jest po prostu rządem chcianym przez większość Polaków, czego też wykluczyć nie można” (Odra” 12/2016, s. 15)? A wobec tego faktu na nic zda się wyśmiewanie, płakanie czy przeklinanie, tylko trzeba to po,prostu zrozumieć. Czyli dokładnie tak, jak to głosił Spinoza: non ridere, non lugere neque detestari, sed intelligere.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz