BLM: klękać czy nie klękać

Chyba to pytanie zdominuje obraz Euro’2021 (oczywiście poza dramatyczną sceną zasłabnięcia Christiana Eriksena), ale ważniejsze niż kwestia klękania lub nie wydaje się pytanie, które nie pada w tym kontekście: dlaczego akurat klękanie? Dlaczego nie jakiś inny gest wyrażający szacunek, ubolewanie czy poczuwanie się do winy za rasizm, niewolnictwo lub prześladowanie? Z jakiego powodu więc właśnie klękanie, gest wpisany w chrześcijaństwo i kulturę euro-atlantycką, a nie dowolny gest wyrażający to samo w którejś z innych wielkich religii monoteistycznych?

Czy tylko biali chrześcijanie byli winni instytucji niewolnictwa, handlu niewolnikami i wykorzystywania ich w systemie kolonialnym? Przecież nierzadko czarnych w Afryce zaprzedawali w niewolę ich wodzowie i kacykowie. Niech więc dzisiejsze elity Czarnego Lądu też się ukorzą. Zresztą nie tylko czarni doświadczali niewolnictwa: jak przypomina Adam Leszczyński („Ludowa historia Polski”, s. 63 i n.), niewolnictwo było też silnie rozwinięte w krajach słowiańskich, a szczególnie intensywnie handel niewolnikami rozkwitał w państwie pierwszych Piastów. Być może nawet sam Mieszko I, a na pewno jego władycy sprzedawali niewolną ludność kupcom arabskim, zaś w późniejszych wiekach Tatarzy masowo brali w jasyr polską ludność, która trafiała następnie do Imperium Ottomańskiego i na Bliski Wschód. Jeśli natomiast chodzi o najważniejsze potęgi kolonialne takie jak Holandia czy Ameryka, to tutaj najważniejszą rolę – co przypomina Werner Sombart – odgrywali Żydzi z racji swoich zasobów finansowych i przedsiębiorczości. W książce „Żydzi i życie gospodarcze” Sombart pisze więc: „w tej ekspansji kolonialnej żydzi odegrali wybitną, jeśli nie rozstrzygającą rolę” (s. 26), bo już „środków materialnych dla ekspedycji Kolumba dostarczyli żydzi” (s. 28), nic więc dziwnego, że „przewaga żywiołu żydowskiego w przemyśle plantacyjnym przetrwała aż do XVIII w.” (s. 30), że w Brazylii to żydzi „stali się kastą panującą” (jw.), i to właśnie żydzi mieli bodaj największy udział w budowaniu potęgi Stanów Zjednoczonych, a więc imperium kolonialnego (s. 33).

Jeśli więc nawet uznać, że boisko sportowe jest odpowiednim miejscem do demonstrowania poglądów i kajania się za grzechy przodków, to akurat takie samy powody jak biali chrześcijanie powinni mieć śniadzi muzułmanie oraz wyznawcy judaizmu. Jednak dziwnym trafem wybór lewicowych ideologów (którzy zgodnie z rasizmem a’ rebour ukuli hasło „Black Lives Matter”) padł na chrześcijaństwo. Jakaś obsesja, zwykła ignorancja a może wyrachowanie dyktowane przeświadczeniem, że nie z każdym warto zadzierać i rzucać go na kolana.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Finanse i praworządność

Pomysł powiązania finansów z praworządnością miałby ewentualnie sens, ale tylko wtedy, gdyby potraktować taką regułę jako obowiązującą powszechnie i stosowaną symetrycznie. To znaczy, nie tylko UE mogłaby uzależniać przekazywanie funduszy krajom członkowskim zależnie od oceny ich praworządności, ale także odwrotnie: państwom członkowskim przysługiwałoby to samo prawo oceny, czy w UE rzeczywiście dobrze się dzieje i czy w związku z tym można bądź nie przekazywać jej składki.

Ale najwyraźniej czegoś takiego nie przewidziano – i słusznie, a na pewno przezornie – bo przecież wiadomo od dawna, że sama UE nie spełnia kryteriów, jakie stosuje wobec swoich członków do tego stopnia, że – jak to ujął Philippe Schmitter w znanym tekście „Jak zdemokratyzować UE?”: „gdyby zatem zgłosiła akces do samej siebie, po prostu nie zostałaby przyjęta”.

Uzależnianie wypłat od oceny praworządności mieści się jednak doskonale w pierwotnych planach UE, które dobitnie wyartykułował Walter Hallstein – pierwszy przewodniczący KE, a nieco wcześniej wybitna postać życia politycznego III Rzeszy (P. de Villiers – „Kiedy opadły maski” 2019, s. 176 i n.) To on, wielki nazistowski profesor, prawdziwy ojciec zjednoczonej Europy, autor wszystkich najważniejszych traktatów, już w 1962 r. tak pisał o wizji przyszłego wspaniałego świata: „sama natura tego świata wymaga redefinicji naszego zwykłego rozumienia ‚polityki’ i ‚gospodarki’, a być może nawet usunięcia granicy semantycznej dzielącej oba te pojęcia” (cyt. za: Luuk van Middelaar – „Przejście do Europy” 2011, s. 22). W ten sposób dyskurs obywatelski został zastąpiony dyskursem biurokratycznym z jego urzędniczym funkcjonalizmem i procedurami, a wizja „Europy ludzi” bliska Coudenhove-Kalergi, czy późniejsza „Europa ojczyzn”, zeszła faktycznie na drugi plan, choć wciąż z powodzeniem służy do mydlenia oczu co bardziej naiwnym i mniej wyrobionym politykom.

Słusznie więc w tym kontekście przypomina Middelaar, że dyskurs nie służy do opisu rzeczywistości, lecz do jej kreowania, że „w mowie kryje się dyscyplinowanie działające już na poziomie słów” i że nawet nauki „nie potrafią się uwolnić od tego cichego przymusu słów” – wykorzystując te słowa tworzą wiedzę, ale wiedza (jak wiadomo za Foucaultem) jest zawsze narzędziem władzy. Od naukowców można by jednak oczekiwać świadomości tego faktu, niestety, najczęściej klepią oni swoje banały o korzyściach integracji bez cienia refleksji, pamięci historycznej i odpowiedzialności.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Przemysł okrucieństwa” czy społeczna mnemotechnika?

W swojej nowej książce „Chamstwo” Kacper Pobłocki określa mianem „przemysłu okrucieństwa” system folwarczno-pańszczyźniany, a szerzej –
cały układ stosunków społecznych, który jego zdaniem stanowił prolog do współczesności. Ta nie zawsze dostrzegana i w ten sposób diagnozowana genealogia współczesności, a więc rozwoju kapitalizmu, nowoczesnych społeczeństw i tym podobnych rzeczy, które dziś są wysoko cenione, dotyczyła jednak nie tylko chłopstwa, ale wszystkich grup, warstw czy stanów.

Przekonuje o tym choćby lektura „Pamiątek Soplicy” Henryka Rzewuskiego –
najlepszego bodaj w literaturze polskiej wyrazu sarmatyzmu, szlacheckiego republikanizmu i typowo polskiego patriotyzmu. Otóż niemal w każdej z gawęd można znaleźć opisy dolegliwych kar fizycznych wymierzanych przez szlachtę nie poddanym, ale członkom swojej rodziny, uczniom w szkole, młodzieńcom pełniącym służbę na dworze magnata itd. I tak wyprawiając krewnego w świat wuj, poza drobną kwotą na drogę, dobrymi radami i błogosławieństwem, nie omieszkał odliczyć mu swoją własną ręką 25 batogów ze słowami: „abyś zawsze, służąc u pana i opiekuna twojego nie zapomniał, jakie są prawa opiekuńskie” (1978, s. 71). Na wielkim dworze było podobnie: choć wszyscy dworzanie byli „obywatelskimi dziećmi lub sami obywatelami, to „pan podstoli wendeński często sypał im plagi na kobiercu” (s. 73). Niejakiego Tadeusza Rejtana w szkole jezuickiej sam rektor ćwiczył za przewiny, miarkując się tylko tym, „by mu zdrowia nie nadwątlił”(s. 207). Nawet szlachcic mógł wsypać „pięćset łóz” innemu szlachcicowi z byle powodu – jakiegoś zatargu czy kłótni – co wywoływało oburzenie tylko wtedy, gdy byli równi co do majątku i pozycji i żaden z nich nie pozostawał na służbie u drugiego. To dlatego pan Scypion starł się z panem Rysiem, który chciał mu z powodu byle żartu „wytatarować skórę”: „Jak ty śmiesz batogami straszyć szlachcica, co nie twój chleb je?” – wykrzykiwał do przeciwnika (s. 298).

Zgłębiając genealogię moralności Fryderyk Nietzsche podkreślał ogromne znaczenie stosowanych przez wieki „środków mnemonicznych”: kamienowanie, łamanie kołem, wbijanie na pal, rozdzieranie końmi, gotowanie w oliwie lub winie, darcie pasów itd. Wszystko to stosowano, by nauczyć człowieka życia w społeczeństwie (odpowiedzialności, dotrzymywania słowa, przestrzegania praw) i tworzenia kultury (tak wychowano „naród myślicieli” – pisze Nietzsche – czyli Niemców). „Tylko to, co nie przestaje boleć, zostaje w pamięci”, „za pomocą takich przykładów narzuci się w końcu pamięci kilka zasad, by żyć wśród korzyści, jakie daje społeczność”, „rozum, powaga, panowanie nad uczuciami, cała ta posępna sprawa zwana rozwagą, wszystkie te przywileje i błyskotki człowieka – jakże drogo trzeba je było opłacić! Ileż krwi i zgrozy leży na dnie wszystkich ‚dobrych rzeczy’… – tak podsumowuje swoje rozważania Nietzsche („Genealogia moralności” 1904, s. 62-64).

Mimo stopniowego poluzowywania obostrzeń i łagodzenia obyczajów nie wolno zapominać, iż społeczeństwo, a zwłaszcza państwo z jego monopolem na użycie legalnego przymusu, a nawet przemocy, zawsze może wrócić do dawnych, wypróbowanych i skutecznych metod zaprowadzania porządku. Póki co, na razie wystarcza tylko świadomość takiej możliwości.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Białorusini, „ten okropny podnaród”

Polscy politycy, i to różnych opcji, mają dziwną skłonność, by wspierać słabe kraje, niewydarzone społeczeństwa i ich najbardziej nawet szemranych przedstawicieli, o ile tylko można w ten sposób zademonstrować wrogość wobec Rosji.

Tak było z niejakim Kuczmą, na którym ciążyły zarzuty także kryminalne, z Saakaszwilim zajmującym nader niejasną pozycję czy z Juszczenką, bohaterem pomarańczowej rewolucji gloryfikującym przywódcę band UPA. Teraz przyszła pora na hołubienie białoruskich opozycjonistów, którzy –
tak jak przedtem ukraińscy – swoje patriotyczne dążenia artykułują najchętniej w nienagannym języku rosyjskim lub po angielsku.

Na ile są wiarygodni, pokazują ostatnie wydarzenia: wystarczy ich przycisnąć, a już (jak Roman Protasewicz) wypierają się wszystkiego –
„to jeszcze dziecko”, słusznie mówi jego matka – albo (jak Cichanouska) przejawiają kompletny brak wyrobienia politycznego i najwyraźniej działają w myśl hasła „opozycjoniści wszystkich krajów, łączcie się!”.

Ciekawe, jak by to skomentował Giedroyć, który w listach do Miłosza zarzucał mu: „zawsze twierdziłem, że jesteś apostatą; żaden Litwin, Żmudzin, a zwykły, spolonizowany Białorusin. Z wszystkimi cechami tego okropnego podnarodu” (list 462).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Teorie spiskowe bywają prawdziwe

Jeśli chodzi o wyjaśnienie źródeł pandemii, to ponad rok od jej wybuchu sprawy wracają do punktu wyjścia, to znaczy zaczyna się na poważnie rozważać tezę, iż wirus jednak został sztucznie zmanipulowany i przez czyjąś nieuwagę (albo i nie) wydostał się z laboratorium w Chinach.

https://www.theguardian.com/commentisfree/2021/jun/01/wuhan-coronavirus-lab-leak-covid-virus-origins-china

To samo jednak twierdził już rok temu prof. Luc Montagnier, badacz wirusa HIV, laureat nagrody Nobla w dziedzinie medycyny za rok 2008, ale wtedy skrytykowano go i obśmiano.

Oby za jakiś czas znów nie okazało się, że miał rację także w kwestii preparatów zwanych „szczepionkami”, kiedy ostrzegał, że:
– covid-19 nie jest wcale tak zaraźliwy i zjadliwy, jak się twierdzi, bo jak na razie atakuje i zabija najsłabszych
– aplikowane całemu światu „szczepionki” będą obniżać odporność naturalnego układu immunologicznego człowieka, a więc przyczynią się do śmierci także tych silniejszych
– prowadzone na globalną skalę eksperymentalne „szczepienia” nie zatrzymują wirusa, lecz prowadzą do powstawania coraz to nowych i groźniejszych jego mutacji, które wyeliminują nawet tych najsilniejszych.

Oby też nie okazało się prawdą to, czego już prof. Luc Montagnier nie twierdził, ale co jest mu przypisywane, a mianowicie, że wszyscy zaszczepieni umrą przed upływem dwu lat. Ale – jak to zwykle bywa w takich sprawach – czas pokaże.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Demokracja a dogmatyzm – paradoksalne zależności

Na wczorajszym seminarium prof. Joanny Kurczewskiej w IFiS PAN omawiano wyniki badań prof. Iwony Jakubowskiej-Branickiej nad związkami demokracji i dogmatyzmu. Tezą wyjściową tych szeroko zakrojonych badań porównawczych prowadzonych w wielu krajach było, iż respondenci ze „starych demokracji” będą bardziej demokratyczni, a ci z byłych państw totalitarnych – bardziej dogmatyczni, ale w miarę postępów demokracji w ich krajach także tu zaznaczy się wzrost poparcia dla demokracji. Przez „mentalność demokratyczną” rozumiano postawy takie jak liberalizm światopoglądowy, legalizm czy tolerancja przeciwstawione konformizmowi społecznemu, wyuczonej bezradności i roszczeniowości czy kolektywizmowi.

Okazało się jednak, że pomiędzy tak zdeklarowanymi biegunami jak USA, z jednej strony, a Bułgaria czy Rosja, z drugiej, rozciąga się obszar niekonsekwencji i paradoksów. Z jednej bowiem strony Francja (i to konsekwentnie w przypadku każdej z analizowanych kolejno skal) prezentowała bardzo umiarkowane postawy „demokratyczne”, co mogłoby podawać w wątpliwość jakość demokracji w tym kraju. Z drugiej zaś strony dwa nagłe wzrosty poparcia dla wartości demokratycznych w Polsce (w latach 2005-2007 oraz po 2015 r.) mogłyby oznaczać, iż właśnie w tych momentach w Polsce demokracja nagle rozkwitała, gdyby nie to, że były to akurat okresy rządów PiS…

Dlatego dyskutanci musieli szukać innych wyjaśnień, podważających wyjściową tezę, i sugerowali, że to właśnie zetknięcie się społeczeństwa z bardzo niedemokratycznymi rządami PiS wywołało tęsknotę za demokracją (efekt „bumerangowy”). Ale z kolei przyjęcie takiej interpretacji stawiałoby w niekorzystnym świetle fakt poparcia demokracji w „starych demokracjach”, bo a nuż ktoś zechciałby wyciągnąć na tej podstawie wniosek, że tam od dawna jest jednak coś nie w porządku z demokracją („represywna desublimacja” Marcusego).

Mylność generalizacji uniwersalnych, zawodzących w odniesieniu do lokalnych przypadków, ale też tych lokalnych, gdyby chcieć je stosować wobec szerszego obszaru, pozostawia bodaj jedno tylko dopuszczalne wyjaśnienie: „W zasadniczych postawach życia społecznego jest coś, czego nie rozumiemy – pisał Chałasiński w pracy „Antagonizm polsko-niemiecki” – co wymyka się racjonalnej, logicznej analizie, co stanowi o zasadniczo irracjonalnym charakterze podstawowych źródeł życia społecznego w ogóle” (s. 44).

Wątpliwe jednak by takie wyjaśnienie, sugerujące konieczność wyrzeczenia się rozumu, zyskało akceptację socjologów.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Akademickie kłamstwa, czyli strategie wytłumiania

Już w czerwcu ukaże się w księgarniach nowa książka Kacpra Pobłockiego zatytułowana „Chamstwo” w pięknej i starannej edycji wydawnictwa „Czarne” (Wołowiec 2021). Jest to studium „pańszczyźnianego świata” napisane z perspektywy tych, którzy podlegali opresji tego ustroju, a których Maria Dąbrowska nazwała Wielkimi Niemowami. Autor odnajduje jednak wiele świadectw wyrażających nie „etyczny”, lecz „emiczny” punkt widzenia – oddaje mianowicie głos tym, którym tego głosu odmawiano nie tylko w przeszłości, ale też w pisaniu o tej przeszłości.

W „Posłowiu” Kacper Pobłocki wylicza rozmaite – stosowane również w nauce – „strategie wytłumiania”, które sprawiły, że „groza pańszczyzny” (porównywalna z realiami niewolnictwa, czemu jednak po wielekroć zaprzeczano) została skutecznie zatarta, a jej ofiary – „wygumkowane” z historii i świadomości społecznej, a raczej sprowadzone do uwłaczających stereotypów. Owe strategie wytłumiania to przede wszystkim pomijanie lub negowanie tego, co niewygodne, to eufemizmy i takie dobieranie słów, by zatrzeć znaczenie powszechnych praktyk, to symetryzm (byli źli panowie, ale byli też dobrzy), to racjonalizacja, metaforyzacja, indywidualizacja i psychologizacja, to wreszcie statystyczne uśrednianie (niektórym chłopom było lepiej, a innym gorzej, więc średnio mieli nieźle).

To wszystko kłamstwa, stwierdza Pobłocki, ale jeśli „podane w postaci argumentu w akademickiej debacie, więc łatwiej je strawić”. Dlatego swoją książkę nazywa próbą otwierania nowych okien: używania takich pojęć, które pozwolą wykroczyć poza horyzonty dotychczas toczonej debaty o polskim społeczeństwie, poza dominujące szlachecko-inteligenckie imaginarium i poza przekonania o nadzwyczajnych walorach klasy średniej jako promotora nowoczesności. Ta bowiem nie jest dziełem przedsiębiorczych i ascetycznych protestantów, jak chciał Max Weber, ale konsekwencją niewolnictwa, przemocy i rasizmu-klasizmu. „To nie rewolucja przemysłowa, lecz przemysł okrucieństwa stanowi prolog do współczesności” – podkreśla Pobłocki (s. 37).

Warto, by to przesłanie dotarło do wszystkich badaczy społecznych. Zwłaszcza tych zajmujących się polską wsią, którzy wciąż stosują utarte klisze pojęciowe i, co gorsza, nie dopuszczają nawet myśli o ich stronniczości i kompromitującym anachronizmie.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Czy można wierzyć nauce?

Nauce nie można ani nie należy „wierzyć”, bo wiara odnosi się do tego, co rozumowo nie daje się ogarnąć. Dlatego Tertulian mawiał: „Credo quia absurdum” – gdyby treści wiary nie były absurdalne z racjonalnego punktu widzenia, wystarczyłoby je zrozumieć.

Dlatego ataki na wszystkich przeciwnych szczepieniom i domaganie się od nich, by uwierzyli nauce są kompletnie pozbawione sensu. Nauka polega przecież na ciągłym sceptycyzmie, czyli na podawaniu w wątpliwość nie tyle zdroworozsądkowych mniemań czy nawet ewidentnych bredni, ale na ustawicznym podważaniu własnych ustaleń. „Prawdziwa nauka zawsze musi być gotowa do samobójstwa, żeby odrodzić się w nowym kształcie” – pisał Ortega y Gasset („Idee…” s. 20). Dokładnie o tym samym traktuje wpis na blogu filozofa:

http://filozofiawpraktyce.pl/niewiedza-pulapki-myslenia-i-zaufanie-do-nauki-dlaczego-czesc-ludzi-nie-chce-sie-szczepic-przeciw-covid-19/

W przeciwnym razie nauka wyradza się we własne przeciwieństwo: zaczyna być dogmatyczna, operuje „zdegenerowanymi programami badawczymi” (Imre Lakatos), jej przedstawiciele zastygają w archaicznych formach mentalnych, a instytucje nauki zaczynają przypominać instytucje totalitarne – trzebiące każdy ślad niezależnego myślenia i prześladujące inaczej myślących zamiast podejmować z nimi dialog.

Tak więc wracając do kwestii szczepień: źle się dzieje, że nie ma otwartej debaty prezentującej różne stanowiska (a za każdym z nich stoi niemała grupa wybitnych specjalistów). Już na początku epidemii dr Geert Vanden Bossche (jeden z najbardziej znanych badaczy szczepionkowych na świecie) wystosował apel do WHO, w którym przestrzegał, że masowe szczepienia mogą zaowocować tym, co nadmierne stosowanie antybiotyków spowodowało w przypadku bakterii: że „powstanie dziki potwór z obecnie cyrkulujących wariantów”. Następnie zespół dr Reinera Fuellmicha (związany z Partią Zielonych w Niemczech) stwierdził, iż szczepienia preparatem niedostatecznie przebadanym to eksperyment łamiący art. 32 Konwencji Genewskiej i naruszenie kodeksów norymberskich, bo kwalifikuje się jako „zbrodnia przeciw ludzkości”. A ostatnio głos zabrał rabin Chananya Weissman protestujący przeciw terrorowi szczepionkowemu w Izraelu i wyłuszczający 31 – całkiem sensownych – powodów, dla których nie da się zaszczepić (31 reasons why I wont take the vaccine).

Skoro zatem nie można wierzyć nauce (bo w wielu sprawach dotyczących epidemii zmieniano już – i to zasadniczo – zdanie), to czy należy się szczepić? Tu już każdy powinien pomyśleć za siebie, a przede wszystkim nie agitować za ani przeciw, zwłaszcza jeśli nie jest specjalistą. Można też zdać się na los: rzucać monetą albo ciągnąć zapałki. Wszystko lepsze niż bezmyślne powtarzanie argumentów, o których nie ma się bladego pojęcia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Komu wyją syreny?

Dzwon, jak wiadomo, zawsze bije tobie. A komu wyją syreny? Chyba tak samo. Otóż dwa albo trzy dni temu w Warszawie zawyły syreny. Okazało się, że to tylko ćwiczenia „Renegade/Savex-21” koordynowane przez Dowództwo Rodzajów Sił Zbrojnych, a więc mieszkańcom stolicy nic do tego. Skoro jednak zostali zaalarmowani, może byłoby dobrze, aby wiedzieli – na wypadek, gdyby alarm nie był „na niby”, tylko „na serio” – co należy robić poza miotaniem się w panice.

Tymczasem nikt nic nie wie: ani gdzie i czy w ogóle są jakieś schrony, ani co zabrać ze sobą opuszczając mieszkanie, ani jak się zabezpieczyć, ani w ogóle nic. Pewnie – w razie czego – służby porządkowe informowałyby o tym na bieżąco, ale tylko wtedy, jeśli łączność nie zostałaby wcześniej zerwana…

Za PRL-u społeczeństwo żyło w poczuciu ciągłego zagrożenia konfliktem zbrojnym i każdy wiedział przynajmniej tyle, że w przypadku ataku jądrowego powinien nakryć się prześcieradłem i czołgać w kierunku najbliższego cmentarza. Teraz nawet tego nie wie: brak informacji, nie organizuje się szkoleń i praktycznych ćwiczeń – wszyscy żyją w błogim poczuciu bezpieczeństwa i w przeświadczeniu, że jeśli coś się wydarzy, to obronią nas polskie siły zbrojne, terytorialsi, no i oczywiście NATO.

A przecież kilka dni temu miała miejsce awaria bloków energetycznych w Bełchatowie, dziś zapalił się tam taśmociąg, a TSUE wydało nakaz natychmiastowego zamknięcia kopalni Turów. Czy to wszystko jest kwestią przypadku, czy może mamy już do czynienia z wojną hybrydową, która lubi się przeplatać z epizodami charakterystycznymi dla wojny konwencjonalnej? Wojny toczono zawsze o zasoby: terytorialne, ludzkie, energetyczne. Dziś Polska staje się obiektem ataków nakierowanych na ten ostatni element niezbędny do należytego funkcjonowania każdej zbiorowości. Czujność jest więc wskazana, dyplomacja – potrzebna, gotowość militarna – jak najbardziej, ale też świadomość społeczna – wręcz niezbędna. By po syrenach nie rozległ się dźwięk dzwonu.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pakiet Wolności Akademickiej – komu nie pomoże

Pakiet Wolności Akademickiej przygotowany przez min. Czarnka na pewno nie pomoże już Johnowi Watkinsowi z London School of Economics, wybitnemu filozofowi i metodologowi nauk, któremu karierę złamały feministki. Nie pomoże też Rogerowi Scrutonowi, odsądzanemu od czci i wiary przez lewicujących akademików, za to, że – jak sam pisał – nie ukrywał swoich poglądów, przez co jego życie było znacznie ciekawsze niż to sobie zamierzył („Jak być konserwatystą”). I raczej nie pomoże prof. Rimie Azar z uniwersytetu w Sackville w Kanadzie, która niedawno została usunięta z pracy za podanie w wątpliwość tezy lansowanej w jej otoczeniu i zgodnej z polityczną poprawnością, że Kanada jest państwem rasistowskim.

https://bambisafkar.ca/

New Brunswick professor suspended following ‘discriminatory conduct’ allegations – The Globe and Mail, https://www.theglobeandmail.com/canada/article-new-brunswick-professor-suspended-following-discriminatory-conduct/

Ale niewykluczone, iż Pakiet Wolności Akademickiej choć trochę pomoże tym naukowcom w Polsce, którzy mają inne poglądy niż ich koledzy i z tego powodu podlegają ostracyzmowi środowiskowemu: koledzy piszą na nich donosy (że np. ktoś brał udział w konferencji smoleńskiej), rzecznicy dyscyplinarni raz po raz wzywają ich na dywanik, dyrektorzy instytutów usiłują cenzurować ich wypowiedzi, a wreszcie zwalniają z pracy. I dzieje się tak nawet wtedy, gdy te poglądy są wsparte cytatami pochodzącymi z prac uznanych zagranicznych autorów, a więc znajdują uzasadnienie w cenionych publikacjach naukowych.

W sytuacji, gdy sam widok książki zawierającej poglądy inne niż te, popularne w danym środowisku, wywołuje tylko krzyk, agresję i potępienie, chyba rzeczywiście nie ma innego wyjścia, jak to proponowane w Pakiecie. Alternatywą bowiem może być już nie tylko zamykanie ust tym, którzy je czytają i chcą na ich temat dyskutować (jak to często dzieje się obecnie), ale palenie takich książek, a niewykluczone że także ich autorów i czytelników. Każdy sposób jest więc dobry, by uniknąć takiej ewentualności i uniemożliwić powrót do mroków średniowiecza.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dzień Wolności Chłopskiej

Na pamiątkę likwidacji pańszczyzny w Galicji Stowarzyszenie „Folkowisko” po raz kolejny zorganizowało Dzień Wolności Chłopskiej. Jednym z elementów tych obchodów była dyskusja on-line, która odbyła się 15 maja i dotyczyła kilku kwestii. Na przykład, czy pamięć o pańszczyźnie powinna być częścią tożsamości zbiorowej dzisiejszych potomków chłopów? Czy pisana w ten sposób „ludowa historia Polski” nie staje się tylko prostym odwróceniem historii oficjalnej i czy nie epatuje zanadto martyrologią chłopstwa kosztem podkreślania ich zróżnicowanego statusu, (mimo wszystko) podmiotowości i sprawczości oraz różnych strategii radzenia sobie z opresyjną rzeczywistością? Czy wreszcie refleksja nad poddaństwem nie powinna w większym niż dotąd stopniu dotyczyć także drugiego członu tej szczególnej relacji społecznej, jakim było poddaństwo?

Co o mentalności folwarcznej dałoby się więc powiedzieć dziś w odniesieniu do potomków szlachty, zwłaszcza tej drobnej, zagrożonej pauperyzacją, tej, która dała początek współczesnej inteligencji (według Chałasińskiego – produktu degradacji społecznej), a więc tym elitom, które – dokładnie tak jak ich przodkowie – są służalczy wobec postawionych wyżej, a w stosunku do tych, których uważają za gorszych od siebie przejawiają pogardę?

Cała ta „chamofobia” – język pogardy, mowa nienawiści, neoliberalny dyskurs rasistowski, jaki od początku transformacji był obecny w debacie na temat polskiej wsi, to właśnie wyraz tego, podszytego obawą przed deklasacją i przeświadczeniem o własnej lepszości nastawienia „elit” wobec „mas”. Wszystko to robi wrażenie jakichś rytualnych obrzędów mających na celu utrwalenie społecznych różnic, dystansu i dystynkcji, które zatraciły już swój sens i nie są niczym więcej jak post-stanowym przeżytkiem, reliktem minionej rzeczywistości, przejawem „autonomii funkcjonalnej”, o której Simmel pisał, iż utrzymuje ona pewne zjawiska i postawy społeczne „nawet mimo zaniku uczuć czy też praktycznych okoliczności będących pierwotnym czynnikiem ich powstania” („Socjologia” 1975, s. 477).

Pół biedy, jeśli zajmują się tym dziennikarze, ale co robić, gdy –
sprzeniewierzając się ideałom obiektywizmu i wolności od wartościowania – tak samo postępują badacze społeczni. Pokazują tym samym, że nie dorośli do deklarowanych przez siebie wartości i że w aparaturę pojęciową socjologii czy psychologii społecznej daje się wmontować tendencyjne założenia, sprzyjające piętnowaniu i wykluczaniu określonych grup społecznych.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pandemia: dyskurs i procedury sanitarne

Ci, co protestowali przeciwko noszeniu maseczek, utrzymywaniu dystansu lub obowiązkowi kwarantanny, a teraz oburzają się na propozycję „paszportów covidowych” muszą mieć świadomość, iż nie są to jeszcze wszystkie środki zaradcze, jakie do tej pory wypracowano w celu zapobiegania epidemiom.

Broniąc się przed zagrożeniem ze strony innych populacji (np. migrantów), a nawet członków własnych społeczeństw, Europejczycy od dawna stosowali wymyślne systemy oznaczania, izolacji, dezynfekcji oraz środki prewencji (w rodzaju kołatek, którymi musieli posługiwać się trędowaci, ostrzegając zdrowych przed swoim nadejściem). Żeby nie wykraczać daleko w przeszłość, wystarczy wspomnieć Niemcy Republiki Weimarskiej, gdzie zdecydowano się budować stacje sanitarne, które imigrantów ze wschodu poddawały dezynfekcji i dopiero potem wydawały im zaświadczenia medyczne, niezbędne do uzyskania wizy wjazdowej do Niemiec i Europy Zachodniej.

Jak pisze Johann Chapoutot, cały cywilizowany świat (przynajmniej od czasów odkryć Pasteura i Kocha) przykłada wagę do tego, by rodzima populacja nie była narażona na drobnoustroje i wirusy, zwłaszcza te mało znane lub nowe, a więc szczególnie dla niej zabójcze: „stacje odwszawiania w Republice Weimarskiej są analogiczne do kwarantanny i dezynfekcji narzucanych przez USA na Ellis Island imigrantom z Europy, a zwłaszcza z Europy Wschodniej” („Nazistowska rewolucja kulturalna”, s. 307). Dezynfekcja polegała na rozbieraniu, kierowaniu do łaźni, a tam zamiast wody i mydła używano tlenku węgla (fumigacja).

Te same procedury stosowali naziści na okupowanych terenach, wykorzystując dla ich uzasadnienia „ciężką artylerię dyskursywną”: „Wschód to ziemia brudna, zamieszkała przez zacofanych Słowian i roznoszących choroby Żydów, a także ziemia biologicznie skażona. Szerzą się tam choroby nieznane w Niemczech, kraju czystym, rządzonym przez lekarzy, ojczyźnie Roberta Kocha i szczepionek. Postępy w higienie i nauce uczyniły z Niemców zdrowy naród, co jest niezwykle pozytywne, ale też niebezpieczne, gdyż niemieckie organizmy straciły odporność…” (s. 284). Dlatego ostrzegano Niemców przed dotykaniem wszelkich przedmiotów (nawet klamek w drzwiach) czy korzystaniem z ogólnie dostępnej wody lub żywności, zaś miejscowa ludność (zwłaszcza żydowska, która „przez swój fatalny stan higieny i maniakalny nomadyzm” była odpowiedzialna za rozprzestrzenianie się chorób) powinna być oznaczana, izolowana i poddawana kwarantannie, najlepiej przez tworzenie gett jako koniecznego środka sanitarnego. Na murach getta pojawiały się więc napisy: Uwaga! Ryzyko epidemii! Wstęp wzbroniony!”(s. 288).

Ten sanitarno-medyczny dyskurs rodził patologiczną psychozę i prowadził do bardzo konkretnych działań: masowego używania na terenach wschodnich miotaczy ognia, które pozwalały niszczyć na odległość domy bez konieczności dotykania klamek, tworzenia kolejnych gett pod pretekstem zapobiegania epidemii tyfusu, a także poddawania ludności żydowskiej dezynfekcji radykalnej, z której nikt nie uchodził z życiem, ale za to (jak na przełomie 1941 i 1942 r.) udawało się osiągnąć „trwały spadek krzywej zachorowań”. Aby utrzymać tę pomyślną tendencję, „wiosną 1942r. obozy zagłady w Polsce zaczynają mordować europejskich Żydów setkami tysięcy, a następnie milionami, co w nazistowskiej logice pozwala opanować epidemię tyfusu” (s. 310) – pisze Chapoutot.

Trwająca już drugi rok pandemia covid-19 niewątpliwie pozwoli przetestować skuteczność towarzyszącego jej dyskursu. O jego potencjale performatywnym świadczą stosowane dziś określenia, proponowane bądź narzucane rozwiązania, a nade wszystko używana argumentacja, która coraz więcej decyzji pozwala uzasadniać naukowo: sanitarną, medyczną i biologiczną koniecznością ochrony zdrowej, karnej i zdyscyplinowanej części populacji przed zagrażającą jej nieodpowiedzialną i niezdolną do racjonalnego osądu całą resztą.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Covid i rosyjska grypa

Proces szczepień postępuje. Tylko patrzeć, jak kolejne kraje osiągną taki sam – imponujący i uznawany za bezpieczny – odsetek zaszczepionych jak na Seszelach, ale niewykluczone, że z takim samym skutkiem (im więcej zaszczepionych, tym więcej infekcji). Co nie zmienia faktu, że zarówno szczepienia, jak i inne sposoby radzenia sobie z pandemią (lockdowny, maseczki, dystans społeczny itd.) mają swoich zwolenników, ale i przeciwników.

Większość argumentów „za” i „przeciw” jest już znana, ale nie wszystkie zostały dostatecznie przeanalizowane. Jedną z okoliczności, które powinny skłonić do ponownego przemyślenia stosowanych środków rozważał już rok temu Matt Ridley w artykule „Could the key to COVID be found in the Russian pandemic?” („Spectator”). Autor przypomniał, że w latach 1889-1992 przechodziła przez Europę pandemia, co do której sądzi się dziś, że mogła być spowodowana przez koronawirusa pokrewnego dzisiejszemu. Świadczyć o tym mają podobne objawy, statystyczne prawidłowości (liczba zarażeń, odsetek ciężkich przebiegów i zgonów) oraz fakt – omawiany przez prof. M. Sanaka („DGP” 24.IV.2021) – że u część dzisiejszej populacji stwierdzano obecność antyciał przeciw covidowi jeszcze zanim ten się pojawił! Musiały więc zostać przekazane przez przodków, którzy przechorowali tamtą infekcję. Ridley pisze, że (jak każda pandemia) także „rosyjska grypa” rozchodziła się po świecie i nawracała w kolejnych latach, ale za każdym razem w łagodniejszej formie. Dlatego stawia pytanie: a jeśli lockdown (a niewykluczone, że i inne stosowane dziś środki) hamują ten naturalny proces? Dlatego w zakończeniu swego artykułu stwierdza: nasz los jest jasny –
nawet bez lockdownu itp. covid-19 wygaśnie, potem powróci, ale będzie coraz łagodniejszy, aż wreszcie stanie się jedną z sezonowych, uciążliwych, ale niegroźnych infekcji.

Ta konkluzja sugeruje też, co może się stać, jeśli dzisiejszy koronawirus będzie zwalczany nieodpowiednimi środkami. Wówczas, zarówno dla współczesnych, ale też dla potomnych, skutki mogą być opłakane. Niewykluczone nawet, że lockdown, a zwłaszcza praktykowane dziś na skalę globalną szczepienie wszystkich – bez uprzedniego rozeznania, kto może być zaszczepiony, a kto w żadnym razie nie powinien – zostanie w przyszłości uznane za zbrodnię przeciw ludzkości. Ale najpierw trzeba będzie doświadczyć wszystkich konsekwencji podejmowanych dziś działań.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O przemocy w akademii

Wczorajsza dyskusja zorganizowana przez Monitor Akademicki dotyczyła przemocy w akademii i temu, jak jej zapobiegać. Można było odnieść wrażenie, że nikt z zabierających głos nie miał wątpliwości, kto dopuszcza się przemocy, a kto jest jej ofiarą. Ponieważ uniwersytety to instytucje profesjonalne, konserwatywne i hierarchiczne, przemocy dopuszczają się wyłącznie wykładowcy wobec studentów, mężczyźni wobec kobiet oraz ci, co mają jakąkolwiek przewagę w stosunku do słabszych.

Wszyscy oni dopuszczają się więc przemocy behawioralnej, seksualnej bądź werbalnej: prowadzący zajęcia niewłaściwie zachowują się wobec studentów (a w dodatku często „żerują” na ich pracach popełniając plagiat); mężczyźni molestują kobiety (choćby usiłując „skraść im całusa”); heteronormatywni nie wiedzą, jak zwracać się do heteronienormatywnych (czym ranią ich głęboko i upokarzają). Dlatego należy wprowadzić jak najwięcej precyzyjnych i drobiazgowych regulacji prawnych, powoływać ombudsmanów (a czemu nie ombudswomanki?) i dodatkowo organizować szkolenia: w dużo szerszym zakresie i oczywiście obowiązkowe, bo przecież pracowników sektora usług edukacyjnych należy wdrożyć do tego, by świadczyli te usługi, a więc usługiwali swoim klientom tak, jak ci klienci sobie tego życzą.

Co jednak z przypadkami, gdy to studenci nie potrafią się odpowiednio zachować, wyrażać, a nawet ubierać na zajęcia? Kilkanaście lat temu zwrócił na to uwagę prof. Zbigniew Rykiel wykładający geografię w Bydgoszczy. Ale został natychmiast przywołany do porządku: studenci poczuli się „upokorzeni”, a władze uczelni udzieliły mu nagany z ostrzeżeniem i pozbawiły funkcji kierowniczej.

Dalej, co z sytuacjami (autentycznymi!), gdy to studentki molestują profesorów i wyzbywając się wstydu oraz bielizny zasiadają w pierwszym rzędzie auli wykładowej nie po to, by lepiej chłonąć wiedzę, ale po to, by eksponować – widoczne nad, ale i pod pulpitem – swoje obnażone wdzięki?

Co wreszcie z nagminną praktyką określania kobiet „socjolożkami”, „psycholożkami” itd. choć w języku polskim rodzaj męskoosobowy odnosi się też do kobiet, choć w słownikach poprawnej polszczyzny nie ma (jeszcze) takich słów i choć niekoniecznie wszystkie kobiety sobie tego życzą?

To wszystko nieważne, bo przecież uniwersytety mają stać się ośrodkami reedukacji „leśnych dziadków” (i zapewne „leśnych babć” też), gdyż to nie oni, ale młodzi wszystko wiedzą lepiej, czują głębiej i są bardziej wrażliwi. A na pewno są bardziej zmotywowani, by zmieniać świat według własnego widzimisię.

PS. Na stronie MA fotografia anonsująca dyskusję: prawa pięść uderza w lewą otwartą dłoń, a więc prawica atakuje lewicę. Teza: nigdy odwrotnie. Jakie to wymowne.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

PIN – Polski Interes Narodowy

Z okazji Święta Konstytucji 3 Maja wypowiadają się zapraszani do mediów eksperci. Wśród nich prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski, znany ze swej nieprzejednanej postawy wobec Rosji i utożsamiający polski interes narodowy ze wspieraniem dążeń niepodległościowych Ukrainy, ale i Białorusi. Takie wypowiedzi skłaniają do zadania zasadniczego pytania: jaki powinien być Polski Interes Narodowy i czy czasem nie powinno powstać ugrupowanie mające taką właśnie nazwę. PIN – brzmi dobrze.

Przekonanie, że to cudze interesy wyznaczają polskie (a nie odwrotnie) i warte są wspierania tylko dlatego, że przeciwstawiają się „dążeniom mocarstwowym” Rosji, to niebezpieczny pogląd, który sprawia, iż Polska nie prowadzi właściwie żadnej polityki zagranicznej ze swoim najpotężniejszym wschodnim sąsiadem, że coraz bardziej zraża go do siebie, a w dodatku czyni to mając niczym nie uzasadnione nadzieje na wdzięczność państw, które tak protekcjonalnie, w gruncie rzeczy, traktuje, a zwłaszcza licząc na ewentualną lojalność zachodnich sojuszników. Co także jest rachubą niczym nie uzasadnioną.

Przypomina o tym wiersz z dwudziestolecia międzywojennego: bardzo aktualny dziś w kontekście rosyjskiej okupacji Krymu, okupacji trwającej nadal przy obojętności państw zachodnich (w tym również sygnatariuszy Układów z Mińska) zdolnych – jak zwykle – jedynie do wyrażania ubranej w dyplomatyczne słowa dezaprobaty.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Akcesja do UE – kolejna rocznica

Dziś, czyli 1 maja, przypada kolejna rocznica akcesji Polski do UE. Ale czy to ze względu na pandemię, czy też z innych powodów, nawet najwięksi jej zwolennicy (a więc ci, którzy „przystąpienie” interpretują jako „wstąpienie”, a zasadę wyższości prawa europejskiego – „superiority”, mieszają z zasadą zwierzchności – „supremacy”) – nawet tacy euroentuzjaści nie świętują tak, jak do tej pory. Zresztą, na dobrą sprawę, niezbyt jasne jest, jak w 2004 r. Polska mogła przystąpić do UE, skoro dopiero Traktat Lizboński z 2007 r. faktycznie powołał do życia UE nadając jej osobowość prawną, a Wspólnota Europejska, kontynuatorka jeszcze wcześniejszej EWG, została ostatecznie zlikwidowana dopiero w 2009 r. Ale po co czepiać się szczegółów? Wszak architekci integracji europejskiej zawsze słynęli z umiejętności formułowania traktatów „drobiazgowo dwuznacznych”, jak pisze Philippe de Villiers w książce „Kiedy opadły maski” – s. 128.

Wraz z upływem czasu przybywa jednak publikacji pokazujących genezę i funkcjonowanie UE w mniej korzystnym świetle niż to prezentowała oficjalna propaganda. I tak Jan Zielonka pisze bez osłonek o zbieżności struktur UE i nazistowskich Niemiec („witajcie w IV Rzeszy” – w pracy „Kontrrewolucja”), Ulrich Beck nie kryje, że obecna Europa to „German Europe”, a historycy przypominają fragment oficjalnego dokumentu zatwierdzonego przez Helmuta Kohla w 1994 r., w którym trudno nie usłyszeć pogróżki: „jeśli integracja europejska nie postępowałaby naprzód, Niemcy mogliby się uważać za powołanych lub zmuszonych względami na własne bezpieczeństwo do osiągnięcia stabilizacji swą własną i tradycyjną drogą” (Jerzy Chodorowski – „Rodowód ideowy UE”).

Obok tych analiz, pokazujących jak bardzo ideologia oraz plany i działania UE przypominają projekty nazistów, nawiązujących zresztą do odbudowy potęgi Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (Peter Berger –
„Rewolucja kapitalistyczna”) warto też uwzględnić tezy zawarte w książce de Villiers. Autor bestselleru o korzeniach UE pokazuje, że Ojcowie Założyciele (jak Jean Monnet i Robert Schumann) oraz czołowi architekci integracji (jak Walter Hallstein) byli zaangażowanymi nazistami bądź przynajmniej sympatyzowali z nazizmem. Na pewno żaden z nich nie był „oponentem brunatnej zarazy”: Monnet inspirował się myślą szkoły z Uriage, czyli Vichy, a FBI podejrzewało go o pranie nazistowskich pieniędzy, Schumann był ministrem w rządzie Petaine’a, a Hallstein to znacząca osobistość III Rzeszy i bardzo zaangażowany nazista. „Europeizm wzrastał karmiony mlekiem kolaboracji i nazizmu” – podsumowuje de Villiers (s. 264).

Dlatego każdy, kto zechce dziś świętować akcesję Polski do UE, a choćby zanuci oficjalny hymn zjednoczonej Europy, czyli „Odę do radości” (jak przypomina Żiżek – była to oficjalna pieśń państwowa w III Rzeszy), niech się wpierw zastanowi, co tak naprawdę w tej Unii tak mu się podoba i co właściwie chce świętować. Wszak refleksyjność jest podobno znamieniem współczesności, a zwłaszcza nowoczesnego Europejczyka.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nieprzewidziane Odczyny Poszczepienne

Już niedługo będzie można (jak zapewnia rząd) zaszczepić się praktycznie wszędzie: w aptece, na lodowisku, a może i na stacji benzynowej. Tylko – z jakim skutkiem? Co do tego ciągle nie ma pewności.

>>>> Na łące opodal krzaczka
>>>> Mieszkała kaczka-dziwaczka,
>>>> Lecz zamiast trzymać się łąki
>>>> szukała dobrej szczepionki.
>>>> Raz poszła więc do tawerny:
>>>> „Dajcie mi fiolkę Moderny!”
>>>> Tuż obok była apteka,
>>>> „Poproszę Astra Zeneca!”
>>>> Udała się do dilera:
>>>> „Chciałabym dawkę Pfizera!”
>>>> a potem, nienasycona:
>>>> „Gdzie tu dostanę Johnsona?”
>>>> Zaś w kącie obok śmietnika
>>>> nabyła porcję Sputnika.
>>>> Martwiły się inne kaczki:
>>>> „Co będzie z takiej dziwaczki?”
>>>> Aż nagle znalazł się kupiec:
>>>> „Na obiad można ją upiec!”
>>>> Pan kucharz kaczkę starannie
>>>> Piekł, jak należy, w brytfannie.
>>>> Lecz zdębiał, obiad podając, bo z kaczki zrobił się zając – >>>> miał Wi-Fi, czip i walonki…
>>>> Takie to były szczepionki!
>>>> 😈😈😈
>>>>
>>>>

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Uniwersytet: wizje, instytucje, ludzie

W piątek oddział łódzki PTS zorganizował interdyscyplinarną dyskusję na temat reform szkolnictwa wyższego. Profesorowie: teoretyk literatury Jarosław Płuciennik, socjolog Agnieszka Dziedziczak-Fołtyn, ekonomista Piotr Urbanek oraz Piotr Drygas z KKHP zaprezentowali różne wizje uniwersytetu (tradycyjną, humanistyczną i korporacyjną, pragmatyczną), a także ocenę dotychczasowych reform, które można określić jako „kolonizację świata nauki według całkowicie obcej mu logiki” przez jej otoczenie (społeczne i rynkowe), co wiąże się z postępującą „wewnętrzną alienacją” świata akademickiego.

I referaty, i dyskusja pokazały, iż naukowcy wprawdzie dobrze radzą sobie z analizą i diagnozą zachodzących przemian, ale kompletnie nie potrafią im przeciwdziałać; w dodatku skupiają się tylko na dwu ich wymiarach, tzn. na wizjach (projektach, ideałach) i na rozwiązaniach instytucjonalnych, natomiast zaniedbują pytanie o ludzi, którzy w tym procesie uczestniczą albo w roli aktywnej – jako jego architekci („kolaboranci systemu” wg określenia F. Furediego), albo w roli pasywnej – jako osoby podporządkowane, a raczej bezwolnie podporządkowujące się narzucanym rozwiązaniom. Tymczasem ten trzeci aspekt wydaje się nieodłączny od pozostałych, a może nawet kluczowy, świadczy bowiem dobitnie o formacie ludzi zajmujących się dziś w Polsce nauką.

Każdy, kto przepracował na uniwersytecie choćby kilka, kilkanaście lat, musiał zauważyć stopniowe ograniczenia wolności, jakie wiązały się z wprowadzanymi reformami. Mimo liberalnej retoryki stanowiły one od początku drastyczne uszczuplenie autonomii nauki i naukowców. Przepisy dotyczące „liczby N” i możliwości zatrudnienia oznaczały, iż – w dobie proklamowanej wolności gospodarczej i swobody rozporządzania własną osobą na rynku pracy – akurat pracownicy naukowi stali się nie tyle podwładnymi, ale właściwie poddanymi rektora (bo tylko on – niczym feudalny właściciel ziemski – mógł decydować, czy pozwoli im na dodatkową pracę, czy też będzie egzekwował wyłączną lojalność). Skomplikowane zasady punktacji i parametryzacji skorumpowały pracę naukową odejmując jej walor bezinteresowności i swobody wyboru kierunku badań czy miejsca publikacji wyników. Wreszcie postępująca biurokratyzacja spowodowała, że kadra naukowa została zdegradowana do roli pracowników administracyjnych i technicznych. Nic bardziej żałosnego i żenującego jak widok profesora zmagającego się z USOS-em, wypełniającego sylabusy zgodnie z idiotycznymi zasadami KRK lub uczestniczącego – bez cienia sprzeciwu – w pracach komisji rekrutacyjnych podczas urlopu!

Niestety. Większość kadry naukowej uniwersytetu – tak wyczulona na punkcie swej wolności światopoglądowej – z heroicznym konformizmem znosiła i znosi nadal ograniczenia swej wolności wynikające z formalnych i technologicznych rozwiązań. A przecież taki np. USOS (jak pokazuje w kapitalnym studium Krzysztof Abriszewski – w pracy zbiorowej „Ludzie i nie-ludzie” 2011) nie został wprowadzony niczyją decyzją, a tym bardziej nie poprzedziła tego żadna demokratyczna dyskusja w środowisku. Wystarczyła atmosfera paniki, pośpiechu i „wszechobecnego, anonimowego nacisku” (s. 337), któremu potulnie poddali się nie tylko urzędnicy na uczelniach, ale i cała profesura.

„Jesteśmy bezbronni wobec tych procesów” – powiedział ktoś podczas piątkowej dyskusji. Bezbronni, bezsilni czy bezradni? Ale jak to? Elita intelektualna kraju nie potrafi poradzić sobie z zamachem na wolność nauki i na własną pozycję? Wybitni specjaliści od retoryki i argumentacji, znawcy wszelkich technik manipulacji i propagandy, badacze instytucji i organizacji, teoretycy obywatelskiego nieposłuszeństwa i eksperci mający w małym palcu, jak trzeba organizować ruchy społeczne – wszyscy oni nie wiedzą, jak się to robi? Na ile są zatem wiarygodni w roli nauczycieli swoich studentów, w roli profesjonalistów zabierających głos w mediach czy wreszcie w ulubionej przez siebie roli autorytetów głoszących wartości takie jak autonomia nauki, jednostkowa wolność i podmiotowość, liberalizm i demokracja?

„Lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach” – pisał Czesław Miłosz w „Traktacie moralnym”. Sądząc po nikłym oporze, jakim wykazuje się środowisko naukowe od niemal 20 lat, składa się ono z osobników o bardzo obłych kształtach. Ot, takie zwykłe otoczaki, którymi każda władza turla, jak chce.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Wolność nauki i jej zagrożenia

Dzisiejsza debata IFiS skupiła niemal 150 osób, a jako paneliści wypowiadali się prof. Duszyński, Prezes PAN, prof. Kolarska-Bobińska (b. minister nauki), prof. Mężyk (KRASP) oraz prof. Nowak, historyk (UJ).

I chyba dobrze się stało, że dyskusja dotyczyła bardziej zagrożeń wewnętrznych, generowanych przez same środowiska naukowe, niż tych zewnętrznych, których dostarcza władza różnych szczebli, otoczenie biznesowe czy presja biurokracji, choć to o tych drugich chętniej rozprawiają naukowcy. Domagając się od państwa wolności i tolerancji, często zapominają, iż nierzadko sami ograniczają wolność swoich kolegów (pisząc donosy do władz uczelni, cenzurując ich wypowiedzi czy blokując w swoim gronie merytoryczną dyskusję i zastępując ją nagonką na myślących inaczej). Prof. Rychard słusznie więc zacytował Gouldnera, który pisał, iż uczony, który wygraża władzy politycznej, prezydentowi i ministrom, a łasi się własnemu dziekanowi czy dyrektorowi, nie jest wcale obrońcą wolności akademickiej, czy tym bardziej osobą autonomiczną i zasługującą na szacunek.

Polskie środowiska naukowe nie są w łatwej sytuacji; ktoś z dyskutantów nazwał nawet wybór między liberalno-menedżerskim projektem min. Gowina, a narodowo-katolickim min. Czarnka – „wyborem tragicznym”. W dodatku za jednym i za drugim stoją pełne arogancji oraz ignorancji siły polityczne, które (jak było za poprzedniego ministra) arbitralnie zlikwidują dyscyplinę naukową w rodzaju antropologii albo (jak za obecnego ministra) ogłoszą nową – np. biblistykę. Również po opozycji nie można się niczego dobrego spodziewać: propozycja Borysa Budki, by zlikwidować historyczne wydziały, a najlepiej całą humanistykę – mówi sama za siebie.

O tym jednak, że każda władza lubi się panoszyć, wiadomo nie od dziś. Ale czemu milczy się o tym, że środowiska naukowe tak łatwo poddają się tej presji, i to niekoniecznie politycznej (akurat ta budzi stosunkowo największy opór), ale np. tej systemowej, biurokratycznej – wszystkie dotychczasowe reformy polskiej nauki przyczyniały się do budowania neo-liberalnego porządku „kapitalizmu akademickiego” i menedżeryzmu, rozrostu punktozy i formatowania umysłów naukowców przez coraz bardziej skomplikowane procedury i zasady aplikowania o projekty, sporządzania sprawozdań, a nawet pisania tekstów. Czemu nie piętnuje się „mentalności poddańczej” środowisk naukowych, które bez mrugnięcia okiem od lat biorą na siebie obowiązki pracowników administracyjnych, a nawet fizycznych, zgadzają się na pracę podczas urlopu (np. w komisjach rekrutacyjnych) i na wiele innych sposobów obniżają prestiż naukowca? Czyżby wiedza, która jest wszak w posiadaniu tak wybitnych specjalistów, nie nadawała się do efektywnego zastosowania? Co zatem jest warta ta wiedza i ci, co nią dysponują?

W wypowiedziach młodszych dyskutantów pojawił się dodatkowo wątek „konformizmu” i „oportunizmu” środowisk naukowych, co kiepsko świadczy o ich kondycji moralnej, a także o nikłej sprawczości. „Za słabo reagujemy, za późno się zorientowaliśmy, po raz kolejny przegraliśmy walkę o fundusze” – przyznał w podsumowaniu prof. Duszyński.

Tylko siąść i płakać.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Profesor Balcerowicz jak dr Mengele?

Młoda Lewica posłużyła się takim porównaniem(choć go nie wymyśliła), ale zaraz się wycofała i przeprosiła. Niewykluczone, że Hannah Arend posłużyłaby się innym porównaniem. W pracy „Eichmann w Jerozolimie” analizowała sylwetkę człowieka, który zdolny był do racjonalnego planowania i koordynacji działań w imię celów, które uznał za słuszne. Jej zdaniem był on przykładem tego, do czego może doprowadzić kalkulowanie środków do osiągnięcia założonych celów, ale bez refleksji nad samymi celami –
typowo Weberowska „racjonalność” celowo-racjonalna uznana za największą wartość kultury zachodnioeuropejskiej.

Johann Chapoutot w książce „Nazistowska rewolucja kulturalna” analizuje ten przypadek i pisze o Arendt: „hipoteza, jaką stawia, jest niezbyt pochlebna dla jej współczesnych; procesy edukacji i socjalizacji właściwe współczesnemu światu (przewaga kalkulacji nad myślą, nauk ścisłych i techniki nad wiedzą literacką, podział pracy i nadrzędność zysku…) produkują potencjalnych Eichmannów i skłaniają do zbrodni: oto Eichmann umieszczony w samym sercu nowoczesności urasta do symptomu, a nawet paradygmatu swojej (naszej) epoki i jej możliwości” (s. 251). Zdaniem Chapoutot takich Eichmannów można znaleźć w wielu miejscach współczesnej cywilizacji: są to wszyscy ci, którym obca jest wszelka refleksja nad wartościami; oni tylko procedują, decydują, organizują, nie pytając o ostateczny cel ich działań. „Kto nie rozpoznaje w nich dyrektora HR czy pracownika prefektury rozstrzygających los jednostki z kalkulatorem czy pieczątką w ręce i przeprowadzających programy społeczne z doskonałym chłodem, owym całkowitym ‚brakiem wyobraźni’ wytykanym przez filozofkę?” – pyta autor (s. 250).

Ludzie o balceroidalnej mentalności nie mają zatem dobrej prasy, ale to właśnie oni – technokraci racjonalni do bólu (cudzego) – rządzą dziś światem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Konsekwencje szczepień

W miarę upływu czasu wiadomo coraz więcej o możliwych konsekwencjach szczepień na covid. I tak, okazuje się, że AstraZeneca czy JJ mogą powodować zakrzepy, choć oczywiście „korzyści przewyższają ryzyko” – jak uspokajają eksperci. Natomiast osoby, które przyjęły preparat Pfizera, mogą 8 razy częściej zapadać na kolejne mutacje wirusa niż osoby nie zaszczepione, co ogłosił na dniach uniwersytet w Tel Avivie (badania prowadzone pod kierunkiem Adi Stern):

https://www.france24.com/en/live-news/20210411-s-african-covid-variant-better-at-bypassing-pfizer-biontech-jab-israeli-study

Choć i tu zapewne „ryzyko jest mniejsze niż korzyści” (zwłaszcza dla firm farmaceutycznych, które w ten sposób zapewniają sobie rozległy rynek zbytu na przyszłość).

O jeszcze innych możliwych konsekwencjach szczepień przypomina film „Apokalipsa”, gdzie mroczny Kurtz mówi o stertach rąk uciętych zaszczepionym dzieciom, co jakoby mieli praktykować nieprzejednani ideologicznie bojownicy Wietkongu. Biorąc pod uwagę stopień politycznego zacietrzewienia po obu stronach polskiego życia politycznego, nie można wykluczyć zastosowania podobnie drastycznych środków wobec osób, które zdecydują się zaszczepić rosyjskim Sputnikiem lub którymś z chińskich preparatów. „Nikt nie narzuci nam rosyjskiej szczepionki” – grzmi Kaczyński, a wtóruje mu marszałek Grodzki, który na jednym oddechu wypowiada dwie całkiem różne kwestie: „w pandemii nie ma polityki, jest zdrowie” i zaraz potem wyraża nadzieję, że „Polacy nie będą szczepieni preparatem chińskim ani rosyjskim”.

Ciekawe, co powiedzą obaj politycy, jeśli/gdy EMA zaakceptuje szczepionki pochodzące z obu tych krajów. Nie ulega jednak wątpliwości, że i one zostaną opatrzone znanym komentarzem: „korzyści płynące z ich zastosowania przewyższają ewentualne ryzyko”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy…”

Tak pisał przed laty Boy i jego słowa przypominają się przy okazji każdej kolejnej rewelacji w rodzaju tej z Oxfordu:

https://www.msn.com/en-gb/entertainment/music/musical-notation-branded-colonialist-by-oxford-professors-hoping-to-decolonise-the-curriculum/ar-BB1f2fia?fbclid=IwAR0dEL3o_t2_TkCMtf-FnJZHv2E8ZJl1OK0PrIjwGF2mp8_48HptWOxJ1js

Na pewno wybitni w swojej dziedzinie naukowcy doszli oto do wniosku, iż zapis nutowy to wyraz kolonializmu, a europejska muzyka uosabia białą supremację. Aby temu zapobiegać, proponują uwzględnienie w programach uniwersyteckiego nauczania uwzględnienie w większym zakresie muzyki także innych kręgów kulturowych. Owszem, czemu nie. Ale po co ten cały bełkot, po co pielęgnowanie tego „wstrętu do siebie” (Bauman) lub rozwijanie postawy „do diabła z nami samymi” (Scruton).

Zresztą, takie zachowanie to tylko dowód żałosnego epigoństwa, bo cóż tu jeszcze da się powiedzieć nowego po tym, co tak dobitnie wyartykułował np. Max Weber: że w Europie Zachodniej i tylko tu „wystąpiły zjawiska kulturowe, które rozwinęły się w powszechnie obowiązującym, mającym uniwersalne znaczenie kierunku” („Etyka protestancka a duch kapitalizmu” – Uwagi wstępne), a stało się to wyłacznie dlatego, iż „decydującą podstawą są tu czynniki dziedziczne”, czyli rasowe – dlatego należy zwrócić sie w stronę antropologii fizycznej oraz porównawczej neurologii i psychologii ras!

Jakie przykłady dla wsparcia swego przesiąkniętego eurocentryzmem twierdzenia przytacza Weber? Tylko na Zachodzie istnieje nauka z prawdziwego zdarzenia, to znaczy nauka „racjonalna”; tylko na Zachodzie pojawiła się „racjonalna” muzyka harmoniczna, orkiestra z „racjonalnym” kwartetem smyczkowym i takimż pismem nutowym; tylko na Zachodzie wymyślono „racjonalny” ostrołuk w architekturze, a przede wszystkim tylko na Zachodzie zaistniał „zawodowy urzednik” – biurokrata na usługach „nowoczesnego państwa i nowoczesnej gospodarki”, czego zwieńczeniem jest oczywiście „racjonalny” i jak najbardziej zachodni kapitalizm! Jakoś przez myśl nie przeszło Weberowi, że tylko w Australii wymyślono bumerang – bardzo racjonalne narzędzie polowania i walki na rozległych pustynnych terenach, a tylko Eskimosi wynaleźli igloo – bardzo racjonalne schronienie na dalekiej północy.

Wszystkie zatem objawienia w rodzaju tego, jakie nawiedziło ostatnio profesorów Oxfordu, to tylko popłuczyny myślenia od dawna obecnego w refleksji naukowej i to myślenia dużo lepiej i dobitniej wyartykułowanego już wcześniej. Dlatego przynajmniej socjologowie, dla których Weber jest wciąż niekwestionowanym klasykiem ich dyscypliny, powinni z dystansem spojrzeć na modny dyskurs i przestać pastwić się nad „Murzynkiem Bambo” (robiąc przy okazji z Tuwima – rasistę!) czy nad Stasiem i Nel (piętnując Sienkiewicza jako białego suprematystę)! Niestety, na warszawskiej socjologii serwer wciąż chyba nosi nazwę „Weber”, choć wiadomo dobrze, jakim rasistą, pruskim szowinistą i polakożercą był Weber. No ale przede wszystkim Weber „wielkim socjologiem był” i to się okazuje najważniejsze. Czyżby?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Hipochondryk w czasie pandemii

Dla hipochondryków nastały trudne czasy. W miarę pojawiania się kolejnych fal pandemii mają co prawda do wyboru coraz więcej objawów, ale też coraz łatwiej o dezorientację.

Zaraz po przebudzeniu ból w barku lub karku – pierwsza myśl: covid. Ale nie, wszystko mija po energicznym przeciągnięciu się. Suchość w gardle, jakby lekkie podrażnienie – stan zapalny? covid? Znów nie. Wystarczy wypić szklankę wody. Trudno zebrać myśli, skupić się na pracy – czy to już „mgła mózgowa”? Filiżanka kawy rozwiewa te obawy. No i wreszcie ta najstraszniejsza chwila, kiedy trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – nic, zupełnie nic, kompletny brak objawów. I wtedy pojawia się myśl: brak objawów to właśnie najczęstszy objaw covidu, a więc nie ma już żadnych wątpliwości ani żadnej nadziei.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O wyższości min. Czarnka nad min. Gowinem

Min. Czarnek, który wedle uznania „dosypał” punktów niektórym polskim czasopismom naukowym, zrobił jednak coś bardziej słusznego i pożytecznego niż jego poprzednik, min. Gowin. Decyzja Gowina spowodowała bowiem, że polscy naukowcy zamiast zajmować się nauką zaczęli zajmować się „wyrabianiem punktów” dla siebie i swoich instytucji. Pociągnęło to za sobą ogromne marnotrawienie publicznych pieniędzy przeznaczonych przecież na uprawianie nauki, a nie na ratowanie komuś skóry.

Pieniądze polskiego podatnika kierowane do budżetu nauki powinny służyć praktycznym potrzebom społeczeństwa lub też wzbogacać jego wiedzę o świecie i o samym sobie – jego historii, wartościach, specyfice. A czy te kryteria są spełnione w przypadku okupionej wieloma zachodami i sporymi kwotami publikacji tekstu tekstu w zagranicznym czasopiśmie, najczęściej tak drogim, że na jego zakup nie stać polskich bibliotek?

Tak więc decyzja Gowina pociągnęła za sobą defraudację środków publicznych i zarazem wypaczenie sensu pracy naukowej: już nie placówki naukowe i ich pracownicy mają funkcjonować dla dobra nauki, ale nauka ma umożliwić to, by mogli oni nadal istnieć. Tym samym nauce odjęto wartość autoteliczną i ją zinstrumentalizowano, a najważniejsze stało się przetrwanie instytucji i ich personelu.

Jeśli zatem decyzja Czarnka zaowocuje tym, że choć trochę mniej środków publicznych będzie wypływać za granicę, aby zasilać konta zachodnich redakcji (bo teraz będzie się „opłacało” publikować w Polsce) – to już spory sukces. A zachęcony tym sukcesem minister na pewno podejmie kolejne działania eliminujące pasożytowanie na polskiej nauce.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ręka w rękę?

Niby nic nie powinno już dziwić, ale jeśli sięga się po książkę Johanna Chapoutot „Nazistowska rewolucja kulturalna” (Kraków 2020) i czyta się na pierwszej stronie okładki: „Poleca Adam Michnik”, a potem: „dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”, to już nie wiadomo, co o tym wszystkim sądzić. Czy to Michnikowi raptem „po drodze” z MKiDN, czy też prof. Glińskiemu z red. Michnikiem, a może wydawnictwo „Universitas” wypłatało psikusa obu stronom wymieniając je razem przy okazji tej publikacji?

Przez chwilę nie wiadomo też, co sądzić o samej publikacji, ale nazwisko autora, profesora historii na Uniwersytecie Paris-Sorbonne, i lektura pierwszych stron książki – rozwiewają wątpliwości. To ciekawa pozycja, która pokazuje, jak w III Rzeszy interpretowano idee oraz wartości kultury europejskiej. To też głos w dyskusji, czy nazizm był zaprzeczeniem, a co najmniej wypaczeniem cywilizacji Europy, czy też jednak stanowił szczególne połączenie elementów jej dorobku: elementów –
które istniały już wcześniej, a połączenie – wyjątkowo niebezpieczne, bo selektywne i skrajnie konsekwentne.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mistrzowie przy stole

W przedświątecznym wydaniu Drugiego Śniadania Mistrzów zebrani dyskutowali o manierach przy stole i o mniej lub bardziej oryginalnych potrawach, jakie przyszło im konsumować. Znamienne, że rosół z kartofli, często spotykany na polskiej wsi jako danie obiadowe w niedzielę, zwłaszcza na wschodzie kraju, wydał im się tak samo egzotyczny, jak świeżo wydarte i wciąż pulsujące serce węża – przysmak wietnamski, a może koreański.

Co jeszcze bardziej dziwne, okazało się, że nie jest im obce wylizywanie talerza (coś absolutnie obciachowego!). Żaden z zebranych mistrzów nie wiedział też, co należy robić z pestkami znalezionymi w kompocie z wiśni! Wypluwać? Raz, że nieelegancko, a dwa, że mogą być tego opłakane skutki, co poświadcza fragment pamiętników Kajetana Koźmiana. „Na innym sejmiku przyszło do głowy kucharzowi mego ojca uraczyć gości kompotem z czarnych wiśni. Z początku panowie bracia jedli, gdy im się sprzykrzyło wybierać pestki, zaczęli się mazać i farbować, następnie rzucać na siebie i wkrótce cała gromada wydawała się jak zakrwawiona. Chodkowski patrząc na tę walkę wiśniami, ozwał się do nich: ‚Panowie bracia, przestańcie szaleństwa. Będą o nas myśleć, żeśmy się porąbali!’ Jakoż istotnie. Przybywający nowi goście myśląc, że to skutek jakiej bójki, zaczęli się brać do szabel. Chodkowski, przytomny i silny, w ciemności odpycha napastników, dobywa pałasza i oparłszy plecy o okno macha pałaszem, obcina palce, rani głowy i twarze; już nie sok wiśniowy bryzga. Wołają ojca mego, ledwie zdołali rozbroić zajadłych, jedni grożą, drudzy wyrzekają, ranni płaczą. Jeden postradał palce, a kilku krysy po czołach i twarzach dostali. Ledwo przytomność ojca mego uspokoiła sprawę” (t. I, s. 140).

Dobrze w takim razie, że podczas tego śniadania mistrzów nie padło pytanie o to, jak w eleganckim towarzystwie powinno się napoczynać jajko na miękko. Bo na pewno nie uderzając w jego czubek łyżeczką – ale czy ktoś z uczestników programu by to wiedział?

Mistrzowie zgromadzeni na drugim śniadaniu przez red. Mellera nie omieszkali też zaznaczyć, że razi ich typowo polskie „dziękuję” na zakończenie wspólnego posiłku. A skoro tak, to pewnie wstydziliby się powtórzyć za Norwidem „do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba, tęskno mi Panie”. Nie mówiąc już o znaku krzyża czynionym na bochnie chleba przed ukrojeniem pierwszej kromki.

Tacy to mistrzowie i takie ich maniery!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mysterium fidei i tajemnice nauki

Jedną z takich tajemnic w religii chrześcijańskiej jest misterium transsubstancjacji, czyli przeistoczenia chleba i wina w ciało i krew Jezusa, który jest zdolny do kompresji, ale też do auto-de-kompresji. Dla ateistów i racjonalistów jest to absolutnie nie do przyjęcia, ale okazuje się, że podobne zjawisko występuje także w nauce, lecz tu już nie jest kwestionowane.

Pisze o tym Bruno Latour proponując przesunięcie uwagi z „materii faktów” na „materię rozważań”, czyli analizę nie wyników badań, lecz procesu ich wytwarzania. W swego rodzaju etnograficznym „opisie gęstym” prezentuje więc, z jakich czynności i jak interpretowanych składa się właściwie praca naukowca.

W książce „Nadzieja Pandory” w rozdziale „Krążąca referencja” przedstawia krok po kroku kolejne czynności pokazujące „w jaki sposób pakujemy świat w słowa”. Jego zdaniem, praktyką naukową rządzi referencja, czyli takie działanie, które wskazując na coś poza dyskursem, jednocześnie włącza to coś w obręb dyskursu jako zarówno obiekt zewnętrzny, ale zarazem integralny element konstrukcji myślowej. Za przykład służy mu postępowanie pedologów (specjalistów od gleboznawstwa). Jak pisze, każda próbka gleby wzięta do ręki jest jeszcze obiektem materialnym, ale już włożona do odpowiednio opisanej przegródki, staje się „hybrydą” – znakiem określonych właściwości (barwa, wilgotność, skład mineralny). Tak dokonuje się przejście od obiektu do jego reprezentacji, od treści do formy, od rzeczy do jej znaku, od cechy do idei, a ta zamiana (substitution) uruchamia proces „krążącej referencji”, czyli operacji myślowych łączących świat realny z twierdzeniami na jego temat. Kolejne czynności to opis wyabstrahowanych jednostek, następnie ich klasyfikowanie, przeliczanie i porządkowanie w odpowiednie zestawy, wreszcie relacja o tym wszystkim, czego dokonano.

Pozornie, pisze Latour, widzimy w tym ciągu operacji imponującą logikę i niepodważalną ciągłość myślenia, tak jakby nigdy nie zachodziło tu zerwanie między rzeczą i słowem, a porządkujące formy wraz z porządkowaną materią w „naturalny” sposób wyłaniały zjawiska zasługujące na analizę naukową. Jednak tak naprawdę, na każdym etapie tego postępowania da się dostrzec rozrastającą się „hybrydę” (złożoną z obiektów i ich reprezentacji, ale też z narzędzi badawczych i samych badaczy, z instytucji oraz odpowiednich przyrządów) a także liczne „szczeliny”, których istnienie kwestionuje oczywistość zapośredniczeń. Ten proces regulowany powszechnie uznanymi procedurami (osadzonymi w określonej teorii, metodologii i technice badań) polega zatem na prawomocnych transformacjach, transmutacjach i translacjach. Ale nie tylko. W momencie, gdy słowo zastępuje rzecz rozpoczyna się tajemnica przeistoczenia rzeczywistości w dyskurs.

„Czy mamy tu do czynienia z korespondencją dwóch pojęć? W żadnym razie. Sąd nie jest podobny do kawałka gleby. Czy mamy tu do czynienia z metaforycznym zastąpieniem? Nie bardziej niż z korespondencją. A może to metonimia? Także nie, ponieważ po wykorzystaniu garści ziemi jako reprezentanta zatrzymujemy tylko to, co znalazło się na papierze notatnika, a nie ziemie, którą się posłużyliśmy. Czy oznacza to kompresję danych? Zdecydowanie tak, bo cztery słowa zajmują miejsce próbki gleby, ale jednocześnie zachodzi radykalna zmiana stanu ponieważ teraz znak pojawia się zamiast rzeczy. Nie jest to więc już kwestia redukcji, ale transsubstancjacji” (Latour 2013, s. 96).

I pomyśleć, jak wielu oświeconych niedowiarków wyśmiewa dogmat o transsubstancjacji chleba i wina w ciało i krew Jezusa, deklarując jednocześnie swoją niezachwianą wiarę w naukę!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Homo sapiens – bez szans?

Na kanale przyrodniczym emisja filmu o faunie morskiej w okolicach Nowej Zelandii i pada takie zdanie: „jeżowce nie mają mózgu, ale są bardzo kreatywne”.

O tym, że małże (również – wydawało by się – dość skromnie wyposażone przez naturę) mają wysoko rozwinięte zdolności negocjowania, pisał przed laty Michel Callon („Some Elements of a Sociology of Translation: Domestication of the Scallops and the Fishermen of St Brieux Bay”, in: „Power, Action and Belief. A New Sociology of Knowledge?”, ed. J. Law, Routlege 1986, p. 196-229).

Zresztą, co tu daleko szukać: wirus, który od roku paraliżuje cały świat, nie jest nawet żywym organizmem, ale zyskał sobie określenie „smart”, czyli spryciarz, bo bierze górę nad człowiekiem i całą współczesną naukę pozostawia daleko za sobą.

W takim towarzystwie Homo Sapiens, choć brzmi dumnie, nie ma żadnych szans. Przynajmniej dopóty, dopóki będzie polegał na swoim, pożal się Boże, rozumie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Parametryzacja i polskie patologie

O tym, że przyjęte przez min. Gowina zasady parametryzacji w nauce są niemądre i będą przynosiły fatalne skutki, wiedziano od początku. Im bardziej zbliża się termin ewaluacji, tym więcej przybywa dowodów potwierdzających te oczekiwania. W marcowym numerze „Forum Akademickiego” jego redaktor naczelny pisze o „polskiej aferze” z międzynarodowymi publikacjami w tle. Chodzi o masowy, choć bardzo kosztowny, proceder kierowania tekstów polskich autorów do zagranicznych czasopism tylko dlatego, iż stosowne komisje ministerialne przyznały im odpowiednią ilość punktów. A ponieważ jednostki naukowe będą rozliczane i oceniane według tego, jak wysoką punktację zarobią ich pracownicy, nic dziwnego, że skromne środki finansowe, jakimi dysponuje polska nauka, są przeznaczane na tłumaczenia, korekty językowe, open accessy i inne opłaty wymagane przez zachodnie redakcje i koncerny wydawnicze.

„Powinniśmy wiedzieć, kto i za jakie pieniądze publikował” – pisze więc Piotr Kieraciński i dodaje: „naukowcy, którzy brali udział w wyprowadzaniu publicznych środków z krajowych uczelni na nieczyste publikacje, powinni ponieść środowiskowe konsekwencje”. Autorzy komentarzy zamieszczonych pod jego artykułem wspominają jednak o czymś innym – o potrzebie kontroli NIK w tych jednostkach, gdzie ostatnio pojawiło się więcej niż przedtem tak „zakupionych” publikacji, ponieważ jasne jest, iż o wydawaniu pieniędzy polskiego podatnika decydowały dyrekcje konkretnych wydziałów bądź instytutów, niejednokrotnie wywierając presję na swoich pracowników, by ci przygotowywali takie teksty i brali udział w tym procederze.

W jednym z komentarzy pojawia się nawet konkretny przykład popularnego ostatnio czasopisma – „Energies” – które z powodu dużego zainteresowania polskich autorów i nadmiernej ilości autocytowań właściwie kwalifikuje się do odebrania mu IF. Nawet jeśli to nie nastąpi, to już teraz można powiedzieć, że umieszczenie tam swojego tekstu nie będzie dla autora ani dla jego instytucji powodem do dumy, raczej wprost przeciwnie.

Polskie patologie związane z systemem parametryzacji i ewaluacji nauki pokazują więc dobrze, jak funkcjonuje system. Nie wystarczy, by ktoś wymyślił (a raczej skopiował) głupie rozwiązania. Muszą jeszcze znaleźć się osoby chętne do współpracy: członkowie komisji ustalających konkretne zasady i przyznających punkty, władze uczelni bądź instytutów naukowych kierujący się tymi zasadami, wreszcie szeregowi pracownicy, którzy pod presją, poddawani mobbingowi i zastraszani perspektywą zwolnienia, o ile nie „wyrobią” odpowiedniej ilości punktów na każdy „slot” – wszyscy oni stają się współwinni patologii i marnotrawstwa środków publicznych.

Zaś ci, którzy nie biorą w tym udziału, nawet jeśli faktycznie zostaną zwolnieni, mogą mieć tę satysfakcję, iż nie stali się „reżimowymi kolaborantami” (jak ich określa F. Furedi), że nie przyłożyli ręki do rozkradania pieniędzy podatnika i że wyżej cenili sobie własną autonomię oraz ethos naukowca niż tak wielu, niestety, ich kolegów.

https://forumakademickie.pl/sprawy-nauki/special-issue-czyli-polska-afera-miedzynarodowych-publikatorow/

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

„Lamentujący prorocy pesymizmu”

Tak Karl Popper określał tych wszystkich, którzy – nie wiedzieć dlaczego – postanowili przekonywać innych, że czasy, w których przyszło im żyć, są najgorsze ze wszystkich możliwych i grożą wszelkimi możliwymi niebezpieczeństwami („W poszukiwaniu lepszego świata”, s. 248).

W obszarze nauk społecznych takich proroków nigdy nie brakowało. Socjologię wymyślili przecież ci, którzy uważali, że stary świat upada, a nowy wymaga światłych rad, najlepiej formułowanych przez nich samych. Także współcześnie, w czasach tzw. ponowoczesności wielu autorów uczyniło sobie powołanie z ostrzegania przed rozmaitymi katastrofami. Stąd diagnozy mówiące o „społeczeństwie ryzyka” (Beck), „uciekającym świecie” (Giddens) oraz „świecie na krawędzi” (Lem). Mnożą się też zapewnienia, iż mamy do czynienia z bardzo niepokojącymi zjawiskami w rodzaju „końca pracy” (Ritzer), „upadku człowieka publicznego” i „korozji charakteru” (Sennett) czy też „życia na przemiał” (Bauman) oraz doniesienia o tym, że rychły już „koniec nauki” (Horgan 1999), „kres przyszłości” (Gimpel 1999), a nawet definitywny „koniec ludzkości” (Godin 2004).

Obecnie galopująca przez świat pandemia dostarczyła takim „publicznym intelektualistom” (Posner 2001), ekspertom wszelkiej specjalności oraz „uniwersytecko-medialnym mędrkom”, jak ich kiedyś nazwał Bronisław Wildstein, doskonałej okazji do zaistnienia. Na wyprzódki sieją więc popelinę, co dodatkowo przyczynia się do wzrostu społecznej niepewności i zwiększa poziom lęku. Co z tego, że ich diagnozy nierzadko mają nader ograniczony termin ważności, bo objawione prawdy dezaktualizują się na drugi dzień. Zawsze jednak stoi za nimi tak czy inaczej rozumiany autorytet jakiejś nauki. Warto w tym wszystkim pamiętać, że koniec świata ludzkość przeżywała już wiele razy i nie przejmować się za bardzo tymi, którzy jak Prosiaczek lubią przy byle okazji podskakiwać i wołać podekscytowanym głosem: „ach, wiecie co!”

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

EMA jak Kubuś Puchatek

Pewnego wietrznego dnia Puchatek z Prosiaczkiem spacerowali po Stumilowym Lesie i nagle Prosiaczek zapytał:
– A może jakieś drzewo wywali się na nas, gdy będziemy akurat pod nim przechodzić? – A może nie? – odparł Puchatek po dokładnym namyśle.
Prosiaczka to uspokoiło.

Po dokładnym namyśle Europejska Agencja Leków wydała oświadczenie w sprawie przypadków zakrzepicy po podaniu szczepionki AstraZeneca: wprawdzie nie da się na tym etapie jednoznacznie wykluczyć powiązania między tymi dwoma faktami, ale też nie stwierdzono zależności przyczynowej. Czyli: może szczepionka powoduje takie przypadki, ale może też nie. I wiele państw europejskich to uspokoiło.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Poświęcanie się – niedozwolone

Za PRL-u, gdy panował system kartkowy, można było bezkarnie odstąpić swoją kartkę na alkohol, wyrób czekoladopodobny albo na kawałek „woł-ciela z kością”. I władza ludowa nie broniła.

Jeszcze wcześniej, bo za okupacji, o. Maksymilian Kolbe zaofiarował się, że zastąpi współwięźnia skazanego na śmierć głodową. I Niemcy się zgodzili.

A jakieś dwa tysiące lat temu niejaki Jezus, podający się za Syna Bożego, poświęcił się i przyjął śmierć na krzyżu, by zbawić ludzi. I Bóg Ojciec przyjął tę ofiarę.

Ale teraz nie można odstąpić swojego miejsca w kolejce na szczepienie nawet osobie bliskiej i bardziej potrzebującej tego szczepienia. Takie czasy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Szczepionkowy blamaż UE – Mancur Olson tłumaczy dlaczego

Po stwierdzeniu Fransa Timmermansa, iż przy zamawianiu szczepionek jednak popełniono błędy, nawet najwięksi zwolennicy UE nie mogą temu zaprzeczać. Pytanie jednak, dlaczego tak się stało. Czy to tylko nieudolność konkretnych osób, czy może powody są głębsze, bo strukturalne.

Na to pytanie Mancur Olson, autor słynnej książki „Logika działania zbiorowego”, ma odpowiedź. Jego zdaniem, duże grupy są mniej skuteczne w zapewnianiu sobie dobra zbiorowego niż małe (2012, s. 39). Małe grupy mają wprawdzie tendencję do suboptymalnego zapewnienia ich członkom dóbr zbiorowych, ale im większa grupa, tym gorzej sobie z tym radzi, bo „tym mniej wspiera wspólne interesy” (s. 49).

W takim razie, można postawić kolejne pytanie: po co w ogóle takie monstrualnie duże twory w rodzaju UE i komu są potrzebne? Ale to już zupełnie inna historia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Monadyzacja i solipsyzacja społeczeństwa

Trudno powiedzieć, czy przestrzeganie zaleceń związanych z pandemią (DDM) może istotnie ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa – ostatnie dane zdają się temu przeczyć – za to nie ulega wątpliwości, że może istotnie zmienić psychikę ludzką i relacje społeczne. Warto tu bowiem zwrócić uwagę, iż spomiędzy wszystkich zmysłów, jakimi posługuje się człowiek, jedynie bezpiecznymi w obecnej sytuacji okazały się tylko dwa (wzrok i słuch), a pozostałe obłożono surowymi restrykcjami.

Czy takie zawężenie relacji ze światem zewnętrznym nie wpływa jednak na sposób postrzegania tego świata? Sensualiści byli zdania, że wpływa i to zasadniczo. Etienne Condillac w „Traktacie o wrażeniach” podkreślał wielokrotnie, iż świadectwa takich zmysłów jak słuch i wzrok, a nawet węch i smak są dla podmiotu tylko doznaniem, które nie informuje o świecie zewnętrznym, a jedynie pozostaje czuciem. Te wrażenia nie są więc przypisywane jakimś przedmiotom, bo stają się jedynie sposobami bycia podmiotu.

Tak właśnie zachowuje się hipotetyczny „posąg” powołany do życia przez Condillaca: jeśli zbliżymy doń różę, „sam dla siebie będzie tylko wonią tego kwiatu” (s. 11). Podobnie z innymi zmysłami: „nie spostrzegamy niczego, co by nie było czymś w nas samych. Przeto człowiek ograniczony do węchu byłby jedynie zapachem, ograniczony do smaku – smakiem, do słuchu – hałasem lub dźwiękiem, do wzroku – światłem lub barwą” –
kontynuuje swoje myślenie filozof (s. 70). Dlatego pyta: „Jak odczucie może wykroczyć poza narząd, który je doznaje?” I jako jedyny zmysł zdolny przekonać człowieka o rzeczywistym istnieniu świata zewnętrznego wymienia – dotyk. Korzystając z innych zmysłów człowiek może tylko czuć, że istnieje w ten lub inny sposób (jest zapachem, barwą itd.). Dopiero dotyk wyprowadza go poza jego doznania i informuje o istnieniu czegoś poza nim samym, a jego wrażenia stają się cechami przedmiotów. „Jedno tylko wrażenie stałości ciał jest samo z siebie jednocześnie czuciem i ideą. Jest czuciem dzięki związkowi z duszą, którą modyfikuje, a ideą dzięki odnoszeniu się do jakiejś rzeczy zewnętrznej” (s. 315).

Skoro zatem od wielu miesięcy miliony ludzi są pozbawione możliwości korzystania z pełnego zestawu swoich zmysłów, a zakazy dotyczą zwłaszcza „dystansu społecznego” (czyli zbliżania się, kontaktu fizycznego i dotyku) czy nie oznacza to, że społeczeństwa zamieniają się w konstelacje monad, a każdy człowiek staje się solipsystą, który wszelkie wrażenia traktuje jako swoje doznania, niekoniecznie mające odniesienie do czegoś poza nimi.

I w tym miejscu warto włączyć „wyobraźnię socjologiczną” i zapytać o konsekwencje.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Socjologia anty-feministyczna

W klasycznej socjologii kobiety nie miały dobrej opinii. I tak Gustaw Le Bon dowodził, że w miarę rozwoju cywilizacji powiększają się czaszki, a więc i mózgi mężczyzn, ale maleją czaszki kobiet („L’homme et les societes”). W swoim studium o samobójstwie Durkheim twierdził, że kobieta „jest mniej zsocjalizowana” niż mężczyzna: mężczyzna bardziej potrzebuje społeczeństwa, dlatego też częściej niż kobieta popełnia samobójstwo, gdy warunki zewnętrzne zostają zakłócone. W I tomie „Chłopa polskiego” Znaniecki charakteryzował kobiety jako kierujące się bardziej osobistymi uczuciami niż względami społecznymi: wprawdzie lepiej rozumieją indywidualne potrzeby członków rodziny, ale za to mniej zważają na grupę rodzinną jako całość, wywierają więc wpływ dezintegrujący (s. 104). Wreszcie dla Arnolda Gehlena społeczna rola kobiet to najlepszy przykład działania pozbawionego poczucia odpowiedzialności za skutki praktyczne. W pracy „Moralność i hipertrofia moralności” Gehlen pisze zatem, że tak jak kiedyś pariasi, a potem klasy uprzywilejowane oraz intelektualiści, kobiety zawsze mogły się wyżywać w działaniach na rzecz pacyfizmu, uczuć oraz bezpieczeństwa negując jednocześnie rolę państwa i unikając myślenia o konsekwencjach (s. 181-184).

Z tych charakterystyk wyłania się wizerunek kobiet jako nie tyle części Natury, ile destrukcyjnej siły zagrażającej Kulturze, Postępowi i Społeczeństwu. Tę opinię może oczywiście zmienić pozytywne wartościowanie tego wszystkiego, co dla klasyków myśli socjologicznej było zaprzeczeniem istoty rozwoju społecznego, a co Gehlen nazywa szkodliwą „hipertrofią moralności” i – jak się zdaje – z tego naznaczonego resentymentem punktu widzenia najwięcej czerpią dzisiejsze nurty feministyczne. Co jednak, jeśli Gehlen i inni mieli choć trochę racji?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rok z covidem – mały jubileusz

Między innymi pandemia spowodowała ogromne przyspieszenie i tak już „płynnej” ponowoczesności. Z dnia na dzień zmieniają się diagnozy i zalecenia ekspertów. Dzisiejsza prawda staje się jutrzejszym fake-newsem albo odwrotnie.

Zaczęło się od maseczek i przyłbic: chronią, nie chronią? Potem były spory: ile też porcji szczepionki zawiera ampułka – może pięć, a może sześć? W międzyczasie dyskutowano o skuteczności leczenia Amantadyną i osoczem, a właściwie do dziś nie wiadomo, jak to jest. Następnie ustalano najsłuszniejszą kolejność szczepień, tyle że wciąż jest ona korygowana. Ostatnio okazało się, że drugą dawkę szczepienia można przyjmować nie po 2, ale po 6 tygodniach (Pfizer), a nawet po 12 tygodniach (Astra Zeneca). A trzeba wziąć jeszcze poprawkę na to, że wszystkie te ustalenia i tak mogą zostać zastąpione nowymi, bo dostawy są nieterminowe, o połowę mniejsze albo odwołane w ostatniej chwili.

Nie zmienia to jednak faktu, że każdemu nowemu stanowisku towarzyszy zapewnienie, iż ekspertom trzeba wierzyć, a podejmowane decyzje są najlepsze. Można i tak, choć przypomina to anegdotę o rabinie i kurach biedaka. Rabin może być bardzo kreatywny w wymyślaniu coraz to nowych terapii, co nie zmienia sytuacji, że kury nadal chorują i wciąż ich ubywa.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ważne – kto, a nie – co

Posłanka Joanna Scheuring-Wielgus powiedziała jakiś czas temu: „gdybym była prezydentką Warszawy, to rozwiązałabym Marsz Niepodległości w momencie, kiedy została odpalona pierwsza raca”. Ale kiedy race odpalano podczas demonstracji kobiet, już tak nie mówiła. Wiadomo, jedne race są lepsze niż inne.

Idąc dalej: znak błyskawicy (wg „Krytycznego słownika mitów i symboli nazizmu”) to symbol rasy aryjskiej, Hitlerjugend i SS, ale wg sympatyków strajku kobiet to tylko znak ich protestu, choć takie tłumaczenie do złudzenia przypomina interpretację swastyki jako prasłowiańskiego symbolu pokoju.

Wreszcie tzw. hajlowanie, czyli charakterystyczne uniesienie ręki ku górze jest ewidentnie nawiązaniem do faszyzmu i nazizmu (jeśli robi to np. Tomasz Greniuch), ale jeśli robi to ktoś inny, jest to tylko czyjeś niewinne pozdrowienie, nawet jeśli ten ktoś miał „dziadka w Wermachcie” jak Donald Tusk (czujni internauci wyśledzili ten gest podczas wiecu wyborczego w styczniu 2007 r.)

Nic więc dziwnego, że dziś krytyce podlega skupiający w okresie międzywojennym patriotycznie nastawioną młodzież polską ONR (za radykalny nacjonalizm, brunatne koszule i hajlowanie), ale już nie np. Związek Trumpeldora – o którym pisze m.in. prof. Andrzej Żbikowski z Żydowskiego Instytutu Historycznego – związek założony przez Żabotyńskiego, skupiający przed wojną patriotycznie nastawioną młodzież żydowską (radykalnie nacjonalistyczną, paradującą w brunatnych koszulach, hajlującą i oficjalnie współpracującą z włoskimi faszystami). Pod adresem tych drugich żydowska lewica i komuniści wykrzykiwali: „precz z żydowskimi faszystami”, „precz z żydowskimi hitlerowcami” i „precz z brązowymi koszulami”, ale to zwolennicy Żabotyńskiego marzyli o wolnym państwie żydowskim, walczyli bohatersko podczas powstania w getcie warszawskim, zasilili szeregi Likudu, a (oskarżany często o rasizm) klub sportowy Beitar Jerozolima do dziś skupia sympatyków partii prawicowych w Izraelu.

Ciekawe, czy oni także są piętnowani jako „kibole”, co spotyka prawicowo nastawionych kibiców w Polsce.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kaspersky – tak, Sputnik – nie

Rosyjskie programy antywirusowe (najnowsze to Kaspersky-2020 i Kaspersky-2021) – owszem, są reklamowane i dostępne, ale rosyjska szczepionka przeciw koronawirusowi (Sputnik-V) – absolutnie nie, przynajmniej wg Premiera Morawieckiego. Gdzie sens, gdzie logika?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Na ile Polacy rzeczywiście są konserwatystami?

Na to pytanie próbowali wczoraj odpowiedzieć uczestnicy kolejnej debaty zorganizowanej przez IFiS PAN. No i sprawa okazała się dużo bardziej skomplikowana niż wynikałoby to z uproszczonych diagnoz serwowanych np. przez media.

Przede wszystkim dobitnie stwierdzono, że populizm, tradycjonalizm czy orientacja prawicowa wcale nie są równoznaczne z konserwatyzmem. Podobnie rzecz się rysowała z liberalizmem, ale dyskutanci nie odnieśli się wprost do sugestii prowadzącego debatę prof. Rycharda, że być może liberalizm niekoniecznie stanowi przeciwieństwo konserwatyzmu; raczej sytuowano te pojęcie w opozycji, choć takiemu von Hayekowi nikt nie odmówi miana „liberała”, a przecież w swoich tekstach pisał on wiele rzeczy zaliczanych do myśli konserwatywnej. Był bowiem zdecydowanym zwolennikiem ładu spontanicznego, a nie konstruowanego, opowiadał się za zmianami cząstkowymi i stopniowymi, a nie całościowymi i nagłymi, preferował tradycyjne, konkretne reguły, nawet z ich brakiem logiki i Burke’owskimi „przesądami”, nie zaś abstrakcyjny ład jako efekt najbardziej nawet racjonalnego projektu, preferował wprawdzie indywidualizm, ale nie ten kartezjański, kontynentalny prowadzący do totalitaryzmów, lecz brytyjski, który za de Tocquevillem można by nazwać „indywidualizmem kolektywnym”, bo tylko taki uważał za najlepszą gwarancję prawdziwej wolności, itd. Gdyby zatem podjęto wątek zasugerowany już na samym początku przez prof. Rycharda, wyszłoby na to, że prawdziwy konserwatysta jest liberałem i może nawet odwrotnie.

Zaś co się tyczy tytułowego pytania o konserwatyzm Polaków, to wypada się zgodzić z zacytowaną przez prof. Karolinę Wigurę opinią Napoleona III, że zawsze „lud” jest bardziej konserwatywny od tych, co rządzą. I – jeśli wierzyć z kolei Vilfredowi Pareto – tak właśnie powinno być, ponieważ za najkorzystniejszy dla społeczeństwa uważał on taki układ, w którym masy przejawiają „rezydua trwałości agregatu”, a elity – „rezydua kombinacji”. Z tego punktu widzenia należałoby polskie społeczeństwo uznać za wręcz modelowe.

W debacie zabrakło jednak jednego istotnego pytania: czy i na ile są konserwatystami ci, co badają społeczeństwo? A więc, na ile są oni „zaprzyjaźnieni” z własnym społeczeństwem, a na ile – jak stara ciotka na kanapie – mają mu wszystko za złe? W pytaniu tym nie chodzi nawet o takie kardynalne zasady, jak obiektywizm (vs stronniczość) czy neutralność (vs zaangażowanie), bo to może – do pewnego przynajmniej stopnia – wymuszać dobra metodologia, a następnie korygować środowisko, ale chodzi o kwestię, na którą swojego czasu zwrócił uwagę Stanisław Brzozowski, pisząc o Bergsonie i Sorelu. Twierdził on mianowicie, iż przedstawiciele kierunków zachowawczych przewyższają swych przeciwników nie tyle zakresem swej wiedzy, ile „głębokością swych myśli o istocie ludzkiego życia, społeczeństwa i historii”. Ci natomiast, co są zainteresowani ulepszaniem świata, przyspieszaniem biegu historii czy realizowaniem „sprawiedliwości społecznej” (zjadliwą krytykę zwłaszcza tego ostatniego pojęcia dał von Hayek w trzytomowej pracy „Prawo, legislacja i wolność”) zawsze pojmują te sprawy powierzchownie i płytko.

Tak więc, jeszcze zanim min. Czarnek zacznie tę kwestię weryfikować po swojemu, może lepiej, aby każdy badacz społeczny już teraz zadał to pytanie samemu sobie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Homo duplex w okresie pandemii

Kilka dni temu jeden z psychologów chętnie udzielających się w mediach zinterpretował wydarzenia na Krupówkach jako regres natury człowieka do form pierwotnych, instynktownych, wręcz zwierzęcych. Stad, jego zdaniem, ta erupcja potrzeby bycia razem, w stadzie, blisko siebie. Zabrzmiało to tak, jakby bardziej cywilizowanym formom życia ludzkiego i społecznego właściwe było poprzestawanie na zdystansowanym, zapośredniczonym symbolicznie lub medialnie sposobie życia oraz komunikowania się, a cielesne, zmysłowe komponenty stanowiły jedynie wstydliwy i zasługujący na eliminację archaiczny relikt.

Tak jednak nie jest, a przekonują o tym prace zarówno klasyków myśli socjologicznej (którzy – jak Ferdynand Toennies – mówili o trwałości wspólnot i właściwej im „woli naturalnej” oraz „więzi życia animalnego” z ich potrzebą „cielesnej obecności”) jak i późniejszych autorów. Dla Karla Poppera społeczności tradycyjne zawsze cechują się „konkretną fizyczną więzią dotyku, zapachu i wzroku”, czego nie wyeliminują formy społeczeństwa nowoczesnego („otwartego”), „którego członkowie praktycznie nie spotykają się ze sobą twarzą w twarz”. Również współcześni socjologowie definiują życie społeczne jako „przede wszystkim rodzaj cielesnej aktywności” (Randall Collins), a Michel Maffesoli analizując fenomen trybalizmu rozpisuje się o „materialności bycia razem” i cielesności wraz z jej zapachami, lepkością i ciepłem.

Właśnie to wszystko, czyli cielesność, zmysłowość i energia witalna, składa się na „ład ukrytego uspołecznienia”, którego nie zastąpi model „mechanistyczny” racjonalnie pomyślanego społeczeństwa. Czy zatem przedłużający się okres obowiązywania zasady DDM będzie częściej wywoływał protesty i skutkował proksemicznymi ekscesami, czy też spowoduje uwiąd „emocjonalnej energii”, a tym samym podetnie korzenie wszelkiego życia społecznego?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Modne bzdury” – c.d.

Kiedy w latach 80. Luce Irigaray rozwijała swoje koncepcje „seksistowskiej fizyki” („Czy E=mc2 to seksistowskie równanie? Zapewne tak… bo uprzywilejowuje to, co najszybsze”) i „maskulinistycznego skrzywienia” w fizyce (bo mechanika cieczy jest mniej rozwinięta niż mechanika ciała stałego i sztywnego, a – jak wiadomo – sztywność jest identyfikowana z męskością, zaś płynność z kobiecością…” – Sokal i Bricmont: „Modne bzdury”, s. 112-113), wydawało się, że to już apogeum pseudo-naukowej głupoty i skażonego ideologicznie bełkotu.

Niestety nie. Publikacja Min. Edukacji stanu Oregon „A Pathway to Equitable Math Instruction. Dismantling Racism in Mathematics Instruction” bije kolejny rekord w tej dziedzinie, a jest to tym groźniejsze, bo przewiduje sankcje dla nauczycieli, którzy nadal będą nauczali „trwale skażonej rasizmem” matematyki i w dodatku będą to czynili w taki sposób, który utrwala białą supremację (bo matematykę wymyśliła biała rasa), przemoc i paternalizm (bo nauczyciel egzekwuje od uczniów narzucaną im arbitralnie wiedzę), szkodliwy perfekcjonizm i merytokrację nie liczącą się z odczuciami słabszych (bo „obiektywna” matematyka narzuca jedynie słuszne odpowiedzi”), czy też imperializm i kapitalizm (bo wszystkie te praktyki zmierzają do umocnienia przewagi Zachodu).

Co ciekawe, instrukcja jest elementem programu finansowanego przez Fundację Billa i Melindy Gatesów. Pokazuje to, że obecnie chyba bardziej niż covid zagraża ludzkości lewicowa ideologia (zawsze zaczynająca się od obrony uciśnionych, a kończąca totalitaryzmem i krwawym terrorem) oraz quangokracja (jak ją definiuje R. Scruton w książce „Co znaczy konserwatyzm” 2002, s. 91).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ethos badacza i co z tego wynika

W tekście „O pojęciu godności” Maria Ossowska tak charakteryzowała ducha naukowego odkrycia: „można pytać o wszystko, z wszystkiego można robić zagadnienie, można natarczywie pytać dalej, chociaż inni są już zaspokojeni”.

Talcott Parsons (w pracy napisanej wspólnie z G. Plattem – „The American University”) w następujący sposób definiował wolność akademicką: to „prawo do wyrażania poglądów skrajnych”.

A dużo wcześniej J. S. Mill pisał, iż „pierwszą powinnością myśliciela jest iść za swym umysłem, do jakichkolwiek wyników mógłby go zaprowadzić” („O wolności myślenia i mówienia”).

Piękne i niewątpliwie słuszne słowa. Tylko co z tego wynika? Niewiele albo zgoła nic. Takie opinie doskonale nadają się do cytowania przy uroczystych okazjach – pozwalają bowiem zademonstrować spektakularną pryncypialność – ale codzienna praktyka jest zupełnie inna. Tu decydują nie wartości i zasady (wyłącznie deklarowane, jakby to zdefiniował Ossowski), ale konkretni ludzie z ich upodobaniami, sympatiami bądź antypatiami oraz takimi bądź innymi horyzontami. „Dyscyplina akademicka może stać się prawie niezauważalnie inna – słusznie zauważa R. Rorty – w przeciągu połowy stulecia, inna przede wszystkim ze względu na rodzaj ludzi, którym przyznaje się profesury” („Spełnianie obietnicy”, s. 134). Otóż to.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kłamstwo oświęcimskie i holokaust którego nie było

Jeżeli „kłamstwo oświęcimskie” oraz podobne zjawiska związane z tzw. negacjonizmem są w wielu krajach penalizowane (z tego powodu rok w austriackim więzieniu spędził uznawany za jednego z najlepszych znawców II wojny światowej David Irving), to trudno się dziwić, że z podobną reakcją może spotykać się mówienie o „wydarzeniach, których nie było”, czyli „holokaust dla maluczkich”, jak to nazwała Zofia Mitosek w swoim szkicu sprzed paru lat („Teksty Drugie” 6/2008).

O tego rodzaju przypadkach szarlatanerii i mistyfikacji (np. Benjamin Wilkomirski ze Szwajcarii czy Enric Marco z Hiszpanii, którzy opowiadali o swoim rzekomym pobycie w obozie koncentracyjnym) pisze też Pascal Bruckner w książce „Tyrania skruchy”. „Auschwitz stało się potwornym obiektem pożądania. Stąd to pożądanie, by przystąpić do tego bardzo zamkniętego klubu i pragnienie, by wyrzucić z niego tych, którzy już są członkami. W efekcie wszystkie cierpienia zaczynają się zmieniać w te okropieństwa, które są par excellence pożądane, których każdy chciałby mienić się dziedzicem, aby zaznać unikalnego przeznaczenia: dla niektórych zajęcie tego najbardziej upragnionego miejsca staje się obsesją, o czym świadczą przypadki oszustów lub wariatów, którzy podawali się za ofiary nazistowskich obozów” (s. 121).

Nierzetelność badaczy kwestionujących niemieckie zbrodnie jest tak samo szkodliwa jak nierzetelność badaczy kreujących fakty, które nie miały miejsca. Jeśli coś mija się z prawdą historyczną, powinno być piętnowane i weryfikowane przede wszystkim przez historyków. Jeżeli dodatkowo takie stwierdzenia naruszają czyjeś dobra osobiste, to powinny się spotkać nie tylko ze stanowczą reakcją środowiska naukowego, ale też sądu.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Dalej jest noc” i co dalej?

Słusznie pisze red. Paweł Jędrzejewski (Forum Żydów Polskich) po wyroku sądu w sprawie o zniesławienie jednej z osób wymienionych w książce „Dalej jest noc”: sąd nie jest od ustalania prawdy historycznej, ale też sąd nie wypowiadał się w tej kwestii. Sąd jedynie uznał – na podstawie przedstawionych dowodów – iż ta kolejna praca poświęcona Holocaustowi zawiera nieprawdę, a to może mieć wielorakie konsekwencje.

Przede wszystkim (o ile wyrok zostanie utrzymany w mocy) autorzy książki będą musieli zamieścić sprostowanie, choć to oczywiście będzie przypominało zbieranie pierza rozwianego przez wiatr, jak to trafnie ujął Paweł Jędrzejewski.

Po drugie, wykazanie nierzetelności badań nad Holocaustem w tym przypadku będzie niewątpliwie rzutowało na stosunek do innych, choćby najbardziej rzetelnych, publikacji na ten temat ze szkodą dla ich autorów i dla samej problematyki.

Po trzecie, dalsze utrzymywanie, że źródłem prawdy historycznej są niesprawdzone plotki, może spowodować rewizję metodologii także u innych historyków, a wówczas wszelkie plotki i pogłoski na temat Żydów, jakie do tej pory uznawano wyłącznie za projekcję uprzedzeń i antysemityzmu, raptem zaczną być uznawane za prawdę.

Wreszcie po czwarte, wyrok sądu spowoduje (oby) otrzeźwienie w tych środowiskach naukowych, które bezkrytycznie i powodowane jedynie konformizmem wyraziły swoje oburzenie konferencją w Paryżu, podczas której zaprezentowano pracę „Dalej jest noc”. Oburzano się mianowicie z tego powodu, że konferencja była zakłócana przez publiczność, co uznano za atak na wolność debaty akademickiej. Tymczasem publiczność w ten sposób protestowała przeciwko niedopuszczeniu do głosu przez organizatorów konferencji recenzenta książki, który miał sporo uwag krytycznych, więc raczej ten fakt należałoby uznać za przejaw ograniczania wolności debaty akademickiej.

Po piąte i po szóste też się pewnie okaże, ale nie ma co uprzedzać wypadków.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Dziś prawdziwych Cyganów (Polaków, Żydów…) już nie ma

Nie ma i w dodatku nie powinno być w zjednoczonej Europie żadnych narodów, etnosów czy grupo jasno określonej tożsamości, bo z tego wcześniej czy później biorą się separatyzmy, mrzonki o własnej ojczyźnie i wzajemna wrogość. Jak pisał Monnet, jeden z ojców-założycieli UE, „nie będzie pokoju w Europie, jeśli państwa zostaną ponownie osadzone na fundamencie suwerenności narodowej” (w: P. de Villiers – „Kiedy opadły maski”, s. 103).

A zresztą, jakie przyjąć kryteria bycia „prawdziwym” Cyganem, Polakiem czy Żydem? Cechy rasowe – skompromitowana ideologia. Dziedzictwo krwi, czyli powoływanie się na pochodzenie od ojca, matki, babki i liczenie procentowego udziału „krwi” romskiej, słowiańskiej czy żydowskiej? To z kolei zbyt przypomina złowrogie ustawy norymberskie. I jest zbyt wątpliwe, skoro już R. Coudenhove-Calergi, wizjoner przyszłej multikulturowej Europy, marzył o euroazjatyckiej rasie przyszłości, która zastąpi wcześniejszą różnorodność, i twierdził, że „nie ma w Europie żadnego nie-Żyda, w którego żyłach nie płynęłaby krew żydowska, ani żadnego Żyda bez przodków germańskich i celtyckich” (w: J. Chodorowski – „Osoba ludzka w doktrynie i praktyce europejskich wspólnot gospodarczych”, s. 27).

Trzeba przyznać, że nauki społeczne (np. słynna książka E. Gellnera –
„Narody i nacjonalizm”) wychodzą na przeciw takiemu zapotrzebowaniu i pokazują narody jako produkt konstruktywistycznych zabiegów elit i głoszonej przez nie ideologii nacjonalistycznej, a nie odwrotnie. Przykładowo, prof. Szlomo Sand z Uniwersytetu w Tel Awiwie pisał w swojej książce „The Invention of the Jewish People” (2008), iż Rzymianie wcale nie wypędzili Żydów z Palestyny, więc potomkowie starożytnych Żydów na Bliskim Wschodzie to dzisiejsi Palestyńczycy. Natomiast Żydzi w Europie w żadnym razie nie są potomkami tych z Palestyny, lecz pochodzą od Chazarów, zatem w sensie etnicznym nie są Żydami, lecz potomkami tych, co nawrócili się na judaizm.

Jak widać, bardzo to wszystko skomplikowane i dlatego należy pozostawić historykom spieranie się o prawdę, co jednak nawet w tym środowisku nie jest proste, gdyż koncepcje konstruktywistyczne wywołują zaciekły opór ze strony tzw. prymordialistów. Tak czy inaczej, na gruncie polskim rozstrzygające powinno być zdanie specjalistów, takich jak prof. Paweł Śpiewak, który twierdzi, że obecnie „w Polsce praktycznie nie ma już Żydów” (w: „Polska jedna czy wiele”, s. 173).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Murzyni jak Mazurzy

O tym, że „Murzyn” to brzydkie słowo, które niesie ze sobą pogardę, nienawiść i ogromny ładunek negatywnych stereotypów, mówi się wiele. Ale że określenie „Mazur” oznacza dokładnie to samo (murzyć – brudzić, ściemniać, chmurzyć; mazur – umazany, umorusany, brudny) dowiedzieć się można tylko od prof. Miodka.

Czemu więc pierwsze z tych słów spotyka się z taką krytyką, a to drugie nie. Czy winne są tylko niedostatki w wykształceniu lingwistycznym, ściślej – w dialektologii? Czy może chodzi tu o wyśmiewaną przez Dickensa „teleskopową wrażliwość”, która wyczulona jest na krzywdy ludzi obcych, na sprawy odległe, jeśli nie wręcz wyimaginowane (bo na dobrą sprawę, kto z ciemnoskórych cierpi tylko dlatego, że ten czy ów Polak nazwie go Murzynem?) a pomija milczeniem to, co bliskie i tyczy ludzi mieszkających „o miedzę”?

Czy może chodzi raczej o to, że za używanie słowa „Murzyn” można besztać zwykłych współobywateli, by piętnować ich ksenofobię, rasizm i mowę nienawiści, a słowa „Mazurzy” używa także elita i wszyscy dużo lepsi od zwykłego pospólstwa, więc zarzut ksenofobii, rasizmu i szerzenia mowy nienawiści byłby nie na miejscu?

Tak czy inaczej chodzi tu o coś, co Ortega y Gasset nazywał „zezowaniem” („Dehumanizacja sztuki”, s. 297), co jest skłonnością do podwójnego widzenia tych samych spraw bądź podciągania pod jeden strychulec spraw różnych. I obojętne, czy chodzi o moralność, czy o metodologię naukową, która fakty odnoszone do jednej grupy ujmuje w cudzysłów, neutralizuje i sprowadza do przejawów uprzedzenia, a fakty odnoszone do innej grupy nazywa prawdziwymi (vide: „Ludowa historia Polski” A. Leszczyńskiego i jego krytyka źródeł w przypadku doniesień na temat ludności żydowskiej –
to wyraz antysemityzmu, i stosunku panów do chłopów – to bezsporne fakty stwierdzane przez naocznych świadków).

Opublikowano Uncategorized | 6 Komentarzy

Spór o aborcję: między obłudą a cynizmem

To jednak coś innego: być przeciwnikiem aborcji, a jednak czasem dopuszczać jej stosowanie oraz: uważać, że aborcja jest OK i powinna być dozwolona.

To pierwsze stanowisko znalazło wyraz w rozwiązaniu prawnym, o jakim wspomina Habermas: w Niemczech przyjęto regulację, zgodnie z którą przerwanie ciąży do 12 tygodnia jest wprawdzie bezprawne, ale niekaralne („Przyszłość natury ludzkiej”, s. 37). Czy coś, co jest nielegalne, może mimo to nie podlegać penalizacji? Okazuje się, że tak i nie jest to wcale jakaś jurydyczna pokrętność, ale raczej to, co tak przenikliwie zdiagnozował La Rochefoucauld w jednej ze swoich maksym. „Obłuda jest hołdem, jaki występek składa cnocie”.

To drugie stanowisko reprezentują ci wszyscy, którzy z nastaniem zmroku wylegają na ulice miast (o takich tłumach pisał A.E. Poe: „noc wywabia z kryjówek wszelkie śmiecie społeczne”) i skandują swoje hasła, których przyjęcie oznaczałoby – z punktu widzenia nadwyrężonej dziś, ale wciąż jeszcze obowiązującej moralności – absolutne zło i ostateczną demoralizację.

Z dwojga złego obłuda jest więc dużo lepsza od skrajnej demoralizacji, bo przynajmniej świadczy o tym, że nihilizm jeszcze nie zwyciężył całkowicie, że wprawdzie zasady nie zawsze są przestrzegane, ale jeszcze obowiązują, choć nie wszystkim są w smak itd. Tak więc, jeśli nie stać dziś społeczeństwa na luksus przestrzegania zasad moralnych, nie mówiąc o przykazaniach boskich, niech przynajmniej zachowa ono tyle przyzwoitości, by pielęgnować takie pożyteczne wady jak obłuda, hipokryzja czy niekonsekwencja (o tej ostatniej sporo dobrego napisał Leszek Kołakowski). Przecież wiadomo nie od dziś, że niezależnie od zapisów prawa jakieś praktyczne rozwiązania zawsze się znajdą i da się je uzasadnić mniej lub bardziej zawikłaną interpretacją oraz argumentacją.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dwoiste oblicze KE

Skoro, jak się okazuje, Komisja Europejska zawarła z firmami farmaceutycznymi umowy, które przewidują dostawy szczepionek „w miarę możliwości”, musi teraz zadowalać się zapewnieniami tych firm, iż dołożą one „wszelkich starań”, aby przywrócić większe dostawy i że nastąpi to „tak szybko, jak to tylko możliwe”.

Warto wyciągnąć wnioski z tej sytuacji. Państwa takie jak Węgry i Polska, które co raz są stawiane pod pręgierzem za „nieprzestrzeganie praworządności”, powinny wykorzystać taką retorykę w rozmowach z KE i też obiecywać, że będą się starały przestrzegać praworządności – „w miarę możliwości”, że oczywiście dołożą w tym względzie „wszelkich starań” i poprawa sytuacji nastąpi „tak szybko, jak to tylko możliwe”.

No bo chyba KE nie oczekuje, że państwa członkowskie będą wprowadzały „praworządność” nawet wtedy, gdy to niemożliwe. Ani nie uważa, że ideologia jest ważniejsza niż ludzkie zdrowie i życie.

Chociaż kto wie, czy można być tego pewnym, obserwując – z jednej strony – zacietrzewienie i nieprzejednany stosunek KE wobec kwestii „praworządności”, a z drugiej strony – wyrozumiałość i cierpliwość wobec firm farmaceutycznych, które za taki numer powinny pójść z torbami.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kobiety zzieleniały ze złości

Wczorajsza odsłona kolejnej fali protestów kobiet przybrała barwy zielone – n.b. ulubiony kolor Młodzieży Wszechpolskiej, która pod hasłem zielonej wstążki organizowała w II RP kampanie mające na celu bojkot żydowskich sklepów. Oczywiście zieleń może oznaczać też różne inne rzeczy, np. czytelnicy powieści Karola Maya skojarzą ją z sylwetką greenhorna, a ktoś inny jeszcze z czymś innym. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że znowu kobiety okazują się grupą zaledwie reaktywną, zdolną jedynie odpowiadać na działania władz i reagować zgodnie z przewidywaniami na wszelkie prowokacje. Teraz też pojawiły się na ulicach ze swoimi hasłami (czy naprawdę mniej wulgarnymi?), marszami i wypowiedziami dla mediów.

Ale co mówią nauki społeczne o niecenzuralnych słowach, czy w ogóle o artykulacji emocji? Że to zapobiega działaniom fizycznym, agresji itd. „Część mózgu odpowiedzialna za zdolność mówienia blokuje impulsywne zachowania” – uważa M. Lieberman, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego.

A co pisał o aktywności fizycznej H. Spencer? „Ruchy cielesne osłabiają duchowe wzruszenia. Jeżeli chcemy osłabić jakieś silne wzburzenie, to najskuteczniejszym na to lekarstwem jest długie chodzenie” („Fizjologia śmiechu” 1883, s. 13).

A co sądzi o debatach i w ogóle wszelkim rozprawianiu i perorowaniu na dany temat J. Habermas? Wszelkie takie dyskusje pełnią „ważne funkcje psychospołeczne, przede wszystkim wygaszającej namiętności namiastki działania” („Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej”, s. 313).

Tak więc kobiety wykrzykujące obelżywe słowa, urządzające marsze i dyskutujące o aborcji robią to wszystko tylko po to, by się uspokoić, wyładować emocje i – nie dokonać niczego konkretnego. A więc taka pozorowana aktywność to najlepsza gwarancja faktycznej bezczynności. Rzeczywiście, takim osobom do twarzy w zielonym.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Burza w szklance wody

Wczorajsza „burza w szklance wody” (czyli wymiana zdań, jaka odbyła się dzięki liście meilingowej uczestników pewnego seminarium – z udziałem kilku osób i – sądząc z adresu poczty – aż 101 bull terrierów) dała dwa krzepiące skutki: wydatnie podniosły się statystyki socjoblogera, a poza tym – już w bilateralnej wymianie meili, która toczyła się równolegle z tą „na forum publicznym”, autor bloga dowiedział się, że jego wypowiedzi podczas seminaryjnych dyskusji pewnego instytutu (za co skądinąd spotkało go tyle przykrości) były zawsze „najciekawszą częścią tych seminariów”!

Świetnie, ale koniec z tym. Po co bowiem niepokoić tych, którzy wolą tkwić w swojej „bańce informacyjnej” i każdą wzmiankę o innych koncepcjach traktują jak powód do osobistej obrazy? Po co zmuszać do kolejnych interwencji sędziwego rzecznika dyscyplinarnego, który zamiast tego wolałby ograniczyć się do trzymania na kolanach podczas spotkań przed-świątecznych swoich młodszych koleżanek – zaangażowanych feministek? Po co obnażać cenzorskie zapędy zwierzchności, która musiałaby dyktować, co wolno, a czego nie wolno pisać na prywatnym blogu?

„Margaritas ante portas” to jednak jałowe działanie. Nawet wtedy, gdy odbywa się u bram instytucji akademickiej. I zwłaszcza wtedy, gdy zostały one właśnie zatrzaśnięte przez załogę zdecydowaną bronić się przed myślami, „co nie nowe” (Norwid).

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Logistyka Holocaustu a logistyka szczepień

Jak pisze Edwin Black w swojej książce „IBM i Holocaust. Strategiczny sojusz hitlerowskich Niemiec z amerykańską korporacją” (2001), masowa zagłada Żydów w okupowanej Europie nie byłaby możliwa, a na pewno nie przebiegałaby tak sprawnie, gdyby nie wcześniejsze osiągnięcia niemieckiej statystyki korzystającej ze wsparcia koncernu IBM.

Dla potrzeb powszechnego spisu ludności, jaki naziści rozpoczęli 12 kwietnia 1933 r. IBM dostarczył karty perforowane i system ich sortowania (taka pra-forma komputera). Dzięki temu możliwa była precyzyjna i szybka rejestracja ludności. Dlatego już w połowie września dane o wszystkich obywatelach Niemiec znalazły się w 6 tys. kartonowych pudeł i zaczęły być opracowywane przez urzędników zatrudnionych na trzy zmiany, którym zapewniono darmową kawę i ćwiczenia gimnastyczne. Skoro każdy człowiek został opisany z imienia i nazwiska wraz z miejscem zamieszkania, wiekiem, płcią, religią, liczbą dzieci i wykonywanym zawodem (s. 89), udało się płynne przejście „od wiedzy do czynów”.

Z podobną perfekcją przeprowadzono spis Żydów w Warszawie: już 20 października 1939 r. Adam Czerniakow, wyznaczony przez Niemców na przewodniczącego lokalnego Judenratu, odebrał od okupanta instrukcje, do 28 października wszyscy Żydzi zostali policzeni, a 31 października przedstawiono wyniki spisu. Było to, jak pisze Black, „niezwykłe dokonanie statystyczne” przeprowadzone na 360 tys. ludzi (s. 298). Nie inaczej rzecz się miała także w innych krajach okupowanej Europy.

Dzisiejszej administracji państw europejskich troszczących się o swoich obywateli daleko jednak do tamtej skuteczności, której celem była masowa eksterminacja. I dlatego np. w Polsce osoby w wieku 70+ aby się zarejestrować na szczepienia spędzają godziny przy telefonie albo przed komputerem, albo też muszą ustawiać się już o 5.00 rano w długich kolejkach przed przychodniami. A gdy już dostaną wyznaczony termin i miejsce szczepienia, okazuje się, że mieszkaniec Sochaczewa musi jechać do Warszawy (nawet gdy ma 96 lat), a mieszkaniec Wyszkowa kierowany jest do Radomia, Płocka lub Siedlec.

Jak to możliwe, że dziś – przy dużo bardziej zaawansowanej technologii, istniejących systemach informatycznych (np. e-WUŚ w NFO-zie), danych wpisanych do karty pacjenta w jego przychodni i aktualnym obowiązku wypełniania formularzy przed każdą wizytą u lekarza – obywatel musi sam się rejestrować zamiast być powiadomiony przez stosowny organ, który przecież wie wszystko o wszystkich?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nie zadane pytania

Właśnie teraz, od godz. 18.00 odbywa się dyskusja zorganizowana przez łódzki oddział PTS na temat książki Adama Leszczyńskiego „Ludowa historia Polski”. Niestety, z powodu wyczerpania limitu miejsc połączenie na Zoomie się nie powiodło (swoją drogą: ile jest tych miejsc?), a rejestrowanie się przez FB wymagałoby uprzedniego założenia konta, więc odpada. Ale nie zadane publicznie pytania warto mimo to zadać, choćby w tej formie.

Po pierwsze: dlaczego w książce nie znalazł się wątek zinstytucjonalizowanego (a ściśle – zetatyzowanego) wyzysku chłopstwa po II wojnie światowej. Autor koncentruje się konsekwentnie na wcześniejszych oddolnych formach eksploatacji chłopów, jaką oddolnie i we własnym interesie realizowała szlachta. Czy dałoby się jednak uwzględnić w tak pomyślanej narracji także późniejsze formy wyzysku, podejmowane ewidentnie w interesie państwa, a motywowane ambicjami wyprowadzenia kraju z zacofania i jego modernizacji, co Jacek Kochanowicz nazywał konsekwentnie „paradoksem modernizacyjnym”. Począwszy od czasów pańszczyźnianych był on stałym elementem polityki gospodarczej polskiego państwa i jego elit, w okresie PRL (jak twierdził np. Tepicht) skala drenażu wsi i rolnictwa wynosiła ok. 30% produkcji rolnictwa, a w okresie transformacji (o czym przekonywał z kolei A. Woś) poziom tych niesymetrycznych „przepływów międzygałęziowych” był nawet większy.

Po drugie: w książce Adam Leszczyński posługuje się dwojaką metodologią pozwalającą mu rozróżniać, co jest „faktem”, a co „projekcją” (rzecz kluczowa nie tylko dla historyka). I tak projekcją silnych uprzedzeń określanych mianem antysemityzmu są dla niego wszelkie zarzuty wysuwane pod adresem Żydów (pisze o tym: „byli oni oskarżani o…” – s. 102, „posądzani o…” – s. 231, i dodaje, że takie opinie „trudno zweryfikować” – s. 444). Natomiast doniesienia o prześladowaniu chłopów przez szlachtę Leszczyński zalicza do sfery niezbitych faktów, bo przecież „nie było powodów zniekształcać” (choć L. Wolff w książce o wynalezieniu Europy Wschodniej pokazał, że owszem, były, a brały się z uprzedzeń oświeceniowych elit względem zacofanej Europy Wschodniej, a zwłaszcza względem Polski); bo przecież podróżnicy po prostu relacjonowali to, co „widzieli na własne oczy” – s. 256 (tak jakby nie mogli koloryzować ani posługiwać się „wędrującymi wątkami – w rodzaju anegdoty o rozpruwaniu chłopów, by w ich wnętrznościach panowie mogli się ogrzać, co przytacza L. Wolff, ani celowo ubarwiać swojej relacji „mocnymi scenami” w rodzaju batożenia czy tortur itd.) A co by było, gdyby autor zdecydował się zastosować te metodologie odwrotnie? A najlepiej – gdyby zechciał je ujednolicić, tzn. wybrać jedną z nich dla wszystkich analizowanych przypadków, a więc – być po prostu konsekwentny?

I po trzecie: w jaki sposób, zdaniem Leszczyńskiego, należało by opowiedzieć to, co miało niedawno miejsce w USA na Kapitolu, gdyby chcieć posłużyć się narracją o „ludowej historii Stanów Zjednoczonych”? Czy taka opowieść byłaby bliższa relacjom TVN, czy może raczej niekoniecznie?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mądre rady i powrót do normalności

Niektóre zalecenia powtarzane przez ekspertów od pandemii muszą budzić zdumienie i zażenowanie. I nawet nie chodzi już o to, że uznano za stosowne edukować obywateli, jak mają myć ręce albo kichać, ale okazuje się, że trzeba też przypominać takie elementarne kwestie jak to, że klasy szkolne powinny być wietrzone, a uczniowie podczas przerw powinni zażywać ruchu. To znaczy, że co? Że do tej pory dzieci spędzały wiele godzin w klasach niewietrzonych, a podczas przerw pozwalano im nadal siedzieć w ławkach? A więc miały nie lepiej niż chłopskie dziecka spędzające zimą całe dnie w kurnej chacie i na piecu?

Czy ktoś pamięta jeszcze, że w latach 60. i 70. w polskich szkołach na każdej przerwie dyżurny wyganiał kolegów z klasy i otwierał wszystkie okna? Że była szklanka mleka na dużej przerwie, gotowane na miejscu obiady w stołówce, a zimą obowiązkowa łyżka obrzydliwego tanu i kawałek razowca z solą? Że w szkołach odbywały się regularne mierzenia i ważenia uczniów, przeglądy zębów w gabinecie dentystycznym, a zawsze obecna pielęgniarka lub higienistka mogła udzielić pierwszej pomocy?

I komu to szkodziło? Czemu pozwolono, by te wszystkie elementarne zasady higieny zarzucono? I gdzie byli ci wszyscy światli eksperci, kiedy to wszystko znikało po kolei jako przeżytek minionego ustroju?

Jeżeli teraz wszyscy pragną powrotu do normalności, to może warto przywrócić także taką normalność.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Polacy i ich chłopi

Można zacząć od sarmatyzmu, który odwoływał się do teorii podboju i dwuplemienności (dzielni Sarmaci zawojowali gnuśnych Słowian), więc „panowie” słusznie uważają się za jedynych przedstawicieli narodu mając w pogardzie „chamów” (Jan Sowa – „Fantomowe ciało króla” 2011). Jej odległym, ale mocnym echem był list Zygmunta Krasińskiego do Henryka Reeve: „poza arystokracją nie ma w Polsce nic, ani zdolności, ani światłych umysłów, ani poświęcenia. Nasz trzeci stan to bzdura, nasi chłopi to maszyny. My tylko stanowimy Polskę” (t.II, s. 12).

Można też wspomnieć o postawach inteligencji (zdaniem Józefa Chałasińskiego – tego produktu degradacji społecznej, tych zubożałych „satelitów możnych” i „oranżerii ich salonów”, ludzi o „lokajskiej duszy”, którzy „dorwali się do kubła z pomyjami dobrobytu” –
„Inteligenckie getto kultury polskiej”, w: „Regiony” 4/1995), a jednak mają się za wyłączną reprezentację polskiego społeczeństwa, a zarazem za jedynych twórców i depozytariuszy kultury narodowej (R. Smoczyński, T. Zarycki „Totem inteligencki” 2017). Doskonale wyartykułował ten pogląd prof. Henryk Domański twierdząc, że tylko inteligencja wyłania intelektualistów, bo „nie mogą być intelektualistami robotnicy, chłopi ani przedsiębiorcy, ponieważ nie dysponują oni kompetencjami i zasobami potrzebnymi do tworzenia symboli” (w: P. Kulas „Rozmowy o inteligencji” s. 84).

I wreszcie można wspomnieć pewną rozmowę sprzed paru lat, jaka miała miejsce na rogu Karowej i Krakowskiego Przedmieścia. Pokazuje ona zadziwiającą trwałość tych postaw wśród dzisiejszych elit intelektualnych, które nawet w demokracji wciąż mają siebie za lepszych od innych:
– Weber był jednak okropnym szowinistą i wrogiem Polaków, pisał przecież o polskich chłopach, że ci prezentują „niżej rozwinięte typy człowieczeństwa” (w: „Państwo narodowe a narodowa polityka gospodarcza”) – mówi jeden socjolog
– Nie, on tak nie myślał o Polakach, tylko o chłopach! – odpowiada drugi, znany i zacny socjolog, a nawet Autorytet Socjologiczny!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rozważna propozycja

Jeśli wziąć pod uwagę zastrzeżenia wielu naukowców (profesorów, genetyków, lekarzy) co do szczepionek przeciw covid-19, jeśli chce się uniknąć kolejnej prowokacji i nie dać się użyć w żadnej prawdziwej bądź rzekomej akcji pro-szczepionkowej, jeśli brać na poważnie wątpliwości co do długości igieł używanych do szczepienia i ilości porcji szczepionki w ampułce, jeśli wreszcie wspomnieć ostrzeżenie Bolsonaro, że szczepionka może zmienić ludzi w aligatory…
to chyba najrozsądniej będzie zrobić tak, jak zapowiedział Waldemar Pawlak: zaszczepić się na samym końcu.
Tylko że wtedy będzie już grasowała nowa mutacja wirusa albo nawet zupełnie inny wirus, trzeba więc będzie czekać na nową szczepionkę i zapisywać się na zupełnie inne szczepienia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Teorie spiskowe

Chociaż teorie spiskowe są regularnie obśmiewane i podlegają temu, co Piotr Dejneka nazywa „retoryczną dyskwalifikacją” („Populizm i sfera publiczna”), to jednak mają się dobrze, a ostatnio jakby coraz lepiej –
vide załącznik. Cóż więc można powiedzieć o sytuacji i w sytuacji, jaką sprawił covid-19 (wysyp teorii spiskowych i równie wiele opinii kwestionujących te teorie jako absolutnie bzdurne i nieprawdziwe)? Albo świat zmierza do swego końca, albo ludziom puszczają nerwy, albo też rację miał McLuhan, który pisał: „tylko małe sekrety muszą być strzeżone. Wielkie trzymane są w sekrecie dzięki niedowierzaniu opinii publicznej”.
MILCZENIE.pdf

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Słowa i działania

„W wojnie włosko-tureckiej 1912 r. Arabowie przynoszący Włochom wieści z obozu turecko-arabskiego nazywani byli informatorami; ci, którzy Turkom przynosili wieści z obozu turecko-arabskiego, nazywani byli szpiegami” – pisze Pareto („Uczucia i działania” s. 224) i daje wiele innych przykładów użycia słów nacechowanych wartościowaniem, co sprawia, że zacierają one bezstronny obraz rzeczywistości i sprzyjają manipulacji. I tak Orestesa można nazwać „matkobójcą” albo „mścicielem ojca”, pozostawanie przy naszej wierze określić jako „wierność”, a przy cudzej jako „upór”, wykonanie wyroku na rewolucjoniście „egzekucją”, jeśli popiera się rząd, a „morderstwem”, jeśli się go nie popiera itd.

Dlatego szturmujących Kapitol zwolenników Trumpa nazywa się motłochem zagrażającym demokracji, ale szturmujący polski Sejm zwolennicy opozycji będą nazywani obywatelami, którzy bronią demokracji itd.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Bunt demosu w demokracji

Choć brzmi to jak oksymoron, to również w demokracji mają miejsce bunty demosu, co pokazały wczorajsze wydarzenia w USA. Tyle tylko, że takie zajścia ich przeciwnicy będą zawsze nazywać populizmem. Tymczasem to, co transmitowały wczoraj stacje telewizyjne było po prostu kolejną odsłoną „ludowej historii USA”, co powinni wziąć pod uwagę także polscy badacze, upominający się o wydobycie z niepamięci i docenienie „ludowej historii” Polski.

Ci, co wczoraj opanowali Kapitol prezentowali się i chyba też wyrażali dużo lepiej niż uczestnicy polskich demonstracji (choć tych ostatnich „ludem” w żadnym razie nie da się określić). A już na pewno lepsze wrażenie robiły starannie przygotowane flagi, również narodowe, zwolenników Trumpa niż niechlujne kartony upstrzone wulgarnymi napisami, z jakimi zwykli się obnosić przeciwnicy Kaczyńskiego.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Czy instytucje mają poczucie humoru?

Skoro Mary Douglas analizowała kwestię „Jak myślą instytucje”, to można też zadać pytanie o ich poczucie humoru. A najlepszym dowodem, że ponadosobowe struktury formalne wykazują się także taką, wydawałoby się – typowo ludzką – cechą, jest chociażby informacja o okresie przechowywania dokumentacji pracowniczej udzielana osobie, która rozstaje się z daną instytucją. Jeśli bowiem taka osoba w wieku 60+ otrzymuje informację, że jej akta będą przechowywane 50 lat i dopiero po tym okresie może je odebrać, świadczy to niezbicie, że dana instytucja ma poczucie humoru, w dodatku bardzo szczególne.

Oczywiście, za 50 lat dokumentacja będąca w posiadaniu instytucji nie przyda się dzisiejszemu sześćdziesięciolatkowi do niczego, ale przecież istnieje też dokumentacja prywatna, zdeponowana w jego własnym domowym archiwum. Zawiera ona papierowe i elektroniczne świadectwa, kto kogo oskarżał przed dyrekcją o udział w konferencji smoleńskiej, kto na kogo donosił do rzecznika dyscyplinarnego z powodu takiej czy innej wypowiedzi, kto wykorzystywał USOS-a lub służbową pocztę do montowania nagonki w związku z czyimiś wyimaginowanymi przewinami oraz wszelkie inne dowody nieustającej czujności i aktywności tej czy innej t.w. skarżypyty.

A domowe archiwa mają tę przewagę nad archiwami instytucji, że są dostępne w każdej chwili.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Sztuka rachowania

Pfizer stwierdza w ulotce, że po rozcieńczeniu zawartości fiolki o pojemności 2,5 ml jest tam 5 porcji szczepionki o pojemności 0,3 ml i tylu pacjentów można zaszczepić. W Polsce od razu się zorientowano, że dawek można wygospodarować więcej, bo przecież porcji o pojemności 0,3 ml znajduje się tam nie 5 ale 6. Po paru godzinach ktoś inny stwierdził, że jak dobrze liczyć, to takich dawek jest tam 7, więc trzeba je wszystkie wykorzystać, aby nie marnować cennej substancji. Wydaje się jednak, że gdyby policzyć naprawdę porządnie, to takich dawek jest tam 8 i jeszcze kropla zostanie.

Ciekawe, kto gdzie uczył się arytmetyki, bo wygląda na to, że słynna już szkoła szwedzka, gdzie 2×2=22, ma od dawna swoje filie w innych krajach.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Od nazisty do „Europejczyka” – życie po życiu Waltera Hallsteina

Walter Hallstein, jeden z architektów Unii Europejskiej i pierwszy Przewodniczący KE, był wybitnym prawnikiem niemieckim. Ale nie tylko. Według „Słownika Osobistości III Rzeszy. Kto był kim przed i po 1945 r.” był też w latach 30. bardzo zaangażowanym członkiem wielu organizacji nazistowskich: Narodowosocjalistycznej Ligi Wykładowców, Narodowosocjalistycznej Federacji ds Obrony Przeciwlotniczej, Narodowosocjalistycznej Federacji ds Dobrobytu Ludowego, instruktorem w randze oficerskiej w Federacji Profesorów, a także członkiem Federacji Prawników Narodowosocjalistycznych, których uważano za wcielenie narodowosocjalistycznej myśli prawniczej. Hallstein pracował intensywnie w kilku grupach roboczych tej ostatniej organizacji, działając na rzecz nazyfikacji prawa niemieckiego, w czerwcu 1938 r. brał udział w delegacji, która z ministrem Rzeszy, Hansem Frankiem, udała się do faszystowskich Włoch, w w następnym roku wygłosił w Rostoku wykład „O istocie prawnej wielkich Niemiec”.

Ten „niemiecki negocjator traktatu ustanawiającego Europejską Wspólnotę Węgla i Stali, minister-sygnatariusz traktatów rzymskich oraz przewodniczący KE był więc osobistością III Rzeszy i ‚mózgiem’, który wraz z innymi opracował likwidujące narody ramy prawne ‚wielkich Niemiec’, czyli europejskiego Reichu” – pisze de Villiers („Kiedy opadły maski”, s. 196-197). Ale na ten temat próżno szukać informacji: nic nie wspomina o tym polskojęzyczna Wikipedia ani hasło w encyklopedii PWN – to „źródło wiarygodnej i rzetelnej wiedzy”, ani – oczywiście – oficjalna strona KE zatytułowana „Pionierzy, którzy utorowali drogę do utworzenia UE”. Można tam przeczytać tylko tyle, że ten bardzo zaangażowany w integrację europejską jeden z faktycznych ojców-założycieli UE podczas II wojny światowej został wcielony do niemieckiej armii „mimo swej niechęci do nazizmu”!

Dygresja: dziś istnieje w Niemczech Instytut Waltera Hallsteina, a jego szef, prof. M.Ruffert rok temu (8.X.2019) zapraszał doktorantów i doktorów Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego na wykłady i do programu stypendialnego. Trzeba przecież wpajać europejskiej młodzieży narodowosocjalistyczne idee.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Kto rządzi KE?

Komisją Europejską rządzi oczywiście jej przewodniczący. Ale kto decyduje o tym, że przewodniczącym zostaje akurat ta, a nie inna osoba? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza historia dotychczasowych wyborów na stanowisko przewodniczącego KE.

Pierwszym został Walter Hallstein – były nazista, wybitna osobistość III Rzeszy, ekspert IG Farben, który następnie bronił tego kartelu w Norymberdze, a potem – już jako zagorzały zwolennik integracji europejskiej (oczywiście na zasadach przypominających do złudzenia plany III Rzeszy) – sprawował funkcję przewodniczącego KE w latach 1958-1967. Niewątpliwie stało się tak z nominacji potężnych koncernów chemiczno-farmaceutycznych.

W roku 2009 w równie niejasnych okolicznościach stanowisko przewodniczącego przyznano Hermanowi Van Rompuy, który – jeszcze jako premier rządu belgijskiego – musiał najpierw stawić się na przesłuchaniu przed kierownictwem Klubu Bilderberg. „Kilka dni później, budząc powszechne zdumienie, ten bliżej nieznany człowiek został desygnowany na przywódcę UE. Zebranie było więc rodzajem egzaminu ustnego tudzież rozmową o pracę” – stwierdza ironicznie Philippe de Villiers w książce „Kiedy opadły maski” (2019, s. 159), poświęconej bynajmniej nie świetlanym, a raczej bardzo szemranym sylwetkom tzw. ojców UE.

Jak pisał John Urry w pracy „Offshoring”, wszelkie doniesienia tego rodzaju są zbywane lekceważąco jako „teorie spiskowe”. „Wydaje się jednak – twierdzi Urry – że rzeczywiście istnieje wiele półtajnych porozumień wymierzonych we władzę państw, ich zdolność realizacji interesów zbiorowych i racjonalnego,planowania polityki wewnętrznej” (2015: 216). Widać jednak, że to samo dotyczy struktur ponadpaństwowych, a decyzje, jakie tam zapadają (również te podejmowane w chwili obecnej), niedwuznacznie sugerują, kto nimi faktycznie rządzi.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Wypowiedzieć Konwencję Stambulską?

Ordo Iuris proponuje wypowiedzenie tzw. antyprzemocowej Konwencji Stambulskiej. Opozycja się oburza, mówiąc że to oznaczałoby przyzwolenie na nierówne traktowanie i zgodę na przemoc wobec kobiet. Ale co oznacza utrzymywanie takich konwencji?
Swojego czasu prezydent de Gaulle nie wyraził zgody na ratyfikowanie Konwencji Praw Człowieka, co wzbudziło konsternację europejskich elit. Jakie było jednak wytłumaczenie decyzji Generała? Podpisanie Konwencji poddałoby Francję kurateli międzynarodowych sądów, a więc państwo utraciłoby część swojej suwerenności. „Najpierw Francja, potem państwo, a na końcu prawo” – twierdził. W rezultacie Konwencję ratyfikowano, ale dużo później, już po śmierci Pompidou.
Ile takich ustępstw wymuszono na państwach Europejskich? A więc: ile suwerenności im pozostawiono?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Skuteczność szczepionki – jedno pytanie

Kilka dni temu jakiś ekspert od szczepień tłumaczył, że wprawdzie żadna szczepionka nie działa na wszystkich (tzn. że zawsze ok. 10% zaszczepionych osób nie wytwarza – z różnych powodów – przeciwciał), niemniej szczepić się warto i trzeba. Ale, ale, chwila moment: skoro tak, to jakim cudem szczepionka na covid-19 firmy Pfizer jest (jak zapewnia producent) skuteczna w 95%?

W socjologii o tym, czy wynik badań jest wiarygodny, decyduje trafność doboru próby i to przesądza o rzetelności badania. A jak jest w medycynie, a raczej w przypadku badań farmaceutycznych? Jeśli niezbyt trafnie dobrano próbę, na której sprawdzano skuteczność i bezpieczeństwo nowej szczepionki, to może też miały miejsce także inne niedokładności i przeoczenia, a w takim razie trudno wyniki badań uznać za rzetelne.

Aż 95% skuteczności szczepionki, to fantastyczny wynik – cieszą się optymiści. I co do tego sceptycy przyznają im rację – to wynik fantastyczny.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Europejski podział pracy

Francja żąda, by każdy opuszczający W. Brytanię miał wykonany test.

Anglia bierze na siebie przeprowadzenie tych testów.

Polacy mieszkający w Anglii organizują jedzenie oraz infrastrukturę sanitarną dla tysięcy kierowców koczujących w Dover.

Polski rząd wysyła na swój koszt ekipę medyczną, która przeprowadza testy.

Przecież Europa to jedna wielka bratnia wspólnota!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Jak (nie) zachęcać do szczepień

Kiedy caryca Katarzyna chciała, aby chłopi zaczęli uprawiać i spożywać ziemniaki, zabroniła im tego: przy każdym nasadzonym polu postawiła żołnierza, który miał go pilnować. Oczywiście, to tylko wzmogło zainteresowanie nową uprawą. Chłopi pod osłoną nocy wykradali bulwy i sadzili je na własnych zagonach. I o to właśnie chodziło!

Kiedy dowództwo marynarki brytyjskiej zorientowało się, że skutecznym środkiem na szkorbut będzie porcja kapusty kiszonej w codziennym menu, wprowadziła ją – ale tylko na stoły oficerskie. Załogi zaczęły protestować, wtedy dopiero pozwolono także zwykłym majtkom korzystać z tego przysmaku. Gdyby im nakazano spożywać coś takiego, z pewnością zbuntowaliby się i odmówili.

Kiedy po drugiej wojnie światowej przeprowadzano na wsi polskiej masowe szczepienia (zwłaszcza na gruźlicę), ludzie robili co mogli, byle tylko ich dziecko tego uniknęło. Dlatego, gdy przyszła kolej na akcję szczepienia przeciw chorobie Heinego-Medina (1959) niektórzy lekarze zastosowali przewrotną metodę: „uciekam się do kłamstwa – relacjonował jeden z nich – mówię w zaufaniu pacjentce, że jest szczepionki mało i dla wszystkich nie wystarczy. Niech powie jeszcze siostrze i najbliższej sąsiadce. W efekcie ludzie pchają się do szczepień jak po cytryny w mieście. Podawano dzieci oknem, czekano od najwcześniejszego rana” – przypomina tę sytuację Ewelina Szpak w swojej książce „Społeczno-kulturowa historia zdrowia i choroby na wsi w Polsce Ludowej” (s.53).

Natomiast dzisiaj wszyscy robią dokładnie odwrotnie: perswadują i namawiają, przekonują i straszą – a odsetek Polaków skłonnych się zaszczepić przeciw covid-19 wcale nie rośnie od tego, a niewykluczone, że nawet maleje. Zupełnie tak, jakby władze, lekarze i kto tam jeszcze się wypowiada na ten temat chcieli, by Polacy jednak się – nie szczepili. Kto wie, czy właśnie o to nie chodzi.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Media i życie

Można wyłączać telewizor, kiedy tylko pojawi się tam kolejny ekspert ze zbawiennymi radami w stylu DMD.

Można mieć dosyć obrazków, jak pielęgniarze w strojach kosmitów dłubią patyczkiem w nosie testowanym pacjentom.

Można nawet przyzwyczaić się do codziennych statystyk zachorowań i zgonów, bo przecież te tysiące czy setki przypadków, to tylko „statystyka”.

Ale zobaczyć klepsydrę na murze własnego bloku i usłyszeć, że zmarł sąsiad z IV piętra, a jego żona leży pod respiratorem – dopiero coś takiego wywołuje reakcję: „To się dzieje naprawdę!”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ludowa (?) historia Polski

Wolter pisał, że „w dobrze zorganizowanym kraju mniejszość zmusza do pracy większość, jest przez nią żywiona i sprawuje nad nią władzę”. Traktując poważnie tę myśl, należałoby przyznać, że Polska zawsze była – i jest nadal – krajem „dobrze zorganizowanym”.

Tak przynajmniej wynika z nowej książki Adama Leszczyńskiego „Ludowa historia Polski” (2020), która pokazuje państwo polskie jako wynalazek próżniaczych elit. Począwszy od księstwa Mieszka I, które handlowało niewolnikami jako swoim głównym towarem eksportowym, a kończąc na III RP z jej folwarczno-patriarchalnymi relacjami w miejscu pracy, instytucje państwa okazują się „przede wszystkim narzędziem redystrybucji zasobów i narzędziem przemocy” (s. 571). Dzięki temu część wytworzonego przez warstwy niższe dochodu elity przeznaczają na własną konsumpcję, a cześć na budowę aparatu państwa. „Ewolucji ulegają tutaj technika i narzędzia – ramy instytucjonalne tego procesu – ale nie jego zasada” – podkreśla Leszczyński, czyniąc to zjawisko podstawowym elementem długiego trwania.

Jego książka koncentruje się na wykazaniu strukturalnej ciągłości „przemocy i wyzysku” pokazując zarazem reakcje drugiej strony tego skrajnie niesymetrycznego stosunku społecznego. Na podstawie dokumentów, relacji pamiętnikarskich i innych źródeł Leszczyński stara się więc skonstruować „ludową” wersję oficjalnej historii Polski. Czy jednak ten podstawowy zamysł został zrealizowany? A może, jak zauważył w swoim wnikliwym komentarzu dr Stanisław Witecki (podczas spotkania z cyklu „Czwartki z socjologią historyczną” – 17.XII) jest to wciąż ta sama historia, tyle że „odwrotna”. Przeważa tu bowiem „etyczna” perspektywa (widoczna nie tylko w nadużywaniu określeń „przemoc” i „wyzysk”, ale przede wszystkim w nieobecności perspektywy „emicznej”, czyli prawdziwie ludowej, oddolnej, plebejskiej, która pozwoliłaby wyjść poza kategorie i chronologie wykorzystywane w historii oficjalnej, „monumentalnej” wedle znanego określenia Nietzschego).

To pytanie należałoby postawić także innym pozycjom z cyklu „ludowych historii”, jakie ukazują się ostatnio na rynku. A kolejnym pytaniem byłoby: jak dotrzeć do oryginalnej, „ludowej” wizji dziejów Polski i gdzie szukać źródeł na ten temat (bo chyba nie tylko wśród dokumentów pisanych)? I jeszcze jedno pytanie: może należałoby pomyśleć także o „ludowej” socjologii wsi?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Edukacja obywatelska i debata publiczna

Wczorajsze seminarium prof. Joanny Kurczewskiej w IFiS PAN poświęcone było edukacji obywatelskiej. Wystąpienia referentów, uwagi komentatorów oraz dyskusja upoważniają do następujących uwag:
– edukacja obywatelska w tym kształcie, w jakim na specjalnych kursach jest prowadzona np. na uczelniach w USA to zaledwie proteza, zastępująca naturalną socjalizację do roli obywatela, która powinna się odbywać w rodzinie, szkole i grupie lokalnej,
– debata publiczna toczona w danym kraju odzwierciedla charakter danego społeczeństwa, jego wartości, ale też wady życia publicznego, np. jej polską odmianę można by scharakteryzować słowami wieszcza: „ten sobie mówi, a ten sobie mówi, dużo radości i krzyku”, (choć może być też odwrotnie: forsowana w USA zasada poprawności politycznej ogranicza swobodę dyskusji, prowadzi do braku tolerancji i skrajnego zideologizowania),
– współcześnie, mimo retoryki „debaty”, „dysputy” i „dyskursu” obserwuje się raczej ich pozorowanie: pojawia się „mówienie równoległe”, zamykanie się w osobnych „bańkach”, gdzie rozprawia się z osobami mającymi dokładnie takie same poglądy, lecz nie z oponentami, można też mówić o „niedrożności komunikacyjnej” (wykluczanie przeciwników, ich naznaczanie, odmawianie im praw lub kompetencji do uczestnictwa w rozmowie).
Spomiędzy spraw zasługujących na rozważenie, a nie podjętych lub zasygnalizowanych marginalnie, warto wymienić trzy następujące:
– jaka powinna być relacja między abstrakcyjnymi regułami działania komunikacyjnego, proponowanymi jako najlepsze i uniwersalne przez Habermasa, a „lokalnymi” odmianami dyskursu?
– czy o edukacji obywatelskiej, która zawsze zakłada jakąś zgodę co do podstaw umowy społecznej i uznanie praw zbiorowości, może być mowa w sytuacji radykalnego kwestionowania tych dwu fundamentów wspólnoty?
– czy w sytuacji zacierania granic między tym, co publiczne, a tym, co prywatne (Sennett mówi o groźnej tendencji „infekowania intymnością” sfery publicznej) można nadal mówić o sferze publicznej i tym samym – o edukacji obywatelskiej?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pareto o tzw. wolnomyślicielach

Vilfredo Pareto, ten mistrz demaskacji, nie tylko obnażał rezydua tkwiące pod derywacjami, ale też dostało się od niego tzw. wolnomyślicielom. „Trzymając się właściwego znaczenia słów wydawałoby się, że wolnomyśliciel powinien być człowiekiem pragnącym uwolnić się od wszelkich ograniczeń w myśleniu – pisał w „Uczuciach i działaniach” (s. 224-225) – Natomiast w rzeczywistości wolnomyśliciel jest jak wierzący, który chce narzucić swoją religię i skrępować myśl tego, kto myśli inaczej niż on. Kto pragnie wolności, powinien chcieć, aby można było wypowiadać się zarówno przeciw religii katolickiej, jak i za nią. Tymczasem wolnomyśliciele dopuszczają atak na religię katolicką, a negują prawo do jej obrony. Chcą zabronić księżom nauczania, aby móc narzucać swoje teorie, aby skrępować myśl w sposób, jaki uważają za słuszny”.

Listę tych zarzutów można by oczywiście wydłużyć: wolnomyśliciele mają za nic symbole religijne, ale własne emblematy traktują ze śmiertelną powagą; narzucają wszystkim określone sposoby zwracania się do siebie, ale sami ani myślą przestrzegać stosownych form i prawie nigdy nie zdobędą się na to, by wobec osoby duchownej potrafili użyć właściwego określenia”ksiądz” czy „ojciec” itd., itp.

Ale chyba najpoważniejszym zarzutem, jaki można sformułować wobec wolnomyślicieli tego pokroju jest chyba to, że ich myślenie właściwie nigdy nie jest wolne, bo zawsze stanowi odwróconą kopię myślenia religijnego, przeciw któremu tak się buntują. Pod względem mentalności i wyznawanego światopoglądu są więc zaledwie przenicowaną wersją swoich oponentów, a ich zacietrzewienie, ograniczone horyzonty i fanatyzm daje się porównać tylko z najbardziej obskuranckimi wersjami religijności.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Czytanie Braudela

Właściwie każdy badacz społeczny zna te słowa Fernanda Braudela: „nigdy nie było całkowitego zerwania między przeszłością, nawet bardzo odległą przeszłością, a teraźniejszością. Minione doświadczenia rozciągają się w teraźniejszość, dodając do niej”.

Szczególnie stabilnym elementem były dla Braudela formy gospodarowania i relacje społeczne. Dlatego przekonywał, że w świecie śródziemnomorskim czy na wsi francuskiej ludzie, zwierzęta, domy i pola, formy mowy oraz przysłowia niewiele zmieniły się pomiędzy rokiem 1340 a 1914. Tymczasem wśród badaczy polskiego społeczeństwa, a zwłaszcza polskiej wsi, panuje przekonanie, że tu zmiany przebiegają szybko i są zasadnicze – zwłaszcza po wejściu Polski do UW. Czy to Francja była tak nietypowa, czy raczej nietypowa jest Polska? A może chodzi raczej o badaczy i ich nastawienie?

Chyba przydałoby się w Polsce więcej autorów reprezentujących pogłębioną perspektywę Braudela, niż tych zafascynowanych powierzchownymi zmianami, przełomami i całą tą „pianą zdarzeń”, która nie ma nic wspólnego ze „strukturami długiego trwania”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Covid-19, szczepienia, immunologia społeczna

Polemizując z Hilarym Putnamem Noam Chomsky bronił swojej gramatyki generatywnej (w której mowa o istnieniu wrodzonych struktur językowych) i przywoływał w tym celu badania noblisty, Nielsa Kaja Jernego. Ten zaś twierdził – i właśnie za to otrzymał w 1984 r. Nobla z medycyny – iż organizm „nie może być pobudzony do wytwarzania specyficznych przeciwciał, jeśli nie wytworzył już przeciwciał o takiej specyfice, zanim jeszcze antygen się pojawił”. Na tej podstawie Chomsky uważał, iż przyroda wyposażyła ludzi również we wrodzony zasób pojęć, a umysł ludzki dochodzi do nich konfrontując się z rzeczywistością (Chomsky – „Siła i opinia”, s. 87).

Ten oryginalny pomysł wykorzystuje Roberto Esposito w swojej koncepcji „demokracji immunitarnej” interpretując immunizację jako formę stopniowej interrioryzacji tego, co zewnętrzne. „Jeśli wspólnota jest naszym ‚zewnątrz’ – pisze Esposito w pracy „Pojęcia polityczne” –
immunizacja jest tym, co sprowadza nas do naszego wnętrza, zrywając wszelki kontakt z ‚zewnętrzem'” (s. 72). Dobrym przykładem tego mechanizmu jest według niego teoria Niklasa Luhmanna, stanowiąca skrzyżowanie funkcjonalizmu Parsonsa z paradygmatem regulacyjnym modeli cybernetycznych. Dla Esposito to „najbardziej wyrafinowany wykład logiki immunitarnej jako formy charakterystycznej dla modernizacji” (s. 73), gdyż zakłada – zgodnie z biologiczną teorią autopojezy – że możliwe jest przejście z obronnego poziomu systemowego zarządzania środowiskiem na autonomiczny wobec presji środowiskowych poziom wewnętrznej autoregulacji systemów. Oznacza to zerwanie wszelkich kanałów kontaktu systemu z tym, co zewnętrzne. „Skoro komórki przeciwciał komunikują się między sobą także pod nieobecność antygenu, czyli bodźców zewnętrznych, oznacza to, że system immunologiczny nabiera charakteru całkowicie samowystarczalnej wewnętrznej sieci rozpoznawczej” – pisze Esposito, a Luhmann dodaje: „sprzeczności mogą być inkorporowane do systemu i w ten sposób sprzyjają rozwojowi jego systemu immunologicznego” („Systemy społeczne”, s. 346).

Jeżeli pozostawić na boku wyrafinowane rozważania autora gramatyki generatywnej, specjalisty od immunologii oraz badaczy społecznych w rodzaju Esposito czy Luhmanna, wniosek na chwilę bieżącą (czyli w momencie szczytowym drugiej fali epidemii koronawirusa) może być następujący: zapowiadane badania mające poprzedzać masowe szczepienia powinny – w intencji decydentów – wykazać pewną liczbę osób, które „bezobjawowo przechorowały” covid-19 i te osoby będą zwolnione ze szczepienia. Ale czy będzie to wniosek słuszny? Czy stwierdzona obecność przeciwciał będzie istotnie dowodem na „bezobjawowe przechorowanie” covid-19, czy (zgodnie z koncepcją N. K. Jernego) może raczej wskazywać, że spora część populacji miała „wrodzone” przeciwciała poprzedzające kontakt z antygenem wirusa. Wtedy pojawiłoby się pytanie, dlaczego inni nie zostali wyposażeni w takie „wrodzone przeciwciała” itd.

Jak widać, nauka mnoży więcej pytań niż odpowiedzi, a w dodatku okazuje się, że istnieją miejsca wspólne między humanistyką, biologią i naukami społecznymi. Czyli „jońskie zauroczenie” postulowane przez E. Wilsona w jego książce „Konsiliencja” może być bliższe niżby się wydawało.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Czytelnicy jak żmirłacze

Chociaż trafiają się czasem przewrotni autorzy, którzy poznawszy słabe strony swoich czytelników, lubią się z nimi droczyć („jeżeli drażni się ze mną wasza tępota, pozwólcie, że i ja podrażnię się z wami” – pisał Gombrowicz w „Dziennikach” t. I, s. 41-42), to jednak najczęściej autorom zależy na tym, by byli właściwie rozumiani. „Piszę dla tych, co mnie rozumieją – zwierzał się de Sade – i tylko ci mogą mnie czytać bezkarnie”.

W istocie, czytelnik, który z uporem odmawia czytania ze zrozumieniem, wszędzie wietrzy złe intencje i podejrzewa autora o personalne ataki, największą krzywdę wyrządza samemu sobie. Pozbawia się bowiem dobrej zabawy w erudycję (na dany temat różni różnie piszą: są różne koncepcje, najrozmaitsze teorie, warto o nich pamiętać, by nie uzależnić się tylko od jednej), rezygnuje z rozszyfrowywania gry intelektualnej (coś wydaje się takie, ale tylko w określonej perspektywie, zmieńmy więc perspektywę i zobaczmy, co z tego wyniknie), zaczyna utożsamiać hipotezę z czyjąś ekspresją (podczas gdy hipotezy są bytami z III Świata i wg Poppera powstają po to, by umierały za nas – „Wiedza obiektywna”). Taki czytelnik będzie więc brać wszystko do siebie, będzie reagował emocjonalnie zamiast uruchomić myślenie, będzie też wolał eliminować oponenta, zamiast rozprawić się z jego argumentami.

Ale taki czytelnik też się do czegoś przydaje: widok kogoś, kto jak żmirłacz „na celny strzał żartem odpowiada westchnieniem głuchym, jak krzyk rozpaczy, na kalambur – spojrzeniem upartym” (L. Carroll, „Wyprawa na żmirłacza”, Konwulsja druga) dostarcza nie lada satysfakcji!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Państwo niewolnicze i jego poddani

W książce „Państwo niewolnicze” napisanej w 1912 r., a wydanej po ponad stu latach w języku polskim Hilaire Belloc zapowiada, że tak jak Europę wznoszono na fundamencie niewolnictwa, tak też zwieńczeniem jej historii będzie ponownie „państwo niewolnicze”. Co autor rozumiał pod tym pojęciem?

Belloc, przekonany, że odchodzenie od niewoli było możliwe dzięki poszerzaniu się „instytucji wolnego posiadania”, twierdzi jednocześnie, że ograniczanie tej sfery – czy to w kapitalizmie, (gdzie coraz więcej własności skupia się w ręku coraz mniej licznej grupy), czy też w kolektywizmie (gdzie całą własność zawłaszcza państwo) doprowadzi do „państwa niewolniczego”. A polega ono na tym, że masa ludzka jest zmuszona przez prawo do pracy na rzecz mniejszości, ale za cenę takiego przymusu będzie się cieszyć bezpieczeństwem, którego nie dawał jej stary kapitalizm (2020, s. 112). Jeżeli ktoś dostrzega w tym państwa „realnego socjalizmu” albo współczesne państwo opiekuńcze, zwane też państwem dobrobytu, to ma rację, bo autor dodaje, iż cechą istotną jest tu „panowanie nad wytwarzaniem bogactwa, które jest panowaniem nad życiem ludzkim” (s. 37). Dziś określa się ten mechanizm pojęciem biowładzy, kojarzone z powszechną kontrolą, gromadzeniem danych, i śledzeniem każdego kroku obywatela – czy to w przestrzeni fizycznej, czy też wirtualnej.

A ponieważ mimo całej tej skrupulatnej opieki, czy raczej nadzoru, warunkiem przeżycia jest praca, jaką pozbawione własności masy ludzkie muszą świadczyć na rzecz tych, którzy posiadają własność bądź są jej dysponentami, Belloc słusznie zauważa, że „środki dające możność przeżycia zależą od woli posiadaczy własności. Posiadacze ci mogą je nieposiadającym zapewnić i mogą im je też cofnąć. Realną sankcją w naszym społeczeństwie nie są kary wymierzane przez sądy, ale odebranie przez osoby posiadające środków do życia osobom nieposiadającym. Większość ludzi bardziej się dziś boi utraty zatrudnienia niż jakiejkolwiek kary prawnej, a środkiem dyscyplinującym ludzi w ich współczesnych formach aktywności jest lęk przed zwolnieniem z pracy” (s. 90).

Tak było ponad sto lat temu w Anglii, i tak jest dzisiaj, w Europie XXI wieku. Większość ludzi boi się mówić, co myśli i ogranicza swoją aktywność tak, by nie narazić się tym, którzy decydują o ich zatrudnieniu. Jeżeli ktoś z czytelników książki Belloca zgadza się z jego diagnozą, to znaczy, że jego przewidywania były trafne, a „państwo niewolnicze” ma się dobrze i nawet coraz lepiej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Czego pragną kobiety?

To, czego pragną młode oraz te w pełni dojrzałe kobiety, najlepiej widać na ulicach: swoje pragnienia wypisują na kartonach albo wykrzykują bez żadnego skrępowania. A to, co marzy się starym kobietom, opisał już Arystofanes w komedii „Sejm kobiet” i widać z tego, że jednolity front kobiet bardzo łatwo byłoby rozbić, gdyby tylko politycy zachcieli czytać klasykę.
Pierwsza Starucha
Uchwała kobiet: jeśli młody człowiek chce młodej, potrząść jej pierwej nie wolno, nim zerżnie starą. A jeśli nie zechce lec wpierw ze starą, lecz zapragnie młodej, to wolno będzie staruszkom młodego wciągnąć bezkarnie do domu za kuśkę. (Arystofanes, Komedie, 1970, s. 109).
A ponieważ chyba nie ma kobiety – ani starej, ani młodej – która by nie chciała być noszona przez mężczyzn na rękach, polska policja (jak widać z relacji medialnych) wychodzi na przeciw tym marzeniom. Trzeba to docenić.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Praworządność – być „za”, a nawet „przeciw”

Przeciwko wyrokowi TK w sprawie aborcji wypowiadają się nie tylko demonstranci na ulicach, ale też naukowcy, zastępując argumentację opartą na emocjach, argumentacją prawną. O tym, że orzeczenie TK jest prostą konsekwencją zapisów polskiej Konstytucji pisał już prof. Kleiber, b. Prezes PAN; wypowiadał się na ten temat także prof. Rzepliński, do niedawna autorytet dla całej opozycji. Niestety, obrońcy Konstytucji jakoś nie chcą przyjąć tego do wiadomości, co stawia pod znakiem zapytania albo ich wierność Konstytucji, albo zdolność logicznego myślenia.

Ciekawe, z jakim skutkiem przejdą ten swoisty test zwolennicy UE. Ci też protestują przeciw wyrokowi TK, choć pozostaje on zgodny z art. 3 Karty Praw Podstawowych, który zawiera „zakaz eugenicznych praktyk, w szczególności takich, które mają za cel selekcję osób”. Co prawda Polska (podobnie jak W. Brytania) zgłosiła swoje zastrzeżenia do tego dokumentu, ale – zdaniem wszystkich rodzimych „Europejczyków” powołujących się na zasadę nadrzędności prawa europejskiego nad prawem krajowym – przepisy unijne obowiązują w każdym państwie członkowskim, niezależnie od tego, czy ono je uznało i się z nimi zgadza. Czemu więc zwolennicy UE nie chcą tego uznać?

Te przypadki są kolejną ilustracją zasady, że można być tak bardzo „za”, iż raptem wychodzi na to, że jest się „przeciw”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Sprawiedliwość społeczna wg von Hayeka

Nie tylko w PRL-u panował ustrój „sprawiedliwości społecznej”. Również dzisiaj wiele organizacji międzynarodowych, takich jak np. UE, promuje to pojęcie w swoich dokumentach, a co gorsza przenika ono także do języka naukowego, gdzie zamiast być krytycznie analizowane, staje się wytyczną myślenia i badania rzeczywistości.

Skoro jednak współczesne państwa europejskie określają się jako „demokracje liberalne”, to może warto sprawdzić, co o „sprawiedliwości społecznej” sądził von Hayek, wielki orędownik i demokracji, i liberalizmu. W swojej pracy „Prawo, legislacja i wolność” twierdzi on, że „wyrażenie to w ogóle nic nie znaczy, a używa się go bezmyślnie bądź oszukańczo” (s. 16). Jego zdaniem jest to „przesąd”, „slogan”, „pusty frazes” funkcjonujący jak „potężne zaklęcie”, a „obecne rozpowszechnienie się tego przekonania w nie większym stopniu dowodzi realności jego przedmiotu niż dawna powszechna wiara w wiedźmy i kamień filozoficzny” (s. 17).

Czym grozi, wg von Hayeka, posługiwanie się tym pojęciem? Otóż funkcjonuje ono, jego zdaniem, jak „potężne zaklęcie”, które ożywia atawizmy właściwe społeczeństwu pierwotnemu i przez to zagraża społeczeństwu nowoczesnemu. Wielkie Społeczeństwo opiera się bowiem na abstrakcyjnych regułach i jest dzięki temu otwarte i wolne, demokratyczne i liberalne. Natomiast Społeczeństwo Plemienne odwołuje się do emocji i do etyki właściwej pierwotnym wspólnotom. Dlatego mówienie o „sprawiedliwości społecznej” staje się dla społeczeństwa otwartego siłą destrukcyjną i umożliwia konkretnej grupie narzucanie swoich poglądów innym w imię „konsensusu”, który – o czym pisze też Chantal Delsol w książce „Czas wyrzeczenia” – oznacza odejście od demokracji na rzecz wspólnotowego zjednoczenia. A tam (jak podczas plemiennego wiecu) wymusza się jednomyślność zamiast poszanowania odmiennego zdania (2020, s. 227 i n.)

A zatem mówienie o „sprawiedliwości społecznej” to nie tylko marsz w stronę socjalizmu (albo jeszcze gorzej), ale też – wobec bierności środowisk naukowych posługujących się bezrefleksyjnie tym określeniem –
przejaw tego, co Bourdieu nazywa podporządkowaniem socjologii światu społecznemu, który posługuje się nauką dla własnych celów. „Pozostawić swoją myśl na poziomie nieświadomym oznacza dla socjologa, jeszcze bardziej niż dla jakiegokolwiek innego myśliciela, narażenie się na rolę narzędzia w rękach tych, o czym się sądzi, że jest przedmiotem jego myśli” („Zaproszenie do socjologii refleksyjnej” 2001, s. 237). Naukowiec jako marionetka – to nie brzmi dumnie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Strajki kobiet, czyli od eugeniki „autorytarnej” do „liberalnej”

Równo sto lat temu wybitni uczeni niemieccy, prof. Karl Binding (którego teksty z dziedziny prawa cytuje z podziwem von Hayek – w: „Prawo, legislacja i wolność” 2020, s. 663) i prof. Alfred Hoche, psychiatra, opublikowali książkę, w której przekonywali, że „życie niewarte życia” jest „bytem stanowiącym balast” (bo jego utrzymanie jest uciążliwe i kosztowne), a więc nie zasługuje na ochronę. Ich teza została potem rozwinięta w wielu pracach naukowych i praktycznie zastosowana podczas II wojny światowej. Jak słusznie podkreśla Zygmunt Bauman („Holokaust: 50 lat później”), nie był to wcale przejaw barbarzyństwa czy ciemnoty, ale szczytowe osiągnięcie ducha nowoczesności. Podobnie oceniają tę kwestię badacze tacy jak Ralf Dahrendorf, Dan Diner czy Werner Rohr, którzy piszą, iż III Rzesza była zjawiskiem bardzo nowoczesnym, produktem myślenia wspartego niemiecką nauką uznawaną w ówczesnym świecie za najlepszą, państwem stawiającym sobie za cel gruntowną modernizację, postęp i maksymalizację wydajności w każdej dziedzinie. Dlatego G. Aly i S. Heim piszą o ścisłym związku „pomiędzy modernizacją i uśmiercaniem zbędnych ludzi”, a D. Peukert wyprowadza „Rozwiązanie ostateczne” nie z tradycyjnego, ludowego antysemityzmu, ale z ducha oświeconej nauki.

Tamte projekty i rozwiązania Jurgen Habermas nazywa – w pracy „”Przyszłość natury ludzkiej” – „eugeniką autorytarną” (gdyż o wszystkim decydowało państwo) i przeciwstawia ją współczesnej „eugenice liberalnej” (gdzie decydować ma jednostka, demonstrując tym samym swoją osobistą wolność). Zestawiając argumenty zwolenników i przeciwników nie tylko aborcji, ale też badań genetycznych i prenatalnych (zwłaszcza w bardzo aktualnym kontekście diagnostyki przedimplantacyjnej) Habermas widzi w nich przejaw tych samych „aż nadto dobrze znanych motywów nader niemieckiej ideologii – ‚hipernowoczesność’ przeciwko ‚hipermoralności'” (2003, s. 28). Stanowiska zwolenników moralnego statusu życia przedosobowego, z jednej strony, oraz wyznawców naturalistycznego posthumanizmu”, z drugiej, sprowadza do wyboru między Naturą (uznanie statusu organicznego substratu podmiotowości, tej fizycznej bazy danej nam przez naturę) oraz Kulturą (byt osobowy, obdarzony świadomością i nie naznaczony ułomnościami, które uniemożliwiają „normalne” funkcjonowanie – s. 60).

Nie ma co się łudzić, że tę pracę przeczytają strajkujące dziś kobiety, ale dobrze byłoby, by zapoznali się z nią przynajmniej naukowcy, którzy zechcą wypowiadać się „za” lub „przeciw” wyrokowi TK – akurat w sto lat od wydania książki Bindinga i Hoche.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Konsekwencje Strajku Kobiet dla „Socjoblogera”

Pomimo pandemii Strajk Kobiet nie rezygnuje z masowych demonstracji o coraz bardziej burzliwym przebiegu, co przekłada się na renesans popularności wpisów poświęconych temu tematowi. I tak przy wpisie sprzed paru dni („Polish Nazi Feminists” – 27 października) statystyki znowu „szybują w górę”, o czym informuje sympatyczny sygnał dźwiękowy od wordpressu. I dobrze. We wpisie tym chodziło bowiem o zademonstrowanie pewnego sposobu myślenia, który w socjologicznej metodologii jest nazywany „wnioskowaniem o indicatum na podstawie wskaźnika”. Skoro wskaźnik „ręki uniesionej ku górze” uzasadnia twierdzenia o postawach faszystowskich, to czemu nie uznać, że wskaźnik „błyskawica” może być interpretowany jako oznaka postaw nazistowskich? Choć oczywiście można też twierdzić, że jest to np. pewien wariant znaku Zorro albo jeszcze coś innego.

A jednak. Zamiast przyjęcia, że zaprezentowane w wymienionym wpisie rozumowanie jest zastosowaniem ogólnej i respektowanej w innych przypadkach, ale dokładnie tej samej reguły myślenia, pojawiają się wyrazy moralnego oburzenia. Podobnie zresztą jak w sytuacji, gdy żadnej obiekcji nie wywoływało popularne w tekstach socjologicznych twierdzenie o chłopach jako grupie „złodziejsko-żebraczej”, ale już cytat z publikacji PWN-owskiej, iż „socjalistyczne miasta karmiono kradzionym chlebem” spotykał się z gwałtownym sprzeciwem. Albo podobnie jak dopuszczalne było przez 30 lat transformacji używanie przez socjologów określenia, iż drobni rolnicy są nieproduktywnym „balastem, którego należy się jak najszybciej pozbyć”, ale za to nazwanie takiej retoryki „orientalizowaniem społeczeństwa” (jak to zrobił M. Buchowski) lub „neoliberalnym dyskursem rasistowskim” (wedle M. Bobako) nie znajdywało u tychże socjologów nijakiego uznania. Czy to kolejna „nadzwyczajna kasta”, a może grupa, która wbrew deklarowanemu obiektywizmowi i naukowej neutralności chce po prostu sprawować symboliczną władzę nad społeczeństwem przez nadawanie wszystkim innym definitywnych i niepodważalnych znaczeń. Wszystkim z wyjątkiem samych siebie.

Tylko że takie moralne oburzenie nasuwa skojarzenie z „moralnością Kalego”, a niedostrzeganie, że za przedstawionym rozumowaniem nie stoi nic innego jak ogólnie przyjęta w naukach społecznych zasada metodologiczna, rodzi obawy, że może tu chodzić także o „logikę Kalego”.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Polak – „Orangutan Europy”

W książce „Wynalezienie Europy Wschodniej. Mapa cywilizacji w dobie Oświecenia” (2020) Larry Wolff, profesor Uniwersytetu NY, analizuje wizję EW opracowaną przez oświeceniowe elity EZ i rozpisaną na filozofię, literaturę, etnografie, relacje z podróży, a także geografię i kartografię. Wizja ta, czerpiąca wiele jeszcze ze starożytności, była nie tylko niewinnym akademickim czy potocznym dyskursem, ale przede wszystkim formą intelektualnego, a potem politycznego i militarnego (np. nazistowskie podboje w XX w.) panowania.

Polska, przysłowiowy w XVIII w. „Orangutan Europy” (s. 545), tak jak cała EW, jawiła się więc jako kraina nędzy i ciemnoty, fatalnych dróg i błota, jednym słowem – brud, smród i ubóstwo. Autor słusznie podkreśla, iż była to po prostu konstrukcja, artykulacja oświeceniowego mitu posługującego się wciąż tymi samymi kliszami pojęciowymi i – niczym w folklorze – analogicznymi formułami słownymi, ale mitu ważnego dla tożsamości EZ, bo dostarczał jej swoistego dopełnienia własnego obrazu. Nietrudno zauważyć, iż dokonywało się to dzięki mechanizmowi znanemu z badań prymitywnych grup etnicznych, które obraz Innego budują na zasadzie odwróconego obrazu samych siebie (J. Obrębski). Zastanawiające tylko, że taki obraz znalazł się nawet w hasłach Encyklopedii Diderota i d’Alamberta, uznawanej za szczytowe osiągnięcie wolnego od przesądów racjonalizmu, choć ich autorzy często nie widzieli na oczy tego, co opisywali, a zawierzali najbardziej fantastycznym opowieściom.

Dzięki tym wszystkim publikacjom, wnikliwie analizowanym przez Wolffa, opinia publiczna EZ karmiona była opowieściami o występującym w Rosji „jagnięciu scytyjskim” (Agnus Scythicus) będącym pół-zwierzęciem a pół-rośliną oraz o Morlakach z Dalmacji, których kobiety słynęły z rozmiarów piersi: „obfita długość piersi morlackiej kobiety jest cokolwiek niezwykła; nie ulega bowiem najmniejszej wątpliwości, ze potrafią dać cycka dzieciom przez ramię albo pod pachą” – twierdził w 1774 r. niejaki Fortis.

Najbardziej niepokojące jest jednak zakończenie książki, gdzie Wolff pokazuje jak te wszystkie bzdury – ewidentny dowód na stereotypy, uprzedzenia i fobie zachodnich Europejczyków – obecne są w umysłach ich dzisiejszych elit, zwłaszcza politycznych, i dyktują im zasady postępowania z krajami EW, w tym z Polską. Co gorsza, ten osiemnastowieczny projekt urządzania życia mieszkańcom Europy Wschodniej, w tym – Polakom – w dalszym ciągu, a zwłaszcza po ’89 r., obowiązuje także w ośrodkach akademickich w Cambridge czy Massachusetts, gdzie pielęgnuje się tę samą arogancką ignorancję.

A już najgorsze w tym wszystkim jest to, czego Wolff nie pisze, a mianowicie, że w wielu krajach EW i w Polsce też, nie brak ludzi, którzy na serio biorą te nadal żywe oświeceniowe przesądy za objawienie i najprawdziwszą prawdę, zamiast widzieć w nich to, czym są w istocie –
dowodem na paraliż umysłowy i zadawnione bariery mentalne Zachodu, który najwyraźniej wciąż tkwi w ich okowach.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Ludwik Stomma o hajlowaniu

Wśród migawek z tegorocznego Marszu Niepodległości – sznur pojazdów z flagami narodowymi, starcia z policją, zakrwawiona twarz reportera –
pokazano też kogoś z uniesioną do góry ręką. Ciekawe, czy pojawią się (jak co roku) komentarze, że to faszystowski gest, że to skandal itp.

Czy jednak każdy gest uniesionej do góry ręki musi oznaczać hajlowanie? Ludwik Stomma w pracy „Antropologia kultury wsi polskiej XIX wieku” z właściwą sobie błyskotliwą erudycją wylicza to, co może symbolizować podniesiona ręka: „może być ona znakiem wolnego przejazdu (milicjant na skrzyżowaniu), początku (starter na zawodach), odwagi („Warszawa jedna twojej mocy się urąga, podnosi na cię rękę…”), złych zamiarów („za tę dłoń podniesioną nad Polską kula w łeb”), błogosławieństwa („podnieś rękę, Boże Dziecię”), egzekucji („oficer go nie widzi, rękę podniósł w górę”), proroczego natchnienia, kosmogonii, eschatologii, głosowania ‚tak’ lub ‚nie’, ułaskawienia, radości, pozdrowienia, powitania władzy (np. wizerunki Otogara w rękopisie ‚De Laudibus Sanctae Crucis’ z początku IX w.), a nawet krzywdy do pomszczenia (‚wpadli w tłum…, ale długo ta ręka ku niebu, ta ręka i głowa zostały mi w oku. Jeśli zapomnę o nich, ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie’) – 2002, s. 143. Jak widać Stomma nie wymienia tu hajlowania, a że komuś tak się może kojarzyć, to już jego sprawa.

Skoro kobiety płci obojga biorące udział w strajku kobiet czują się urażone interpretowaniem błyskawicy jako symbolu nazistowskiego, to niech przyjmą do wiadomości, że interpretowanie gestu podniesionej ręki jako symbolu faszystowskiego też może kogoś urazić.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Marsz Niepodległości – nielegalność jako skutek legalizmu

Organizatorzy tegorocznego Marszu Niepodległości powinni dobrze zapamiętać, jaki morał płynie z ich działań. Gdyby tak, jak organizatorzy strajku kobiet, nie prosili nikogo o zgodę, tylko postawili na „spontaniczny spacer”, nie spotkaliby się z odmową i zakazem. Chcieli jednak być legalistami, więc wystąpili z prośbą do samorządu Warszawy, a ponieważ nie uzyskali zgody, to ich marsz stał się wydarzeniem nielegalnym.

Organizatorzy tegorocznego Marszu Niepodległości zawiedli się jeszcze co do jednej sprawy. Jako państwowcy nie sądzili zapewne, że właśnie od państwowego organu porządkowego, czyli od policji, która ochraniała niedawne (również nielegalne, bo niezgodne z zarządzeniem władz państwowych o zakazie zgromadzeń powyżej 5 osób) strajki kobiet, oberwie się im najbardziej za niepodporządkowanie się decyzji – samorządu.

Wnioski na przyszłość są zatem oczywiste, choć demoralizujące.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Piekło (głupich) kobiet”

Akurat w tym samym czasie, gdy na ulicach feministki protestują przeciw „piekłu kobiet”, w autobusie linii 122 pojawiły się wklejki „piekło głupich kobiet”. Oto prawdziwy pluralizm, rzeczywista demokracja i wolność słowa, oto realny „dialog języków”, tak jak rozumiał go Bachtin. Ta spontaniczna, nie znająca politycznej poprawności plebejska karnawalizacja, która wszystko wywraca na opak, a zwłaszcza to, co ktoś inny już wywrócił na opak, pokazuje, że totalitarne zapędy tych, którzy chcieliby, by wszyscy myśleli tak samo, nie mają szans.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

„Bękarty pańszczyzny”

Pod takim tytułem – inspirowanym tytułem filmu Quentina Tarantino „Bękarty wojny” – ukazała się książka Michała Rauszera poświęcona chłopskiej kulturze oporu wobec pańszczyźnianej opresji. Jak pisze autor, książka powstała „ze złości i frustracji”, bo historia Polski była i jest nadal pisana a także nauczana głównie z perspektywy szlachecko-inteligenckiej. Chłopów przedstawia się więc jako „głupszych, bardziej prymitywnych, nienadających się do samodzielnego życia”, co oznacza, że władza w państwie należy się przedstawicielom elity, „bo są lepsi, bardziej kulturalni, wykształceni, stworzeni do rządzenia, szlachetni, pełni cnót i honorowi” (2020, s. 9). Nietrudno zauważyć, że dokładnie tak samo charakteryzowani są chłopi w pracach socjologicznych okresu transformacji: to oni mają „bariery mentalne”, „fobie” i braki w „kompetencjach cywilizacyjnych”, dlatego światłe elity powinny zachować swoją uprzywilejowaną pozycję.

Książka Michała Rauszera pokazuje, jak te „bękarty” mimo „sytuacji skrajnie niesprzyjającej potrafiły się panom przeciwstawić” i nie tylko przejmowały pańskie kategorie postrzegania, lecz obracały je przeciwko samym panom. Formy buntu były oczywiście różne: chłopi „rżnęli głupa” i stosowali bierny opór, ale też czynnie i zbrojnie występowali przeciwko swoim panom. Co ciekawe, pod tym względem kobiety wcale nie ustępowały mężczyznom, co pewnie wprawi w konsternację zwolenników tezy o odwiecznym „patriarchalizmie polskiej wsi”. Autor wspomina m.in. o kobietach – przywódcach band, takich jak Draganka z Rzegocina, która „dowodziła chłopami trzymając fajkę w ustach i jeżdżąc konno” (s. 141) albo niejaka Antczakowa, która w okresie uwłaszczenia stanęła na czele oporu chłopskiego w Zakrzewie w powiecie pleszewskim (s. 142). Mogą one być stawiane za wzór dzisiejszym kobietom i to nie tylko wiejskim.

„Bękarty pańszczyzny” ukazały się w serii „Ludowa Historia Polski”, a kolejne pozycje z tej serii powinny się znaleźć wśród lektur także socjologów. Zwłaszcza tych, którzy wciąż przedkładają swoje wydumane kategorie nad żywy konkret.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rektorzy kontra państwo polskie

Niedawna decyzja rektorów kilku uczelni, którzy ogłosili dzień wolny po to, by studenci i pracownicy mogli przyłączyć się do nielegalnego strajku kobiet, jest komentowana jako co najwyżej przejaw lekkomyślności w sytuacji pandemii. Ale ta decyzja jest czymś więcej. Przyzwolenie na udział w zabronionych zgromadzeniach jest bowiem równoznaczne z ignorowaniem decyzji rządu, to zachęta do łamania prawa i jawna prowokacja.
Darowanie komuś Inflant może śmieszyć, ale anulowanie rozporządzeń wydanych przez władze państwa już śmieszne nie jest. To wypowiedzenie posłuszeństwa własnemu państwu. To przejaw anarchii.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Krzywy nos żydowski” czy „orli nos szlachecki”

W książce „Więź społeczna i dziedzictwo krwi” Ossowski dał świetny przykład niejednoznaczności tego, co odbierane bywa jako znaczące. „Są akordy w muzyce, które same przez się nie determinują tonacji. Akord DFAD w towarzystwie akordów D-moll słyszymy jako akord minorowy. Ten sam akord w towarzystwie akordów C-dur słyszymy jako akord majorowy. Pewne rysy twarzy mogą nam się także objawiać w takiej lub innej tonacji zależnie od okoliczności towarzyszących: bez względu na to, w jakiej mierze przeciętna krzywizna ‚orlego nosa szlacheckiego’ różni się od przeciętnej krzywizny ‚krzywego nosa żydowskiego’ w pewnych wypadkach ten sam krzywy nos może być orlim nosem szlacheckim lub krzywym nosem żydowskim, zależnie od tego, czy widzimy go w ‚tonacji’ szlacheckiej czy w ‚tonacji’ semickiej. A tonację właśnie wyznaczają okoliczności towarzyszące” (1966, s. 158).

I tak jest nie tylko z cechami somatycznymi rozpatrywanymi przez Ossowskiego jako argument w sporach o przynależność etniczną. „Rzeczy znaczące wiele znaczą” – stwierdził słusznie, choć niezbyt odkrywczo Kierkegaard („Powtórzenie”, s. 287). Czasem wyraźne różnice nie przeszkadzają w stwierdzeniu tożsamości rzeczy, zjawiska czy symbolu, a z kolei daleko posunięte podobieństwa będą kwestionowane jako dowód takiej tożsamości. Dlatego seledynowy orzeł na seledynowym tle, jaki wisi w Sądzie Najwyższym, jest uznawany za godło Polski (choć definicja mówi wyraźnie o białym orle na czerwonym tle), za to obrazująca błyskawicę runa Sig, która po pewnych przekształceniach graficznych stała się znakiem Hitlerjugend, a w wersji podwojonej służyła za insygnia SS, po innych przekształceniach graficznych jest już tylko emblematem strajku kobiet i nikt nie ma prawa przywołać innych skojarzeń.

Na szczęście o interpretacji nie przesądzają ani intencje autora, ani konkretyzacje (jak to określał Ingarden) odbiorców. Każdy ma prawo mówić, co na ten temat sądzi, a i tak decydują mechanizmy zbiorowe i nadrzędne. Jeśli wiec symbole funkcjonują w sferze wyznaczonej przez układy sił i układy znaczeń, to zawsze warto zadać pytanie postawione przez Bourdieu: „czy w ostatniej instancji układy między układami sił a układami znaczeń są układami znaczeń czy układami sił” („Reprodukcja”, 1990, s. 73). Pewnie zdarza się i tak, i tak.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kartonowa rewolucja w państwie z dykty

W ostatnich dniach można było przekonać się, jak wyglądają rozruchy w państwie takim jak Polska.
Chociaż wydano zakaz zgromadzeń, na demonstracjach pojawiły się dziesiątki tysięcy osób, a policja zamiast nie dopuścić do łamania prawa, ochraniała nielegalne manifestacje przed równie nielegalnymi kontrmanifestacjami.
Chociaż ustawa o języku polskim nie pozwala na używanie wulgaryzmów w przestrzeni publicznej, było je doskonale widać i słychać, a policja nawet nie próbowała reagować.
W marszach brały udział rozwydrzone nastolatki, ale też osoby starsze, którym mimo osiągniętej dojrzałości przyszła ochota na młodzieńcze wybryki, a wobec bierności sił porządkowych wszyscy robili, co chcieli.
Za to tuż przed Świętem Zmarłych rząd zdecydował się zamknąć cmentarze (tak jakby nie miał podobno świetnych modeli i prognoz opracowanych przez matematyków z UW), aby uniemożliwić osobom wierzącym i pielęgnującym polskie tradycje odwiedzanie grobów (bo przecież osoby niewierzące nie wierzą w świętych obcowanie ani tym bardziej w pogańskie Zaduszki, zaś przywiązanie do narodowych tradycji także jest im obce).
Takie działania raczej nie przysporzą władzy zwolenników w szeregach jej przeciwników, ale za to sprawią, że wśród jej zwolenników mogą pojawić się przeciwnicy.

Opublikowano Uncategorized | 14 Komentarzy

Złota polska jesień z rosyjskimi akcentami

Tyle się dzieje tej jesieni, że nawet nikt nie zauważył, jaka jest piękna i pogodna. Zamiast więc chodzić na demonstracje (a wybór naprawdę jest duży: przemarsze tzw. ekologów, akcje typu „murem za Margot”, protesty rolników, pikiety zwolenników ochrony zwierząt futerkowych, strajk kobiet opowiadających się za bynajmniej nie nową zasadą, że „życie niewarte życia” należy zlikwidować już w zarodku itd.) – zamiast udziału w czymś takim można po prostu pójść na spacer: popatrzeć na żółte i czerwone liście, pozbierać kasztany i żołędzie.

A wieczorem poczytać Puszkina: „Унылая пора! Очей очарование! Приятна мне твоя прощальная краса. Люблю я пышное природы увядание, в багрец и золото одетые леса…”.

Albo zagrać miniaturę Czajkowskiego z cyklu „Времена года (для фортепиано)” – zatytułowaną „Октябрь. Оссенняя песнь”.

Wszystko to lepsze niż patrzeć na to, co dzieje się na warszawskich ulicach i co relacjonują media. Chociaż i tam widać w tle złotą polską jesień i niewykluczone, że również z rosyjskimi akcentami.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Polish Nazi Feminists

Dla nikogo, kto oglądał w ostatnich dniach protesty na ulicach polskich miast, nie ulega wątpliwości, że w Polsce pojawiła się nowa odmiana feministek: Polish Nazi Feminists. Poznać je można po znaku błyskawicy (tzw. runa Sig), który eksponują na plakatach, ubraniach, wyrysowują na murach lub na własnych dłoniach. Wg Guido von Lista to jeden z oficjalnych symboli nazizmu – „symbol czystej rasy aryjskiej”, a wg znanego badacza SS, Karla T. Weigla, to „niebiański fallus, który doprowadza kwiat burzy do rozkwitu”.

Zatem tłumaczenie, że błyskawica ma symbolizować gniew kobiet, jest podwójnie niedorzeczne. Raz – bo przypomina jako żywo inne znane tłumaczenia, że swastyka to słowiański symbol pomyślności, a dwa – bo umieszczanie przez feministki znaku fallusa na swoich sztandarach zdradza jakieś poważniejsze niedostatki w ich myśleniu.

Dlatego należy być pobłażliwym dla ich ekscesów, a nawet cieszyć się, że same, nie zmuszane przez nikogo, tak się wystroiły i paradują bez żadnej żenady. Bo teraz przynajmniej wszyscy widzą, kto jest kim.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Strajk kobiet

Oburzone decyzją TK kobiety postanowiły zastrajkować. Ale ten strajk nie będzie oznaczał zaniechania aktywności w sferze, którą zwykle zaciekle kontestują i kwestionują, a która jest im wyznaczona przez biologię, uświęcona przez tradycję i kulturę katolickiego narodu i wciąż uznawana przez większość społeczeństwa za „normalną” i „naturalną”, ale w sferze, którą wywalczyły ich matki i babki, z której są tak dumne i dzięki której, jak uważają, uzyskały równorzędny mężczyznom status.

Ogłosiły więc – zamiast strajku Lizystraty (jedynego, jaki mógłby tak na prawdę ugodzić w mężczyzn, wciąż odgrywających dominującą rolę w społeczeństwie) – strajk typowo proletariacki: nie stawią się do pracy. Pokazuje to, jak mało kobiety wierzą w swoją siłę jako kobiet właśnie (choć takie hasła wypisują na sztandarach) i jak dalece są bezradne, skoro oczekują rozwiązania wszystkich swoich problemów od państwa, zamiast zająć się tym same.

Przecież to kobiety mają partnerów, biorą sobie mężów i to one rodzą synów. Czemu więc nie potrafią stawiać odpowiednich wymagań swoim chłopakom, czemu nie umieją wziąć mężów pod pantofel (co potrafiły ich matki i babki), czemu nie umieją należycie wychowywać swoich synów?

Zamiast tego wszystkiego decydują się nie pójść jutro do pracy. Czyli –
zostaną w domu. Ku uciesze wszystkich tradycjonalistów, którzy uważają, że to jest ich właściwe miejsce.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Aborcja, czyli biopolityka jako thanatopolityka

Protestujący wczoraj przeciwko orzeczeniu TK zdziwiliby się bardzo, gdyby ktoś nazwał ich faszystami lub nazistami. A jednak te określenia, którymi osoby o poglądach lewicowych lub zgoła zdeklarowani socjaliści tak lubią opatrywać swoich przeciwników, niejednokrotnie pasują raczej do nich samych, zwłaszcza gdy zaczynają posługiwać się symboliką ewidentnie nazistowską – znak błyskawicy (Rosa Sala Rose – „Krytyczny słownik mitów i symboli nazizmu”, s. 218).

Akceptacja aborcji z powodów eugenicznych miała bowiem swoich szczególnie zagorzałych zwolenników właśnie wśród ideologów nazizmu (a nazizm był przecież socjalizmem). Nawiązywali oni oczywiście do klasycznej pozycji dwu wybitnych profesorów z dziedziny prawa i medycyny, Karla Bindinga i Alfreda Hoche, którzy w 1920 roku ukuli określenie „życia niewartego życia”, życia będącego balastem dla innych – „balastexistenzen”. I nie chodzi tu o to, czy dalsza argumentacja odwołuje się do praw kobiet, jak to czynią dziś feministki, do względów społecznych (nieodpowiednie warunki wychowawcze – casus matki małej Róży z Błot Wielkich), czy do rasizmu kulturowego dowodzącego, że nie wszyscy stanowią równie pożądany element w nowoczesnym społeczeństwie i dlatego nie należy obciążać reszty kosztami utrzymania osób mało produktywnych. Konsekwencją tych wszystkich rozumowań będzie zawsze teza o konieczności usunięcia takich istnień ze względu na dobro innych istnień.

Ten neo-darwinizm dawał o sobie znać w prymitywnych plemionach, gdzie skazywano na śmierć słabe niemowlęta i niewydajnych starców. To samo myślenie dyktowało hitlerowskim elitom pomysł „rozwiązania ostatecznego”, które bardziej niż z tradycyjnej niechęci do Żydów zakorzenione było w negatywnej ocenie przydatności tej grupy dla rozwoju modernizujących się Niemiec (Detler Peukert). Można je również odnaleźć w hasłach za aborcją eugeniczną, co tylko pokazuje, że eugenika realizowana w warunkach współczesnej biopolityki staje się synonimem thanatopolityki.

Opublikowano Uncategorized | 6 Komentarzy

Sejm wznawia obrady – i co z tego

„Suma zer daje groźną liczbę” – mawiał Stanisław Jerzy Lec.
Patrząc na to wszystko, co dzieje się obecnie, słuchając tych wszystkich, którzy podejmują decyzje, a choćby tylko zabierają głos w mediach i gdzie indziej, trzeba przyznać, że miał rację. Życie społeczne to nie matematyka, epidemia nie rozwija się zgodnie z modelami najmądrzejszych matematyków, a konsekwencje podejmowanych decyzji bądź zaniechań są dużo poważniejsze niż błędne rozwiązanie matematycznego równania.
Widać to szczególnie dobrze w momentach kryzysu takiego jak teraz. Sejm zawiesza bądź wznawia obrady, eksperci debatują, lekarze są mobilizowani, a społeczeństwo poddawane „terrorowi sanitarnemu” i coraz większej presji. I co z tego?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

My, elity

W dzisiejszym „Śniadaniu Mistrzów” w TVN24 jeden z uczestników z ujmującą skromnością był łaskaw się wyrazić: „elity takie jak my tu zgromadzeni”. Pozazdrościć dobrego samopoczucia. I odporności na propagandę mediów reżimowych, które od dawna atakują tzw. elity, pseudo-elity czy łże-elity.

Ale przecież to prof. Rychard już ładnych parę lat temu napisał o polskich elitach, że może i są to elity, ale raczej nie tego społeczeństwa. Bardzo ostra, wręcz okrutna diagnoza, ale jakże trafna. Czemu? Tu przypomina się fragment Epilogu z „Promethidiona”, gdzie Norwid tak to tłumaczył: „Naród bowiem składa się z tej sfery dolnej, która go różni od drugich i z tej górnej, co łączy go z drugimi. Ale łączy go, a nie siebie”.

Tymczasem polskie elity, a przynajmniej ci, którzy mają siebie za takich, wciąż uważają za stosowne i w dobrym tonie zaznaczać swój dystans od reszty społeczeństwa i podkreślać przy każdej okazji, czym to się różnią od pozostałych (a różnią się – przynajmniej w swoim mniemaniu – dokładnie tym, co ich zbliża do „normalnych” społeczeństw Zachodu). Zaś w szczególnie drastycznych przypadkach zniesmaczenia innymi obywatelami zachowują się jak ciotka Waldemara Michorowskiego, hrabina Idalia: „To, co się dzieje, to skandal. Cały świat jest oburzony. To nie na moje nerwy – wyjeżdżam za granicę”. Ostatnio dokładnie tak zachowała się np. pani Gretkowska.

Nie tylko pod tym względem polskie życie polityczne nasuwa skojarzenia z „Trędowatą” – przykładem pierwszorzędnej literatury trzeciorzędnej z życia wyższych sfer dla sfer niższych.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mariola o kocim spojrzeniu

Grecy uważali, że bogini Hera, zwana też wolooką, ma najpiękniejsze oczy na świecie. Kwestia gustu.

Z kolei o Galijkach Rzymianie pisali, że te mają sowie oczy. I znów chodziło zapewne nie tyle o ich kolor, ile o ich kształt i wykrój: sowie, czyli osadzone blisko siebie, raczej okrągłe niż podłużne („Galowie są wysokiego wzrostu, mają białą cerę i rude włosy, wzbudzają strach swym dzikim spojrzeniem, są skorzy do kłótni i nadmiernie zarozumiali. Kiedy ktoś z nich rozpocznie sprzeczkę i wezwie na pomoc żonę, która jest znacznie bardziej od niego energiczna i ma sowie oczy, wówczas nie potrafi mu sprostać cały zastęp cudzoziemców, zwłaszcza wtedy, gdy kobieta z nabrzmiałą szyją zacznie zgrzytać zębami, walić swymi ogromnymi ramionami, kopać nogami i rozdzielać kuksańce” – Ammianus Marcellinus, t. I, s. 152).

Natomiast Astolphe de Custine podróżujący po Rosji w roku 1839 parokrotnie podkreślał oryginalną urodę Słowian, a zwłaszcza ich oczy –
podłużne i szeroko rozstawione. „oczy, zwykle błękitne, są jednak wschodniego kroju, nieco wyłupiaste, i mają ów szelmowski, niespokojny wyraz, niejako wrodzony Słowianom, którzy nie odwracając głowy potrafią patrzeć w bok i za siebie” (I, 34). „Wykrój ich oczu jest podłużny, a spojrzenie chytre i skryte, jak u ludów Azji” (II, 302).

A w Polsce pod koniec XX wieku karierę zrobiły oczy pewnej Marioli, co poświadcza znana reklama poświęcona „Marioli OKOCIM spojrzeniu”. Ciekawe, czy to też przejdzie do historii.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Polskojęzyczne media niemieckie

Powtarzane ostatnio coraz częściej informacje, ile to tytułów prasowych (ale nie tylko) funkcjonujących w Polsce należy do niemieckich koncernów medialnych oraz plany wykupienia przynajmniej części z nich przez rząd polski traktowane są jako zamach na wolność słowa, nieuprawniona nacjonalizacja w dobie globalizacji i kolejny wymysł prawicowych oszołomów.

Warto więc przypomnieć, co na ten temat powiedział Gunter Grass w swoim wykładzie we Frankfurcie nad Odrą z okazji otrzymania nagrody Uniwersytetu Viadrina. W tym wykładzie, wygłoszonym niecałe 20 lat temu, Grass przestrzegał przed przejmowaniem polskiej prasy przez niemieckie koncerny. „Myśląc o tym absurdalnym podboju nie mogę nie przypomnieć sobie znowu tamtego króla polskiego, który dla krwawego dobra pogańskich Prusów wezwał zakon krzyżacki” – cytowała jego słowa „Gazeta Wyborcza” (21-22 lipca 2001, s. 9).

Cały okres transformacji był realizowany pod hasłem otwarcia się Polski na Zachód, a zwłaszcza na Niemcy, jeśli chodzi o gospodarkę, ale też media – chodziło oczywiście o modernizację, podniesienie standardów, poszerzenie horyzontów mentalnych i o tym podobne „dobra” i „kapitały”. Jednym słowem, trzeba było ucywilizować wreszcie tych nadwiślańskich Irokezów. Ile jednak w tych „dobrach” kryło się przemocy i wyzysku, ile „krwi” wtedy utoczono (spadek PKB, bezrobocie, migracje zarobkowe, dewastacja sfery socjalnej państwa itp.) – trzeba by wreszcie dokonać takiego bilansu, uwzględniając też rolę polskojęzycznych mediów niemieckich, przed którymi ostrzegał Grass.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Prawa człowieka to ideologia!

Tak twierdzi Chantal Delsol w książce „Czas wyrzeczenia” (2020), gdzie pisze, że ten korpus zasad – choć „bezpodstawny i posiadający różne interpretacje” (s. 114) obrósł dziś w rytualne zachowania i stał się obowiązujący (co stoi w jaskrawej sprzeczności z powszechnym współcześnie relatywizmem), a egzekwowany jest pod presją i przymusem.

Dzisiejsze dyskusje o prawach człowieka wywodzą się bowiem z negowanego powszechnie chrześcijaństwa, a więc utraciły swoje oparcie w prawdach wiary i wyprowadzanych z nich argumentach (pojęcie człowieka jako wyjątkowej istoty powiązanej z Bogiem). Zamiast tej złożonej konstrukcji sensu i wartości prawa człowieka są zatem dziś czymś w rodzaju mitów, pisze Delsol, mitów, które muszą być powtarzane, bo inaczej stracą swą moc – „mit staje się prawdziwy jedynie przez nieustającą obecność” (s. 132) – i w które należy wierzyć pod groźbą potępienia i wykluczenia. Pozbawione swoich fundamentów i należytego uzasadnienia prawa człowieka stają się więc opowieściami, które współcześni, niby jakiś dawny lud, powtarzają za swymi czarownikami jak zaklęcia, choć przestali już je rozumieć.

W dodatku te prawa (sprowadzone do emocjonalnych odruchów i praktycznej użyteczności) wcale nie są uniwersalne: kraje muzułmańskie, afrykańskie, a nawet prawosławna Cerkiew rosyjska przyjęły tylko niektóre z nich (s. 128). Wszystko to pokazuje, że 50 sygnatariuszy listu ambasadorów, z panią Mosbacher na czele, dało jedynie popis swej ignorancji i arogancji twierdząc, że prawa człowieka to nie ideologia i że są one uniwersalne. W tej kwestii, jak i w wielu innych, społeczeństwo ma prawo do rzetelnej informacji, a zwłaszcza do racjonalnej debaty nad pytaniem: czy warto było obalać religie i tępić duchowieństwo, aby teraz z równą jak tam stanowczością, choć bez równie dobrych argumentów, narzucać ludziom te same przekonania.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Socjologia polska albo czym jest nauka

Polska socjologia, mimo wielu ciekawych i wartościowych dokonań, zbiera nierzadko oceny krytyczne. W klasycznym tekście „Moda na socjologię” (1937) Tadeusz Szczurkiewicz dobitnie wyłożył, o co tu chodzi.

Z kolei prawie 30 lat temu prof. Kwaśniewicz („Kultura i Społeczeństwo” 3/1993 , s. 158) zarzucał empirycznym badaniom społecznym w Polsce, że „ani nie obejmują wszystkich podstawowych dziedzin życia społecznego, ani też nie nadążają zazwyczaj za przeobrażeniami społecznymi”. W efekcie sami badacze czerpią swoją wiedzę o polskim społeczeństwie nie tyle z wyników badań czy analizy teorii, ale z treści przekazywanych w mediach lub z wiedzy potocznej (dziś trzeba by dodać – także z internetu).

Kilkanaście lat później w pracy zbiorowej „Polskie nauki humanistyczne i społeczne” (2006, s. 48) prof. Domański stwierdził, że polska socjologia poprzestaje na odtwarzaniu rzeczywistości zamiast próbować ją wyjaśniać.

Natomiast w 2011 r. na konferencji w Łodzi „Badania biograficzne w naukach społecznych” prof. Czyżewski wyraził się następująco: współczesna socjologia „nie analizuje rzeczywistości społecznej, lecz ją obsługuje”. Warto zastanowić się, co oznaczają te diagnozy.

Faktycznie, co naprawdę naukowego mówi socjologia wtedy, gdy – jak w przypadku metod jakościowych – ogranicza się do powtarzania tego, co mówią respondenci lub piszą w pamiętnikach pamiętnikarze albo – w przypadku badań ilościowych – zlicza przypadki w różnych kategoriach? Takie opracowania, produkowane często na doraźne potrzeby, noszą też nazwę „ekspertyz” i są uznawane za szczególnie wartościowe dla praktyki. Może i tak, ale trzeba pamiętać, co o pisaniu ekspertyz sądził Znaniecki: że to zajęcie dobre dla przeszkolonego technika-specjalisty, a zatrudnianie do tego uczonych jest czystym marnotrawstwem ich wiedzy („Uczeni polscy a życie polskie”).

Czy tego rodzaju „badania” nie są jedynie „przednaukowym tępym rejestrowaniem prawdy”, jak pisał Adorno , który upominał się o „poznanie wykraczające poza uporządkowane powtórzenie” („Socjologia i dialektyka”). I co do tego właśnie zgodziłby się z nim Wacław Mejnbaum, który w tomie „Racjonalność – nauka – społeczeństwo” wyraźnie oddziela „wiedzę” na temat rzeczywistości od „nauki”, która kreuje „międzyrzeczywistość”, a więc nie tylko rejestruje fakty, lecz pokazuje też związki między nimi. Aby było ciekawiej, Mejnbaum na tym nie poprzestaje i wspomina też o trzecim etapie poznania, który nazywa „nadrzeczywistością”. Jest to etap budowania teorii, właściwe zadanie dla nauk podstawowych. A budowanie teorii to umiejętne zamienianie relacji empirycznych w prawa teoretyczne i tworzenie w ten sposób „nadrzeczywistości” – tej „wisienki na torcie”, tego właściwego i ostatecznego celu uprawiania wszelkiej nauki.

Takich wisienek jakby coraz mniej (i to nie tylko w socjologii), nie mówiąc już o tym że z powodu mizerii finansowej i organizacyjnej nauki polskiej (sprowadzonej ostatnio do intensywnego produkowania, a choćby i recyklingu tekstów – byle tylko dało się je opublikować w wysoko punktowanym piśmie zagranicznym) także o tortach wszyscy już jakby zapomnieli.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Homofobiczny świr” i jego obrońca

Przemysława Czarnka (PiS) nazwanego ostatnio za wypowiedzi o LGBT „homofobicznym świrem”, broni – w kontekście sporu o feminizm – red. Paweł Jędrzejewski (Forum Żydów Polskich) – Salon24, wpis z 2.X. A broniąc przypomina słowa Biblii – świętej księgi żydów i chrześcijan. Z tymi religiami, które leżą u podstaw kultury europejskiej, a raczej z głoszonymi przez nie wartościami, można się oczywiście zgadzać lub nie, ale nie sposób negować logiki przyjętych tam zasad.

Paweł Jędrzejewski przypomina więc, że „stworzenie” świata było – wg Biblii – rozdzieleniem tego, co przedtem, w stanie chaosu, stanowiło jedność. Tę samą logikę – uznawaną w judaizmie i chrześcijaństwie –
rozumieją też badacze cywilizacji, kultur i systemów społecznych. Twierdzą oni, że nie mogą istnieć żadne systemy, kultury ani cywilizacje, które nie respektują jakiegoś porządku. Wszelki porządek zaś opiera się na wyborze pewnych wartości i rezygnacji z innych. Dlatego np. Foucault mówi o „strukturze negatywnej” jako równiej ważnej jak „struktura pozytywna”: o kształcie danego systemu decyduje bowiem zarówno to, co on akceptuje, jak i to, co neguje; to, co włącza, jak i to, co wyklucza, to, co waloryzuje pozytywnie, jak i to, co potępia.

Cywilizacje, kultury, społeczeństwa to w istocie „rządy abstraktów”, jak o nich pisał Feliks Koneczny podkreślając, że nie chodzi tu o ich zawartość treściową, ale o budowę formalną, a więc – logikę całego układu. Ta zaś logika oznacza, ze „nie można być cywilizowanym jednocześnie na dwa sposoby”, nie można bowiem „zapatrywać się dwojako, trojako na dobro i zło, piękno i szpetność, szkodę i pożytek”. Wszelkie syntezy, mieszanki czy multikulturalizmy są więc ‚trujące”: wykluczają etykę z życia publicznego, prowadzą do rozkładu i „stanu acywilizacyjnego”, paraliżują „zdolność do czynu” i oznaczają „panowanie niższości”.

W świetle tej logiki takie współczesne tendencje jak ruch LGBT, feminizm czy „ideologia gender” (tego określenia używa Paweł Jędrzejewski z Forum Żydów Polskich) są więc nie do przyjęcia nie jako przeciwieństwo tych czy innych zasad, ale jako negacja idei ładu i porządku, a przede wszystkim elementarnej logiki, która funduje myślenie i naukę europejską, czyli logiki opartej na zasadzie sprzeczności.

Jak tłumaczył Jan Łukasiewicz („O zasadzie sprzeczności u Arystotelesa”) ta zasada ma aspekt ontologiczny (nie może coś być i nie być, mieć jakąś cechę lub jej nie mieć), aspekt logiczny (nie można danej rzeczy przypisywać dwu sprzecznych sądów) oraz aspekt psychologiczny (nie mogą istnieć w tym samym umyśle dwa przeciwne sądy). Najważniejsze jednak znaczenie zasady sprzeczności Jan Łukasiewicz widział w jej wartości praktyczno-etycznej. Według niego zasada sprzeczności jest „jedyną bronią przeciwko błędom i kłamstwu”, „tylko ona umożliwia nam zwycięską walkę z wszelkiego rodzaju nieprawdą” (s. 138).

Widać wiec, że w aktualnie toczonym sporze o LGBT, feminizm czy „ideologię gender” główną stawką nie jest trwanie cywilizacji europejskiej w tym czy innym jej kształcie, ale cywilizacji w ogóle. Rozmowa o konkretnych wartościach może oczywiście rozpalać postępowych „lewaków” i reakcyjnych „konserwatystów”, jak również wszelkich oszołomów i cały medialny oraz „internetowy motłoch” (wg określenia Pawła Jędrzejewskiego), ale poza tymi modnymi tematami kryją się sprawy dużo ważniejsze i zasługujące na dużo poważniejszą debatę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

UE za klauzulą sumienia

Jak wiadomo, UE od dawna zamierza powiązać przyznawanie środków z przestrzeganiem praworządności i jest to oczywiście dowodem jej wysokich standardów.

Czym to się jednak różni od tak krytykowanej (w przypadku osób lub instytucji, np. szpitali) klauzuli sumienia, która uzależnia udzielenie pomocy lub świadczenia od tego, czy jest ono zgodne z uznawanymi (przez tę osobę lub instytucję) wartościami?

Ano różni się dokładnie tym samym, co rekomendowane dziś jako słuszne i demokratyczne „parytety” od powszechnie potępianej zasady „numerus clausus”, którą wprowadzano w okresie międzywojennym. Albo eugenika, która uchodziła za zbrodnię, gdy dopuszczali się jej naziści, a dziś staje się postępowa jako „eugenika liberalna” (Habermas – „Przyszłość natury ludzkiej: czy zmierzamy do eugeniki liberalnej?” 2003) lub postulat „non-antropocentrycznego ekologizmu”, który niedwuznacznie sugeruje zasadność unicestwienia tych, którzy przygotowują apokalipsę (Gunther Anders – „Agir pour repousser la fin du monde” 2007), a przynajmniej użycia przymusu (H. Jonas – „Zasada odpowiedzialności. Etyka dla cywilizacji technologicznej” 1996).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ludzie listy piszą

Ostatnio piszą listy coraz częściej. I najchętniej grupowo. Im więcej podpisanych, tym lepiej (zgodnie z regułą Pascala: „zawsze znajdzie się więcej mnichów niż argumentów”). Ale ponieważ mnich mnichowi nierówny, bywa że ilość nie przechodzi w jakość i wtedy liczy się ranga, czyli prestiż, a w nauce – stopnie i tytuły.

Licytacja na stopnie i tytuły ma właśnie miejsce w przypadku listów otwartych przeciwko ustawie o ochronie zwierząt (ponad 460 podpisanych nazwisk, ale to głównie magistrzy) oraz za tą ustawą (tylko 50 nazwisk, ale za to nie byle jakich – Noblistka czy profesor filologii klasycznej, którzy nie wiedzieć czemu postanowili stanąć ramię w ramię choćby i z Prezesem Kaczyńskim tylko po to, by dowieść, że są „dobrymi ludźmi”).

Czy jednak bycie „dobrym człowiekiem”, w dodatku wybitnym w swojej dziedzinie, jest dostateczną podstawą, by kwestionować opinie wprawdzie tylko „magistrów”, ale za to znających się na przedmiocie sporu? Ci, którzy tak sądzą najwidoczniej stosują następujący „przelicznik”: 1 mgr jest wart mniej niż kilku profesorów, co oczywiście można dopuścić, ale tylko wtedy, gdy brać pod uwagę ich kompetencje. Tymczasem w aktualnie toczonym sporze o zwierzęta futerkowe (ale i inne) moralny odruch bierze górę nad opinią fachowców, a wszystko to razem wpisuje się, choć dość zaskakująco, w spór polityczny.

Kiedyż to wreszcie naukowcy zrozumieją, że – o ile chcą, by ich tytuł robił wrażenie – powinni wypowiadać się wyłącznie w dziedzinie, w której są kompetentni. W przeciwnym razie ich opinie będą niewiarygodne, roszczenia, by robić za wyrocznię w kwestiach moralności – stają się śmieszne, a oni sami upodobniają się bardziej do celebrytów niż do ludzi nauki.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz