Narodowe Spisy Powszechne

Dobiega końca kolejny spis powszechny. Jak zawsze, w trakcie jego trwania wątpliwości budzą używane określenia, a po opublikowaniu wyników –
rozpocznie się dyskusja nad samymi wynikami. Dodatkowym aspektem są zmieniająca się niemal za każdym razem terminologia, co sprawia, że tym trudniejsze stają się porównania i śledzenie tendencji nie mówiąc o możliwości zaistnienia zgoła innych nieporozumień.

Przed wojną używano np. w odniesieniu do pewnej grupy zawodowej określenia „drobni procederzyści”. Wbrew dzisiejszej intuicji językowej nie oznaczało ono nic złego. Chodziło o ludzi posiadających mały warsztat pracy – mógł to być np. konia, wóz i kilka baniek do zwożenia mleka. Dziś byliby oni zaliczeni do grupy drobnych przedsiębiorców prowadzących jednoosobowy biznes, a więc do niższej klasy średniej.

Zupełnie inaczej rzecz się miała natomiast z kategorią „żywioły wykolejone i marginalne”, która jednak nie była tak marginalna, bo swoją liczebnością przewyższała tę, złożoną z właścicieli ziemskich czy burżuazji. W tym przypadku chodziło o osoby czerpiące środki do przeżycia z niewiadomego źródła albo będące na utrzymaniu innych. Gdyby aktualnie prowadzony spis użył tej nazwy, z pewnością objęłaby ona osoby znane z życia publicznego, a nawet przez wielu szanowane i podziwiane: Mateusza Kijowskiego, pozostającego na utrzymaniu rodziny, Martę Lempart, na którą wciąż łoży jej matka czy takiego/taką/takie Margot organizującego/-ą/-e publiczne zbiórki, aby zapewnić sobie egzystencję na odpowiednim poziomie.

Na pewno używanie pewnej nomenklatury społeczno-zawodowej wiele mówi o danym społeczeństwie. Ale chyba równie wiele mówi to, jakich określeń zaniechano, chociaż zjawiska przez nie opisywane wciąż mają miejsce.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dobra rada wojaka Szwejka

Po paru latach zmagań z systemem ORCID, kolejnym jaki Ministerstwo Nauki zafundowało naukowcom, okazuje się że dla celów ewaluacji wcale nie jest konieczne „wyrobienie sobie identyfikatora” czy „powiązanie swego konta z PBN”. Sprawdza się więc trafna obserwacja wojaka Szwejka, który mawiał: nigdy nie należy śpieszyć się z wypełnianiem rozkazu, bo może przyjść drugi odwołujący ten pierwszy. Szkoda, że mało kto bierze sobie do serca jego dobrą radę. A – jak widać – warto ją stosować.

OPI.ORG.pl
*Komunikat MEiN w sprawie zniesienia obligatoryjności posiadania ORCID dla celów ewaluacyjnych*
Projekt nowelizacji rozporządzenia w sprawie danych przetwarzanych w Zintegrowanym Systemie Informacji o Szkolnictwie Wyższym i Nauce POL-on (https://legislacja.gov.pl/projekt/12350651/katalog/12812222#12812222 ) *znosi wymóg* rejestrowania elektronicznego identyfikatora naukowca *ORCID* (/Open Researcher and Contributor ID/) w systemie POL-on-PBN.
Jak wskazują dane, do tej pory co 4 osoba, której osiągnięcia podlegać będą ewaluacji jakości działalności naukowej, nie powiązała swojego konta ORCID z PBN lub nie posiada identyfikatora ORCID. Tak duża skala mogła niekorzystnie wpłynąć na wyniki ewaluacji, dlatego też zdecydowano o *uniezależnieniu ewaluacji jakości działalności naukowej od faktu zaraportowania publikacji do ORCID.*
Dotychczas, obecność publikacji na koncie ORCID autora była warunkiem uwzględnienia publikacji w procesie ewaluacji. Informacja o dopełnieniu obowiązku docelowo trafiała do Profilu Instytucji w PBN, czyli miejsca skąd dane są pobierane do aplikacji SEDN, w której przeprowadzona będzie ocena dorobku publikacyjnego.
Projektowane przepisy przewidują zniesienie obowiązku umieszczania publikacji w rejestrze ORCID, a *Polska Bibliografia Naukowa* (PBN), działająca w ramach Zintegrowanego Systemu Informacji o Szkolnictwie Wyższym i Nauce POL-on, *uznawana będzie* *za* bazę, o której mowa w art. 265 ust. 11 ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, tj. *bazę danych dostępną za pośrednictwem elektronicznego identyfikatora naukowca zgodnego z międzynarodowymi standardami*.
*Na potrzeby ewaluacji jakości działalności naukowej wystarczającym będzie zaraportowanie publikacji do PBN.*
Naukowcy nadal będą mieli możliwość logowania się do PBN za pomocą swojego numeru ORCID i będzie on widoczny w Profilu Autora w PBN.
Utrzymana zostanie również możliwość rejestrowania publikacji w ORCID, jednak od tej pory będzie to już tylko fakultatywne.

Wiadomo więc, co wpłynęło na zmianę decyzji (nowego) Ministerstwa Nauki – niedbałość, brak umiejętności, a może zastosowany celowo bierny opór środowiska naukowego. W rezultacie zamiast ukarać tych, co się nie zastosowali do wymagań, znosi się te wymagania. Wniosek dla naukowców? Trzeba było tak samo potraktować wszystkie inne bezsensowne inicjatywy resortu, to znaczy nie zakładać kont, nie wypełniać tabelek, nie obsługiwać kolejnych systemów, tylko zająć się pracą naukową, pozostawiając urzędnikom realizację ich własnych pomysłów. Byłoby to możliwe, gdyby w środowiskach naukowych nie panował duch poddańczy, mentalność pańszczyźniana czy – jak to się ostatnio mówi – wręcz niewolnicza, gdyby były one zdolne do większego krytycyzmu wobec władzy, a przede wszystkim potrafiły wykrzesać z siebie więcej obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Prawie jak „dziadek z Wermachtu”

„Dziadek z Wermachtu” nikomu nie przynosi chluby, ale także inne pokrewieństwa niekoniecznie bywają wygodne. Świadczą o tym informacje, łatwe do odnalezienia w internecie, a mówiące o tym, że bratem babki słynnych Jacka i Jarka Kurskich jest niejaki Lewis Namier – brytyjski propagandysta i „ekspert od spraw polskich”, który bruździł zwłaszcza Romanowi Dmowskiemu w jego zabiegach o odzyskanie wolnej Polski, a w 1920 sfałszował linię Curzona (i przez to, zapewne, Lwów jest dziś ukraiński).

https://pl.wikipedia.org/wiki/Lewis_Bernstein_Namier

https://dzieje.pl/aktualnosci/linia-ktora-stala-sie-granica

W swoich tekstach Roman Dmowski – który za nowoczesne myślenie polityczne otrzymał w 1916 roku doktorat honoris causa na Uniwersytecie w Cambridge (11 sierpnia) – niejednokrotnie wspominał krytycznie Namiera mając mu za złe nie tyle pochodzenie (choć o tym wyrażał się niewybrednie: „mały Żydek galicyjski”, za co tamtem rewanżował się określeniem Narodowej Demokracji jako „szowinistycznej bandy” – w: „Polityka polska i odbudowanie państwa”, t. I, s. 266) ile działanie na szkodę Polski.

Jeśli myśleniem o Polsce (i działaniem na jej rzecz lub na jej szkodę) faktycznie wciąż rządzą „dwie trumny” – jak to określał Jerzy Giedroyc –
to prawdopodobnie rządzi nim również wiele innych trumien, o których się nie pamięta ani ich nie wspomina.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Swastyka jako element dziedzictwa kulturowego polskiej wsi

Narodowy Instytut Kultury i Dziedzictwa Wsi promuje działalność Kół Gospodyń Wiejskich. Między innymi KGW „Hłubuczka” z Długiego Brodu koło Hajnówki.

> https://nikidw.edu.pl/2021/09/06/smiale-pomysly-hafty-i-praca-zdalna-kgw- >

Na pierwszej z zamieszczonych fotografii trudno nie dostrzec motywu swastyki, często wykorzystywanego w tradycyjnej kulturze ludowej. Jak wiadomo, w sanskrycie słowo „svastika” oznaczało „wielkie szczęście”, w kulturach słowiańskich znak swastyki symbolizował pomyślność, później Niemcy wpisali weń elementy rasistowskie i antysemickie, aż wreszcie w ideologii nazistowskiej swastyka stała się symbolem Aryjczyków i rasy germańskiej („Krytyczny słownik mitów i symboli nazizmu”).

Dzięki inicjatywie NIKiDW, podległego obecnie min. Glińskiemu, swastyka ma szansę stać się aprobowanym przez polskie państwo elementem dziedzictwa kulturowego wsi.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Bareja wiecznie żywy!

W filmie „Rozmowy kontrolowane” Bożena Dykiel nerwowo pali papierosa za papierosem, a zapytana przez uzbrojony patrol, dlaczego tak pali, odpowiada: „bo ja właśnie rzucam palenie”.

W dzisiejszych informacjach Polsatu podobna scenka rodzajowa. Policja zatrzymuje prowadzącą samochód kobietę, która ma ponad 4 promile alkoholu i pytana, gdzie jedzie, mówi: „na terapię odwykową”.

To nie sztuka naśladuje życie, ale życie naśladuje sztukę – twierdził Oskar Wilde. I miał rację.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wirusy i czarownice

Jeżeli prawdą jest, że nie tylko wirusa SARS-CoV-2 nie da się wyizolować i pokazać niedowiarkom, ale dotyczy to również wielu innych wirusów (jak pisze w swoim komentarzu Telemach), współczesną naukę stawia ten fakt w osobliwym świetle. Na pewno innym niż wyobrażali to sobie zwolennicy pozytywistycznego programu nauki (istnieje tylko to, co dostępne obserwacji, mierzalne, a cała reszta to metafizyka, więc nie ma o czym mówić) i niż chcieliby tego ich współcześni pogrobowcy (ci jednak im bardziej czegoś nie ma, tym chętniej o tym rozprawiają). Dzisiejsi naukowcy bowiem wciąż wierzą (a przynajmniej wmawiają to w innych), że nauka jest „obiektywna”, że istnieją bezsporne „dane empiryczne” i jakieś „twarde fakty” zamiast pogodzić się z tezami takiego np. konwencjonalizmu, który w wersji Henriego Poincarego zakładał, że pewniki nauki są tylko umownymi hipotezami formułowanymi przez badaczy. A więc w świetle jednych hipotez coś istnieje, ma jakieś właściwości i działa lub przynosi skutki, a wedle innych hipotez czegoś takiego w ogóle nie ma.

Najwyraźniej program pozytywizmu, tezy Szkoły Wiedeńskiej (empiryzm logiczny), a zwłaszcza założenia brytyjskiej szkoły analitycznej (o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć) są dziś bliższe „zwykłym ludziom” – laikom, foliarzom i antyszczepionkowcom niż przedstawicielom świata nauki. Ci bowiem przypominają raczej średniowiecznych mnichów, którzy na podstawie uczonych ksiąg obliczali, ile to aniołów mieści się na końcu szpilki, a z faktu że mleko się warzy albo kury przestają nieść wysnuwali niezbity wniosek o istnieniu czarownic. Tylko że średniowieczni mnisi przynajmniej potrafili wskazać konkretne czarownice odpowiedzialne za te zjawiska, a dzisiejsi naukowcy nie są w stanie udowodnić istnienia tego czy innego wirusa, ale mimo to przekonują wszystkich, że on istnieje.

„Gdzie były mikroby przed Pasteurem?” – pyta zasadnie Bruno Latour w książce „Nadzieja Pandory”. I odpowiada: najpierw były tylko atrybuty, zbiory własności, które dzięki umiejętnemu żeglowaniu przez kolejne ontologie wreszcie stawały się określoną substancją. Nadzieja oraz żarliwa wiara w to, że tak będzie i tym razem towarzyszy dziś ekspertom straszącym ludzi mitycznym (meta-fizycznym) wirusem. Nauka oparta na wierze, domniemaniach i poszlakach? A czemu nie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wszyscy jesteśmy niewolnikami

Przekonywanie, że pańszczyzna była de facto niewolą, to ostatnio ulubione zajęcie historyków i antropologów (A. Leszczyński, K. Janicki, K. Pobłocki, M. Rauszer). Dowodzą oni, że Polacy – w większości potomkowie chłopów – mają niewolę w swoim DNA. Tę argumentację opierają na drastycznych przykładach traktowania chłopów przez ich panów, na relacjach cudzoziemców zszokowanych widokiem chłopskiej nędzy i na określeniach, jakich używano dla opisania tego stanu.

Interesująco podchodzi do sprawy Michał Rauszer rozróżniając niewolnictwo antyczne, atlantyckie i pańszczyznę. Posuwa się nawet do twierdzenia, iż „każdy argument przemawiający za postrzeganiem pańszczyzny jako niewolnictwa ma przeciwwagę w argumencie podważającym to zrównanie” („Siła podporządkowanych” 2021, s. 139), co prowadzi go do bardzo wyszukanej, ale chyba słusznej konkluzji: „chłop nie był niewolnikiem, ale niewolna była jego praca, którą wykonywał na rzecz pana” (s. 140).

Jeśli jednak zastosować używaną przez różnych badaczy metodologię (władza pana nad chłopem, bieda, terminologia używana przez autorów zagranicznych, ale i polskich z tamtego okresu), to należałoby uznać, że nie tylko jesteśmy potomkami niewolników, ale i niewolnikami par excellence także dziś. I można tu skorzystać z argumentacji H. Belloca, który już dawno temu tak właśnie zdefiniował kondycję współczesnego człowieka („Państwo niewolnicze”), dowodząc że przy pomocy rynku państwo dyscyplinuje swoich obywateli skuteczniej niż ekonom pańszczyźnianych chłopów swoim kijem. Można też sięgnąć do słów biskupa Athanasiusa Schneidera, który w niedawno udzielonym wywiadzie uznał reżim sanitarny i przymus szczepień za dowód, iż współczesne państwa traktują ciała obywateli jak własność. W tak realizowanej biopolityce trudno zatem nie dostrzec kolejnej postaci niewolnictwa.

A więc, nie miejmy złudzeń, że kiedyś było gorzej. Tym bardziej, że jeszcze nie wiemy, co czeka nas w przyszłości.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Sars-CoV-2 … Phantom Virus?

Czyżby korona-sceptycy mieli rację? Czyżby mylili się eksperci na całym świecie, a takie osoby jak Edyta Górniak w Polsce czy Patrick King w Kanadzie znali prawdę? Tekst z „The Guardian” nie rozwieje tych wątpliwości, ale z pewnością je podsyci.

> https://off-guardian.org/2021/01/31/phantom-virus-in-search-of-sars-cov-2/ > >
> Phantom Virus: In search of Sars-CoV-2 – OffGuardian
> This week, my colleague and friend Sally Fallon Morell brought to my attention an amazing article put out by the CDC, published in June 2020.The purpose of the article was for a group of about 20 virologists to describe the state of the science of the isolation, purification and biological characteristics of the new SARS-CoV-2 virus, and to share this information with other scientists for … > off-guardian.org
>
Tak czy inaczej, to wszystko, co się dzieje, potwierdza tylko znaną frazę W.I. Thomasa, określaną jako „socjologiczny teoremat Thomasa”: „if men define situations as real, they are real in their consequences”.

Ale że te konsekwencje – definiowania sytuacji, postrzegania rzeczywistości, wierzenia w byty realne lub urojone – mogą być dobre i złe, pisał już w XVIII w. Radiszczew: „бедствия человека происходят от человека, и часто от того только, что он взирает непрямо на окружающие его предметы” („Путешествие из Петербурга в Москву”).

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Czym jest dla Marszałek Witek niepodległość

Po wysłuchaniu szlochów Rahimy Jami, afgańskiej parlamentarzystki, która do tej pory – tak jak wielu jej rodaków – kolaborowała z USA, Marszałek Sejmu Elżbieta Witek wyraziła współczucie: „my, Polacy rozumiemy, co znaczy żyć w wolnym, demokratycznym państwie, a potem utracić niepodległość”.

Otóż tego właśnie nie da się rozumieć. Jak można nazywać kraj znajdujący się od 20 lat pod okupacją „wolnym” i jak można uważać przejęcie władzy przez rdzenne ugrupowanie (które oczywiście może się innym ugrupowaniom nie podobać) za „utratę niepodległości”. To raczej odzyskanie niepodległości. A co by powiedziała Marszałek Witek, gdyby to przedstawiciel rządu Vichy albo jakiś folksdojcz płakał nad „wolnością”, jaką zapewniał mu niemiecki okupant i po roku ’45 tęsknił za „utraconą niepodległością”?

Czy naprawdę fakt, że w Afganistanie to Polska była okupantem, aż tak zmienia perspektywę?

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Preprints with „The Lancet”: zaprzestać szczepień!

Artykuł „Transmission of SARS-CoV-2 Delta Variant Among Vaccinated Healthcare Workers” (10 August, Preprints) powinien wpłynąć na natychmiastową i radykalną zmianę polityki zdrowotnej we wszystkich krajach, choć tylko potwierdza to, co od dawna twierdzili znawcy przedmiotu – dr Malone, wynalazca technologii mRNA, prof. Bridle, kanadyjski immunolog czy noblista Montagnier. Teraz Oxford University Clinical Research Group wykazała na podstawie badań, że to właśnie osoby zaszczepione stają się rozsadnikami patogennego i toksycznego białka wirusa transmitując go na otoczenie: w nosie osób zaszczepionych znaleziono 251 razy więcej tego wirusa niż u nieszczepionych!

Dzięki tym badaniom staje się wreszcie jasne, dlaczego w krajach o największym odsetku zaszczepionych jest też najwięcej infekcji (jak np. w Izraelu), a najmniej zachorowań odnotowują kraje z najmniejszą liczbą zaszczepionych (Rumunia czy Bułgaria). Ta prawidłowość potwierdza się też w skali jednego państwa: woj. mazowieckie, gdzie zaszczepiono najwięcej osób, ma teraz największą liczbę infekcji.

A zatem to zaszczepieni powinni nosić maseczki i zachowywać dystans, to oni powinni podlegać izolacji i różnym restrykcjom (np. w dostępie do miejsc publicznych), to ich powinno się piętnować jako egoistów i wrogów państwa, gdyż w złudnej nadziei ochrony przed infekcją przyjęli szczepionkę stwarzającą śmiertelne zagrożenie dla wszystkich innych, to oni powinni być sądzeni jako seryjni mordercy i to od nich pracodawcy powinni domagać się odszkodowania, oni wreszcie powinni być pozbawieni prawa do korzystania z bezpłatnej opieki medycznej – szczepili się wszak dobrowolnie.

Ciekawe, kiedy wreszcie eksperci min. Niedzielskiego zaczną czytać literaturę fachową i wyciągać stosowne wnioski. Na przykład takie, że szczepienia pracowników służby zdrowia (a tego dotyczyły badania grupy z Oxfordu) narażają pacjentów zamiast ich chronić.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Usnarz i Bielsko Biała

Gdzie Rzym, gdzie Krym – a jednak! Od dwu tygodni głośno o grupie koczującej przy polskiej granicy z Białorusią: politycy domagają się od rządu pomocy dla tych osób, oskarżają o stosowanie tortur i brak chrześcijańskiego miłosierdzia. Kiedy kilka godzin temu Straż Graniczna zabroniła przejazdu karetki pogotowia przez granicę, wzbudziło to kolejne protesty.

Tymczasem kilka dni temu w pobliżu granicy z Czechami zasłabł polski obywatel, ale okazało się, że nie można do niego wezwać pogotowia z Bielska Białej, co zajęło by kilka minut, tylko trzeba było czekać dużo dłużej na czeską karetkę (lokalna „GW” z 26 sierpnia) – nie znajdował się bowiem na terytorium RP. Ten fakt nie przebił się jednak do szerszej publiczności, ponieważ nie był medialny ani polityczny.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ordo Medicus apeluje do Episkopatu

Organizacja Ordo Medicus skupiająca lekarzy i naukowców, którzy mają inne zdanie na temat pandemii, szczepień i polityki rządu w tych sprawach, wystosowała list otwarty do Episkopatu i polskich kapłanów. Ma on być odczytany w najbliższą niedzielę, ale wątpliwe, czy tak się stanie. Poza wszystkim innym, wiernym mogłoby się wydać dziwne, że przeciwnikami szczepień są lekarze, a nie duchowni. Poza tym wierni mogliby zastanawiać się, dlaczego w cudowną moc wody święconej wierzą raczej naukowcy z Ordo Medicus, a nie księża itd. Czy list zostanie odczytany, czy nie, wierni przekonają się już jutro.

List Otwarty do Kapłanów Kościoła Rzymskokatolickiego

Ordo Medicus
Warszawa, 11 sierpnia 2021

Ks. Abp. Stanisław Gądecki Arcybiskup Metropolita Poznański Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski
Wiceprzewodniczący Rady Konferencji Episkopatów Europy (CCEE)

Ks. Abp. Marek Jędraszewski Arcybiskup Metropolita Krakowski Zastępca Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski

Ks. Bp. Artur G. Miziński Sekretarz Generalny Konferencji Episkopatu Polski

Ks. Bp. Józef Wróbel, SCJ Przewodniczący Zespołu Ekspertów Konferencji Episkopatu Polski ds. Bioetycznych

Do wiadomości: Biskupi, Proboszczowie, Księża Kościoła Rzymskokatolickiego

Wielebni Kapłani,
Zwracamy się do Was, Wielebni Kapłani w sprawie wykorzystywania kościołów i parafii do tworzenia punktów szczepień przeciwko Covid-19. Chcemy poinformować o etycznych konsekwencjach takich decyzji, a także konsekwencjach natury teologicznej i społecznej. Od ponad roku mamy do czynienia w Polsce i innych krajach z propagandą zagrożenia związanego z koronawirusem SARS-CoV-2 powodującego chorobę COVID-19. Statystyki tej choroby i związane z nią zagrożenie są znacznie zawyżane. Pomimo podpisanej przez Polskę Konwencji o prawach człowieka i biomedycynie, która zakłada konieczność otwartej debaty na tematy medyczne, ucisza się głosy niezależnych naukowców i lekarzy, którzy wskazują na fałszerstwa związane z pandemią oraz niebezpieczeństwa związane z eksperymentalnymi preparatami zwanymi „szczepionkami” opartymi na technologiach zmodyfikowanych mRNA i DNA (patrz Apel naukowców i lekarzy w sprawie szczepień i kolejne apele). Z tych powodów kapłani Kościoła rzymskokatolickiego nie powinni w żaden sposób się godzić zarówno na kolejne obostrzenia, prowadzące do ograniczeń w posługach religijnych, jak i na promowanie eksperymentalnych szczepień.

Po pierwsze, czy Księża zdają sobie sprawę, czym są tzw. komórki macierzyste i sposób ich pozyskiwania dla tzw. „szczepionek”? Pani Karolina Nowaczyk-Tomasik, reprezentująca firmę Pfizer, zapytana przez Radio Maryja o komórki macierzyste odpowiedziała: „W niektórych (ale nie we wszystkich) testach laboratoryjnych w ramach programu szczepionki wykorzystano komórki HEK293”. Czym są zatem komórki HEK293? HEK293 to ludzkie embrionalne komórki nerki. „HEK” to skrót od Human Embryonic Kidney, a „293” określa liczbę eksperymentów, które badacz przeprowadził, aby opracować tę linię komórkową. Komórki HEK293 pochodzą
z aborcji. Linię komórkową HEK-293 wykorzystuje się do produkcji dwóch rodzajów eksperymentalnych szczepionek przeciwko COVID-19. Czy to nie powinno dać powodu do głębszego zastanowienia się z jakim produktem mamy do czynienia, kiedy namawia się nas tak nachalnie do przyjęcia szczepionki, kiedy obiecuje się nagrody za szczepienia, a niejednokrotnie do nich przymusza? Dlaczego nie ma rzetelnej debaty naukowej na ten temat? Mamy moralne prawo do zadawania pytań o godziwość procesu produkcji preparatów mRNA i DNA zwanych „szczepionkami”, a także o godziwość ich podawania, w szczególności w naszych parafiach i za aprobatą naszych duszpasterzy.

Po drugie, czy Księża znają postanowienia Kodeksu Norymberskiego sformułowanego w 1947 roku? Jest to dokument międzynarodowy, powstały na bazie okrutnych eksperymentów dokonywanych na ludziach w czasie II wojnie światowej, który reguluje zasady przeprowadzania procedur i eksperymentów medycznych. Wynika z niego jasno, że „dobrowolna zgoda uczestnika eksperymentu jest absolutnie niezbędna” i że „eksperyment powinien przynosić korzyści dla dobra społeczeństwa, niemożliwe do osiągnięcia za pomocą innych metod lub środków”. Tymczasem, zamiast zastosować alternatywne metody leczenia COVID-19, np. za pomocą amantadyny, o czym wielokrotnie pisał dr Włodzimierz Bodnar, promuje się u nas szczepienia eksperymentalnymi preparatami zwanymi „szczepionkami” i niejednokrotnie do nich zmusza (wiele przypadków przymuszania ma m.in. miejsce w wojsku i w placówkach zdrowia). W Strategii UE dotyczącej szczepionek przeciw COVID-19 Komisja Europejska wskazała, że: „Opracowanie szczepionki trwa zwykle ponad 10 lat. Stworzenie bezpiecznej i skutecznej szczepionki to bardzo złożony proces. W związku z tym zaznaczono, że Komisja Europejska korzystać będzie ze specjalnej, przyspieszonej procedury warunkowego dopuszczania szczepionek do obrotu”. O eksperymentalnym charakterze szczepionek mówią też liczne publikacje fachowe. Dlatego uczestnictwo każdej osoby biorącej udział w szczepieniach należy uznać jako udział w eksperymencie medycznym i może być jedynie dobrowolne. Podkreśliła to wyraźnie Rada Europy w swojej rezolucji z dnia 27.01.2021 stwierdzając, że należy dopilnować, aby obywatele zostali poinformowani, że szczepienia nie są obowiązkowe i że na nikogo nie będzie się wywierać presji społecznej.

Kolejną sprawą jest skuteczność tych eksperymentalnych „szczepionek”. Ponieważ jest to eksperyment, medyczny, ich faktyczna skuteczność, którą w materiałach reklamowych producentów określano jako 90%, jest pod znakiem zapytania. Jednym z państw, w których dokonano najwięcej szczepień jest Izrael. Izraelski lekarz dr Kobi Haviv, dyrektor szpitala Herzoga w Jerozolimie, pisze: „85-90% obecnych hospitalizacji dotyczy osób w pełni zaszczepionych i dotyczy to 95% pacjentów w stanie ciężkim. Skuteczność szczepionki słabnie”.
Pojawiają się badania naukowe, które mówią, że osoby zaszczepione będą mniej odporne na nowe warianty koronawirusa niż niezaszczepione. Każdy wirus respiratoryjny mutuje i dlatego nigdy nie wynaleziono skutecznej szczepionki na grypę. Nawet autorytety lekarskie, które popierają obecną politykę rządową, stwierdzają, że „osoby mające za sobą pełny cykl szczepienia przeciwko COVID-19 również mogą zarazić się koronawirusem”, a szczególnie nowym wariantem Delta.

Pomimo tak dużej liczby niewiadomych, szczepienia o charakterze eksperymentalnym są promowane przez nasz rząd w szeroko zakrojonym Narodowym Programie Szczepień. Jesteśmy poddawani nieustannej presji, a czasem wręcz zmuszani i szantażowani w miejscach pracy i szkołach, aby poddać się temu eksperymentowi medycznemu o nieznanej skuteczności i nieznanych do końca konsekwencjach, za to o coraz bardziej widocznych negatywnych skutkach ubocznych. Przybywa nam ciągle relacji o przypadkach nagłych zachorowań, a nawet zgonach osób, w krótkim czasie po szczepieniach. Prof. Peter Schirmacher, Dyrektor Instytutu Patologii na Uniwersytecie w Heidelbergu stwierdza: „Liczba śmiertelnych następstw szczepień jest niedoszacowana”. Ocenia, że 30-40% osób zmarłych w okresie dwóch tygodni po szczepieniu zmarło na skutek szczepień. Mimo że władze robią wszystko, aby przemilczeć napływające do nas zatrważające informacje, coraz więcej takich relacji przedostaje się już nawet do mediów głównego nurtu. Wielebni Kapłani, czyżby ta wiedza do Was nie dotarła? Jak mamy interpretować Waszą zgodę na organizowanie punktów szczepień przy kościołach i w naszych parafiach?

U podstaw obecnej polityki koronawirusa tkwią trzy fundamentalne błędy, a raczej trzy przekłamania wprowadzające w błąd opinię publiczną.
> 1. Jedynym sposobem na zakończenie pandemii są szczepionki przeciw COVID-19 — to nieprawda, ponieważ możliwe jest leczenie choroby i zmniejszenie liczby zgonów za pomocą takich leków jak amantadyna, iwermektyna i wielu innych, czy poprzez świadome wzmacnianie układu odpornościowego.

> 2. Jedynym sposobem na uzyskanie odporności zbiorowej są powszechne szczepienia — to kłamstwo, gdyż odporność zbiorowa jest osiągana też poprzez naturalną infekcję. W publikacji „Antibody Evolution after  SARS-CoV-2 mRNA” międzynarodowy zespół złożony z dziewiętnastu naukowców dowodzi, że naturalne przejście COVID-19 jest znacznie bardziej korzystne aniżeli szczepienie, gdyż komórki pamięci wyselekcjonowane w czasie naturalnej infekcji mają większą siłę i zasięg niż komórki pamięci powstałe wskutek szczepienia.

> 3. Szczepionki są całkowicie bezpieczne — to kolejne kłamstwo, ponieważ fakty mówią, że z szczepieniami przeciwko COVID-19 wiążą się liczne powikłania (kardiotoksyczność, problemy ze zdrowiem reprodukcyjnym kobiet, zaburzenia układu nerwowego, zakrzepy krwi), a według informacji Ministerstwa Zdrowia w okresie od początku Narodowego Programu Szczepień, tj. od 27 grudnia 2020 do dnia 5 czerwca 2021 zmarło 730 osób zaszczepionych dwoma dawkami szczepionki oraz 3170 osób zaszczepionych jedną dawką. To konkretny przykład podany przez jednego z naszych sygnatariuszy: Podczas ostatniego dyżuru, do naszego szpitala został przywieziony pensjonariusz Domu Opieki z zaburzeniami psychicznymi. Spytałam opiekuna tego pacjenta, jak długo obecnie oczekuje się na miejsce w Domu Opieki, ponieważ jeszcze 2 lata temu ten okres wynosił około 2,5 roku. Odpowiedział, że obecnie w ogóle się nie czeka i mają deficyt wielu miejsc, ponieważ podawane są iniekcje preparatów mRNA, po których pensjonariusze nie budzą się – umierają zazwyczaj w nocy. Nikt nie zgłasza NOP-ów, czy śmierci po tych preparatach. Te zgony przypisuje się starości.

Czy do Księży nie docierają tego rodzaju informacje ani głosy naszych kolejnych apeli? Wzywaliśmy w nich władze RP, aby odstąpić od masowych szczepień; zaprzestać stosowania testów PCR, które są niewiarygodne oraz nie wprowadzać kolejnych rygorów sanitarnych, niszczących naszą edukację, kulturę, życie religijne i gospodarkę, natomiast w sposób kontrolowany spowodować w społeczeństwie wytworzenie się naturalnej odporności zbiorowej za pośrednictwem populacji obarczonej niskim ryzykiem ciężkiego przebiegu choroby czy zgonu (dzieci i ludzie młodzi), przy jednoczesnej ochronie osób w grupie zagrożonej, zaś szczepienia ograniczyć jedynie do osób chętnych, zwłaszcza z grup ryzyka, i to po dokładnym zapoznaniu ich z możliwymi powikłaniami. Wskazywaliśmy też na możliwy konflikt interesów u rządowych ekspertów medycznych oraz ich powiązania z zagranicznymi koncernami farmaceutycznymi, które dzięki sprzedaży szczepionek osiągają olbrzymie zyski.

Wody święconej brakuje w kościołach już od ponad roku. Czym uzasadnić jej brak? Czy pamiętacie jeszcze, Księża, słowa modlitwy wypowiadane podczas święcenia wody? „Panie Boże wszechmogący, Ty jesteś źródłem i początkiem życia ciała i duszy. Prosimy Cię, pobłogosław tę wodę, którą z ufnością się posługujemy, aby uprosić przebaczenie naszych grzechów i uzyskać obronę przeciwko wszelkim chorobom i zasadzkom Szatana (…) abyśmy mogli zbliżyć się do Ciebie wewnętrznie oczyszczeni i uniknęli wszelkich niebezpieczeństw duszy i ciała. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen”.

Czy pamiętacie słowa Jezusa Chrystusa: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach.” Jest więc zasadnym, aby zadać pytanie: Czy jesteście jeszcze naszymi dobrymi pasterzami, czy już tylko zastraszonymi najemnikami?

Wielebni Kapłani, w poczuciu głębokiej troski o to wielkie wspólne dobro, jakim jest Kościół Święty i przyszłość naszej Ojczyzny, prosimy o głębokie zastanowienie się nad tym tematem zanim podejmiecie jakąkolwiek decyzję. Wołamy do Was, abyście zgodnie z tradycją Polskiego Kościoła połączyli się ze społeczeństwem w obronie Polski, zamiast wspierać zależną od obcych interesów, skorumpowaną władzę.

Prosimy o odczytanie tego listu w kościołach. Pozostajemy z Wami solidarni w modlitwie, w oczekiwaniu na tak potrzebny nam dzisiaj dar Ojca, uświęcenie w Duchu Świętym.

Z wyrazami szacunku,

> dr hab. W. Julian Korab-Karpowicz, prof. UO, Przewodniczący „Wolne > Wybory”

> dr Zbigniew Hałat, epidemiolog, były Główny Inspektor Sanitarny i Podsekretarz Stanu w MZ

> prof. dr hab. n. med. Maria E. Sobaniec-Łotowska, Białystok
> prof. dr hab. n. med. Krystyna Lisiecka-Opalko, Szczecin
> prof. dr hab. n. med. Andrzej Frydrychowski, Bydgoszcz
> prof. dr hab. n. farm. Maria H. Borawska, Białystok
> prof. dr hab. Jakub. Z. Lichański, Warszawa
> dr hab. Ryszard Zajączkowski, prof. KUL
> dr n. med. Iwona Chlebowska, Koźminek
> dr n. med. Marek Błażejak, Hamburg
> dr n. med. Jerzy Kąkol, Bydgoszcz

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Przymusowe szczepienia – deja vu

Temat przymusowych szczepień nie po raz pierwszy pojawia się w debacie publicznej. Świadczy o tym nagranie z 2012 r. – zapis fragmentu posiedzenia Senackiej Komisji Zdrowia w dniu 4 lipca 2012 r. Osoba, która przedstawia się jako socjolog, Żydówka i lobbystka nr 197 działająca na rzecz praw pacjenta, podważa zasadność wprowadzenia przymusu szczepień i profilaktycznego przyjmowania leków powołując się na Konstytucję i szereg innych okoliczności. Między innymi przywołuje analogię między „Ostatecznym Rozwiązaniem” praktykowanym w obozach śmierci (zastrzyki, trucie gazem) a narzucaniem przymusowych szczepień i podkreśla, iż przynajmniej niektóre koncerny farmaceutyczne mają na swoim koncie doświadczenia we współpracy z nazistami. Przewodniczący Komisji, dr Rafał Muchacki (PO) oburza się na takie porównania, domaga się bardziej „syntetycznej” wypowiedzi i przerywa jej niejednokrotnie, ale na szczęście „lobbystce nr 197” (pani Eliza Batsheva-Walczak) udaje się powiedzieć to, co zamierzała.

Oglądając ten krótki film ma się wrażenie silnego deja vu: wszystko wraca, tylko w większym natężeniu, co sprawia że zagrożenie wydaje się jeszcze poważniejsze. I jeszcze jedno: w roku 1948 Orwell napisał swój „Rok 1984”, dziś – w 2021 r. – przypomina się rok 2012. Niby tylko prosta zamiana ostatnich dwu cyfr, ale jakże wymowna.

>
> https://youtu.be/tKd-Rx4JQ48

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nakręcają się

Kiedy półtora roku temu, na początku pandemii, gorliwy obywatel wydzwaniał do Sanepidu, GIS-u lub Ministerstwa Zdrowia z prośbą, aby wydano polecenie zamontowania w aptekach i rejestracjach przychodni szyb izolujących, co kiedyś było powszechne, słyszał w słuchawce rozbawione głosy urzędników i specjalistów: „nie ma takiej potrzeby”, „proszę nie popadać w paranoję”, „w takim razie należało by montować takie osłony także w sklepach”, „przecież to absurd”.

Nie minęło kilka tygodni a stosowne osłony pojawiły się we wszystkich możliwych miejscach, potem zmuszono obywateli do paradowania w maseczkach, a teraz rządowi eksperci prześcigają się w coraz to bardziej kuriozalnych pomysłach i oskarżeniach:

– DDM jako masowa tresura behawioralna,

– nagonka na osoby, które nie chcą poddać się dobrowolnym szczepieniom (to „terroryzm antypaństwowy”, „pasożytowanie na innych” i „działanie na szkodę zdrowia publicznego”),

– antyszczepionkowcy jako „potencjalni seryjni mordercy” (dziecio-, ojco- i matkobójcy; wszystko wg wzoru Barei: „a gdyby tak wasza matka, staruszka…”),

– i wreszcie groźby sankcji (godzina policyjna, zakaz przebywania w miejscach publicznych, kary finansowe i odszkodowania za zarażenie bliźniego, a nawet karna odpowiedzialność z paragrafu „usiłowanie zabójstwa”, odmowa bezpłatnego leczenia itd.)

A prof. Horban wciąż nieusatysfakcjonowany, bo brakuje mu „trzeciego elementu karania”. Jakie kary? Za co, skoro szczepienie nie jest obowiązkowe?!

Wszystkie te propozycje są, łagodnie mówiąc, na granicy poczytalności. Jeśli to nie objaw „mgły covidowej”, jeszcze nie zdiagnozowane przypadki NOP-ów to może symptom czegoś o wiele poważniejszego, nad czym warto by się głębiej zastanowić.

Tak wygląda „krocząca dyktatura sanitarna”, zbiorowa psychoza, zarządzanie strachem i wzniecanie „paniki moralnej”. A ci, co się temu przeciwstawiają – i w dodatku mają argumenty, jak np. doktor nauk medycznych Piotr Witczak, do niedawna analityk Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji  – są wyrzucani z pracy. Oto reguły debaty publicznej, wolność słowa i swoboda naukowej wypowiedzi.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Kto w Polsce chce państwa wyznaniowego?

Raptem okazuje się, że chcą tego ci, którzy zawsze najgłośniej krytykują ingerencję Kościoła w życie społeczne i polityczne oraz narzucanie religijnych racji światopoglądowych czy moralnych społeczeństwu, które powinno być neutralne, a najlepiej laickie. Oto więc widać, że w pewnych sytuacjach te same osoby i środowiska są jak najbardziej za tym, by Kościół wypowiedział się w pewien określony sposób albo podjął jakieś działania. Oczywiście, dotyczy to tych przypadków, kiedy jest to na rękę osobom i środowiskom zwalczającym skądinąd przy wszystkich innych okazjach „ingerencję” Kościoła, Episkopatu lub duchownych i sugerującym, by ograniczyli się oni do spraw „kruchcianych”.

Niedawno taka zabawna wolta miała miejsce przy okazji domagania się od księży, by agitowali za szczepieniami, a teraz przybiera formę postulatu, by moralność chrześcijańską okazać w stosunku do nielegalnych uchodźców. I nie dotyczy to wcale nacisku na osoby prywatne. Zresztą mieszkańcy przygranicznych wsi (prawosławni i katolicy) dali wyraz chrześcijańskiego miłosierdzia nie czekając na apele polityków. Chodzi tu o to, by polski rząd zaczął w swojej polityce kierować się moralnością chrześcijańską.

A oznacza to, ni mniej ni więcej, że zwolennicy laickiego państwa domagają się wprowadzenia państwa wyznaniowego, w dodatku państwa opartego na zasadach chrześcijańskich, a nie np. islamu (gdzie – wg popularnej wersji – nakazem jest zwalczanie i zabijanie osób innej wiary, a nie udzielanie im pomocy).

Ta niekonsekwencja świadczy fatalnie o zdolności do logicznego myślenia znacznej części polskiej klasy politycznej.

Podobnie jak ofiarowanie muzułmańskim uchodźcom wieprzowych konserw przyniesionych w „tęczowych ” torbach świadczy o braku elementarnej kompetencji kulturowej, nie mówiąc już o takcie.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

„Europejczycy” z KO

W lipcu opublikowano wyniki badania CBOS na temat pandemii (Social Changes na próbie 1166 osób). Okazało się, że 52% respondentów nie obawia się zakażenia, ale im ktoś ma niższe wykształcenie, tym żywi większe obawy, zaś za restrykcjami są przede wszystkim wyborcy KO.

Tymczasem Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy już na początku bieżącego roku (27 stycznia 2021 r.) wyraźnie wyartykułowało, co następuje:

– szczepienia w UE nie powinny być obowiązkowe

– niezaszczepieni nie mogą być w żaden sposób dyskryminowani

– żadne dokumenty w rodzaju „paszportów covidowych” nie powinny być stosowane.

Co na to nasi „Europejczycy”?

Opublikowano Uncategorized | 8 Komentarzy

Prawa kobiet a interes Zachodu

Frantz Fanon podkreślał, że hasła „wyzwolenia kobiet” spod opresyjnej tradycji zawsze mają na celu zniszczenie tej tradycji. Kobiety są w tej retoryce tylko taranem i paliwem dla rewolucji obyczajowej, która wyzwoliwszy je od „patriarchatu” uczyni z nich najgorzej opłacaną i najbardziej bezbronną siłę roboczą na „wolnym rynku”.

Ten (nieujawniany zazwyczaj) sens ideologii „praw kobiet” widać zwłaszcza w relacjach Zachodu z resztą świata, co Fanon opisywał na przykładzie kolonialnej polityki Francji wobec Algieru: „jeśli chcemy złamać kręgosłup społeczeństwa algierskiego, jeśli chcemy zniszczyć jego zdolność oporu, musimy w pierwszym rzędzie zdobyć kobiety. Panująca administracja podejmuje się więc uroczyście obrony kobiety. Przyjąwszy zasadę, że kobieta jest osią społeczeństwa, podejmuje się wszelkie wysiłki, by rozciągnąć nad nią kontrolę” („Algieria zrzuca zasłonę”).

To dlatego zachodnie media komentując aktualną sytuację w Afganistanie na pierwszym miejscu wymieniają położenie kobiet i zagrożenia, jakie stwarzają dla nich rządy talibów. Za szczególnie bulwersujący uważają też fakt poszukiwania dziewcząt i młodych kobiet na partnerki dla bojowników, co określają jako „niewolnictwo seksualne”, tak jakby więzi krwi nie były najmocniejszymi siłami spajającymi każde społeczeństwo.

Ale rezygnując z tych obsesyjnych, choć typowych dla zachodniej mentalności, konotacji seksualnych, a obierając bardziej naukową, np. socjologiczną perspektywę, trzeba przyznać, że talibowie sięgają po technikę społeczną wykorzystywaną od dawna i bardzo skuteczną. W podbijanych krajach Aleksander Wielki zarządzał masowe zaślubiny swoich żołnierzy z miejscowymi kobietami właśnie po to, by ludzie żyli razem ze sobą, a nie mordowali się wzajemnie. Z kolei król Zulusów, Czaka, swoich najmężniejszych wojowników nagradzał częstymi urlopami w tym celu, by zwiększali oni liczbę potomstwa. Był w tym, jak pisze S. Ossowski („Więź społeczna i dziedzictwo krwi”) zamysł eugeniczny – wiara, że dzieci dzielnych ojców odziedziczą po nich tę cnotę, ale też zamysł wychowawczy – za męstwo i odwagę czeka nagroda.

Dla nowoczesnego Zachodu, gdzie uważa się, iż „brzuch kobiety należy do niej”, choć (co wyszło na jaw przy okazji pandemii), jej ramię już niekoniecznie, polityka talibów może się wydawać gorszącą aberracją. Ale to tylko świadczy o tym, że choć Zachód wynalazł antropologię, nie posunęło go to daleko w rozumieniu innych społeczeństw. Co najwyżej ułatwiało panowanie nad nimi (M. Kowalski – „Antropolodzy na wojnie. O ‚brudnej’ użyteczności nauk społecznych”). Ale i to, jak widać, do czasu.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kabul a sprawa polska

Talibowie, waleczni bojownicy w sandałach i płóciennych szarawarach, wkroczyli wczoraj do Kabulu, a najlepsza armia świata ewakuowała się w pośpiechu. Całe jej wyposażenie i broń trafiły w ręce zwycięzców, bo wśród kilku tysięcy żołnierzy NATO zabrakło jednego Ordona gotowego wysadzić w powietrze swoją redutę. Na miejscu pozostają Afgańczycy, którzy zaufali sojusznikowi, a teraz czeka ich to, co zwykle spotyka zdrajców kolaborujących z okupantem. Wymowny przykład dla reszty świata, o ile jeszcze ktokolwiek wierzy w siłę i lojalność USA i w to, że kierują się oni jakimiś wartościami.

Jeżeli w ogóle, to kierują się oni swoimi interesami, tumaniąc opinię publiczną gadaniną o wolności i demokracji. Tak było w przypadku Wietnamu, potem Iraku, a teraz Afganistanu. Dlatego nie należy ulegać „muzyce słów” (jak o wszelkiej propagandzie pisał Pareto) rozbrzmiewającej w mediach takich jak TVN – opłacanych przez chylące się do upadku mocarstwo. Maskują one tylko interesy Ameryki, uprawiany przez nią „terroryzm państwowy” (o czym pisał Noam Chomsky w pracy „Siła i opinia”) oraz brutalną przemoc nie respektującą prawa międzynarodowego ani praw człowieka (o zaakceptowanych przez D. Rumsfelda i G.W. Busha „specjalnych technikach przesłuchań” będących po prostu torturami pisała Naomi Klein – „Doktryna szoku”). Taki sojusznik nie przynosi chwały, a w decydującym momencie i tak zawodzi.

Zdobycie Kabulu nastąpiło w samą porę, aby otrzeźwić polityków w innych krajach, a zwłaszcza w Polsce. Teraz już widać wyraźnie, że ani USA ani NATO nie będą umierać za Warszawę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dr Maciej Borkowski – kandydat na męczennika?

Reakcja min. Czarnka na zachowanie dr. Macieja Borkowskiego z UAM na pewno wywoła reakcje wielu środowisk naukowych, które będą starały się argumentować, że chodzi tu o poglądy, a nie o słownictwo poniżej wszelkiej krytyki.

Można też założyć się, że najgłośniej będą protestować te środowiska, które same bynajmniej nie odznaczają się tolerancją dla odmiennych poglądów, gdzie TW skarżypyty piszą na swoich kolegów donosy do przełożonych, gdzie rzecznicy dyscyplinarni cenzurują wypowiedzi pracowników, a dyrekcje po prostu zwalniają tych, co mają inne zdanie. W takich środowiskach wszystko odbywa się więc dokładnie tak, jak to kiedyś pisał Marian Załucki: jeśli ktoś ma swoje zdanie, kosztuje go to drożej, choć powinno taniej.

A przecież wolność słowa czy tolerancja, na którą zapewne będą powoływać się obrońcy starszego wykładowcy Borkowskiego, to akceptowanie prawa innych do poglądów i zachowań, których sami nie akceptujemy (R. Scruton – „Jak być konserwatystą”) albo też (jak to pisała H. Arendt) „wolność poglądów jest zawsze wolnością poglądów tych, którzy wyznają poglądy odmienne od naszych”. Ale o tym zwolennicy tolerancji raczej nie będą chcieli pamiętać.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Żydówka w Izraelu: „Take off your mask!”

O tym, jak czują się obywatele państwa, które ponoć najlepiej radzi sobie z pandemią (masowe szczepienia mające zapewnić zbiorową odporność, restrykcyjne zasady DDM i ponowne szczepienia, bo poprzednie na niewiele się zdały) pisze ortodoksyjna Żydówka: „Mieszkam w Izraelu, gdzie panuje kompletny bałagan. Jesteśmy w trakcie trzeciej blokady, nasze dzieci stają się coraz bardziej puste, ludzie popełniają samobójstwa, a Izrael podobno ‚przewodzi’ światu w masowych eksperymentalnych szczepieniach, jakby Żydzi znów byli szczurami laboratoryjnymi do testowania szalonych skłonności dr Mengele”.

https://thejewishlibertarian.com/2021/01/11/take-off-your-mask-and-remind-the-world-of-your-humanity/

Protestując przeciw przymusowi noszenia maseczek autorka wpisu na portalu „The Jewish Libertarian” przyrównuje je do tatuowania numerów na ramieniu, obowiązku noszenia naszytej żołtej Gwiazdy Dawida czy golenia głowy – wszystko to są środki odczłowieczania, którymi teraz (jej zdaniem) posługują się polityczni syjoniści. Nie przyzwalajcie na tę dehumanizację, apeluje Żydówka z Izraela, nie jesteście niewolnikami.

W Polsce równie stanowczy protest przeciw ograniczeniom, a zwłaszcza maseczkom, wyrażają chyba tylko „wolnościowcy” z Konfederacji.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Coś tu się nie zgadza

Media podają, że przybywa osób zakażonych – i w Polsce, i za granicą. Eksperci twierdzą więc, że to już czwarta fala pandemii, ale podkreślają, że chorują głównie osoby niezaszczepione. Jednocześnie informują, że mniej jest hospitalizacji i zgonów, co zgodnie uznają za efekt szczepień.

Chwila moment. Coś się tu nie zgadza. Skoro chorują głównie niezaszczepieni, to jakim cudem łagodniejszy przebieg infekcji może być skutkiem szczepionek? Przecież właśnie oni ich nie przyjęli! Ale z drugiej strony, jeśli chorują (choć lżej) przede wszystkim osoby zaszczepione, to dlaczego nie chorują raczej osoby niezaszczepione?

Jedno z dwojga: albo większość zakażonych to niezaszczepieni, ale chorują lżej, bo po prostu taka obecnie panuje mutacja wirusa, albo też chorują głównie zaszczepieni, lecz dzięki szczepionkom przechodzą to lżej. W sumie – na jedno wychodzi.

Są jeszcze dwie inne możliwości: albo ci, co wypowiadają się na ten temat w mediach, mają innych ludzi za niezdolnych do logicznego myślenia, albo też sami tego nie potrafią.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Zupełnie jak w Kabarecie „Dudek”

Jak wiadomo, na covid większość ludzi (ok. 90%) nie zachoruje lub przejdzie infekcję zupełnie bezobjawowo. U pozostałych choroba może mieć jakiś zauważalny przebieg, część z nich dozna poważniejszych objawów, a tylko w nielicznych przypadkach zakończy się ona śmiercią.

To wtedy, gdy ludzie się nie zaszczepią. A co, jeśli się zaszczepią?

Według zapewnień producentów, szczepionki dają ok. 90-procentową odporność (choć dane z Izraela weryfikują te obietnice znacznie w dół –
do niespełna 40%). To znaczy, że pozostałe 10% może zachorować, ale przebieg choroby powinien być lekki i nie powinny nastąpić zgony. Ale, jak już wiadomo, bywa z tym różnie. Dzisiejsze informacje z Belgii to potwierdzają: ciężki przebieg choroby i zgony w domu opieki, gdzie zaszczepiono osoby starsze – z grupy ryzyka – po to, by ochronić je przed ciężkim przebiegiem i śmiercią…

A więc cały spór między „covidianami” i „antyszczepionkowcami” przypomina jako żywo skecz „Kolejka” z Kabaretu „Dudek”: ustawieni w dwu kolejkach ludzie przekonują się nawzajem, że to ich kolejka jest ważna („kolejka, którą razem tworzymy, jest kolejką słuszną”), obrażają tych, stojących w drugiej kolejce („nie bądź Pan idiotą i stań Pan u nas”), a wszystko po to, by wreszcie okazało się, że obie kolejki – stoją do tego samego.

Mimo kiepskiej jakości nagrania warto obejrzeć „Kolejkę” sprzed lat – w gruncie rzeczy jest tam mowa o nas i o tym, co teraz.

https://youtu.be/1zt-S3PUQvs

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Lockdown – gdzie sens, gdzie logika

Min. Niedzielski zapowiada już wkrótce nowy lockdown. Ma on być wprowadzony w rejonach najgorzej wyszczepionych – tymi na dzień dzisiejszy są np. woj. podlaskie czy podkarpackie. Ale jednocześnie są to rejony z najmniejszą liczbą nowych przypadków koronawirusa, natomiast najwięcej przypadków notuje się w mazowieckiem, choć akurat tutaj wyszczepialność jest najlepsza (dla antyszczepionkowców to kolejny dowód, iż szczepionki nie chronią przed wirusem, lecz nim zarażają).

W takich zapowiedziach rządu trudno dopatrzeć się sensu czy logiki. Restrykcje będą bowiem nakładane nie tam, gdzie pojawi się najwięcej zachorowań, lecz tam, gdzie ludzie są zdrowi, ale niechętni szczepieniom. Czy zatem chodzi tu o zapobieganie, czy o karanie?

Jeśli w ogóle jest w tym jakiś sens i logika, to na pewno nie natury medycznej. Może politycznej. Przecież niedawno to również min. Niedzielski nazwał szczepienie się aktem patriotyzmu. A Prezes Kaczyński uznał to nawet za dowód prospołecznej empatii. I znów – jak kulą w płot, bo właśnie Podlasie czy Podkarpacie to tradycyjny elektorat PiS-u. I tacy obywatele mieliby nie być patriotami?! I niby tam mieszka najwięcej czynników aspołecznych? W takim razie wychodzi na to, że największymi patriotami i altruistami byli celebryci z okolic TVN szczepiący się na wyprzódki i poza kolejnością…

Albo kogoś zawodzi tu myślenie, albo coś się sypie w obozie władzy i ktoś pod kimś dołki tam kopie.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

GO? NO!

Wśród wielu teorii spiskowych, jakie krążą na temat szczepionek, często powraca jeden wątek: domniemana obecność w preparacie tlenku grafenu (GO), który – jak twierdzą specjaliści – wg oficjalnej klasyfikacji jest uznawany za truciznę. W dodatku GO ma silne własności przewodnictwa elektrycznego, co znaczy, że może służyć do komunikowania się urządzeń technicznych z organizmami żywymi, którym go wszczepiono, a nawet z mózgiem człowieka. A więc w przypadku wyemitowania określonych impulsów (np. za pomocą owianego złowrogą tajemnicą 5G) będzie można wpływać na myślenie i działanie zaszczepionego człowieka (cyborga?), a nawet go po prostu „wyłączyć”, czyli wyeliminować.

Takimi rewelacjami dzieli się były pracownik koncernu Pfizer, Karen Kingston na poniższym linku.

https://www.bitchute.com/video/aLlcbtmt1VHm/

Dla niej nie ulega wątpliwości, że szczepienia to „zastrzyk śmierci”, a preparat to „broń biologiczna” (podobno 80% myszy nim potraktowanych zdycha w ciągu doby, a reszta wkrótce potem). I nic nie ma tu do rzeczy fakt, że jak na razie nie udało się stwierdzić obecności tlenku grafenu w szczepionkach. Skoro covid w zdecydowanej większości przypadków przebiega bezobjawowo, to i składnik preparatu anty-covidowego też może być „bezobjawowy” do tego stopnia, że nijak nie da się go wykryć!

A o tym, że trop związany z tlenkiem grafenu wydaje się obiecujący, świadczą załączone artykuły. Pierwszy z nich, opublikowany niedawno, mówi o tym, GO był co najmniej rozważany jako składnik szczepionek, a drugi tekst, wcześniejszy o kilka lat, potwierdza jego toksyczność (kolejność daje do myślenia). Co ważne, oba pisma, z których pochodzą artykuły, z pewnością nie są niszowe czy nie recenzowane: pierwsze zostało „wycenione” przez Ministerstwo Nauki na 200 punktów, a drugie na 140. Co prawda, wątpliwe, by „tępi płaskoziemcy” znali te publikacje, ale jak widać sama nauka dostarcza argumentów przeciw „radykalnym sanitarianom” zwłaszcza w osobach rodzimych ekspertów, którzy robią wrażenie, jakby nie mieli pojęcia, o czym się pisze w najlepszych światowych czasopismach. Tacy to i eksperci!
smll.202101483 (grafenowe nanorurki w interakcji z białkiem sars-cov2).pdf
volkov2016 (toksyczność grafenu).pdf

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Min. Niedzielski zaczyna brzmieć znajomo

W reakcji na podpalenie mobilnego punktu szczepień w Zamościu min. Niedzielski nazywa takie czyny „antypaństwowym terroryzmem”, który nie może być tolerowany i zapowiada, że będą one karane z cała surowością.

Brzmi to prawie tak, jak pamiętne słowa premiera Cyrankiewicza po wydarzeniach w Poznaniu w 1956 r. – „kto podniesie rękę przeciw władzy, niech wie, że mu tę rękę władza odrąbie”.

Jak wiadomo, historia lubi się powtarzać: coś, co za pierwszym razem brzmi dramatycznie, za drugim staje się farsą.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Zielony Ład – wg Ardanowskiego to ideologia

Tak w wywiadzie dla jednej ze stacji katolickich określił Zielony Ład Jan Krzysztof Ardanowski: ten europejski program jest oparty na ideologii lewicowej, hasłach New Age i neomarksizmie.

Trudno nie powiązać tej wypowiedzi Ardanowskiego (byłego ministra rolnictwa) z jego nową funkcją, jaką pełni od grudnia 2020 –
Przewodniczącego Rady ds Rolnictwa i Obszarów Wiejskich przy Prezydencie. Ciekawe tylko, czy naukowcy wchodzący w skład tej Rady podzielają wyrażone stanowisko. A jeśli go nie podzielają, to czy zdobędą się na jakąś reakcję. Choćby w części tak zdecydowaną, jak działania, które zwykli podejmować w swoich środowiskach wobec osób i poglądów, z którymi się nie zgadzają.

Opublikowano Uncategorized | 14 Komentarzy

Przypadek ks. prof. Oko – przestroga dla naukowców

„Każde państwo ma jurysdykcję odnośnie do zdarzeń, do jakich doszło na jego terytorium” – informuje Departament Współpracy Międzynarodowej i Praw Człowieka MS już na drugi dzień po wystosowaniu zapytania. Brawo! Ordo Iuris nadal milczy w tej sprawie. Niemniej, odpowiedź z MS nasuwa wątpliwości. Choćby takie, że prawdopodobnie ks. prof. Oko pisał swój tekst w Polsce, a nie na terytorium Niemiec, że jego tekst na pewno przeszedł procedurę recenzyjną, że zakwalifikowało go całe, pewnie międzynarodowe, kolegium redakcyjne itd. Co nie zmienia faktu, że i tak winny okazuje się autor. Trochę to absurdalne.

Ten przypadek budzi jednak dalsze wątpliwości. Jeśli ks. prof. Oko został osądzony w Niemczech za publikację tekstu w zagranicznym czasopiśmie naukowym, to czy mogą czuć się bezpiecznie inni polscy naukowcy zachęcani do publikowania w takich czasopismach? Skąd pewność, że nigdy i nigdzie nic z tego, co napiszą, nie spotka się z negatywną oceną sądu innego państwa – miejsca publikacji. I kto wtedy poniesie konsekwencje? Czy tylko dany autor, czy raczej jego dyrekcja, która zachęcała go do ambitnego publikowania, a może Ministerstwo Nauki, które promuje takie publikowanie?

Jakiś czas temu NCN wystosowało przestrogę dla naukowców, aby nie publikowali w „drapieżnych” czasopismach pod groźbą kar finansowych. Ale w tym samym czasie kilka tytułów wskazanych jako „drapieżne” figurowało na ministerialnej liście z przyznaną wysoką punktacją…

Zaiste, praca naukowa w obecnych czasach to prawdziwe pole minowe.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Przelicznik

Media triumfalnie obwieściły lot w kosmos najbogatszego człowieka na świecie, Jeffa Bezosa. Ile to kosztowało, chyba najlepiej wiedzą jego pracownicy w Amazonie. Jest chyba dokładnie tak, jak to już kiedyś ktoś powiedział: „pieniądze to krew biedaków”. Na taką eskapadę trzeba było sporo jej utoczyć.

Ale poniesione koszty finansowe to jeszcze nie wszystko. Wiadomo o tym dobrze, odkąd rozpoczęto dyskusję nad polityką zeroemisyjną, która będzie zaciskać pętlę na szyi coraz większej liczbie krajów i ich mieszkańców. Ciekawe w związku z tym, ile i czego – przy okazji swego 10-minutowego pobytu na orbicie – wyemitował w atmosferę Jeff Bezos. Może warto by to wyliczyć, skoro już następni bogacze (Bill Gates i Elon Musk) planują podobne wycieczki.

Warto by też skonfrontować ten fakt z innym, np. z wiadomością, że niektóre stany w Indiach planują dużą akcję sterylizacji (tym razem „dobrowolnej”, ale oczywiście opatrzonej całym systemem przemyślnych „zachęt”). Otóż można zaryzykować twierdzenie, iż istnieje jakiś, i to bardzo niepokojący, związek między ekscesami najbogatszych i sankcjami wobec najbiedniejszych. Stosowny algorytm, jaki może ktoś opracuje, wyglądałby zatem tak: przyjemności tych pierwszych muszą być okupione wyrzeczeniami tych drugich, czyli ile „wyemituje” Bezos, Gates czy Musk, tyle muszą sobie odmówić inni. Choćby nawet oznaczało to, że 10 minut frajdy w kosmosie jednego człowieka kosztuje tyle, ile kilka milionów istnień ludzkich.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ks. prof. Oko – w kwestii formalnej

Media zajmują się sprawą wyroku sądu niemieckiego dotyczącym ks. prof. Oko. I dyskusja rozwija się, ale tylko w kierunku: czym zawinił (Oko sucu ne? – parafrazując tytuł znanego serialu tureckiego) albo nie zawinił ksiądz profesor. Bowiem ani media, ani Ordo Iuris nie pofatygowały się jeszcze, by wytłumaczyć opinii publicznej kwestię formalną, ale chyba dosyć istotną: na jakiej zasadzie sąd niemiecki wydaje wyrok na obywatela innego państwa? Przecież wygląda to kuriozalnie.

No chyba że znów jesteśmy pod okupacją niemiecką. Skoro UE jest „German”, jak pisał w swojej książce Ulrich Beck, to może już i tego należało się spodziewać…

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Min. Niedzielski i jego eksperci – witajcie w Chinach!

Po agresywnym proteście antyszczepionkowców w Grodzisku Mazowieckim min. Niedzielski apeluje o dyskusję i „wzajemne poszanowanie” między zwolennikami i przeciwnikami szczepień.

Tylko że sam nie dopuszcza do dyskusji, o czym świadczy nad podziw jednorodny skład komisji ekspertów i w związku z tym niebywale jednomyślne ich stanowisko, a także jego samego reakcja na wiadomość o śmierci nauczycielki zaszczepionej AZ: „to skandal publicystyczny”. W Chinach też – od początku pandemii – piętnuje się „poglądy szkodliwe społecznie” i zwalcza „komentarze zakłócające porządek publiczny”.

Tylko że piętnując fizyczną agresję antyszczepionkowców ani słowem nie wspomina o słownej agresji ich oponentów, a przecież lekarze dopuszczani do mediów (i tych „reżimowych” i tych „wolnych”) wcale nie dają dobrego przykładu „wzajemnego poszanowania”: dr Grzesiowski nazywa przeciwników szczepień „kompletnymi pajacami”, prof. Maksymowicz uważa, że nie dyskusja z nimi, ale „biczowanie byłoby najlepsze”, a pediatra Ciemięga wyzywa wszystkich myślących inaczej od „idiotów” i „debili”.

Tylko że nie zwraca uwagi, iż emocjonalna, a często na granicy histerii, argumentacja zwolenników szczepień nosi znamiona działań terrorystycznych: są to bowiem (wg definicji) wszelkie działania mające na celu wywołanie strachu w celu zmuszenia do posłuszeństwa. Wypowiedzi dr Grzesiowskiego o spodziewanej IV fali są tego wymownym przykładem: „będzie rzeź”, „krwawe żniwo”, „wirus to odbezpieczony karabin strzelający na oślep”, „niezaszczepieni będą umierać”, „nie łudźmy się, nic innego nie może się wydarzyć”.

W odpowiedzi na zakazy i prześladowania lekarzy mających inne zdanie niż „reżimowi eksperci”, na ubliżanie przeciwnikom, na sianie strachu i terror – reakcja w Grodzisku była, jaka była.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Lockdown i jego konsekwencje

W książce „Małpa w każdym z nas” (2005/15) Frans de Waal pisze: „jesteśmy w znacznym stopniu także istotami społecznymi, które polegają na sobie nawzajem i naprawdę potrzebują interakcji z innymi ludźmi, aby prowadzić rozsądne i szczęśliwe życie. Oprócz śmierci zamknięcie w więziennej izolatce jest najbardziej ekstremalną karą, jaką wymierzamy. Nasze ciała i umysły nie są przeznaczone do samotnego życia. Kiedy brakuje nam towarzystwa innych ludzi, stajemy się beznadziejnie przygnębieni i podupadamy na zdrowiu. W jednym z ostatnich badań medycznych zdrowi ochotnicy, których wystawiono na działanie wirusów przeziębienia i grypy, łatwiej się zarażali, gdy wokół nich było mniej przyjaciół i członków rodziny” (od A.W.)

Jeśli z tego punktu widzenia spojrzeć na miniony, lecz i zapowiadany lockdown, to można nabrać jeszcze większych wątpliwości co do sensu ich wprowadzania. Jest to bowiem skrajna forma izolacji nie tylko przestrzennej, ale przede wszystkim społecznej o dających się przewidzieć bardzo negatywnych skutkach.

I to skutkach nie tylko psychicznych czy medycznych. Wielu socjologów zwraca uwagę, iż prawdziwe życie społeczne to te bezpośrednie formy interakcji, które dokonują się w bliskości zmysłowej. Dla Ferdynanda Toenniesa wspólnota była „psychologicznym odpowiednikiem ludzkiego ciała”. Georg Simmel twierdził, że „każdy zmysł wnosi swój charakterystyczny wkład w budowę uspołecznionej egzystencji”. A współcześnie Michel Maffesoli podkreśla znaczenie cielesności, lepkości i zapachów, całej tej „materialności bycia razem” dla „ładu ukrytego uspołecznienia”, które zawsze musi towarzyszyć relacjom bardziej sformalizowanym. Narzucanie „dystansu społecznego” (wspaniały oksymoron) jest zatem równoznaczne z od-społecznianiem społeczeństwa wraz z wszystkimi tego konsekwencjami.

Na jeszcze inny aspekt multisensorycznego kontaktowania się z innymi zwracał uwagę Denis Diderot w „Liście o ślepcach”. Było dla niego jasne, że również moralność zależy od tego, z ilu zmysłów człowiek korzysta. „Czym różni się dla ślepca człowiek, który oddaje mocz, od człowieka, z którego upływa krew, jeśli nie dobywa się z jego ust żadna skarga? A czy podobnie jak brak wzroku u ślepców nie działa na osłabienie naszego współczucia odległość? Jestem pewien, że wielu ludzi zabiłoby łatwiej człowieka z odległości czyniącej go nie większym od jaskółki niż zarżnęło byka własnymi rękami. Oto, jak dalece cnoty nasze zależą od naszego sposobu odczuwania i od stopnia, w jakim działają na nas rzeczy zewnętrzne!”.

Otóż to. Wystarczy ludziom narzucić dystans, nałożyć im maski, sprawić, by zaczęli postrzegać siebie jako źródło zabójczego aerozolu i ryzyko zakażającego dotyku, a najlepiej – odizolować ich od siebie, by zaistniały wszelkie przesłanki do jeszcze bardziej radykalnej eksterminacji (etymologicznie „ex terminare” znaczyło tylko „usunąć poza granice”). Ci, którzy decydują się na takie kroki, powinni mieć świadomość, dokąd one doprowadzą.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Szczepionki czy broń biologiczna?

Grupa lekarzy, m.in. dr Lawrence Palevsky, dyskutują nad technologią wykorzystaną w szczepionkach przeciw covid-19.

> https://www.bitchute.com/video/p3KOw78MbHOk/

https://www.bitchute.com/video/JtJlqjVD2Hp1/

Jak wiadomo, wykorzystana technologia (mRNA lub adenowirus) oznacza, że organizm ma zacząć sam produkować syntetyczne białko kolca wirusa, a następnie przeciwciała na nie. Służą temu nanocząsteczki („m” to messenger) lub adenowirusy jako nośniki materiału genetycznego. Problem tylko w tym, że z takim białkiem organizm ludzki nie miał nigdy do czynienia, a teraz jest zmuszany, by je wytwarzać. Prowadzi to do zakażenia krwi – wg dyskutantów wszelkie objawy covida to nie są objawy infekcji wirusowej, ale symptom właśnie zakażenia. Takie białko może również, ich zdaniem, pełnić funkcję bioczujnika (gromadzić dane z organizmu, reagować na sieć WiFi, nadawać i odbierać impulsy), w dodatku przenika do różnych organów (mózg, serce, płuca, układ rozrodczy), jest też obecne w wydzielinach organizmu i będzie transmitowane na otoczenie. Dlatego dyskutanci twierdzą, iż osoby zaszczepione stwarzają większe zagrożenie dla niezaszczepionych niż odwrotnie, (a więc należałoby uznać,  że to raczej tych pierwszych powinno się izolować, zachowywać dystans wobec nich, a najlepiej pozamykać ich w odosobnieniu. Niestety, decydenci rozważają zupełnie inne scenariusze).

Wnioski, do jakich dyskutanci dochodzą:
– covid wywołano po to, by można było na masową skalę aplikować takie „szczepionki”
– to nie są szczepionki, ale broń biologiczna (testowana już wcześniej na personelu militarnym)
– należy odwrócić całe dotychczasowe myślenie o „epidemii” (nie chodzi tu wcale o wirusa, ale o to, czego jest on – lub „szczepionka” przeciw niemu – nośnikiem), w tym przypadku „the medium is not the message”.

Jeżeli więc komuś wyrosną antenki na głowie albo zacznie słyszeć różne głosy, niech się nie dziwi; będzie to znak, że szczepionka zadziałała dokładnie tak, jak miała zadziałać.

PS. o skutkach wprowadzenia do organizmu nanocząsteczek traktuje rozprawa doktorska Marty Dziewięckiej z UŚ (katedra Fizjologii Zwierząt i Ekotoksykologii – Katowice 2017). Świerszczom domowym, którym zaaplikowano takie nanocząsteczki, oraz ich potomstwu nie wyszło to na dobre.

Opublikowano Uncategorized | 6 Komentarzy

Cwaniactwo naukowe – c.d.

Nie tylko we wspomnianym w poprzednim wpisie czasopiśmie „Energies” można zauważyć kompromitującą nadaktywność polskich autorów. Drugim takim pismem, w którym odnotowano ostatnio bardzo wiele publikacji badaczy z Polski jest „European Research Studies Journal”.

Jak piszą Marek Wroński w numerze 2/2021 Forum Akademickiego” („Jak zapełnić sloty”) i Piotr Kieraciński w numerze 3/2021 („Special Issue, czyli polska afera międzynarodowych publikatorów”) takie właśnie „badziewne”, ale wysokopunktowane czasopisma upodobali sobie polscy badacze z dziedziny nauk społecznych.

Owszem, zamieszczenie w nich artykułu (sowicie opłacone z publicznych pieniędzy) da autorowi i jego instytutowi sporo punktów, choć coraz bardziej wątpliwe, czy będą one uwzględniane w ewaluacji – zdaniem wielu komentatorów: nie powinny! – ale za to pewne, że nikomu nie przysporzy chwały. To przecież ewidentny dowód nierzetelności naukowej, zwykłego cwaniactwa i malwersacji pieniędzy podatnika, a więc proceder naganny i kosztowny.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Radzenie sobie z rzeczywistością – perspektywa pola akademickiego

„Polska naukowym mistrzem Polski” – pod takim tytułem publicysta „Flamengista” wylicza patologie, do jakich doprowadziła Konstytucja dla Nauki („Salon24” 15 lipca br.) Jak wiadomo, Polacy poradzą sobie w każdej sytuacji, a więc znaleźli też sposób, by „oswoić” reformę Gowina.

Ponieważ wymagane są 4 „dobre” publikacje w okresie poddanym ewaluacji, pojawili się rekordziści, którzy mają ich 4 i więcej każda po 140 punktów.

Ponieważ najłatwiej publikować płacąc za publikacje, w takich właśnie czasopismach niepomiernie wzrosła liczba tekstów polskich autorów (np. w „Energies” w 2018 r. były 83 takie teksty, w 2019 – 238, a w 2020 – 861).

Ponieważ w ocenie parametrycznej ważne stały się cytowania, przybywa ich w zastraszającym tempie: są autorzy, którzy przed 2019 r. mieli ich zero, a teraz chwalą się imponującym indeksem Hirscha.

Ponieważ premiowane jest wieloautorstwo tekstów, powszechną praktyką stała się odgórna presja na dopisywanie nazwisk – któż może się oprzeć sile przekonywania dyrekcji?

Ponieważ publikacje, punktacje i cytowania są najważniejsze, „przodownicy pracy” wyrabiający normę lub ją przekraczający są stawiani za wzór kolegom i dodatkowo nagradzani (motywowani, a raczej korumpowani).

Ponieważ celem istnienia instytucji naukowych stało się nie uprawianie nauki, lecz przetrwanie tych instytucji, systemy oceny pracowników powielają kryteria stosowane do oceny jednostek, choć min. Gowin zarzekał się, że jest to absolutnie niedopuszczalne. Stworzono więc wewnętrzne regulaminy, które przewidują dla każdego pracownika określoną liczbę punktów do wyrobienia, co nie przeszkadza w zwalnianiu niewygodnych osób jeszcze przed poddaniem ich regulaminowej ocenie.

Zjawiska opisane przez „Flamengistę” w makroskali każdy może bez trudu zaobserwować w swoim własnym środowisku. Ale może lepiej przymykać na to oczy, bo jeśli nie, to wypadało by zareagować. A aż tak odważnych – brak.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Maja Staśko versus Paweł Drokowski

Maja Staśko, aktywistka i feministka, wstawiła się za osobą, której nie chciał zatrudnić w swoim lokalu gastronomicznym przedsiębiorca Paweł Drokowski. Wyjaśniając swoje stanowisko przedstawiciel tak promowanej przez socjologów klasy średniej, zastrzegł, że nie chodzi mu bynajmniej o poglądy kandydatki, tylko o poziom jej inteligencji, ta bowiem do swojej oferty załączyła zdjęcie z czerwoną błyskawicą. „Nie zatrudniamy debilek z piorunami na profilowych” – brzmiała jego odpowiedź.

Na szczęście jest wiele innych miejsc – w edukacji, kulturze czy nauce –
gdzie takie osoby bez trudu dostaną zatrudnienie, na pewno nie będą dyskryminowane i  znajdą się w gronie im podobnych. Bo, jak wiadomo, wszystko to są środowiska bardzo tolerancyjne i postępowe.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Kopernik w niebezpieczeństwie!

Ostatnio media podawały, że pewien nauczyciel w Hiszpanii (Jesus Luis Barron Lopez) został zawieszony w obowiązkach i ukarany finansowo dlatego, że na lekcjach biologii mówił uczniom, że istnieją dwie płcie. Słuszna kara za takie herezje, nawet jeśli są zgodne z aktualną wiedzą podręcznikową.

Nie powinno to jednak nikogo dziwić, skoro nawet w instytucjach naukowych można mieć grube nieprzyjemności za podważanie bilansu członkostwa Polski w UE (ale przecież – Szanowny Rzeczniku Dyscyplinarny – dokładnie tak opisują to autorzy Raportu CASE – że „szklanka jest w połowie pełna lub w połowie pusta”), za używanie określenia „neoliberalny dyskurs rasistowski”(ale przecież – Szanowna Dyrekcjo –
jest to termin stosowany przez I. Wallersteina, E. Ballibara, A. Kupera, M. Bobako czy M. Buchowskiego – członka Rady Doskonałości Naukowej), czy nawet za cytowanie zamieszczonej w książce „Mity i symbole nazizmu” definicji symbolu Hitlerjugend – znak błyskawicy (proszę się nie ośmieszać, Szanowna Doktorko, ale jak można czuć się „osobiście obrażoną” tym, co napisane w publikacji naukowej?).

Skoro tak się sprawy mają, tylko patrzeć, jak komuś przyjdzie do głowy zakwestionować teorię helicentryczną Kopernika, który co prawda studiował w Padwie, Ferrarze, Bolonii i na UJ (choć nie było jeszcze wtedy Erasmusa!), ale był duchownym katolickim, piastował stanowisko scholastyka wrocławskiej Kolegiaty, wciąż jeszcze uchodzi za Polaka, no i na pewno nie był kobietą. Czy ktoś taki może mieć rację? Na razie pomnik Kopernika wciąż jeszcze stoi przed Pałacem Staszica, ale w każdej chwili atak może nastąpić znienacka i zdradziecko i to z najmniej spodziewanej strony, bo – od tyłu.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Kolejny młot na min. Czarnka

Akcja Demokracja zbiera podpisy w sprawie votum nieufności dla min. Czarnka.

I tu pierwsza wątpliwość. Przynajmniej od czasów Sokratesa demokracja jakoś nieszczególnie kojarzy się z wolnością myślenia i naukowych dociekań. To przecież właśnie wspaniała demokracja ateńska wydała wyrok na filozofa, ponieważ ten z powodzeniem uprawiał prowokacje intelektualne i moralne, głosił poglądy szkodliwe społecznie i deprawował młodzież.

I druga wątpliwość. Minister Czarnek jest atakowany za to, że domaga się, by różne opcje światopoglądowe mogły być wyrażane przez pracowników naukowych. Otóż na to nie może być zgody, ale z powodów zupełnie innych niż te, które przyjmuje Akcja Demokracja. Uczenie czy instytuty nie są bowiem miejscem lirycznych wynurzeń, a tym bardziej uprawiania światopoglądowego ekshibicjonizmu przez pracowników nauki, obojętne czy będą oni odmawiać różaniec czy też obwieszać się plakietkami z napisem KOD i Konstytucja albo modnymi emblematami (w kolorach tęczy lub czerwonej błyskawicy). Takie rzeczy można oczywiście demonstrować, ale po godzinach i poza miejscem pracy. Rolą każdej odpowiedzialnej dyrekcji jest czuwać nad tym i w razie czego dyscyplinować niesubordynowanych pracowników.

W jednostkach naukowych powinna być dozwolona jedynie dyskusja nad kwestiami naukowymi, ich badanie, omawianie i konfrontowanie, a nie eksponowanie swojej „bebechowatości”, jakby powiedział Witkacy. Psychiczne przeświadczenia to sfera Świata II, a twierdzenia i hipotezy to już Świat III i warto przestrzegać tego rozróżnienia Karla Poppera. Odkrywca swoich oponentów czy nauczyciel swoich uczniów ma przekonać nie żarliwością subiektywnej wiary, ale siłą dowodów i rozumowania.

W naukach ścisłych i przyrodoznawstwie zrozumiano to już dawno. Le Mercier de la Riviere sformułował tę niewzruszoną zasadę następująco: „Euklides to prawdziwy despota, a przekazane nam przezeń pewniki geometryczne są prawami iście despotycznymi” („Porządek naturalny i istota społeczeństwa naturalnego” 1767). Otóż to. Prawda, że 2×2=4 nie jest osobistym poglądem matematyka, lecz aksjomatem dyscypliny, którą on uprawia. Jego prywatne, choćby najgłębsze przeświadczenie nie ma tu nic do rzeczy. „Nawet Bóg nie może sprawić, by dwa razy dwa nie było cztery” – pisał Grocjusz w XVII w., a dużo wcześniej to samo przyznał św. Augustyn: „To bowiem, że 3×3 daje 9, musi być prawdą, nawet gdyby cały ludzki ród chrapał” („Przeciw Akademikom” III,11.25).

W naukach humanistycznych i społecznych sytuacja nieco się komplikuje, ale wobec mnogości sprzecznych teorii zawsze pozostaje droga metodycznego i krytycznego ich rozpatrzenia – bez angażowania w to własnych emocji, poglądów i przekonań. Było to oczywiste dla średniowiecznego mnicha i teologa, Piotra Abelard (1079-1142), który w traktacie „Tak i nie” zebrał sprzeczne twierdzenia najwybitniejszych autorytetów – Ojców Kościoła. Uczynił tak, aby je rozważyć w celu „zaostrzenia bystrości i krytycyzmu myślenia”.

Dzisiejsza nauka nie potrzebuje zatem demokracji, ani tym bardziej jej obrońców, ale przede wszystkim „bystrości i krytycyzmu myślenia”, bo w nich zawierają się elementarne zasady i ethos nauki. Wiedział o tym średniowieczny mnich i teolog, którego najwyraźniej autorytet Kościoła Katolickiego nie krępował tak, jak dzisiejszych wolnomyślicieli ograniczają modne bzdury, poprawność polityczna i głęboko zakorzeniony konformizm.

https://dzialaj.akcjademokracja.pl/campaigns/obywatelskie-wotum-nieufnosci-czarnek?utm_campaign=2021-06-29.1379&utm_medium=post&utm_source=facebook&fbclid=IwAR0QLu_EDzRfqqAup6rL3kkISW6F5WwpvUNdXaGQiMl_Kv3VhIb1HWfIBS8
Obywatelskie wotum nieufności dla Czarnka! /
dzialaj.akcjademokracja.pl

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Czy Mandeville pochwaliłby Macrona?

Rozwiązania zapowiedziane przez prezydenta Macrona wzbudziły obiekcje, ale na pewno nie są to jeszcze wszystkie sankcje dające się pomyśleć w ramach ekonomii moralnej utylitaryzmu. W swojej „Skromnej obronie domów publicznych” Bernard Mandeville (1724) rozważał sytuację, gdy „statek odbywający kwarantannę, o którym wiedziano, że na jego pokładzie jest zaraza, zostaje rozbity przez burzę; niektórzy marynarze ratują się płynąc ku brzegowi; kiedy wychodzą na ląd, rząd każe ich zastrzelić” i następująco oceniał działania takiego rządu: „czyn ten jest sam w sobie morderstwem sprzecznym z zasadami chrześcijaństwa i ludzkości; jeżeli jednak zdrowie i bezpieczeństwo całego narodu zostało zapewnione przez tę zapobiegliwość, to nic w tym dziwnego, że uchodzi ona nie tylko za wybaczalną, ale w najściślejszym rozumieniu moralnym – sprawiedliwą” (Warszawa 2016, s. 74-75).

W czasach spokojnych i bezpiecznych można więc sobie do woli deklamować o złu, jakim jest dyskryminacja, dzielenie społeczeństwa, wykluczanie czy segregacja sanitarna, ale i tak kwalifikacja (a więc i dopuszczalność) czynu zależy od konkretnych okoliczności: poziomu zagrożenia, definicji sytuacji i przede wszystkim rachunku strat i korzyści. Ideały nowoczesnego społeczeństwa liberalnego nie są zatem bezwarunkowe i absolutne, lecz okazują się prostą funkcją jego współrzędnych. Nawet najbardziej bezwzględne i barbarzyńskie rozwiązania będą wdrażane, jeśli tylko rządzący uznają je za słuszne, a eksperci znajdą dla nich naukowe uzasadnienie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Jak jest nauczana matematyka?

Podane w ubiegłym tygodniu wyniki matur cieszą – są niezłe – ale problem z nimi jest taki sam, jak z wynikami egzaminu ośmioklasisty. Okazuje się ponownie, że po roku nauki zdalnej, a więc w warunkach domowych i przy wsparciu rodziców, są nawet lepsze niż kiedy nauka odbywała się w szkole pod okiem nauczycieli. O czym to świadczy?

W przypadku matematyki odpowiedź jest znana od dawna, choć nie znaczy to, że przyjmowana do wiadomości przez nauczycieli przedmiotu oraz tych, którzy ich przygotowują do tego zawodu. Pisze o tym prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska we wstępie do książki „Technologie informacyjno-komunikacyjne w edukacji. 10 pytań do ludzi nauki” pod redakcją prof. Macieja Tanasia (NASK 2020).

Habent sua fata libelli – głosi znane przysłowie. Ta książka też ma swoją historię, choć dotyczy ona czasu jeszcze zanim pojawiła się na rynku i – z dużym opóźnieniem spowodowanym pandemią – dotarła do autorów (czerwiec 2021). Prace rozpoczęte już w 2019 r. nie przewidywały, iż temat wówczas podjęty okaże się – w okresie nauki zdalnej – tak ważny i aktualny. Tymczasem, jak podkreśla prof. Gruszczyk-Kolczyńska: „już na początku zdalnego kształcenia wszyscy zainteresowani edukacją zobaczyli, jak fatalnie prowadzone jest matematyczne kształcenie dzieci w trakcie wzorcowych zajęć pokazywanych w TVP. Ile błędów merytorycznych i metodycznych potrafi popełnić nauczyciel w trakcie jednej – ponoć wcześniej przygotowanej – lekcji matematyki” (s. 7).

W dalszej części wstępu autorka pisze, że już od dawna alarmowała, jak źle jest prowadzona edukacja matematyczna, co sprawia, że o ile na progu nauczania aż 50% dzieci przejawia uzdolnienia w tym kierunku, tuż przed maturą dotyczy to tylko 8-12% młodzieży. Swego rodzaju komentarzem do tej opinii jest wypowiedź jednego z autorów, który wspomina swoje niepowodzenia związane z matematyką: „gdyby w liceum im. J. Lelewela w Warszawie moja polonistka nie wykonała gestu Reytana, to z powodu kiepsko napisanej matury z matematyki pewnie nie otrzymałabym świadectwa dojrzałości” (s. 205). I w ten sposób byłoby o jednego profesora socjologii mniej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Socjolog o szczepieniach

W książce „Piąty wymiar” (2016), poświęconej kulturowej socjologii wiedzy Norberta Eliasa, dla zilustrowania pojęcia „przystawania do rzeczywistości” koncepcji potocznych, ale i naukowych Marta Bucholc daje przykład szczepień. Przypomina, że kiedyś cel masowych szczepień zdefiniowano w Europie jako zmniejszenie częstotliwości występowania lub nawet wyeliminowanie niektórych chorób groźnych ze względu na zdrowotność całej populacji.

Później jednak pojawiły się oznaki odchodzenia od akceptacji powszechnych szczepień, ale ta odmowa nie wynika – jak zaznacza autorka – z niewiedzy, ze względów światopoglądowych czy religijnych, ale dyktowana jest na wskroś nowoczesną, indywidualistyczną perspektywą, która ponad dobro wspólnoty stawia dobro i interes poszczególnej jednostki. Tym samym zdefiniowano na nowo cel medycyny: nie ma być nim już bezpieczeństwo grupowe, populacyjne, ale nieszkodzenie jednostce. Szkoda wynikająca z NOP jest zawsze konkretna, bo dotyczy pojedynczego osobnika, natomiast ogólne bezpieczeństwo wydaje się abstrakcyjne i nazbyt kolektywistyczne.

Jeżeli z tego punktu widzenia spojrzeć na propagandę, jaka towarzyszy szczepieniom na covid, to widać wyraźnie, iż decydenci i eksperci odwołują się do wartości już bardzo zdezaktualizowanych, a nawet więcej – do wartości, które przez wszystkie lata transformacji starano się skutecznie wyperswadować polskiemu społeczeństwu ostro krytykowanemu właśnie za to, że jest za bardzo wspólnotowe i tradycjonalistyczne, a za mało indywidualistyczne i zmodernizowane.

Teraz więc komunitarystyczne i moralizujące nawoływanie do solidarności i odpowiedzialności za innych kompletnie „nie przystaje do rzeczywistości” i, jak widać, nie okazuje się skuteczne. Po pierwszej fali masowych zgłoszeń na szczepienia, spowodowanej zwyczajną paniką i owczym pędem, obecnie widać przede wszystkim instrumentalnie motywowane decyzje – ludzie po prostu chcą wyjechać na wakacje, pójść na imprezę czy do restauracji i tylko po to, by zdobyć odpowiednie zaświadczenie spełniają stosowne wymagania.

W zespole ekspertów powołanym przez Premiera wyraźnie zabrakło dobrego socjologa.

Opublikowano Uncategorized | 5 Komentarzy

I komu tu wierzyć?

Do grona antyszczepionkowców (foliarzy, oszołomów i płaskoziemców) dołączył ostatnio dr Robert Malone – wynalazca technologii mRNA, który zapoczątkował prace nad szczepionkami typu DNA. Twierdzi, że wszystkie te nowe preparaty nie są jeszcze dostatecznie przebadane, ostrzega przed przyszłymi problemami autoimmunologicznymi i zaleca, by nie podawać ich zwłaszcza ludziom młodym.

Po raz kolejny zatem opinia publiczna ma dylemat: wierzyć specjalistom światowej sławy, noblistom i uczonym, którzy wykształcili się i pracują na najlepszych uniwersytetach, czy słuchać rodzimych ekspertów, którzy pobierali nauki na uczelniach zajmujących dość odległe miejsca w międzynarodowych rankingach, Nobla nie dostali i raczej już nie dostaną, a zamiast podejmować merytoryczną polemikę z argumentami ograniczają się do niewybrednych epitetów.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Primum non medicare!

Od początku epidemii zwanej pandemią było widać, że zasadę: „Primum non nocere” lekarze zastąpili inną maksymą: „Primum non medicare”. Dlatego twierdzili, że żadnych leków na covid-19 nie ma i nie będzie.

I nadal tak twierdzą, wmawiając wszystkim, że jedynym ratunkiem są szczepienia. Teraz dodatkowo okazało się, że lepiej odwołać kwarantannę dla zaszczepionych – i to pomimo dużo większej zaraźliwości nowej mutacji – byle tylko nie zniechęcać do szczepień (które są coraz mniej skuteczne wobec kolejnych odmian wirusa).

Ciekawe, czego jeszcze zostaną pozbawieni obywatele, byle tylko zmusić ich do przyjęcia preparatu zwanego szczepionką. I ciekawe, czy ktoś kiedyś za to odpowie.

Opublikowano Uncategorized | 5 Komentarzy

MZ – kolejna wolta w sprawie kwarantanny

Kwarantanna dla zaszczepionych wracających z zagranicy miała być dodatkowym elementem zapobiegającym roznoszeniu wirusa, bo – jak wiadomo – także zaszczepieni mogą być nosicielami i zarażać.

Tak zdecydowały Niemcy już tydzień temu i do dziś nie zmieniono tam zdania – w trosce o obywateli i pomimo ich niezadowolenia. W Polsce wystarczyło kilka godzin, by odwołano taką decyzję, bo „to może zniechęcać do szczepień”. Jak twierdzi dziś MZ „na razie transmisja jest nieduża, głównie u osób po kontakcie z powracającymi z zagrożonych destynacji”.

No właśnie! Trzeba się cieszyć, że na razie jest nieduża i bronić się wszelkimi sposobami, by tak pozostało. Ale nie, skoro dodatkowe obostrzenie miałoby zniechęcać do szczepień, to lepiej je znieść – wtedy na pewno transmisja się zwiększy, przybędzie ognisk choroby, wzrośnie liczba zakażeń i zgonów, a to przekona nawet najbardziej opornych do poddania się szczepieniu.

I w ten sposób będzie można zużyć nagromadzone zapasy szczepionek, które już na wariant Delta są skuteczne najwyżej w 60% (dane z Izraela), a na wariant Lambda (który pojawił się w Australii) być może w ogóle nie zadziałają. Ale przecież najważniejsze, by „wyszczepić populację”.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Zaszczepieni – na kwarantannę!

Ministerstwo Zdrowia ogłosiło, że nawet osoby w pełni zaszczepione po powrocie z kraju, gdzie stwierdzono wariant Delta, mają odbyć dwutygodniową kwarantannę. Tak na wszelki wypadek. Może i słusznie, bo przecież od początku mówiono, że zaszczepieni też transmitują. Ale w takim razie po co ta gadanina o „solidarności” i „troszczeniu się o siebie i o innych”?

Jak widać, szczepienie nie zabezpiecza tych innych (przed zarażeniem, ciężkim przebiegiem choroby, a nawet śmiercią). Co ciekawe, szczepienie nie zabezpiecza też zaszczepionego – wcale i przed niczym, bo przecież zdarzają się także wśród nich zachorowania, groźne powikłania, a nawet zgony. Ale i tu eksperci mają wytłumaczenie: „zgony po szczepieniu to dokładnie to, czego oczekuje się od skutecznego, ale przecież niedoskonałego preparatu” – powiedział na dniach Dawid Spiegelhalter, brytyjski statystyk.

Czegoś takiego to się chyba nikt nie spodziewał! Gdyby od razu tak mówiono, ciekawe czy ktokolwiek zgłosiłby się na szczepienie. A tak kilkanaście milionów ludzi czuje się wystrychniętych na dudka i zadaje sobie pytanie: po co w ogóle jedliśmy tę żabę? Ano, to się jeszcze okaże.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kolejna ofiara Covidu

Coraz wyraźniej widać, że podczas epidemii ucierpiała także jakość debaty publicznej, a zwłaszcza naukowej. Skoro bowiem likwidowane są programy publicystyczne, jak np. red. Pospieszalskiego, pod pretekstem, że prezentują jednostronny obraz sytuacji (choć jeszcze bardziej jednostronne są wszystkie pozostałe programy), skoro Izby Lekarskie zawieszają medykom prawo wykonywania zawodu z powodu poglądów, a nie błędów w sztuce, skoro prof. Maksymowicz uważa, iż „biczowanie byłoby najlepsze” dla osób nie podzielających oficjalnie przyjętej narracji – to chyba dzieje się coś naprawdę złego.

Ten ostatni przypadek jest szczególnie alarmujący, bo należało by oczekiwać, że osoba z tytułem profesora zaproponuje inne postępowanie z oponentem (zwł.z koleżanką po fachu również posiadającą stopień naukowy) niż przemoc fizyczna. W książce „Wiedza obiektywna” Karl Popper pisał przecież: „tylko nauka zastępuje eliminację błędów w drodze gwałtownej walki przez racjonalny krytycyzm bez przemocy. Tylko nauka pozwala zastępować zabijanie (świat 1) i zastraszanie (świat 2) przez bezosobowe argumenty świata 3.” 1992, s. 119).

Jak widać, jego wizja była zbyt idealistyczna. Okazuje się, że zawsze łatwiej jest wyeliminować przeciwnika niż obalić jego racje. Niestety, ale są podstawy, by sądzić, że także w wielu innych środowiskach naukowych triumfuje obskurantyzm, że łatwiej tam zorganizować personalną nagonkę niż merytoryczną dyskusję, że zawsze znajdzie się tam „więcej mnichów niż argumentów”, z czego szydził już Pascal w swoich „Prowincjałkach”.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Enfant terrible brytyjskiej medycyny

Doktor Vernon Coleman, emerytowany lekarz rodzinny, jest znanym antyszczepionkowcem, specjalistą od teorii spiskowych i pogromcą medyków, a raczej konowałów. Nic więc dziwnego, że także w sprawie covid-19 ma swoje zdanie bardzo różniące się od oficjalnego przekazu.

To jeszcze nic, że nie wierzy w tzw. szczepionki, bo uważa iż celowo zostały tak spreparowane, by uśmiercić 90-95% populacji globu, ale w dodatku zapowiada istny sąd ostateczny nad tymi wszystkimi, którzy przyłożyli rękę do propagowania szczepień, tej „broni masowej zagłady”: to „zbrodnia przeciw ludzkości”, twierdzi Coleman.

Jakby tego było mało, radzi tym, którym uda się ustrzec przed szczepieniami, by jak ognia unikali zaszczepionych, bowiem to ci mają być nosicielami szczególnie zjadliwych mutacji wirusa. Może i jest w tym trochę racji, zważywszy na fakt, że (jak już wiadomo) szczepionki nie chronią przed zachorowaniem, za to choroba może przebiegać bezobjawowo, a więc zaszczepieni będą zarażać innych nie mając nawet świadomości tego, że zagrażają osobom z najbliższego otoczenia.

Zgodnie więc z jego opinią, prawdziwa solidarność powinna polegać na wystrzeganiu się preparatów zwanych szczepionkami, natomiast właśnie poddanie się szczepieniu byłoby aktem skrajnego egoizmu i nieodpowiedzialności, a niewykluczone też, że zabójczej (może nawet samobójczej) bezmyślności.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wyniki egzaminu ośmioklasisty

W PolsatNews schowana za maseczką nauczycielka z Krakowa referuje wyniki egzaminów ośmioklasisty swoich uczniów: są lepsze niż poprzednio, a nawet dużo lepsze niż można się było spodziewać „po półtorej roku przerwy” normalnego nauczania.

Teraz każdy rozumie, dlaczego są lepsze, skoro przez półtora roku uczniowie mogli korzystać z pomocy rodziców, a nie takiej nauczycielki. Dobrze, że założyła tę maseczkę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ekspert o maseczkach

Prof. Gut jest przekonany, że maseczki będzie trzeba nosić już do końca świata, a nawet jeden dzień dłużej. Widzi w tym jednak same plusy: maseczki nie tylko uchronią ludzkość przed covidem, ale i całym mnóstwem innych wirusów, a ponad to „mają świetne zastosowanie w treningu mięśni oddechowych, uczą lepszego oddychania, a ich noszenie jest nawet zalecane dla poprawy niewydolności oddechowej” (wiadomości.gazet.pl – 29.VI.2021).

Tylko patrzeć, jak któryś inny ekspert przypomni, że kary cielesne są korzystne dla rozwoju charakterów (o czym wspomina np. G. Hofstede –
„Kultury i organizacje”, s. 151). Niewykluczone, że kolejny doda, iż noszenie kajdan wyrabia kondycję fizyczną – wystarczy wspomnieć galerników i katorżników. I wtedy stanie się jasne, kto nami rządzi.

A jeśli po wakacjach eksperci ponownie zadecydują, by wprowadzić lockdown i pozamykać ludzi w domach, niech pociechą dla wszystkich będzie fakt, że UE właśnie zakazuje chowu klatkowego – bo to przysparza zwierzętom cierpień.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Czy należy chronić zwierzęta przed mową nienawiści?

Takie pytanie postawili sobie J. Milburn i A. Cochrane w artykule zatytułowanym: „Should We Protect Animals from Hate Speach”, który opublikowali niedawno w czasopiśmie Oxford Journal of Legal Studies (31 maja 2021).

Faktycznie, kwestia jak najbardziej warta rozważenia, bo również w języku polskim nie brak powiedzonek, które stawiają zwierzęta w niezbyt korzystnym świetle: „kurzy móżdżek”, „barania głowa”, „ośli upór”, „natrętny jak mucha”, „łże jak pies”, „mieć węża w kieszeni”, „niedźwiedzia przysługa” itd.

Ale przecież bodaj jeszcze gorzej wyrażamy się o przedmiotach: „głupi jak but z lewej nogi”, „bystry jak woda w szafliku”, „nudny jak flaki z olejem”, „guzik prawda”, „wazeliniarz”, „na jedno kopyto” itd. Czy zatem nie należałoby pomyśleć o konsekwentnym zakazie używania mowy nienawiści wobec wszystkich obiektów ożywionych i nieożywionych?

Taką właśnie propozycję mogliby zgłosić polscy naukowcy, którzy w ostatnim roku poprzedzającym ewaluację, powinni wykazać się jak największą kreatywnością w poszukiwaniu tematów, zdolnych zapewnić im publikację na łamach prestiżowych i wysoko punktowanych czasopism zagranicznych. Zawsze to lepsze niż pod presją dyrekcji przerabiać na angielską wersję teksty już publikowane wcześniej po polsku (bo tego zabrania zwykła uczciwość) czy też przykładać rękę do defraudowania skromnych środków publicznych przeznaczonych wszak na uprawianie nauki, a nie na przekupywanie zachodnich redakcji i przedłużanie wegetacji upadających instytutów.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wariant Delta – obawy się potwierdzają!

Jeszcze kilka dni temu prof. Gut z nietajoną satysfakcją zapowiadał, iż jesienią zachorują i wymrą przede wszystkim antyszczepionkowcy. Tymczasem pojawia się coraz więcej doniesień, że wariant Delta aż 6 razy częściej prowadzi do śmierci u osób w pełni zaszczepionych niż u tych w ogóle nie szczepionych (za: Public Health England). W odpowiedzi na to słychać nieudolne tłumaczenia rodzimego eksperta: prof. Kuchar wyjaśnia, że dzieje się tak dlatego, iż wyszczepili się głównie starsi i chorzy, a więc słabsi i mniej odporni, nic więc dziwnego, że wymierają częściej. Ale przecież to właśnie ich „wzięto na pierwszy ogień”, ich namawiano, że powinni się szczepić, ich przekonywano, że to jedyny sposób, by uniknąć – ciężkiego przebiegu choroby i śmierci!

Warto przypomnieć, że już w kwietniu 2021 prof. Adi Stern z Tel Avivu przestrzegała, że zaszczepieni preparatami mRNA aż 8 razy częściej łapią mutacje covid. Także dr Geert Vanden Bosche alarmował WHO, by nie kontynuować akcji szczepień, zwł. w czasie trwania epidemii, bo to spowoduje, iż powstanie „dziki potwór z obecnie cyrkulujących wariantów”. Z kolei prof. Luc Montagnier (noblista) już kilka miesięcy temu wystosował apel do władz Izraela, by zaprzestać szczepień.

I co? I nic. Wciąż przybywa zaszczepionych. I śmiertelnych ofiar też. Ale zwykły człowiek chciałby przynajmniej wiedzieć, czy są to ofiary pandemii czy szczepień?

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Ekologia na chłopski rozum

Pod takim tytułem odbyła się w miniony czwartek dyskusja zorganizowana on line przez Stowarzyszenie „Folkowisko” i Centrum Myśli Jana Pawła II. Tytuł i zamysł dyskusji bardzo słuszne, bo – jak pisał już ponad 20 lat temu prof. Lucjan Kocik w książce „Między przyrodą, zagrodą i społeczeństwem” – to właśnie chłopi, właściciele tradycyjnie prowadzonych gospodarstw, praktykowali z powodzeniem „rozwój zrównoważony” i „zagrodowy recykling” kierując się zwykłą skrzętnością, która nie pozwalała niczego marnować i nakazywała wszystko wykorzystywać jak najlepiej.

Również w stosunku do zwierząt chłopi przejawiali odpowiedni stosunek, daleki zarówno od bezmyślnego okrucieństwa, jak i zwróconego przeciw człowiekowi non-antropocentryzmu, który dziś w nauce nazywany bywa eko-faszyzmem lub eko-nazizmem (Magdalena Hoły-Łuczaj – „Radykalny nonantropocentryzm” 2018). Przejawiało się to w tym, że – jak pisali Thomas i Znaniecki – „nie tylko wszystkie zwierzęta domowe, ale nawet dzikie, mają własną tożsamość, co wyraża się w nadawaniu im imion” (I, 176) oraz w fakcie, iż pogardzano tymi, którzy trudnili się ubojem i oprawianiem zwierząt, jak np. Żydzi (I, 188). Ważnego świadectwa dostarczają też badania empiryczne: przebywający w Żmiącej przez wiele miesięcy prof. Wierzbicki nie stwierdził tam „ani jednego przypadku dręczenia zwierząt”. Ale chyba najwięcej mówiąca jest wypowiedź prof. Jana Szczepańskiego, który w swoich wspomnieniach „Korzeniami wrosłem w ziemię” pisał tak: „gdybym miał jeszcze raz przyjść na świat, to chciałbym w nim być krową u mojej matki”!

Wszystko to, a także typowo chłopską niechęć do przemysłowej eksploatacji przyrody czy choćby maszyn, traktowano jednak jednak najczęściej jako godny pogardy wyraz zacofania, braku racjonalności i relikt magicznego światopoglądu. Równie dobrze jednak można by w tym widzieć orientację określaną jako „wielki łańcuch bytu”, o czym klasyczną już pracę napisał Artur Lovejoy i która dostarcza bodaj najlepszych podstaw dla ekologii, dalekiej od słabości jej wersji „głębokiej”, radykalnej jak i „płytkiej”, instrumentalnej.

Jeśli dodać do tego jeszcze znaną i potwierdzaną w różnych częściach świata prawidłowość, że małe, tradycyjne gospodarstwa są najbardziej wydajne (kilka lat temu BŚ stwierdził, iż małe farmy w Ameryce Łacińskiej są 3-14 razy wydajniejsze niż duże!), a w dodatku nie obciążają środowiska tak, jak czyni to rolnictwo nowoczesne, przemysłowe – to nikt nie powinien mieć wątpliwości co do optymalnego modelu rolnictwa i zasad ekologicznych w XXI wieku.

Właśnie takie doświadczenia, praktyki i „wiedzę lokalną” powinno się krzewić w społeczeństwie, ale należałoby tu korzystać przede wszystkim z szeroko rozumianego dziedzictwa wsi, od której wielu „ekspertów” i naukowców powinno się z pokorą uczyć. Wydawało się, że temu właśnie będzie służyć powołany dwa lata temu przez min. Ardanowskiego Narodowy Instytut Kultury i Dziedzictwa Wsi. Niestety, głosowanie nad „piątką dla zwierząt” zmieniło wiele także tutaj – wszystko wskazuje na to, że pod nową dyrekcją NIKiDW krzewić będzie obraz wsi „roztańczonej i rozśpiewanej”, czyli wielokrotnie już krytykowany folklor, a raczej folkloryzm, nie zaś te najważniejsze i głębokie wartości, jakie wypracowała polska wieś.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Stop aborcji! (kurcząt)

Już kilka miesięcy temu TopAgrar pisał o projekcie federalnej minister rolnictwa w Niemczech, Julii Klockner, zakładającym zakaz niszczenia embrionów kurcząt – „bo czują ból”. Teraz także inne media rozpisują się o tym fakcie, dodając złośliwie, że aborcja ludzkich płodów jest w Niemczech dozwolona do 12 tygodnia…

Ale można też odnieść projekt pani Klockner do czegoś innego. Otóż 11 października 1939 r. niemieckie władze okupacyjne w Polsce wydały rozporządzenie zakazujące bolesnego wiązania drobiu przy sprzedaży na targach. Jarosław Iwaszkiewicz skomentował to w swoich dziennikach następująco: „Warszawa jest bombardowana wraz z kobietami i dziećmi, a tu – nie wiązać drobiu za nogi, bo boli. Czy to nie całe Niemcy w tym rozporządzeniu?”

Otóż to: to właśnie całe Niemcy! A w dodatku – wciąż takie same. I to w najdrobniejszym szczególe, bo nawet ten drób się zgadza.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Parametryzacja – nie taka. Ale jaka?

Dyskusja na temat bibliometrii, punktacji, parametryzacji i ewaluacji (z udziałem prof. Macieja Góreckiego, prof. Emanuela Kulczyckiego i dr Adama Płoszaja) a zorganizowana przez sekcję socjologii nauki PTS (i prowadzona przez prof. Agnieszkę Kolasę-Nowak) była ciekawa i doprowadziła do kilku ważnych wniosków. Przede wszystkim zgodzono się co do tego, iż wprowadzony system trzeba oceniać nie po zamierzeniach, ale po konsekwencjach. Te zaś są więcej niż niepokojące.

Po pierwsze, system jest drogi: same tylko kwoty przeznaczane na opłacanie publikacji w zagranicznych czasopismach, a więc faktycznie na „kupowanie punktów” („fiskalizacja publikacji”) sięgają 50-80 mln zł. A są to pieniądze polskiego podatnika przeznaczone na uprawianie polskiej nauki, która ma służyć polskiemu społeczeństwu, nie zaś dofinansowywaniu zachodnich redakcji. Padały nawet propozycje, by punkty uzyskane za pieniądze (w tzw. open access journals) automatycznie obniżać, i to znacznie – oj, dopiero by się działo! – zaś najwyżej oceniać publikacje w renomowanych wydawnictwach, za które nie trzeba płacić, bo to one płacą autorom (jak np. PWN), a to o czymś świadczy!

Po drugie, system – dzięki kolejnym poprawkom – stał się tak skomplikowany i nieprzejrzysty, że aż absurdalny: bodaj nikt tak do końca nie orientuje się w algorytmach złożonych z liczby N, slotów i ułamków slotów, punktacji za lata 2017-2018 i zupełnie innej za lata 2019-2020, ilości dozwolonych monografii, punktów przyznawanych autorom z tej samej oraz z różnych jednostek itd. W dodatku, przyczynia się on do bardzo bolesnej dekompozycji składowych autorytetu naukowego i pomieszania na skali prestiżu: ceniony badacz, bywa że i członek rzeczywisty PAN, może mieć dużo mniej punktów niż obrotny doktor, a nawet mniej niż przewiduje regulamin oceny pracowników, więc faktycznie kwalifikuje się do zwolnienia itd.

Po trzecie, taki system rodzi ewidentne patologie, bo prowadzi do tego, że naukowcy nastawiają się na pozyskiwanie punktów, a nie na uprawianie nauki, zaś odgórna presja powoduje wypalenie, które na Zachodzie zaowocowało już samobójstwami wybitnych badaczy. Na szczęście, nie wszyscy dyrektorzy i dziekani stosują taką presję – jeden z dyskutantów przyznał nawet, że na niego system działa wręcz odwrotnie, tzn. nie podejmuje decyzji kierując się narzuconymi zasadami, a już na pewno nie myśli o zwalnianiu pracowników z powodu większej lub mniejszej liczby punktów. Jak to dobrze, że przynajmniej niektórzy zachowali zdrowy rozsądek i znają różnicę między kierowaniem instytutem, a zarządzaniem korporacją!

Konkluzja? System, który nie wiadomo po co został wprowadzony (może tylko po to, by urzędnicy w ministerstwie – opłacani dużo lepiej niż naukowcy – mieli co robić, jak to stwierdzono podczas dyskusji) ani do czego ma służyć (zanosi się na to, że do niczego), który jest zagmatwany i w dodatku prowadzi do absurdów i patologii powinien zostać jak najszybciej zaniechany. I zastąpiony – innym systemem. Ale jakim? Na ten temat trzeba będzie podjąć osobną dyskusję.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Parada Równości, tylko te flagi jakieś nie takie…

Jak pisze Pan Pingwin w Salonie24, na Zachodzie postępowe środowiska LGBT postanowiły dodać kolejne kolory do swojej sześciobarwnej tęczy: czerń i brąz ma wyrażać poparcie dla ruchu BLM i sprzeciw wobec rasizmu, błękit, różowy i biały – uznanie osób z zaburzeniami tożsamości płciowej, a żółty trójkąt stał się znakiem obojnactwa.

Tymczasem wczoraj w Warszawie widać było flagi sześciobarwne, co może sugerować, że albo polscy zwolennicy LGBT nie popierają ruchu BLM, nie sprzeciwiają się rasizmowi, nie wspierają osób z zaburzeniami tożsamości płciowej i obojętne jest im obojnactwo, albo też są beznadziejnie zacofani i po prostu nie nadążają za awangardą ruchu. Bo ta już dawno zrezygnowała z określeń „marsze tolerancji” (bowiem domagać się tylko bycia tolerowanym to stanowczo za mało) czy „parady równości” (być równym reszcie społeczeństwa – tym wszystkim moherom, tradycjonalistom i obskurantom – to jakieś nieporozumienie) i używa określenia „parady dumy”!

Zresztą, ten specyficzny mix postępowości i zacofania, sympatii oraz antypatii, inkluzji ale też ekskluzji da się obserwować w całym tym ruchu. Niby to wspiera się tu różne orientacje seksualne, ale bynajmniej nie wszystkie – co np. z pedofilią uznawaną przez niektóre środowiska naukowe za równoprawną orientację, a nie za patologię? Co z kazirodztwem, nekrofilią i zoofilią? Zapewne wszystko to też są skłonności wrodzone i nie do przezwyciężenia, a jednak spotykają się z odrzuceniem ze strony środowisk LGBT.

O kompletnym braku konsekwencji świadczy też fakt, iż tak postępowe i nowoczesne osoby zamiast głosić niczym nie skrępowaną miłość wszystkich do wszystkich i wszystkich ze wszystkimi, zamiast propagować wolne związki, życie w trójkątach czy nawet promiskuityzm – szczytem swoich marzeń uczyniły stadło małżeńskie w jego najbardziej tradycyjnej, drobnomieszczańskiej postaci, a najlepiej takie pobłogosławione przez księdza w kościele i chowające gromadkę dzieci.

I jak tu traktować ich poważnie?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Ach, ten lęk…”

„Ach, ten lęk…” śpiewała Barbara Krafftówna w „Kabarecie Starszych Panów”, chodziło tam jednak o relacje damsko – męskie:

„Ach, ten lęk, żeński lęk, co mną władnie,
Niech przez wdzięk, męski wdzięk twój przepadnie.
Z twoich żył do mych żył przelej burzę –
Nie mam sił, nie mam sił bać się dłużej…”.

Dziś chodzi oczywiście o zupełnie inny lęk, bo o ten spowodowany epidemią covid-19, a dodatkowo wzmagany przez „siewców lęku”, którzy przekonują, że to pandemia, z której nie udzie żyw nikt, kto się nie zaszczepi. Oglądając wystąpienia rządowych ekspertów (a innych specjalistów ani media „reżimowe”, ani tzw. wolne media nie dopuszczają do głosu) można odnieść wrażenie, że wszyscy oni to psychopaci i sadyści – z taką satysfakcją obwieszczają swoje apokaliptyczne wizje, straszą i piętnują jakiekolwiek odchylenie od własnej wizji rzeczywistości, choć ta nie zawsze pokrywa się z opinią wybitnych ekspertów zagranicznych.

Dziś trzeba się więc bać przede wszystkim coronawirusa, jego kolejnych mutacji, a „czarnego grzyba” nawet bardziej niż kiedyś „czarnego luda”. Trochę mniej, jak przekonują eksperci, należy się bać NOP-ów (łącznie ze śmiertelnym zejściem po szczepionce, bo to przynajmniej będzie spowodowane jakimś niedomaganiem organizmu, a nie infekcją covid w jej najgorszym przebiegu).

Jeśli dodać do tego zwykłe, całoroczne straszenie – piratami drogowymi, smogiem, globalnym ociepleniem, a choćby podwyżką cen za wywóz śmieci – oraz sezonowe straszenie (kleszcze roznoszące boreliozę, barszcz Sosnowskiego, czerniak spowodowany słońcem) itd., to niewykluczone, iż jedyną sensowną reakcją na to wszystko stanie się w którymś momencie stwierdzenie: „nie mam sił bać się dłużej”, a więc przestaję się bać czegokolwiek i co mi zrobicie? Ciekawe, co z tego wyniknie i jak na to zareagują „siewcy strachu”?

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Dzień wolności podatkowej i co z tego wynika

Ten dzień przypada zwykle gdzieś na połowę czerwca, ale w tym roku jakoś o nim nie słychać. A oznacza on, że o ile do tego dnia każdy pracował na utrzymanie państwa, to dopiero po tym dniu zaczyna pracować dla siebie. Specjaliści twierdzą więc, że los współczesnego podatnika jest nawet gorszy niż dola chłopa pańszczyźnianego, bo ten musiał odpracowywać „na pańskim” średnio 156 dni w roku, a obywatel dzisiejszego państwa świadczy tę daninę jakieś 173 dni, o ile nie dłużej (tak przynajmniej szacowano te powinności w 2010 r. w Centrum im. Adama Smitha).

Oczywiście, pod wieloma względami sytuacja obywatela różni się od położenia poddanego, chociażby tym, że ten drugi narażony był na przemoc fizyczną i na różne sposoby ograniczana była jego wolność, np. do przemieszczania się („chłop przypisany do ziemi”) czy do bezstronnego sądu.

Ale i dziś można znaleźć pewne analogie. Wprawdzie obecnie pracodawca nie atakuje fizycznie podwładnego (wyjąwszy takie przypadki, jak relacjonowane przez media kilka lat temu pobicie i zrzucenie ze schodów profesora przez jego rektora w pewnej szkole wyższej, nota bene – pedagogicznej!), ale – aby już pozostać przy szkolnictwie wyższym –
także dziś na mocy ustawy rektor może zabronić profesorowi podjęcia pracy w innej uczelni, co bardzo przypomina relacje feudalne i narusza podstawowe wolności konstytucyjne (prawo do dysponowania swoją osobą i własnością – np. intelektualną oraz czasem wolnym) oraz zasadę równości wobec prawa (skoro łączenie etatów w innych profesjach nie jest zakazane) itd. Aż dziw, że obrońcy konstytucji o to się nie upomnieli, choć wśród nich nie brak właśnie profesorów! Również dziś pracownik instytutu naukowego, jeśli chce zgłosić przypadek mobbingu, to owszem, może to zgłosić – ale swojemu dyrektorowi. A co, jeśli to akurat dyrektor jest winien mobbingu? Wówczas sytuacja przypomina jako żywo tę, gdy chłop pańszczyźniany mógł wnosić skargę na swego pana – do swego pana!

Dlatego tak modne ostatnio użalanie się nad niedolą chłopa pańszczyźnianego powinno przede wszystkim budzić refleksję nad kondycją dzisiejszego pracownika. Jak słusznie bowiem zauważa Hilaire Belloc: „większość ludzi bardziej się dziś boi utraty zatrudnienia niż jakiejkolwiek kary prawnej, a środkiem dyscyplinującym ludzi w ich współczesnych formach aktywności jest lęk przed zwolnieniem z pracy” („Państwo niewolnicze” 2020, s. 90). A dzieje się tak z tego powodu, że „środki dające możność przeżycia zależą od woli posiadaczy własności. Posiadacze ci mogą je nieposiadającym zapewnić i mogą im też je cofnąć. Realną sankcją w naszym społeczeństwie nie są kary wymierzane przez sądy, ale odebranie przez osoby posiadające środków do życia osobom nieposiadającym”. Tego zaś chłop pańszczyźniany nie musiał się obawiać, bo to on dzierżył w ręku środki do życia, a w dodatku miał zagwarantowaną (przynajmniej prawnie) opiekę pana na wypadek klęski żywiołowej, nieurodzaju czy innych niepomyślnych zdarzeń.

Czy zatem da się jednoznacznie zbilansować plusy i minusy, blaski i cienie ludzi żyjących w różnych czasach i warunkach? Pewnie nie. Ale warto przynajmniej próbować czynić takie zestawienia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

BLM: klękać czy nie klękać

Chyba to pytanie zdominuje obraz Euro’2021 (oczywiście poza dramatyczną sceną zasłabnięcia Christiana Eriksena), ale ważniejsze niż kwestia klękania lub nie wydaje się pytanie, które nie pada w tym kontekście: dlaczego akurat klękanie? Dlaczego nie jakiś inny gest wyrażający szacunek, ubolewanie czy poczuwanie się do winy za rasizm, niewolnictwo lub prześladowanie? Z jakiego powodu więc właśnie klękanie, gest wpisany w chrześcijaństwo i kulturę euro-atlantycką, a nie dowolny gest wyrażający to samo w którejś z innych wielkich religii monoteistycznych?

Czy tylko biali chrześcijanie byli winni instytucji niewolnictwa, handlu niewolnikami i wykorzystywania ich w systemie kolonialnym? Przecież nierzadko czarnych w Afryce zaprzedawali w niewolę ich wodzowie i kacykowie. Niech więc dzisiejsze elity Czarnego Lądu też się ukorzą. Zresztą nie tylko czarni doświadczali niewolnictwa: jak przypomina Adam Leszczyński („Ludowa historia Polski”, s. 63 i n.), niewolnictwo było też silnie rozwinięte w krajach słowiańskich, a szczególnie intensywnie handel niewolnikami rozkwitał w państwie pierwszych Piastów. Być może nawet sam Mieszko I, a na pewno jego władycy sprzedawali niewolną ludność kupcom arabskim, zaś w późniejszych wiekach Tatarzy masowo brali w jasyr polską ludność, która trafiała następnie do Imperium Ottomańskiego i na Bliski Wschód. Jeśli natomiast chodzi o najważniejsze potęgi kolonialne takie jak Holandia czy Ameryka, to tutaj najważniejszą rolę – co przypomina Werner Sombart – odgrywali Żydzi z racji swoich zasobów finansowych i przedsiębiorczości. W książce „Żydzi i życie gospodarcze” Sombart pisze więc: „w tej ekspansji kolonialnej żydzi odegrali wybitną, jeśli nie rozstrzygającą rolę” (s. 26), bo już „środków materialnych dla ekspedycji Kolumba dostarczyli żydzi” (s. 28), nic więc dziwnego, że „przewaga żywiołu żydowskiego w przemyśle plantacyjnym przetrwała aż do XVIII w.” (s. 30), że w Brazylii to żydzi „stali się kastą panującą” (jw.), i to właśnie żydzi mieli bodaj największy udział w budowaniu potęgi Stanów Zjednoczonych, a więc imperium kolonialnego (s. 33).

Jeśli więc nawet uznać, że boisko sportowe jest odpowiednim miejscem do demonstrowania poglądów i kajania się za grzechy przodków, to akurat takie samy powody jak biali chrześcijanie powinni mieć śniadzi muzułmanie oraz wyznawcy judaizmu. Jednak dziwnym trafem wybór lewicowych ideologów (którzy zgodnie z rasizmem a’ rebours ukuli hasło „Black Lives Matter”) padł na chrześcijaństwo. Jakaś obsesja, zwykła ignorancja a może wyrachowanie dyktowane przeświadczeniem, że nie z każdym warto zadzierać i rzucać go na kolana.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Finanse i praworządność

Pomysł powiązania finansów z praworządnością miałby ewentualnie sens, ale tylko wtedy, gdyby potraktować taką regułę jako obowiązującą powszechnie i stosowaną symetrycznie. To znaczy, nie tylko UE mogłaby uzależniać przekazywanie funduszy krajom członkowskim zależnie od oceny ich praworządności, ale także odwrotnie: państwom członkowskim przysługiwałoby to samo prawo oceny, czy w UE rzeczywiście dobrze się dzieje i czy w związku z tym można bądź nie przekazywać jej składki.

Ale najwyraźniej czegoś takiego nie przewidziano – i słusznie, a na pewno przezornie – bo przecież wiadomo od dawna, że sama UE nie spełnia kryteriów, jakie stosuje wobec swoich członków do tego stopnia, że – jak to ujął Philippe Schmitter w znanym tekście „Jak zdemokratyzować UE?”: „gdyby zatem zgłosiła akces do samej siebie, po prostu nie zostałaby przyjęta”.

Uzależnianie wypłat od oceny praworządności mieści się jednak doskonale w pierwotnych planach UE, które dobitnie wyartykułował Walter Hallstein – pierwszy przewodniczący KE, a nieco wcześniej wybitna postać życia politycznego III Rzeszy (P. de Villiers – „Kiedy opadły maski” 2019, s. 176 i n.) To on, wielki nazistowski profesor, prawdziwy ojciec zjednoczonej Europy, autor wszystkich najważniejszych traktatów, już w 1962 r. tak pisał o wizji przyszłego wspaniałego świata: „sama natura tego świata wymaga redefinicji naszego zwykłego rozumienia ‚polityki’ i ‚gospodarki’, a być może nawet usunięcia granicy semantycznej dzielącej oba te pojęcia” (cyt. za: Luuk van Middelaar – „Przejście do Europy” 2011, s. 22). W ten sposób dyskurs obywatelski został zastąpiony dyskursem biurokratycznym z jego urzędniczym funkcjonalizmem i procedurami, a wizja „Europy ludzi” bliska Coudenhove-Kalergi, czy późniejsza „Europa ojczyzn”, zeszła faktycznie na drugi plan, choć wciąż z powodzeniem służy do mydlenia oczu co bardziej naiwnym i mniej wyrobionym politykom.

Słusznie więc w tym kontekście przypomina Middelaar, że dyskurs nie służy do opisu rzeczywistości, lecz do jej kreowania, że „w mowie kryje się dyscyplinowanie działające już na poziomie słów” i że nawet nauki „nie potrafią się uwolnić od tego cichego przymusu słów” – wykorzystując te słowa tworzą wiedzę, ale wiedza (jak wiadomo za Foucaultem) jest zawsze narzędziem władzy. Od naukowców można by jednak oczekiwać świadomości tego faktu, niestety, najczęściej klepią oni swoje banały o korzyściach integracji bez cienia refleksji, pamięci historycznej i odpowiedzialności.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Przemysł okrucieństwa” czy społeczna mnemotechnika?

W swojej nowej książce „Chamstwo” Kacper Pobłocki określa mianem „przemysłu okrucieństwa” system folwarczno-pańszczyźniany, a szerzej –
cały układ stosunków społecznych, który jego zdaniem stanowił prolog do współczesności. Ta nie zawsze dostrzegana i w ten sposób diagnozowana genealogia współczesności, a więc rozwoju kapitalizmu, nowoczesnych społeczeństw i tym podobnych rzeczy, które dziś są wysoko cenione, dotyczyła jednak nie tylko chłopstwa, ale wszystkich grup, warstw czy stanów.

Przekonuje o tym choćby lektura „Pamiątek Soplicy” Henryka Rzewuskiego –
najlepszego bodaj w literaturze polskiej wyrazu sarmatyzmu, szlacheckiego republikanizmu i typowo polskiego patriotyzmu. Otóż niemal w każdej z gawęd można znaleźć opisy dolegliwych kar fizycznych wymierzanych przez szlachtę nie poddanym, ale członkom swojej rodziny, uczniom w szkole, młodzieńcom pełniącym służbę na dworze magnata itd. I tak wyprawiając krewnego w świat wuj, poza drobną kwotą na drogę, dobrymi radami i błogosławieństwem, nie omieszkał odliczyć mu swoją własną ręką 25 batogów ze słowami: „abyś zawsze, służąc u pana i opiekuna twojego nie zapomniał, jakie są prawa opiekuńskie” (1978, s. 71). Na wielkim dworze było podobnie: choć wszyscy dworzanie byli „obywatelskimi dziećmi lub sami obywatelami, to „pan podstoli wendeński często sypał im plagi na kobiercu” (s. 73). Niejakiego Tadeusza Rejtana w szkole jezuickiej sam rektor ćwiczył za przewiny, miarkując się tylko tym, „by mu zdrowia nie nadwątlił”(s. 207). Nawet szlachcic mógł wsypać „pięćset łóz” innemu szlachcicowi z byle powodu – jakiegoś zatargu czy kłótni – co wywoływało oburzenie tylko wtedy, gdy byli równi co do majątku i pozycji i żaden z nich nie pozostawał na służbie u drugiego. To dlatego pan Scypion starł się z panem Rysiem, który chciał mu z powodu byle żartu „wytatarować skórę”: „Jak ty śmiesz batogami straszyć szlachcica, co nie twój chleb je?” – wykrzykiwał do przeciwnika (s. 298).

Zgłębiając genealogię moralności Fryderyk Nietzsche podkreślał ogromne znaczenie stosowanych przez wieki „środków mnemonicznych”: kamienowanie, łamanie kołem, wbijanie na pal, rozdzieranie końmi, gotowanie w oliwie lub winie, darcie pasów itd. Wszystko to stosowano, by nauczyć człowieka życia w społeczeństwie (odpowiedzialności, dotrzymywania słowa, przestrzegania praw) i tworzenia kultury (tak wychowano „naród myślicieli” – pisze Nietzsche – czyli Niemców). „Tylko to, co nie przestaje boleć, zostaje w pamięci”, „za pomocą takich przykładów narzuci się w końcu pamięci kilka zasad, by żyć wśród korzyści, jakie daje społeczność”, „rozum, powaga, panowanie nad uczuciami, cała ta posępna sprawa zwana rozwagą, wszystkie te przywileje i błyskotki człowieka – jakże drogo trzeba je było opłacić! Ileż krwi i zgrozy leży na dnie wszystkich ‚dobrych rzeczy’… – tak podsumowuje swoje rozważania Nietzsche („Genealogia moralności” 1904, s. 62-64).

Mimo stopniowego poluzowywania obostrzeń i łagodzenia obyczajów nie wolno zapominać, iż społeczeństwo, a zwłaszcza państwo z jego monopolem na użycie legalnego przymusu, a nawet przemocy, zawsze może wrócić do dawnych, wypróbowanych i skutecznych metod zaprowadzania porządku. Póki co, na razie wystarcza tylko świadomość takiej możliwości.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Białorusini, „ten okropny podnaród”

Polscy politycy, i to różnych opcji, mają dziwną skłonność, by wspierać słabe kraje, niewydarzone społeczeństwa i ich najbardziej nawet szemranych przedstawicieli, o ile tylko można w ten sposób zademonstrować wrogość wobec Rosji.

Tak było z niejakim Kuczmą, na którym ciążyły zarzuty także kryminalne, z Saakaszwilim zajmującym nader niejasną pozycję czy z Juszczenką, bohaterem pomarańczowej rewolucji gloryfikującym przywódcę band UPA. Teraz przyszła pora na hołubienie białoruskich opozycjonistów, którzy –
tak jak przedtem ukraińscy – swoje patriotyczne dążenia artykułują najchętniej w nienagannym języku rosyjskim lub po angielsku.

Na ile są wiarygodni, pokazują ostatnie wydarzenia: wystarczy ich przycisnąć, a już (jak Roman Protasewicz) wypierają się wszystkiego –
„to jeszcze dziecko”, słusznie mówi jego matka – albo (jak Cichanouska) przejawiają kompletny brak wyrobienia politycznego i najwyraźniej działają w myśl hasła „opozycjoniści wszystkich krajów, łączcie się!”.

Ciekawe, jak by to skomentował Giedroyć, który w listach do Miłosza zarzucał mu: „zawsze twierdziłem, że jesteś apostatą; żaden Litwin, Żmudzin, a zwykły, spolonizowany Białorusin. Z wszystkimi cechami tego okropnego podnarodu” (list 462).

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Teorie spiskowe bywają prawdziwe

Jeśli chodzi o wyjaśnienie źródeł pandemii, to ponad rok od jej wybuchu sprawy wracają do punktu wyjścia, to znaczy zaczyna się na poważnie rozważać tezę, iż wirus jednak został sztucznie zmanipulowany i przez czyjąś nieuwagę (albo i nie) wydostał się z laboratorium w Chinach.

https://www.theguardian.com/commentisfree/2021/jun/01/wuhan-coronavirus-lab-leak-covid-virus-origins-china

To samo jednak twierdził już rok temu prof. Luc Montagnier, badacz wirusa HIV, laureat nagrody Nobla w dziedzinie medycyny za rok 2008, ale wtedy skrytykowano go i obśmiano.

Oby za jakiś czas znów nie okazało się, że miał rację także w kwestii preparatów zwanych „szczepionkami”, kiedy ostrzegał, że:
– covid-19 nie jest wcale tak zaraźliwy i zjadliwy, jak się twierdzi, bo jak na razie atakuje i zabija najsłabszych
– aplikowane całemu światu „szczepionki” będą obniżać odporność naturalnego układu immunologicznego człowieka, a więc przyczynią się do śmierci także tych silniejszych
– prowadzone na globalną skalę eksperymentalne „szczepienia” nie zatrzymują wirusa, lecz prowadzą do powstawania coraz to nowych i groźniejszych jego mutacji, które wyeliminują nawet tych najsilniejszych.

Oby też nie okazało się prawdą to, czego już prof. Luc Montagnier nie twierdził, ale co jest mu przypisywane, a mianowicie, że wszyscy zaszczepieni umrą przed upływem dwu lat. Ale – jak to zwykle bywa w takich sprawach – czas pokaże.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Demokracja a dogmatyzm – paradoksalne zależności

Na wczorajszym seminarium prof. Joanny Kurczewskiej w IFiS PAN omawiano wyniki badań prof. Iwony Jakubowskiej-Branickiej nad związkami demokracji i dogmatyzmu. Tezą wyjściową tych szeroko zakrojonych badań porównawczych prowadzonych w wielu krajach było, iż respondenci ze „starych demokracji” będą bardziej demokratyczni, a ci z byłych państw totalitarnych – bardziej dogmatyczni, ale w miarę postępów demokracji w ich krajach także tu zaznaczy się wzrost poparcia dla demokracji. Przez „mentalność demokratyczną” rozumiano postawy takie jak liberalizm światopoglądowy, legalizm czy tolerancja przeciwstawione konformizmowi społecznemu, wyuczonej bezradności i roszczeniowości czy kolektywizmowi.

Okazało się jednak, że pomiędzy tak zdeklarowanymi biegunami jak USA, z jednej strony, a Bułgaria czy Rosja, z drugiej, rozciąga się obszar niekonsekwencji i paradoksów. Z jednej bowiem strony Francja (i to konsekwentnie w przypadku każdej z analizowanych kolejno skal) prezentowała bardzo umiarkowane postawy „demokratyczne”, co mogłoby podawać w wątpliwość jakość demokracji w tym kraju. Z drugiej zaś strony dwa nagłe wzrosty poparcia dla wartości demokratycznych w Polsce (w latach 2005-2007 oraz po 2015 r.) mogłyby oznaczać, iż właśnie w tych momentach w Polsce demokracja nagle rozkwitała, gdyby nie to, że były to akurat okresy rządów PiS…

Dlatego dyskutanci musieli szukać innych wyjaśnień, podważających wyjściową tezę, i sugerowali, że to właśnie zetknięcie się społeczeństwa z bardzo niedemokratycznymi rządami PiS wywołało tęsknotę za demokracją (efekt „bumerangowy”). Ale z kolei przyjęcie takiej interpretacji stawiałoby w niekorzystnym świetle fakt poparcia demokracji w „starych demokracjach”, bo a nuż ktoś zechciałby wyciągnąć na tej podstawie wniosek, że tam od dawna jest jednak coś nie w porządku z demokracją („represywna desublimacja” Marcusego).

Mylność generalizacji uniwersalnych, zawodzących w odniesieniu do lokalnych przypadków, ale też tych lokalnych, gdyby chcieć je stosować wobec szerszego obszaru, pozostawia bodaj jedno tylko dopuszczalne wyjaśnienie: „W zasadniczych postawach życia społecznego jest coś, czego nie rozumiemy – pisał Chałasiński w pracy „Antagonizm polsko-niemiecki” – co wymyka się racjonalnej, logicznej analizie, co stanowi o zasadniczo irracjonalnym charakterze podstawowych źródeł życia społecznego w ogóle” (s. 44).

Wątpliwe jednak by takie wyjaśnienie, sugerujące konieczność wyrzeczenia się rozumu, zyskało akceptację socjologów.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Akademickie kłamstwa, czyli strategie wytłumiania

Już w czerwcu ukaże się w księgarniach nowa książka Kacpra Pobłockiego zatytułowana „Chamstwo” w pięknej i starannej edycji wydawnictwa „Czarne” (Wołowiec 2021). Jest to studium „pańszczyźnianego świata” napisane z perspektywy tych, którzy podlegali opresji tego ustroju, a których Maria Dąbrowska nazwała Wielkimi Niemowami. Autor odnajduje jednak wiele świadectw wyrażających nie „etyczny”, lecz „emiczny” punkt widzenia – oddaje mianowicie głos tym, którym tego głosu odmawiano nie tylko w przeszłości, ale też w pisaniu o tej przeszłości.

W „Posłowiu” Kacper Pobłocki wylicza rozmaite – stosowane również w nauce – „strategie wytłumiania”, które sprawiły, że „groza pańszczyzny” (porównywalna z realiami niewolnictwa, czemu jednak po wielekroć zaprzeczano) została skutecznie zatarta, a jej ofiary – „wygumkowane” z historii i świadomości społecznej, a raczej sprowadzone do uwłaczających stereotypów. Owe strategie wytłumiania to przede wszystkim pomijanie lub negowanie tego, co niewygodne, to eufemizmy i takie dobieranie słów, by zatrzeć znaczenie powszechnych praktyk, to symetryzm (byli źli panowie, ale byli też dobrzy), to racjonalizacja, metaforyzacja, indywidualizacja i psychologizacja, to wreszcie statystyczne uśrednianie (niektórym chłopom było lepiej, a innym gorzej, więc średnio mieli nieźle).

To wszystko kłamstwa, stwierdza Pobłocki, ale jeśli „podane w postaci argumentu w akademickiej debacie, więc łatwiej je strawić”. Dlatego swoją książkę nazywa próbą otwierania nowych okien: używania takich pojęć, które pozwolą wykroczyć poza horyzonty dotychczas toczonej debaty o polskim społeczeństwie, poza dominujące szlachecko-inteligenckie imaginarium i poza przekonania o nadzwyczajnych walorach klasy średniej jako promotora nowoczesności. Ta bowiem nie jest dziełem przedsiębiorczych i ascetycznych protestantów, jak chciał Max Weber, ale konsekwencją niewolnictwa, przemocy i rasizmu-klasizmu. „To nie rewolucja przemysłowa, lecz przemysł okrucieństwa stanowi prolog do współczesności” – podkreśla Pobłocki (s. 37).

Warto, by to przesłanie dotarło do wszystkich badaczy społecznych. Zwłaszcza tych zajmujących się polską wsią, którzy wciąż stosują utarte klisze pojęciowe i, co gorsza, nie dopuszczają nawet myśli o ich stronniczości i kompromitującym anachronizmie.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Czy można wierzyć nauce?

Nauce nie można ani nie należy „wierzyć”, bo wiara odnosi się do tego, co rozumowo nie daje się ogarnąć. Dlatego Tertulian mawiał: „Credo quia absurdum” – gdyby treści wiary nie były absurdalne z racjonalnego punktu widzenia, wystarczyłoby je zrozumieć.

Dlatego ataki na wszystkich przeciwnych szczepieniom i domaganie się od nich, by uwierzyli nauce są kompletnie pozbawione sensu. Nauka polega przecież na ciągłym sceptycyzmie, czyli na podawaniu w wątpliwość nie tyle zdroworozsądkowych mniemań czy nawet ewidentnych bredni, ale na ustawicznym podważaniu własnych ustaleń. „Prawdziwa nauka zawsze musi być gotowa do samobójstwa, żeby odrodzić się w nowym kształcie” – pisał Ortega y Gasset („Idee…” s. 20). Dokładnie o tym samym traktuje wpis na blogu filozofa:

http://filozofiawpraktyce.pl/niewiedza-pulapki-myslenia-i-zaufanie-do-nauki-dlaczego-czesc-ludzi-nie-chce-sie-szczepic-przeciw-covid-19/

W przeciwnym razie nauka wyradza się we własne przeciwieństwo: zaczyna być dogmatyczna, operuje „zdegenerowanymi programami badawczymi” (Imre Lakatos), jej przedstawiciele zastygają w archaicznych formach mentalnych, a instytucje nauki zaczynają przypominać instytucje totalitarne – trzebiące każdy ślad niezależnego myślenia i prześladujące inaczej myślących zamiast podejmować z nimi dialog.

Tak więc wracając do kwestii szczepień: źle się dzieje, że nie ma otwartej debaty prezentującej różne stanowiska (a za każdym z nich stoi niemała grupa wybitnych specjalistów). Już na początku epidemii dr Geert Vanden Bossche (jeden z najbardziej znanych badaczy szczepionkowych na świecie) wystosował apel do WHO, w którym przestrzegał, że masowe szczepienia mogą zaowocować tym, co nadmierne stosowanie antybiotyków spowodowało w przypadku bakterii: że „powstanie dziki potwór z obecnie cyrkulujących wariantów”. Następnie zespół dr Reinera Fuellmicha (związany z Partią Zielonych w Niemczech) stwierdził, iż szczepienia preparatem niedostatecznie przebadanym to eksperyment łamiący art. 32 Konwencji Genewskiej i naruszenie kodeksów norymberskich, bo kwalifikuje się jako „zbrodnia przeciw ludzkości”. A ostatnio głos zabrał rabin Chananya Weissman protestujący przeciw terrorowi szczepionkowemu w Izraelu i wyłuszczający 31 – całkiem sensownych – powodów, dla których nie da się zaszczepić (31 reasons why I wont take the vaccine).

Skoro zatem nie można wierzyć nauce (bo w wielu sprawach dotyczących epidemii zmieniano już – i to zasadniczo – zdanie), to czy należy się szczepić? Tu już każdy powinien pomyśleć za siebie, a przede wszystkim nie agitować za ani przeciw, zwłaszcza jeśli nie jest specjalistą. Można też zdać się na los: rzucać monetą albo ciągnąć zapałki. Wszystko lepsze niż bezmyślne powtarzanie argumentów, o których nie ma się bladego pojęcia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Komu wyją syreny?

Dzwon, jak wiadomo, zawsze bije tobie. A komu wyją syreny? Chyba tak samo. Otóż dwa albo trzy dni temu w Warszawie zawyły syreny. Okazało się, że to tylko ćwiczenia „Renegade/Savex-21” koordynowane przez Dowództwo Rodzajów Sił Zbrojnych, a więc mieszkańcom stolicy nic do tego. Skoro jednak zostali zaalarmowani, może byłoby dobrze, aby wiedzieli – na wypadek, gdyby alarm nie był „na niby”, tylko „na serio” – co należy robić poza miotaniem się w panice.

Tymczasem nikt nic nie wie: ani gdzie i czy w ogóle są jakieś schrony, ani co zabrać ze sobą opuszczając mieszkanie, ani jak się zabezpieczyć, ani w ogóle nic. Pewnie – w razie czego – służby porządkowe informowałyby o tym na bieżąco, ale tylko wtedy, jeśli łączność nie zostałaby wcześniej zerwana…

Za PRL-u społeczeństwo żyło w poczuciu ciągłego zagrożenia konfliktem zbrojnym i każdy wiedział przynajmniej tyle, że w przypadku ataku jądrowego powinien nakryć się prześcieradłem i czołgać w kierunku najbliższego cmentarza. Teraz nawet tego nie wie: brak informacji, nie organizuje się szkoleń i praktycznych ćwiczeń – wszyscy żyją w błogim poczuciu bezpieczeństwa i w przeświadczeniu, że jeśli coś się wydarzy, to obronią nas polskie siły zbrojne, terytorialsi, no i oczywiście NATO.

A przecież kilka dni temu miała miejsce awaria bloków energetycznych w Bełchatowie, dziś zapalił się tam taśmociąg, a TSUE wydało nakaz natychmiastowego zamknięcia kopalni Turów. Czy to wszystko jest kwestią przypadku, czy może mamy już do czynienia z wojną hybrydową, która lubi się przeplatać z epizodami charakterystycznymi dla wojny konwencjonalnej? Wojny toczono zawsze o zasoby: terytorialne, ludzkie, energetyczne. Dziś Polska staje się obiektem ataków nakierowanych na ten ostatni element niezbędny do należytego funkcjonowania każdej zbiorowości. Czujność jest więc wskazana, dyplomacja – potrzebna, gotowość militarna – jak najbardziej, ale też świadomość społeczna – wręcz niezbędna. By po syrenach nie rozległ się dźwięk dzwonu.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pakiet Wolności Akademickiej – komu nie pomoże

Pakiet Wolności Akademickiej przygotowany przez min. Czarnka na pewno nie pomoże już Johnowi Watkinsowi z London School of Economics, wybitnemu filozofowi i metodologowi nauk, któremu karierę złamały feministki. Nie pomoże też Rogerowi Scrutonowi, odsądzanemu od czci i wiary przez lewicujących akademików, za to, że – jak sam pisał – nie ukrywał swoich poglądów, przez co jego życie było znacznie ciekawsze niż to sobie zamierzył („Jak być konserwatystą”). I raczej nie pomoże prof. Rimie Azar z uniwersytetu w Sackville w Kanadzie, która niedawno została usunięta z pracy za podanie w wątpliwość tezy lansowanej w jej otoczeniu i zgodnej z polityczną poprawnością, że Kanada jest państwem rasistowskim.

https://bambisafkar.ca/

New Brunswick professor suspended following ‘discriminatory conduct’ allegations – The Globe and Mail, https://www.theglobeandmail.com/canada/article-new-brunswick-professor-suspended-following-discriminatory-conduct/

Ale niewykluczone, iż Pakiet Wolności Akademickiej choć trochę pomoże tym naukowcom w Polsce, którzy mają inne poglądy niż ich koledzy i z tego powodu podlegają ostracyzmowi środowiskowemu: koledzy piszą na nich donosy (że np. ktoś brał udział w konferencji smoleńskiej), rzecznicy dyscyplinarni raz po raz wzywają ich na dywanik, dyrektorzy instytutów usiłują cenzurować ich wypowiedzi, a wreszcie zwalniają z pracy. I dzieje się tak nawet wtedy, gdy te poglądy są wsparte cytatami pochodzącymi z prac uznanych zagranicznych autorów, a więc znajdują uzasadnienie w cenionych publikacjach naukowych.

W sytuacji, gdy sam widok książki zawierającej poglądy inne niż te, popularne w danym środowisku, wywołuje tylko krzyk, agresję i potępienie, chyba rzeczywiście nie ma innego wyjścia, jak to proponowane w Pakiecie. Alternatywą bowiem może być już nie tylko zamykanie ust tym, którzy je czytają i chcą na ich temat dyskutować (jak to często dzieje się obecnie), ale palenie takich książek, a niewykluczone że także ich autorów i czytelników. Każdy sposób jest więc dobry, by uniknąć takiej ewentualności i uniemożliwić powrót do mroków średniowiecza.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dzień Wolności Chłopskiej

Na pamiątkę likwidacji pańszczyzny w Galicji Stowarzyszenie „Folkowisko” po raz kolejny zorganizowało Dzień Wolności Chłopskiej. Jednym z elementów tych obchodów była dyskusja on-line, która odbyła się 15 maja i dotyczyła kilku kwestii. Na przykład, czy pamięć o pańszczyźnie powinna być częścią tożsamości zbiorowej dzisiejszych potomków chłopów? Czy pisana w ten sposób „ludowa historia Polski” nie staje się tylko prostym odwróceniem historii oficjalnej i czy nie epatuje zanadto martyrologią chłopstwa kosztem podkreślania ich zróżnicowanego statusu, (mimo wszystko) podmiotowości i sprawczości oraz różnych strategii radzenia sobie z opresyjną rzeczywistością? Czy wreszcie refleksja nad poddaństwem nie powinna w większym niż dotąd stopniu dotyczyć także drugiego członu tej szczególnej relacji społecznej, jakim było poddaństwo?

Co o mentalności folwarcznej dałoby się więc powiedzieć dziś w odniesieniu do potomków szlachty, zwłaszcza tej drobnej, zagrożonej pauperyzacją, tej, która dała początek współczesnej inteligencji (według Chałasińskiego – produktu degradacji społecznej), a więc tym elitom, które – dokładnie tak jak ich przodkowie – są służalczy wobec postawionych wyżej, a w stosunku do tych, których uważają za gorszych od siebie przejawiają pogardę?

Cała ta „chamofobia” – język pogardy, mowa nienawiści, neoliberalny dyskurs rasistowski, jaki od początku transformacji był obecny w debacie na temat polskiej wsi, to właśnie wyraz tego, podszytego obawą przed deklasacją i przeświadczeniem o własnej lepszości nastawienia „elit” wobec „mas”. Wszystko to robi wrażenie jakichś rytualnych obrzędów mających na celu utrwalenie społecznych różnic, dystansu i dystynkcji, które zatraciły już swój sens i nie są niczym więcej jak post-stanowym przeżytkiem, reliktem minionej rzeczywistości, przejawem „autonomii funkcjonalnej”, o której Simmel pisał, iż utrzymuje ona pewne zjawiska i postawy społeczne „nawet mimo zaniku uczuć czy też praktycznych okoliczności będących pierwotnym czynnikiem ich powstania” („Socjologia” 1975, s. 477).

Pół biedy, jeśli zajmują się tym dziennikarze, ale co robić, gdy –
sprzeniewierzając się ideałom obiektywizmu i wolności od wartościowania – tak samo postępują badacze społeczni. Pokazują tym samym, że nie dorośli do deklarowanych przez siebie wartości i że w aparaturę pojęciową socjologii czy psychologii społecznej daje się wmontować tendencyjne założenia, sprzyjające piętnowaniu i wykluczaniu określonych grup społecznych.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pandemia: dyskurs i procedury sanitarne

Ci, co protestowali przeciwko noszeniu maseczek, utrzymywaniu dystansu lub obowiązkowi kwarantanny, a teraz oburzają się na propozycję „paszportów covidowych” muszą mieć świadomość, iż nie są to jeszcze wszystkie środki zaradcze, jakie do tej pory wypracowano w celu zapobiegania epidemiom.

Broniąc się przed zagrożeniem ze strony innych populacji (np. migrantów), a nawet członków własnych społeczeństw, Europejczycy od dawna stosowali wymyślne systemy oznaczania, izolacji, dezynfekcji oraz środki prewencji (w rodzaju kołatek, którymi musieli posługiwać się trędowaci, ostrzegając zdrowych przed swoim nadejściem). Żeby nie wykraczać daleko w przeszłość, wystarczy wspomnieć Niemcy Republiki Weimarskiej, gdzie zdecydowano się budować stacje sanitarne, które imigrantów ze wschodu poddawały dezynfekcji i dopiero potem wydawały im zaświadczenia medyczne, niezbędne do uzyskania wizy wjazdowej do Niemiec i Europy Zachodniej.

Jak pisze Johann Chapoutot, cały cywilizowany świat (przynajmniej od czasów odkryć Pasteura i Kocha) przykłada wagę do tego, by rodzima populacja nie była narażona na drobnoustroje i wirusy, zwłaszcza te mało znane lub nowe, a więc szczególnie dla niej zabójcze: „stacje odwszawiania w Republice Weimarskiej są analogiczne do kwarantanny i dezynfekcji narzucanych przez USA na Ellis Island imigrantom z Europy, a zwłaszcza z Europy Wschodniej” („Nazistowska rewolucja kulturalna”, s. 307). Dezynfekcja polegała na rozbieraniu, kierowaniu do łaźni, a tam zamiast wody i mydła używano tlenku węgla (fumigacja).

Te same procedury stosowali naziści na okupowanych terenach, wykorzystując dla ich uzasadnienia „ciężką artylerię dyskursywną”: „Wschód to ziemia brudna, zamieszkała przez zacofanych Słowian i roznoszących choroby Żydów, a także ziemia biologicznie skażona. Szerzą się tam choroby nieznane w Niemczech, kraju czystym, rządzonym przez lekarzy, ojczyźnie Roberta Kocha i szczepionek. Postępy w higienie i nauce uczyniły z Niemców zdrowy naród, co jest niezwykle pozytywne, ale też niebezpieczne, gdyż niemieckie organizmy straciły odporność…” (s. 284). Dlatego ostrzegano Niemców przed dotykaniem wszelkich przedmiotów (nawet klamek w drzwiach) czy korzystaniem z ogólnie dostępnej wody lub żywności, zaś miejscowa ludność (zwłaszcza żydowska, która „przez swój fatalny stan higieny i maniakalny nomadyzm” była odpowiedzialna za rozprzestrzenianie się chorób) powinna być oznaczana, izolowana i poddawana kwarantannie, najlepiej przez tworzenie gett jako koniecznego środka sanitarnego. Na murach getta pojawiały się więc napisy: Uwaga! Ryzyko epidemii! Wstęp wzbroniony!”(s. 288).

Ten sanitarno-medyczny dyskurs rodził patologiczną psychozę i prowadził do bardzo konkretnych działań: masowego używania na terenach wschodnich miotaczy ognia, które pozwalały niszczyć na odległość domy bez konieczności dotykania klamek, tworzenia kolejnych gett pod pretekstem zapobiegania epidemii tyfusu, a także poddawania ludności żydowskiej dezynfekcji radykalnej, z której nikt nie uchodził z życiem, ale za to (jak na przełomie 1941 i 1942 r.) udawało się osiągnąć „trwały spadek krzywej zachorowań”. Aby utrzymać tę pomyślną tendencję, „wiosną 1942r. obozy zagłady w Polsce zaczynają mordować europejskich Żydów setkami tysięcy, a następnie milionami, co w nazistowskiej logice pozwala opanować epidemię tyfusu” (s. 310) – pisze Chapoutot.

Trwająca już drugi rok pandemia covid-19 niewątpliwie pozwoli przetestować skuteczność towarzyszącego jej dyskursu. O jego potencjale performatywnym świadczą stosowane dziś określenia, proponowane bądź narzucane rozwiązania, a nade wszystko używana argumentacja, która coraz więcej decyzji pozwala uzasadniać naukowo: sanitarną, medyczną i biologiczną koniecznością ochrony zdrowej, karnej i zdyscyplinowanej części populacji przed zagrażającą jej nieodpowiedzialną i niezdolną do racjonalnego osądu całą resztą.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Covid i rosyjska grypa

Proces szczepień postępuje. Tylko patrzeć, jak kolejne kraje osiągną taki sam – imponujący i uznawany za bezpieczny – odsetek zaszczepionych jak na Seszelach, ale niewykluczone, że z takim samym skutkiem (im więcej zaszczepionych, tym więcej infekcji). Co nie zmienia faktu, że zarówno szczepienia, jak i inne sposoby radzenia sobie z pandemią (lockdowny, maseczki, dystans społeczny itd.) mają swoich zwolenników, ale i przeciwników.

Większość argumentów „za” i „przeciw” jest już znana, ale nie wszystkie zostały dostatecznie przeanalizowane. Jedną z okoliczności, które powinny skłonić do ponownego przemyślenia stosowanych środków rozważał już rok temu Matt Ridley w artykule „Could the key to COVID be found in the Russian pandemic?” („Spectator”). Autor przypomniał, że w latach 1889-1992 przechodziła przez Europę pandemia, co do której sądzi się dziś, że mogła być spowodowana przez koronawirusa pokrewnego dzisiejszemu. Świadczyć o tym mają podobne objawy, statystyczne prawidłowości (liczba zarażeń, odsetek ciężkich przebiegów i zgonów) oraz fakt – omawiany przez prof. M. Sanaka („DGP” 24.IV.2021) – że u część dzisiejszej populacji stwierdzano obecność antyciał przeciw covidowi jeszcze zanim ten się pojawił! Musiały więc zostać przekazane przez przodków, którzy przechorowali tamtą infekcję. Ridley pisze, że (jak każda pandemia) także „rosyjska grypa” rozchodziła się po świecie i nawracała w kolejnych latach, ale za każdym razem w łagodniejszej formie. Dlatego stawia pytanie: a jeśli lockdown (a niewykluczone, że i inne stosowane dziś środki) hamują ten naturalny proces? Dlatego w zakończeniu swego artykułu stwierdza: nasz los jest jasny –
nawet bez lockdownu itp. covid-19 wygaśnie, potem powróci, ale będzie coraz łagodniejszy, aż wreszcie stanie się jedną z sezonowych, uciążliwych, ale niegroźnych infekcji.

Ta konkluzja sugeruje też, co może się stać, jeśli dzisiejszy koronawirus będzie zwalczany nieodpowiednimi środkami. Wówczas, zarówno dla współczesnych, ale też dla potomnych, skutki mogą być opłakane. Niewykluczone nawet, że lockdown, a zwłaszcza praktykowane dziś na skalę globalną szczepienie wszystkich – bez uprzedniego rozeznania, kto może być zaszczepiony, a kto w żadnym razie nie powinien – zostanie w przyszłości uznane za zbrodnię przeciw ludzkości. Ale najpierw trzeba będzie doświadczyć wszystkich konsekwencji podejmowanych dziś działań.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O przemocy w akademii

Wczorajsza dyskusja zorganizowana przez Monitor Akademicki dotyczyła przemocy w akademii i temu, jak jej zapobiegać. Można było odnieść wrażenie, że nikt z zabierających głos nie miał wątpliwości, kto dopuszcza się przemocy, a kto jest jej ofiarą. Ponieważ uniwersytety to instytucje profesjonalne, konserwatywne i hierarchiczne, przemocy dopuszczają się wyłącznie wykładowcy wobec studentów, mężczyźni wobec kobiet oraz ci, co mają jakąkolwiek przewagę w stosunku do słabszych.

Wszyscy oni dopuszczają się więc przemocy behawioralnej, seksualnej bądź werbalnej: prowadzący zajęcia niewłaściwie zachowują się wobec studentów (a w dodatku często „żerują” na ich pracach popełniając plagiat); mężczyźni molestują kobiety (choćby usiłując „skraść im całusa”); heteronormatywni nie wiedzą, jak zwracać się do heteronienormatywnych (czym ranią ich głęboko i upokarzają). Dlatego należy wprowadzić jak najwięcej precyzyjnych i drobiazgowych regulacji prawnych, powoływać ombudsmanów (a czemu nie ombudswomanki?) i dodatkowo organizować szkolenia: w dużo szerszym zakresie i oczywiście obowiązkowe, bo przecież pracowników sektora usług edukacyjnych należy wdrożyć do tego, by świadczyli te usługi, a więc usługiwali swoim klientom tak, jak ci klienci sobie tego życzą.

Co jednak z przypadkami, gdy to studenci nie potrafią się odpowiednio zachować, wyrażać, a nawet ubierać na zajęcia? Kilkanaście lat temu zwrócił na to uwagę prof. Zbigniew Rykiel wykładający geografię w Bydgoszczy. Ale został natychmiast przywołany do porządku: studenci poczuli się „upokorzeni”, a władze uczelni udzieliły mu nagany z ostrzeżeniem i pozbawiły funkcji kierowniczej.

Dalej, co z sytuacjami (autentycznymi!), gdy to studentki molestują profesorów i wyzbywając się wstydu oraz bielizny zasiadają w pierwszym rzędzie auli wykładowej nie po to, by lepiej chłonąć wiedzę, ale po to, by eksponować – widoczne nad, ale i pod pulpitem – swoje obnażone wdzięki?

Co wreszcie z nagminną praktyką określania kobiet „socjolożkami”, „psycholożkami” itd. choć w języku polskim rodzaj męskoosobowy odnosi się też do kobiet, choć w słownikach poprawnej polszczyzny nie ma (jeszcze) takich słów i choć niekoniecznie wszystkie kobiety sobie tego życzą?

To wszystko nieważne, bo przecież uniwersytety mają stać się ośrodkami reedukacji „leśnych dziadków” (i zapewne „leśnych babć” też), gdyż to nie oni, ale młodzi wszystko wiedzą lepiej, czują głębiej i są bardziej wrażliwi. A na pewno są bardziej zmotywowani, by zmieniać świat według własnego widzimisię.

PS. Na stronie MA fotografia anonsująca dyskusję: prawa pięść uderza w lewą otwartą dłoń, a więc prawica atakuje lewicę. Teza: nigdy odwrotnie. Jakie to wymowne.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

PIN – Polski Interes Narodowy

Z okazji Święta Konstytucji 3 Maja wypowiadają się zapraszani do mediów eksperci. Wśród nich prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski, znany ze swej nieprzejednanej postawy wobec Rosji i utożsamiający polski interes narodowy ze wspieraniem dążeń niepodległościowych Ukrainy, ale i Białorusi. Takie wypowiedzi skłaniają do zadania zasadniczego pytania: jaki powinien być Polski Interes Narodowy i czy czasem nie powinno powstać ugrupowanie mające taką właśnie nazwę. PIN – brzmi dobrze.

Przekonanie, że to cudze interesy wyznaczają polskie (a nie odwrotnie) i warte są wspierania tylko dlatego, że przeciwstawiają się „dążeniom mocarstwowym” Rosji, to niebezpieczny pogląd, który sprawia, iż Polska nie prowadzi właściwie żadnej polityki zagranicznej ze swoim najpotężniejszym wschodnim sąsiadem, że coraz bardziej zraża go do siebie, a w dodatku czyni to mając niczym nie uzasadnione nadzieje na wdzięczność państw, które tak protekcjonalnie, w gruncie rzeczy, traktuje, a zwłaszcza licząc na ewentualną lojalność zachodnich sojuszników. Co także jest rachubą niczym nie uzasadnioną.

Przypomina o tym wiersz z dwudziestolecia międzywojennego: bardzo aktualny dziś w kontekście rosyjskiej okupacji Krymu, okupacji trwającej nadal przy obojętności państw zachodnich (w tym również sygnatariuszy Układów z Mińska) zdolnych – jak zwykle – jedynie do wyrażania ubranej w dyplomatyczne słowa dezaprobaty.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Akcesja do UE – kolejna rocznica

Dziś, czyli 1 maja, przypada kolejna rocznica akcesji Polski do UE. Ale czy to ze względu na pandemię, czy też z innych powodów, nawet najwięksi jej zwolennicy (a więc ci, którzy „przystąpienie” interpretują jako „wstąpienie”, a zasadę wyższości prawa europejskiego – „superiority”, mieszają z zasadą zwierzchności – „supremacy”) – nawet tacy euroentuzjaści nie świętują tak, jak do tej pory. Zresztą, na dobrą sprawę, niezbyt jasne jest, jak w 2004 r. Polska mogła przystąpić do UE, skoro dopiero Traktat Lizboński z 2007 r. faktycznie powołał do życia UE nadając jej osobowość prawną, a Wspólnota Europejska, kontynuatorka jeszcze wcześniejszej EWG, została ostatecznie zlikwidowana dopiero w 2009 r. Ale po co czepiać się szczegółów? Wszak architekci integracji europejskiej zawsze słynęli z umiejętności formułowania traktatów „drobiazgowo dwuznacznych”, jak pisze Philippe de Villiers w książce „Kiedy opadły maski” – s. 128.

Wraz z upływem czasu przybywa jednak publikacji pokazujących genezę i funkcjonowanie UE w mniej korzystnym świetle niż to prezentowała oficjalna propaganda. I tak Jan Zielonka pisze bez osłonek o zbieżności struktur UE i nazistowskich Niemiec („witajcie w IV Rzeszy” – w pracy „Kontrrewolucja”), Ulrich Beck nie kryje, że obecna Europa to „German Europe”, a historycy przypominają fragment oficjalnego dokumentu zatwierdzonego przez Helmuta Kohla w 1994 r., w którym trudno nie usłyszeć pogróżki: „jeśli integracja europejska nie postępowałaby naprzód, Niemcy mogliby się uważać za powołanych lub zmuszonych względami na własne bezpieczeństwo do osiągnięcia stabilizacji swą własną i tradycyjną drogą” (Jerzy Chodorowski – „Rodowód ideowy UE”).

Obok tych analiz, pokazujących jak bardzo ideologia oraz plany i działania UE przypominają projekty nazistów, nawiązujących zresztą do odbudowy potęgi Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (Peter Berger –
„Rewolucja kapitalistyczna”) warto też uwzględnić tezy zawarte w książce de Villiers. Autor bestselleru o korzeniach UE pokazuje, że Ojcowie Założyciele (jak Jean Monnet i Robert Schumann) oraz czołowi architekci integracji (jak Walter Hallstein) byli zaangażowanymi nazistami bądź przynajmniej sympatyzowali z nazizmem. Na pewno żaden z nich nie był „oponentem brunatnej zarazy”: Monnet inspirował się myślą szkoły z Uriage, czyli Vichy, a FBI podejrzewało go o pranie nazistowskich pieniędzy, Schumann był ministrem w rządzie Petaine’a, a Hallstein to znacząca osobistość III Rzeszy i bardzo zaangażowany nazista. „Europeizm wzrastał karmiony mlekiem kolaboracji i nazizmu” – podsumowuje de Villiers (s. 264).

Dlatego każdy, kto zechce dziś świętować akcesję Polski do UE, a choćby zanuci oficjalny hymn zjednoczonej Europy, czyli „Odę do radości” (jak przypomina Żiżek – była to oficjalna pieśń państwowa w III Rzeszy), niech się wpierw zastanowi, co tak naprawdę w tej Unii tak mu się podoba i co właściwie chce świętować. Wszak refleksyjność jest podobno znamieniem współczesności, a zwłaszcza nowoczesnego Europejczyka.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nieprzewidziane Odczyny Poszczepienne

Już niedługo będzie można (jak zapewnia rząd) zaszczepić się praktycznie wszędzie: w aptece, na lodowisku, a może i na stacji benzynowej. Tylko – z jakim skutkiem? Co do tego ciągle nie ma pewności.

>>>> Na łące opodal krzaczka
>>>> Mieszkała kaczka-dziwaczka,
>>>> Lecz zamiast trzymać się łąki
>>>> szukała dobrej szczepionki.
>>>> Raz poszła więc do tawerny:
>>>> „Dajcie mi fiolkę Moderny!”
>>>> Tuż obok była apteka,
>>>> „Poproszę Astra Zeneca!”
>>>> Udała się do dilera:
>>>> „Chciałabym dawkę Pfizera!”
>>>> a potem, nienasycona:
>>>> „Gdzie tu dostanę Johnsona?”
>>>> Zaś w kącie obok śmietnika
>>>> nabyła porcję Sputnika.
>>>> Martwiły się inne kaczki:
>>>> „Co będzie z takiej dziwaczki?”
>>>> Aż nagle znalazł się kupiec:
>>>> „Na obiad można ją upiec!”
>>>> Pan kucharz kaczkę starannie
>>>> Piekł, jak należy, w brytfannie.
>>>> Lecz zdębiał, obiad podając, bo z kaczki zrobił się zając – >>>> miał Wi-Fi, czip i walonki…
>>>> Takie to były szczepionki!
>>>> 😈😈😈
>>>>
>>>>

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Uniwersytet: wizje, instytucje, ludzie

W piątek oddział łódzki PTS zorganizował interdyscyplinarną dyskusję na temat reform szkolnictwa wyższego. Profesorowie: teoretyk literatury Jarosław Płuciennik, socjolog Agnieszka Dziedziczak-Fołtyn, ekonomista Piotr Urbanek oraz Piotr Drygas z KKHP zaprezentowali różne wizje uniwersytetu (tradycyjną, humanistyczną i korporacyjną, pragmatyczną), a także ocenę dotychczasowych reform, które można określić jako „kolonizację świata nauki według całkowicie obcej mu logiki” przez jej otoczenie (społeczne i rynkowe), co wiąże się z postępującą „wewnętrzną alienacją” świata akademickiego.

I referaty, i dyskusja pokazały, iż naukowcy wprawdzie dobrze radzą sobie z analizą i diagnozą zachodzących przemian, ale kompletnie nie potrafią im przeciwdziałać; w dodatku skupiają się tylko na dwu ich wymiarach, tzn. na wizjach (projektach, ideałach) i na rozwiązaniach instytucjonalnych, natomiast zaniedbują pytanie o ludzi, którzy w tym procesie uczestniczą albo w roli aktywnej – jako jego architekci („kolaboranci systemu” wg określenia F. Furediego), albo w roli pasywnej – jako osoby podporządkowane, a raczej bezwolnie podporządkowujące się narzucanym rozwiązaniom. Tymczasem ten trzeci aspekt wydaje się nieodłączny od pozostałych, a może nawet kluczowy, świadczy bowiem dobitnie o formacie ludzi zajmujących się dziś w Polsce nauką.

Każdy, kto przepracował na uniwersytecie choćby kilka, kilkanaście lat, musiał zauważyć stopniowe ograniczenia wolności, jakie wiązały się z wprowadzanymi reformami. Mimo liberalnej retoryki stanowiły one od początku drastyczne uszczuplenie autonomii nauki i naukowców. Przepisy dotyczące „liczby N” i możliwości zatrudnienia oznaczały, iż – w dobie proklamowanej wolności gospodarczej i swobody rozporządzania własną osobą na rynku pracy – akurat pracownicy naukowi stali się nie tyle podwładnymi, ale właściwie poddanymi rektora (bo tylko on – niczym feudalny właściciel ziemski – mógł decydować, czy pozwoli im na dodatkową pracę, czy też będzie egzekwował wyłączną lojalność). Skomplikowane zasady punktacji i parametryzacji skorumpowały pracę naukową odejmując jej walor bezinteresowności i swobody wyboru kierunku badań czy miejsca publikacji wyników. Wreszcie postępująca biurokratyzacja spowodowała, że kadra naukowa została zdegradowana do roli pracowników administracyjnych i technicznych. Nic bardziej żałosnego i żenującego jak widok profesora zmagającego się z USOS-em, wypełniającego sylabusy zgodnie z idiotycznymi zasadami KRK lub uczestniczącego – bez cienia sprzeciwu – w pracach komisji rekrutacyjnych podczas urlopu!

Niestety. Większość kadry naukowej uniwersytetu – tak wyczulona na punkcie swej wolności światopoglądowej – z heroicznym konformizmem znosiła i znosi nadal ograniczenia swej wolności wynikające z formalnych i technologicznych rozwiązań. A przecież taki np. USOS (jak pokazuje w kapitalnym studium Krzysztof Abriszewski – w pracy zbiorowej „Ludzie i nie-ludzie” 2011) nie został wprowadzony niczyją decyzją, a tym bardziej nie poprzedziła tego żadna demokratyczna dyskusja w środowisku. Wystarczyła atmosfera paniki, pośpiechu i „wszechobecnego, anonimowego nacisku” (s. 337), któremu potulnie poddali się nie tylko urzędnicy na uczelniach, ale i cała profesura.

„Jesteśmy bezbronni wobec tych procesów” – powiedział ktoś podczas piątkowej dyskusji. Bezbronni, bezsilni czy bezradni? Ale jak to? Elita intelektualna kraju nie potrafi poradzić sobie z zamachem na wolność nauki i na własną pozycję? Wybitni specjaliści od retoryki i argumentacji, znawcy wszelkich technik manipulacji i propagandy, badacze instytucji i organizacji, teoretycy obywatelskiego nieposłuszeństwa i eksperci mający w małym palcu, jak trzeba organizować ruchy społeczne – wszyscy oni nie wiedzą, jak się to robi? Na ile są zatem wiarygodni w roli nauczycieli swoich studentów, w roli profesjonalistów zabierających głos w mediach czy wreszcie w ulubionej przez siebie roli autorytetów głoszących wartości takie jak autonomia nauki, jednostkowa wolność i podmiotowość, liberalizm i demokracja?

„Lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach” – pisał Czesław Miłosz w „Traktacie moralnym”. Sądząc po nikłym oporze, jakim wykazuje się środowisko naukowe od niemal 20 lat, składa się ono z osobników o bardzo obłych kształtach. Ot, takie zwykłe otoczaki, którymi każda władza turla, jak chce.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Wolność nauki i jej zagrożenia

Dzisiejsza debata IFiS skupiła niemal 150 osób, a jako paneliści wypowiadali się prof. Duszyński, Prezes PAN, prof. Kolarska-Bobińska (b. minister nauki), prof. Mężyk (KRASP) oraz prof. Nowak, historyk (UJ).

I chyba dobrze się stało, że dyskusja dotyczyła bardziej zagrożeń wewnętrznych, generowanych przez same środowiska naukowe, niż tych zewnętrznych, których dostarcza władza różnych szczebli, otoczenie biznesowe czy presja biurokracji, choć to o tych drugich chętniej rozprawiają naukowcy. Domagając się od państwa wolności i tolerancji, często zapominają, iż nierzadko sami ograniczają wolność swoich kolegów (pisząc donosy do władz uczelni, cenzurując ich wypowiedzi czy blokując w swoim gronie merytoryczną dyskusję i zastępując ją nagonką na myślących inaczej). Prof. Rychard słusznie więc zacytował Gouldnera, który pisał, iż uczony, który wygraża władzy politycznej, prezydentowi i ministrom, a łasi się własnemu dziekanowi czy dyrektorowi, nie jest wcale obrońcą wolności akademickiej, czy tym bardziej osobą autonomiczną i zasługującą na szacunek.

Polskie środowiska naukowe nie są w łatwej sytuacji; ktoś z dyskutantów nazwał nawet wybór między liberalno-menedżerskim projektem min. Gowina, a narodowo-katolickim min. Czarnka – „wyborem tragicznym”. W dodatku za jednym i za drugim stoją pełne arogancji oraz ignorancji siły polityczne, które (jak było za poprzedniego ministra) arbitralnie zlikwidują dyscyplinę naukową w rodzaju antropologii albo (jak za obecnego ministra) ogłoszą nową – np. biblistykę. Również po opozycji nie można się niczego dobrego spodziewać: propozycja Borysa Budki, by zlikwidować historyczne wydziały, a najlepiej całą humanistykę – mówi sama za siebie.

O tym jednak, że każda władza lubi się panoszyć, wiadomo nie od dziś. Ale czemu milczy się o tym, że środowiska naukowe tak łatwo poddają się tej presji, i to niekoniecznie politycznej (akurat ta budzi stosunkowo największy opór), ale np. tej systemowej, biurokratycznej – wszystkie dotychczasowe reformy polskiej nauki przyczyniały się do budowania neo-liberalnego porządku „kapitalizmu akademickiego” i menedżeryzmu, rozrostu punktozy i formatowania umysłów naukowców przez coraz bardziej skomplikowane procedury i zasady aplikowania o projekty, sporządzania sprawozdań, a nawet pisania tekstów. Czemu nie piętnuje się „mentalności poddańczej” środowisk naukowych, które bez mrugnięcia okiem od lat biorą na siebie obowiązki pracowników administracyjnych, a nawet fizycznych, zgadzają się na pracę podczas urlopu (np. w komisjach rekrutacyjnych) i na wiele innych sposobów obniżają prestiż naukowca? Czyżby wiedza, która jest wszak w posiadaniu tak wybitnych specjalistów, nie nadawała się do efektywnego zastosowania? Co zatem jest warta ta wiedza i ci, co nią dysponują?

W wypowiedziach młodszych dyskutantów pojawił się dodatkowo wątek „konformizmu” i „oportunizmu” środowisk naukowych, co kiepsko świadczy o ich kondycji moralnej, a także o nikłej sprawczości. „Za słabo reagujemy, za późno się zorientowaliśmy, po raz kolejny przegraliśmy walkę o fundusze” – przyznał w podsumowaniu prof. Duszyński.

Tylko siąść i płakać.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Profesor Balcerowicz jak dr Mengele?

Młoda Lewica posłużyła się takim porównaniem(choć go nie wymyśliła), ale zaraz się wycofała i przeprosiła. Niewykluczone, że Hannah Arend posłużyłaby się innym porównaniem. W pracy „Eichmann w Jerozolimie” analizowała sylwetkę człowieka, który zdolny był do racjonalnego planowania i koordynacji działań w imię celów, które uznał za słuszne. Jej zdaniem był on przykładem tego, do czego może doprowadzić kalkulowanie środków do osiągnięcia założonych celów, ale bez refleksji nad samymi celami –
typowo Weberowska „racjonalność” celowo-racjonalna uznana za największą wartość kultury zachodnioeuropejskiej.

Johann Chapoutot w książce „Nazistowska rewolucja kulturalna” analizuje ten przypadek i pisze o Arendt: „hipoteza, jaką stawia, jest niezbyt pochlebna dla jej współczesnych; procesy edukacji i socjalizacji właściwe współczesnemu światu (przewaga kalkulacji nad myślą, nauk ścisłych i techniki nad wiedzą literacką, podział pracy i nadrzędność zysku…) produkują potencjalnych Eichmannów i skłaniają do zbrodni: oto Eichmann umieszczony w samym sercu nowoczesności urasta do symptomu, a nawet paradygmatu swojej (naszej) epoki i jej możliwości” (s. 251). Zdaniem Chapoutot takich Eichmannów można znaleźć w wielu miejscach współczesnej cywilizacji: są to wszyscy ci, którym obca jest wszelka refleksja nad wartościami; oni tylko procedują, decydują, organizują, nie pytając o ostateczny cel ich działań. „Kto nie rozpoznaje w nich dyrektora HR czy pracownika prefektury rozstrzygających los jednostki z kalkulatorem czy pieczątką w ręce i przeprowadzających programy społeczne z doskonałym chłodem, owym całkowitym ‚brakiem wyobraźni’ wytykanym przez filozofkę?” – pyta autor (s. 250).

Ludzie o balceroidalnej mentalności nie mają zatem dobrej prasy, ale to właśnie oni – technokraci racjonalni do bólu (cudzego) – rządzą dziś światem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Konsekwencje szczepień

W miarę upływu czasu wiadomo coraz więcej o możliwych konsekwencjach szczepień na covid. I tak, okazuje się, że AstraZeneca czy JJ mogą powodować zakrzepy, choć oczywiście „korzyści przewyższają ryzyko” – jak uspokajają eksperci. Natomiast osoby, które przyjęły preparat Pfizera, mogą 8 razy częściej zapadać na kolejne mutacje wirusa niż osoby nie zaszczepione, co ogłosił na dniach uniwersytet w Tel Avivie (badania prowadzone pod kierunkiem Adi Stern):

https://www.france24.com/en/live-news/20210411-s-african-covid-variant-better-at-bypassing-pfizer-biontech-jab-israeli-study

Choć i tu zapewne „ryzyko jest mniejsze niż korzyści” (zwłaszcza dla firm farmaceutycznych, które w ten sposób zapewniają sobie rozległy rynek zbytu na przyszłość).

O jeszcze innych możliwych konsekwencjach szczepień przypomina film „Apokalipsa”, gdzie mroczny Kurtz mówi o stertach rąk uciętych zaszczepionym dzieciom, co jakoby mieli praktykować nieprzejednani ideologicznie bojownicy Wietkongu. Biorąc pod uwagę stopień politycznego zacietrzewienia po obu stronach polskiego życia politycznego, nie można wykluczyć zastosowania podobnie drastycznych środków wobec osób, które zdecydują się zaszczepić rosyjskim Sputnikiem lub którymś z chińskich preparatów. „Nikt nie narzuci nam rosyjskiej szczepionki” – grzmi Kaczyński, a wtóruje mu marszałek Grodzki, który na jednym oddechu wypowiada dwie całkiem różne kwestie: „w pandemii nie ma polityki, jest zdrowie” i zaraz potem wyraża nadzieję, że „Polacy nie będą szczepieni preparatem chińskim ani rosyjskim”.

Ciekawe, co powiedzą obaj politycy, jeśli/gdy EMA zaakceptuje szczepionki pochodzące z obu tych krajów. Nie ulega jednak wątpliwości, że i one zostaną opatrzone znanym komentarzem: „korzyści płynące z ich zastosowania przewyższają ewentualne ryzyko”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy…”

Tak pisał przed laty Boy i jego słowa przypominają się przy okazji każdej kolejnej rewelacji w rodzaju tej z Oxfordu:

https://www.msn.com/en-gb/entertainment/music/musical-notation-branded-colonialist-by-oxford-professors-hoping-to-decolonise-the-curriculum/ar-BB1f2fia?fbclid=IwAR0dEL3o_t2_TkCMtf-FnJZHv2E8ZJl1OK0PrIjwGF2mp8_48HptWOxJ1js

Na pewno wybitni w swojej dziedzinie naukowcy doszli oto do wniosku, iż zapis nutowy to wyraz kolonializmu, a europejska muzyka uosabia białą supremację. Aby temu zapobiegać, proponują uwzględnienie w programach uniwersyteckiego nauczania uwzględnienie w większym zakresie muzyki także innych kręgów kulturowych. Owszem, czemu nie. Ale po co ten cały bełkot, po co pielęgnowanie tego „wstrętu do siebie” (Bauman) lub rozwijanie postawy „do diabła z nami samymi” (Scruton).

Zresztą, takie zachowanie to tylko dowód żałosnego epigoństwa, bo cóż tu jeszcze da się powiedzieć nowego po tym, co tak dobitnie wyartykułował np. Max Weber: że w Europie Zachodniej i tylko tu „wystąpiły zjawiska kulturowe, które rozwinęły się w powszechnie obowiązującym, mającym uniwersalne znaczenie kierunku” („Etyka protestancka a duch kapitalizmu” – Uwagi wstępne), a stało się to wyłacznie dlatego, iż „decydującą podstawą są tu czynniki dziedziczne”, czyli rasowe – dlatego należy zwrócić sie w stronę antropologii fizycznej oraz porównawczej neurologii i psychologii ras!

Jakie przykłady dla wsparcia swego przesiąkniętego eurocentryzmem twierdzenia przytacza Weber? Tylko na Zachodzie istnieje nauka z prawdziwego zdarzenia, to znaczy nauka „racjonalna”; tylko na Zachodzie pojawiła się „racjonalna” muzyka harmoniczna, orkiestra z „racjonalnym” kwartetem smyczkowym i takimż pismem nutowym; tylko na Zachodzie wymyślono „racjonalny” ostrołuk w architekturze, a przede wszystkim tylko na Zachodzie zaistniał „zawodowy urzednik” – biurokrata na usługach „nowoczesnego państwa i nowoczesnej gospodarki”, czego zwieńczeniem jest oczywiście „racjonalny” i jak najbardziej zachodni kapitalizm! Jakoś przez myśl nie przeszło Weberowi, że tylko w Australii wymyślono bumerang – bardzo racjonalne narzędzie polowania i walki na rozległych pustynnych terenach, a tylko Eskimosi wynaleźli igloo – bardzo racjonalne schronienie na dalekiej północy.

Wszystkie zatem objawienia w rodzaju tego, jakie nawiedziło ostatnio profesorów Oxfordu, to tylko popłuczyny myślenia od dawna obecnego w refleksji naukowej i to myślenia dużo lepiej i dobitniej wyartykułowanego już wcześniej. Dlatego przynajmniej socjologowie, dla których Weber jest wciąż niekwestionowanym klasykiem ich dyscypliny, powinni z dystansem spojrzeć na modny dyskurs i przestać pastwić się nad „Murzynkiem Bambo” (robiąc przy okazji z Tuwima – rasistę!) czy nad Stasiem i Nel (piętnując Sienkiewicza jako białego suprematystę)! Niestety, na warszawskiej socjologii serwer wciąż chyba nosi nazwę „Weber”, choć wiadomo dobrze, jakim rasistą, pruskim szowinistą i polakożercą był Weber. No ale przede wszystkim Weber „wielkim socjologiem był” i to się okazuje najważniejsze. Czyżby?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Hipochondryk w czasie pandemii

Dla hipochondryków nastały trudne czasy. W miarę pojawiania się kolejnych fal pandemii mają co prawda do wyboru coraz więcej objawów, ale też coraz łatwiej o dezorientację.

Zaraz po przebudzeniu ból w barku lub karku – pierwsza myśl: covid. Ale nie, wszystko mija po energicznym przeciągnięciu się. Suchość w gardle, jakby lekkie podrażnienie – stan zapalny? covid? Znów nie. Wystarczy wypić szklankę wody. Trudno zebrać myśli, skupić się na pracy – czy to już „mgła mózgowa”? Filiżanka kawy rozwiewa te obawy. No i wreszcie ta najstraszniejsza chwila, kiedy trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – nic, zupełnie nic, kompletny brak objawów. I wtedy pojawia się myśl: brak objawów to właśnie najczęstszy objaw covidu, a więc nie ma już żadnych wątpliwości ani żadnej nadziei.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O wyższości min. Czarnka nad min. Gowinem

Min. Czarnek, który wedle uznania „dosypał” punktów niektórym polskim czasopismom naukowym, zrobił jednak coś bardziej słusznego i pożytecznego niż jego poprzednik, min. Gowin. Decyzja Gowina spowodowała bowiem, że polscy naukowcy zamiast zajmować się nauką zaczęli zajmować się „wyrabianiem punktów” dla siebie i swoich instytucji. Pociągnęło to za sobą ogromne marnotrawienie publicznych pieniędzy przeznaczonych przecież na uprawianie nauki, a nie na ratowanie komuś skóry.

Pieniądze polskiego podatnika kierowane do budżetu nauki powinny służyć praktycznym potrzebom społeczeństwa lub też wzbogacać jego wiedzę o świecie i o samym sobie – jego historii, wartościach, specyfice. A czy te kryteria są spełnione w przypadku okupionej wieloma zachodami i sporymi kwotami publikacji tekstu tekstu w zagranicznym czasopiśmie, najczęściej tak drogim, że na jego zakup nie stać polskich bibliotek?

Tak więc decyzja Gowina pociągnęła za sobą defraudację środków publicznych i zarazem wypaczenie sensu pracy naukowej: już nie placówki naukowe i ich pracownicy mają funkcjonować dla dobra nauki, ale nauka ma umożliwić to, by mogli oni nadal istnieć. Tym samym nauce odjęto wartość autoteliczną i ją zinstrumentalizowano, a najważniejsze stało się przetrwanie instytucji i ich personelu.

Jeśli zatem decyzja Czarnka zaowocuje tym, że choć trochę mniej środków publicznych będzie wypływać za granicę, aby zasilać konta zachodnich redakcji (bo teraz będzie się „opłacało” publikować w Polsce) – to już spory sukces. A zachęcony tym sukcesem minister na pewno podejmie kolejne działania eliminujące pasożytowanie na polskiej nauce.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ręka w rękę?

Niby nic nie powinno już dziwić, ale jeśli sięga się po książkę Johanna Chapoutot „Nazistowska rewolucja kulturalna” (Kraków 2020) i czyta się na pierwszej stronie okładki: „Poleca Adam Michnik”, a potem: „dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”, to już nie wiadomo, co o tym wszystkim sądzić. Czy to Michnikowi raptem „po drodze” z MKiDN, czy też prof. Glińskiemu z red. Michnikiem, a może wydawnictwo „Universitas” wypłatało psikusa obu stronom wymieniając je razem przy okazji tej publikacji?

Przez chwilę nie wiadomo też, co sądzić o samej publikacji, ale nazwisko autora, profesora historii na Uniwersytecie Paris-Sorbonne, i lektura pierwszych stron książki – rozwiewają wątpliwości. To ciekawa pozycja, która pokazuje, jak w III Rzeszy interpretowano idee oraz wartości kultury europejskiej. To też głos w dyskusji, czy nazizm był zaprzeczeniem, a co najmniej wypaczeniem cywilizacji Europy, czy też jednak stanowił szczególne połączenie elementów jej dorobku: elementów –
które istniały już wcześniej, a połączenie – wyjątkowo niebezpieczne, bo selektywne i skrajnie konsekwentne.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mistrzowie przy stole

W przedświątecznym wydaniu Drugiego Śniadania Mistrzów zebrani dyskutowali o manierach przy stole i o mniej lub bardziej oryginalnych potrawach, jakie przyszło im konsumować. Znamienne, że rosół z kartofli, często spotykany na polskiej wsi jako danie obiadowe w niedzielę, zwłaszcza na wschodzie kraju, wydał im się tak samo egzotyczny, jak świeżo wydarte i wciąż pulsujące serce węża – przysmak wietnamski, a może koreański.

Co jeszcze bardziej dziwne, okazało się, że nie jest im obce wylizywanie talerza (coś absolutnie obciachowego!). Żaden z zebranych mistrzów nie wiedział też, co należy robić z pestkami znalezionymi w kompocie z wiśni! Wypluwać? Raz, że nieelegancko, a dwa, że mogą być tego opłakane skutki, co poświadcza fragment pamiętników Kajetana Koźmiana. „Na innym sejmiku przyszło do głowy kucharzowi mego ojca uraczyć gości kompotem z czarnych wiśni. Z początku panowie bracia jedli, gdy im się sprzykrzyło wybierać pestki, zaczęli się mazać i farbować, następnie rzucać na siebie i wkrótce cała gromada wydawała się jak zakrwawiona. Chodkowski patrząc na tę walkę wiśniami, ozwał się do nich: ‚Panowie bracia, przestańcie szaleństwa. Będą o nas myśleć, żeśmy się porąbali!’ Jakoż istotnie. Przybywający nowi goście myśląc, że to skutek jakiej bójki, zaczęli się brać do szabel. Chodkowski, przytomny i silny, w ciemności odpycha napastników, dobywa pałasza i oparłszy plecy o okno macha pałaszem, obcina palce, rani głowy i twarze; już nie sok wiśniowy bryzga. Wołają ojca mego, ledwie zdołali rozbroić zajadłych, jedni grożą, drudzy wyrzekają, ranni płaczą. Jeden postradał palce, a kilku krysy po czołach i twarzach dostali. Ledwo przytomność ojca mego uspokoiła sprawę” (t. I, s. 140).

Dobrze w takim razie, że podczas tego śniadania mistrzów nie padło pytanie o to, jak w eleganckim towarzystwie powinno się napoczynać jajko na miękko. Bo na pewno nie uderzając w jego czubek łyżeczką – ale czy ktoś z uczestników programu by to wiedział?

Mistrzowie zgromadzeni na drugim śniadaniu przez red. Mellera nie omieszkali też zaznaczyć, że razi ich typowo polskie „dziękuję” na zakończenie wspólnego posiłku. A skoro tak, to pewnie wstydziliby się powtórzyć za Norwidem „do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba, tęskno mi Panie”. Nie mówiąc już o znaku krzyża czynionym na bochnie chleba przed ukrojeniem pierwszej kromki.

Tacy to mistrzowie i takie ich maniery!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mysterium fidei i tajemnice nauki

Jedną z takich tajemnic w religii chrześcijańskiej jest misterium transsubstancjacji, czyli przeistoczenia chleba i wina w ciało i krew Jezusa, który jest zdolny do kompresji, ale też do auto-de-kompresji. Dla ateistów i racjonalistów jest to absolutnie nie do przyjęcia, ale okazuje się, że podobne zjawisko występuje także w nauce, lecz tu już nie jest kwestionowane.

Pisze o tym Bruno Latour proponując przesunięcie uwagi z „materii faktów” na „materię rozważań”, czyli analizę nie wyników badań, lecz procesu ich wytwarzania. W swego rodzaju etnograficznym „opisie gęstym” prezentuje więc, z jakich czynności i jak interpretowanych składa się właściwie praca naukowca.

W książce „Nadzieja Pandory” w rozdziale „Krążąca referencja” przedstawia krok po kroku kolejne czynności pokazujące „w jaki sposób pakujemy świat w słowa”. Jego zdaniem, praktyką naukową rządzi referencja, czyli takie działanie, które wskazując na coś poza dyskursem, jednocześnie włącza to coś w obręb dyskursu jako zarówno obiekt zewnętrzny, ale zarazem integralny element konstrukcji myślowej. Za przykład służy mu postępowanie pedologów (specjalistów od gleboznawstwa). Jak pisze, każda próbka gleby wzięta do ręki jest jeszcze obiektem materialnym, ale już włożona do odpowiednio opisanej przegródki, staje się „hybrydą” – znakiem określonych właściwości (barwa, wilgotność, skład mineralny). Tak dokonuje się przejście od obiektu do jego reprezentacji, od treści do formy, od rzeczy do jej znaku, od cechy do idei, a ta zamiana (substitution) uruchamia proces „krążącej referencji”, czyli operacji myślowych łączących świat realny z twierdzeniami na jego temat. Kolejne czynności to opis wyabstrahowanych jednostek, następnie ich klasyfikowanie, przeliczanie i porządkowanie w odpowiednie zestawy, wreszcie relacja o tym wszystkim, czego dokonano.

Pozornie, pisze Latour, widzimy w tym ciągu operacji imponującą logikę i niepodważalną ciągłość myślenia, tak jakby nigdy nie zachodziło tu zerwanie między rzeczą i słowem, a porządkujące formy wraz z porządkowaną materią w „naturalny” sposób wyłaniały zjawiska zasługujące na analizę naukową. Jednak tak naprawdę, na każdym etapie tego postępowania da się dostrzec rozrastającą się „hybrydę” (złożoną z obiektów i ich reprezentacji, ale też z narzędzi badawczych i samych badaczy, z instytucji oraz odpowiednich przyrządów) a także liczne „szczeliny”, których istnienie kwestionuje oczywistość zapośredniczeń. Ten proces regulowany powszechnie uznanymi procedurami (osadzonymi w określonej teorii, metodologii i technice badań) polega zatem na prawomocnych transformacjach, transmutacjach i translacjach. Ale nie tylko. W momencie, gdy słowo zastępuje rzecz rozpoczyna się tajemnica przeistoczenia rzeczywistości w dyskurs.

„Czy mamy tu do czynienia z korespondencją dwóch pojęć? W żadnym razie. Sąd nie jest podobny do kawałka gleby. Czy mamy tu do czynienia z metaforycznym zastąpieniem? Nie bardziej niż z korespondencją. A może to metonimia? Także nie, ponieważ po wykorzystaniu garści ziemi jako reprezentanta zatrzymujemy tylko to, co znalazło się na papierze notatnika, a nie ziemie, którą się posłużyliśmy. Czy oznacza to kompresję danych? Zdecydowanie tak, bo cztery słowa zajmują miejsce próbki gleby, ale jednocześnie zachodzi radykalna zmiana stanu ponieważ teraz znak pojawia się zamiast rzeczy. Nie jest to więc już kwestia redukcji, ale transsubstancjacji” (Latour 2013, s. 96).

I pomyśleć, jak wielu oświeconych niedowiarków wyśmiewa dogmat o transsubstancjacji chleba i wina w ciało i krew Jezusa, deklarując jednocześnie swoją niezachwianą wiarę w naukę!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Homo sapiens – bez szans?

Na kanale przyrodniczym emisja filmu o faunie morskiej w okolicach Nowej Zelandii i pada takie zdanie: „jeżowce nie mają mózgu, ale są bardzo kreatywne”.

O tym, że małże (również – wydawało by się – dość skromnie wyposażone przez naturę) mają wysoko rozwinięte zdolności negocjowania, pisał przed laty Michel Callon („Some Elements of a Sociology of Translation: Domestication of the Scallops and the Fishermen of St Brieux Bay”, in: „Power, Action and Belief. A New Sociology of Knowledge?”, ed. J. Law, Routlege 1986, p. 196-229).

Zresztą, co tu daleko szukać: wirus, który od roku paraliżuje cały świat, nie jest nawet żywym organizmem, ale zyskał sobie określenie „smart”, czyli spryciarz, bo bierze górę nad człowiekiem i całą współczesną naukę pozostawia daleko za sobą.

W takim towarzystwie Homo Sapiens, choć brzmi dumnie, nie ma żadnych szans. Przynajmniej dopóty, dopóki będzie polegał na swoim, pożal się Boże, rozumie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Parametryzacja i polskie patologie

O tym, że przyjęte przez min. Gowina zasady parametryzacji w nauce są niemądre i będą przynosiły fatalne skutki, wiedziano od początku. Im bardziej zbliża się termin ewaluacji, tym więcej przybywa dowodów potwierdzających te oczekiwania. W marcowym numerze „Forum Akademickiego” jego redaktor naczelny pisze o „polskiej aferze” z międzynarodowymi publikacjami w tle. Chodzi o masowy, choć bardzo kosztowny, proceder kierowania tekstów polskich autorów do zagranicznych czasopism tylko dlatego, iż stosowne komisje ministerialne przyznały im odpowiednią ilość punktów. A ponieważ jednostki naukowe będą rozliczane i oceniane według tego, jak wysoką punktację zarobią ich pracownicy, nic dziwnego, że skromne środki finansowe, jakimi dysponuje polska nauka, są przeznaczane na tłumaczenia, korekty językowe, open accessy i inne opłaty wymagane przez zachodnie redakcje i koncerny wydawnicze.

„Powinniśmy wiedzieć, kto i za jakie pieniądze publikował” – pisze więc Piotr Kieraciński i dodaje: „naukowcy, którzy brali udział w wyprowadzaniu publicznych środków z krajowych uczelni na nieczyste publikacje, powinni ponieść środowiskowe konsekwencje”. Autorzy komentarzy zamieszczonych pod jego artykułem wspominają jednak o czymś innym – o potrzebie kontroli NIK w tych jednostkach, gdzie ostatnio pojawiło się więcej niż przedtem tak „zakupionych” publikacji, ponieważ jasne jest, iż o wydawaniu pieniędzy polskiego podatnika decydowały dyrekcje konkretnych wydziałów bądź instytutów, niejednokrotnie wywierając presję na swoich pracowników, by ci przygotowywali takie teksty i brali udział w tym procederze.

W jednym z komentarzy pojawia się nawet konkretny przykład popularnego ostatnio czasopisma – „Energies” – które z powodu dużego zainteresowania polskich autorów i nadmiernej ilości autocytowań właściwie kwalifikuje się do odebrania mu IF. Nawet jeśli to nie nastąpi, to już teraz można powiedzieć, że umieszczenie tam swojego tekstu nie będzie dla autora ani dla jego instytucji powodem do dumy, raczej wprost przeciwnie.

Polskie patologie związane z systemem parametryzacji i ewaluacji nauki pokazują więc dobrze, jak funkcjonuje system. Nie wystarczy, by ktoś wymyślił (a raczej skopiował) głupie rozwiązania. Muszą jeszcze znaleźć się osoby chętne do współpracy: członkowie komisji ustalających konkretne zasady i przyznających punkty, władze uczelni bądź instytutów naukowych kierujący się tymi zasadami, wreszcie szeregowi pracownicy, którzy pod presją, poddawani mobbingowi i zastraszani perspektywą zwolnienia, o ile nie „wyrobią” odpowiedniej ilości punktów na każdy „slot” – wszyscy oni stają się współwinni patologii i marnotrawstwa środków publicznych.

Zaś ci, którzy nie biorą w tym udziału, nawet jeśli faktycznie zostaną zwolnieni, mogą mieć tę satysfakcję, iż nie stali się „reżimowymi kolaborantami” (jak ich określa F. Furedi), że nie przyłożyli ręki do rozkradania pieniędzy podatnika i że wyżej cenili sobie własną autonomię oraz ethos naukowca niż tak wielu, niestety, ich kolegów.

https://forumakademickie.pl/sprawy-nauki/special-issue-czyli-polska-afera-miedzynarodowych-publikatorow/

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

„Lamentujący prorocy pesymizmu”

Tak Karl Popper określał tych wszystkich, którzy – nie wiedzieć dlaczego – postanowili przekonywać innych, że czasy, w których przyszło im żyć, są najgorsze ze wszystkich możliwych i grożą wszelkimi możliwymi niebezpieczeństwami („W poszukiwaniu lepszego świata”, s. 248).

W obszarze nauk społecznych takich proroków nigdy nie brakowało. Socjologię wymyślili przecież ci, którzy uważali, że stary świat upada, a nowy wymaga światłych rad, najlepiej formułowanych przez nich samych. Także współcześnie, w czasach tzw. ponowoczesności wielu autorów uczyniło sobie powołanie z ostrzegania przed rozmaitymi katastrofami. Stąd diagnozy mówiące o „społeczeństwie ryzyka” (Beck), „uciekającym świecie” (Giddens) oraz „świecie na krawędzi” (Lem). Mnożą się też zapewnienia, iż mamy do czynienia z bardzo niepokojącymi zjawiskami w rodzaju „końca pracy” (Ritzer), „upadku człowieka publicznego” i „korozji charakteru” (Sennett) czy też „życia na przemiał” (Bauman) oraz doniesienia o tym, że rychły już „koniec nauki” (Horgan 1999), „kres przyszłości” (Gimpel 1999), a nawet definitywny „koniec ludzkości” (Godin 2004).

Obecnie galopująca przez świat pandemia dostarczyła takim „publicznym intelektualistom” (Posner 2001), ekspertom wszelkiej specjalności oraz „uniwersytecko-medialnym mędrkom”, jak ich kiedyś nazwał Bronisław Wildstein, doskonałej okazji do zaistnienia. Na wyprzódki sieją więc popelinę, co dodatkowo przyczynia się do wzrostu społecznej niepewności i zwiększa poziom lęku. Co z tego, że ich diagnozy nierzadko mają nader ograniczony termin ważności, bo objawione prawdy dezaktualizują się na drugi dzień. Zawsze jednak stoi za nimi tak czy inaczej rozumiany autorytet jakiejś nauki. Warto w tym wszystkim pamiętać, że koniec świata ludzkość przeżywała już wiele razy i nie przejmować się za bardzo tymi, którzy jak Prosiaczek lubią przy byle okazji podskakiwać i wołać podekscytowanym głosem: „ach, wiecie co!”

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

EMA jak Kubuś Puchatek

Pewnego wietrznego dnia Puchatek z Prosiaczkiem spacerowali po Stumilowym Lesie i nagle Prosiaczek zapytał:
– A może jakieś drzewo wywali się na nas, gdy będziemy akurat pod nim przechodzić? – A może nie? – odparł Puchatek po dokładnym namyśle.
Prosiaczka to uspokoiło.

Po dokładnym namyśle Europejska Agencja Leków wydała oświadczenie w sprawie przypadków zakrzepicy po podaniu szczepionki AstraZeneca: wprawdzie nie da się na tym etapie jednoznacznie wykluczyć powiązania między tymi dwoma faktami, ale też nie stwierdzono zależności przyczynowej. Czyli: może szczepionka powoduje takie przypadki, ale może też nie. I wiele państw europejskich to uspokoiło.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Poświęcanie się – niedozwolone

Za PRL-u, gdy panował system kartkowy, można było bezkarnie odstąpić swoją kartkę na alkohol, wyrób czekoladopodobny albo na kawałek „woł-ciela z kością”. I władza ludowa nie broniła.

Jeszcze wcześniej, bo za okupacji, o. Maksymilian Kolbe zaofiarował się, że zastąpi współwięźnia skazanego na śmierć głodową. I Niemcy się zgodzili.

A jakieś dwa tysiące lat temu niejaki Jezus, podający się za Syna Bożego, poświęcił się i przyjął śmierć na krzyżu, by zbawić ludzi. I Bóg Ojciec przyjął tę ofiarę.

Ale teraz nie można odstąpić swojego miejsca w kolejce na szczepienie nawet osobie bliskiej i bardziej potrzebującej tego szczepienia. Takie czasy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Szczepionkowy blamaż UE – Mancur Olson tłumaczy dlaczego

Po stwierdzeniu Fransa Timmermansa, iż przy zamawianiu szczepionek jednak popełniono błędy, nawet najwięksi zwolennicy UE nie mogą temu zaprzeczać. Pytanie jednak, dlaczego tak się stało. Czy to tylko nieudolność konkretnych osób, czy może powody są głębsze, bo strukturalne.

Na to pytanie Mancur Olson, autor słynnej książki „Logika działania zbiorowego”, ma odpowiedź. Jego zdaniem, duże grupy są mniej skuteczne w zapewnianiu sobie dobra zbiorowego niż małe (2012, s. 39). Małe grupy mają wprawdzie tendencję do suboptymalnego zapewnienia ich członkom dóbr zbiorowych, ale im większa grupa, tym gorzej sobie z tym radzi, bo „tym mniej wspiera wspólne interesy” (s. 49).

W takim razie, można postawić kolejne pytanie: po co w ogóle takie monstrualnie duże twory w rodzaju UE i komu są potrzebne? Ale to już zupełnie inna historia.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Monadyzacja i solipsyzacja społeczeństwa

Trudno powiedzieć, czy przestrzeganie zaleceń związanych z pandemią (DDM) może istotnie ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa – ostatnie dane zdają się temu przeczyć – za to nie ulega wątpliwości, że może istotnie zmienić psychikę ludzką i relacje społeczne. Warto tu bowiem zwrócić uwagę, iż spomiędzy wszystkich zmysłów, jakimi posługuje się człowiek, jedynie bezpiecznymi w obecnej sytuacji okazały się tylko dwa (wzrok i słuch), a pozostałe obłożono surowymi restrykcjami.

Czy takie zawężenie relacji ze światem zewnętrznym nie wpływa jednak na sposób postrzegania tego świata? Sensualiści byli zdania, że wpływa i to zasadniczo. Etienne Condillac w „Traktacie o wrażeniach” podkreślał wielokrotnie, iż świadectwa takich zmysłów jak słuch i wzrok, a nawet węch i smak są dla podmiotu tylko doznaniem, które nie informuje o świecie zewnętrznym, a jedynie pozostaje czuciem. Te wrażenia nie są więc przypisywane jakimś przedmiotom, bo stają się jedynie sposobami bycia podmiotu.

Tak właśnie zachowuje się hipotetyczny „posąg” powołany do życia przez Condillaca: jeśli zbliżymy doń różę, „sam dla siebie będzie tylko wonią tego kwiatu” (s. 11). Podobnie z innymi zmysłami: „nie spostrzegamy niczego, co by nie było czymś w nas samych. Przeto człowiek ograniczony do węchu byłby jedynie zapachem, ograniczony do smaku – smakiem, do słuchu – hałasem lub dźwiękiem, do wzroku – światłem lub barwą” –
kontynuuje swoje myślenie filozof (s. 70). Dlatego pyta: „Jak odczucie może wykroczyć poza narząd, który je doznaje?” I jako jedyny zmysł zdolny przekonać człowieka o rzeczywistym istnieniu świata zewnętrznego wymienia – dotyk. Korzystając z innych zmysłów człowiek może tylko czuć, że istnieje w ten lub inny sposób (jest zapachem, barwą itd.). Dopiero dotyk wyprowadza go poza jego doznania i informuje o istnieniu czegoś poza nim samym, a jego wrażenia stają się cechami przedmiotów. „Jedno tylko wrażenie stałości ciał jest samo z siebie jednocześnie czuciem i ideą. Jest czuciem dzięki związkowi z duszą, którą modyfikuje, a ideą dzięki odnoszeniu się do jakiejś rzeczy zewnętrznej” (s. 315).

Skoro zatem od wielu miesięcy miliony ludzi są pozbawione możliwości korzystania z pełnego zestawu swoich zmysłów, a zakazy dotyczą zwłaszcza „dystansu społecznego” (czyli zbliżania się, kontaktu fizycznego i dotyku) czy nie oznacza to, że społeczeństwa zamieniają się w konstelacje monad, a każdy człowiek staje się solipsystą, który wszelkie wrażenia traktuje jako swoje doznania, niekoniecznie mające odniesienie do czegoś poza nimi.

I w tym miejscu warto włączyć „wyobraźnię socjologiczną” i zapytać o konsekwencje.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Socjologia anty-feministyczna

W klasycznej socjologii kobiety nie miały dobrej opinii. I tak Gustaw Le Bon dowodził, że w miarę rozwoju cywilizacji powiększają się czaszki, a więc i mózgi mężczyzn, ale maleją czaszki kobiet („L’homme et les societes”). W swoim studium o samobójstwie Durkheim twierdził, że kobieta „jest mniej zsocjalizowana” niż mężczyzna: mężczyzna bardziej potrzebuje społeczeństwa, dlatego też częściej niż kobieta popełnia samobójstwo, gdy warunki zewnętrzne zostają zakłócone. W I tomie „Chłopa polskiego” Znaniecki charakteryzował kobiety jako kierujące się bardziej osobistymi uczuciami niż względami społecznymi: wprawdzie lepiej rozumieją indywidualne potrzeby członków rodziny, ale za to mniej zważają na grupę rodzinną jako całość, wywierają więc wpływ dezintegrujący (s. 104). Wreszcie dla Arnolda Gehlena społeczna rola kobiet to najlepszy przykład działania pozbawionego poczucia odpowiedzialności za skutki praktyczne. W pracy „Moralność i hipertrofia moralności” Gehlen pisze zatem, że tak jak kiedyś pariasi, a potem klasy uprzywilejowane oraz intelektualiści, kobiety zawsze mogły się wyżywać w działaniach na rzecz pacyfizmu, uczuć oraz bezpieczeństwa negując jednocześnie rolę państwa i unikając myślenia o konsekwencjach (s. 181-184).

Z tych charakterystyk wyłania się wizerunek kobiet jako nie tyle części Natury, ile destrukcyjnej siły zagrażającej Kulturze, Postępowi i Społeczeństwu. Tę opinię może oczywiście zmienić pozytywne wartościowanie tego wszystkiego, co dla klasyków myśli socjologicznej było zaprzeczeniem istoty rozwoju społecznego, a co Gehlen nazywa szkodliwą „hipertrofią moralności” i – jak się zdaje – z tego naznaczonego resentymentem punktu widzenia najwięcej czerpią dzisiejsze nurty feministyczne. Co jednak, jeśli Gehlen i inni mieli choć trochę racji?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rok z covidem – mały jubileusz

Między innymi pandemia spowodowała ogromne przyspieszenie i tak już „płynnej” ponowoczesności. Z dnia na dzień zmieniają się diagnozy i zalecenia ekspertów. Dzisiejsza prawda staje się jutrzejszym fake-newsem albo odwrotnie.

Zaczęło się od maseczek i przyłbic: chronią, nie chronią? Potem były spory: ile też porcji szczepionki zawiera ampułka – może pięć, a może sześć? W międzyczasie dyskutowano o skuteczności leczenia Amantadyną i osoczem, a właściwie do dziś nie wiadomo, jak to jest. Następnie ustalano najsłuszniejszą kolejność szczepień, tyle że wciąż jest ona korygowana. Ostatnio okazało się, że drugą dawkę szczepienia można przyjmować nie po 2, ale po 6 tygodniach (Pfizer), a nawet po 12 tygodniach (Astra Zeneca). A trzeba wziąć jeszcze poprawkę na to, że wszystkie te ustalenia i tak mogą zostać zastąpione nowymi, bo dostawy są nieterminowe, o połowę mniejsze albo odwołane w ostatniej chwili.

Nie zmienia to jednak faktu, że każdemu nowemu stanowisku towarzyszy zapewnienie, iż ekspertom trzeba wierzyć, a podejmowane decyzje są najlepsze. Można i tak, choć przypomina to anegdotę o rabinie i kurach biedaka. Rabin może być bardzo kreatywny w wymyślaniu coraz to nowych terapii, co nie zmienia sytuacji, że kury nadal chorują i wciąż ich ubywa.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ważne – kto, a nie – co

Posłanka Joanna Scheuring-Wielgus powiedziała jakiś czas temu: „gdybym była prezydentką Warszawy, to rozwiązałabym Marsz Niepodległości w momencie, kiedy została odpalona pierwsza raca”. Ale kiedy race odpalano podczas demonstracji kobiet, już tak nie mówiła. Wiadomo, jedne race są lepsze niż inne.

Idąc dalej: znak błyskawicy (wg „Krytycznego słownika mitów i symboli nazizmu”) to symbol rasy aryjskiej, Hitlerjugend i SS, ale wg sympatyków strajku kobiet to tylko znak ich protestu, choć takie tłumaczenie do złudzenia przypomina interpretację swastyki jako prasłowiańskiego symbolu pokoju.

Wreszcie tzw. hajlowanie, czyli charakterystyczne uniesienie ręki ku górze jest ewidentnie nawiązaniem do faszyzmu i nazizmu (jeśli robi to np. Tomasz Greniuch), ale jeśli robi to ktoś inny, jest to tylko czyjeś niewinne pozdrowienie, nawet jeśli ten ktoś miał „dziadka w Wermachcie” jak Donald Tusk (czujni internauci wyśledzili ten gest podczas wiecu wyborczego w styczniu 2007 r.)

Nic więc dziwnego, że dziś krytyce podlega skupiający w okresie międzywojennym patriotycznie nastawioną młodzież polską ONR (za radykalny nacjonalizm, brunatne koszule i hajlowanie), ale już nie np. Związek Trumpeldora – o którym pisze m.in. prof. Andrzej Żbikowski z Żydowskiego Instytutu Historycznego – związek założony przez Żabotyńskiego, skupiający przed wojną patriotycznie nastawioną młodzież żydowską (radykalnie nacjonalistyczną, paradującą w brunatnych koszulach, hajlującą i oficjalnie współpracującą z włoskimi faszystami). Pod adresem tych drugich żydowska lewica i komuniści wykrzykiwali: „precz z żydowskimi faszystami”, „precz z żydowskimi hitlerowcami” i „precz z brązowymi koszulami”, ale to zwolennicy Żabotyńskiego marzyli o wolnym państwie żydowskim, walczyli bohatersko podczas powstania w getcie warszawskim, zasilili szeregi Likudu, a (oskarżany często o rasizm) klub sportowy Beitar Jerozolima do dziś skupia sympatyków partii prawicowych w Izraelu.

Ciekawe, czy oni także są piętnowani jako „kibole”, co spotyka prawicowo nastawionych kibiców w Polsce.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kaspersky – tak, Sputnik – nie

Rosyjskie programy antywirusowe (najnowsze to Kaspersky-2020 i Kaspersky-2021) – owszem, są reklamowane i dostępne, ale rosyjska szczepionka przeciw koronawirusowi (Sputnik-V) – absolutnie nie, przynajmniej wg Premiera Morawieckiego. Gdzie sens, gdzie logika?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Na ile Polacy rzeczywiście są konserwatystami?

Na to pytanie próbowali wczoraj odpowiedzieć uczestnicy kolejnej debaty zorganizowanej przez IFiS PAN. No i sprawa okazała się dużo bardziej skomplikowana niż wynikałoby to z uproszczonych diagnoz serwowanych np. przez media.

Przede wszystkim dobitnie stwierdzono, że populizm, tradycjonalizm czy orientacja prawicowa wcale nie są równoznaczne z konserwatyzmem. Podobnie rzecz się rysowała z liberalizmem, ale dyskutanci nie odnieśli się wprost do sugestii prowadzącego debatę prof. Rycharda, że być może liberalizm niekoniecznie stanowi przeciwieństwo konserwatyzmu; raczej sytuowano te pojęcie w opozycji, choć takiemu von Hayekowi nikt nie odmówi miana „liberała”, a przecież w swoich tekstach pisał on wiele rzeczy zaliczanych do myśli konserwatywnej. Był bowiem zdecydowanym zwolennikiem ładu spontanicznego, a nie konstruowanego, opowiadał się za zmianami cząstkowymi i stopniowymi, a nie całościowymi i nagłymi, preferował tradycyjne, konkretne reguły, nawet z ich brakiem logiki i Burke’owskimi „przesądami”, nie zaś abstrakcyjny ład jako efekt najbardziej nawet racjonalnego projektu, preferował wprawdzie indywidualizm, ale nie ten kartezjański, kontynentalny prowadzący do totalitaryzmów, lecz brytyjski, który za de Tocquevillem można by nazwać „indywidualizmem kolektywnym”, bo tylko taki uważał za najlepszą gwarancję prawdziwej wolności, itd. Gdyby zatem podjęto wątek zasugerowany już na samym początku przez prof. Rycharda, wyszłoby na to, że prawdziwy konserwatysta jest liberałem i może nawet odwrotnie.

Zaś co się tyczy tytułowego pytania o konserwatyzm Polaków, to wypada się zgodzić z zacytowaną przez prof. Karolinę Wigurę opinią Napoleona III, że zawsze „lud” jest bardziej konserwatywny od tych, co rządzą. I – jeśli wierzyć z kolei Vilfredowi Pareto – tak właśnie powinno być, ponieważ za najkorzystniejszy dla społeczeństwa uważał on taki układ, w którym masy przejawiają „rezydua trwałości agregatu”, a elity – „rezydua kombinacji”. Z tego punktu widzenia należałoby polskie społeczeństwo uznać za wręcz modelowe.

W debacie zabrakło jednak jednego istotnego pytania: czy i na ile są konserwatystami ci, co badają społeczeństwo? A więc, na ile są oni „zaprzyjaźnieni” z własnym społeczeństwem, a na ile – jak stara ciotka na kanapie – mają mu wszystko za złe? W pytaniu tym nie chodzi nawet o takie kardynalne zasady, jak obiektywizm (vs stronniczość) czy neutralność (vs zaangażowanie), bo to może – do pewnego przynajmniej stopnia – wymuszać dobra metodologia, a następnie korygować środowisko, ale chodzi o kwestię, na którą swojego czasu zwrócił uwagę Stanisław Brzozowski, pisząc o Bergsonie i Sorelu. Twierdził on mianowicie, iż przedstawiciele kierunków zachowawczych przewyższają swych przeciwników nie tyle zakresem swej wiedzy, ile „głębokością swych myśli o istocie ludzkiego życia, społeczeństwa i historii”. Ci natomiast, co są zainteresowani ulepszaniem świata, przyspieszaniem biegu historii czy realizowaniem „sprawiedliwości społecznej” (zjadliwą krytykę zwłaszcza tego ostatniego pojęcia dał von Hayek w trzytomowej pracy „Prawo, legislacja i wolność”) zawsze pojmują te sprawy powierzchownie i płytko.

Tak więc, jeszcze zanim min. Czarnek zacznie tę kwestię weryfikować po swojemu, może lepiej, aby każdy badacz społeczny już teraz zadał to pytanie samemu sobie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Homo duplex w okresie pandemii

Kilka dni temu jeden z psychologów chętnie udzielających się w mediach zinterpretował wydarzenia na Krupówkach jako regres natury człowieka do form pierwotnych, instynktownych, wręcz zwierzęcych. Stad, jego zdaniem, ta erupcja potrzeby bycia razem, w stadzie, blisko siebie. Zabrzmiało to tak, jakby bardziej cywilizowanym formom życia ludzkiego i społecznego właściwe było poprzestawanie na zdystansowanym, zapośredniczonym symbolicznie lub medialnie sposobie życia oraz komunikowania się, a cielesne, zmysłowe komponenty stanowiły jedynie wstydliwy i zasługujący na eliminację archaiczny relikt.

Tak jednak nie jest, a przekonują o tym prace zarówno klasyków myśli socjologicznej (którzy – jak Ferdynand Toennies – mówili o trwałości wspólnot i właściwej im „woli naturalnej” oraz „więzi życia animalnego” z ich potrzebą „cielesnej obecności”) jak i późniejszych autorów. Dla Karla Poppera społeczności tradycyjne zawsze cechują się „konkretną fizyczną więzią dotyku, zapachu i wzroku”, czego nie wyeliminują formy społeczeństwa nowoczesnego („otwartego”), „którego członkowie praktycznie nie spotykają się ze sobą twarzą w twarz”. Również współcześni socjologowie definiują życie społeczne jako „przede wszystkim rodzaj cielesnej aktywności” (Randall Collins), a Michel Maffesoli analizując fenomen trybalizmu rozpisuje się o „materialności bycia razem” i cielesności wraz z jej zapachami, lepkością i ciepłem.

Właśnie to wszystko, czyli cielesność, zmysłowość i energia witalna, składa się na „ład ukrytego uspołecznienia”, którego nie zastąpi model „mechanistyczny” racjonalnie pomyślanego społeczeństwa. Czy zatem przedłużający się okres obowiązywania zasady DDM będzie częściej wywoływał protesty i skutkował proksemicznymi ekscesami, czy też spowoduje uwiąd „emocjonalnej energii”, a tym samym podetnie korzenie wszelkiego życia społecznego?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Modne bzdury” – c.d.

Kiedy w latach 80. Luce Irigaray rozwijała swoje koncepcje „seksistowskiej fizyki” („Czy E=mc2 to seksistowskie równanie? Zapewne tak… bo uprzywilejowuje to, co najszybsze”) i „maskulinistycznego skrzywienia” w fizyce (bo mechanika cieczy jest mniej rozwinięta niż mechanika ciała stałego i sztywnego, a – jak wiadomo – sztywność jest identyfikowana z męskością, zaś płynność z kobiecością…” – Sokal i Bricmont: „Modne bzdury”, s. 112-113), wydawało się, że to już apogeum pseudo-naukowej głupoty i skażonego ideologicznie bełkotu.

Niestety nie. Publikacja Min. Edukacji stanu Oregon „A Pathway to Equitable Math Instruction. Dismantling Racism in Mathematics Instruction” bije kolejny rekord w tej dziedzinie, a jest to tym groźniejsze, bo przewiduje sankcje dla nauczycieli, którzy nadal będą nauczali „trwale skażonej rasizmem” matematyki i w dodatku będą to czynili w taki sposób, który utrwala białą supremację (bo matematykę wymyśliła biała rasa), przemoc i paternalizm (bo nauczyciel egzekwuje od uczniów narzucaną im arbitralnie wiedzę), szkodliwy perfekcjonizm i merytokrację nie liczącą się z odczuciami słabszych (bo „obiektywna” matematyka narzuca jedynie słuszne odpowiedzi”), czy też imperializm i kapitalizm (bo wszystkie te praktyki zmierzają do umocnienia przewagi Zachodu).

Co ciekawe, instrukcja jest elementem programu finansowanego przez Fundację Billa i Melindy Gatesów. Pokazuje to, że obecnie chyba bardziej niż covid zagraża ludzkości lewicowa ideologia (zawsze zaczynająca się od obrony uciśnionych, a kończąca totalitaryzmem i krwawym terrorem) oraz quangokracja (jak ją definiuje R. Scruton w książce „Co znaczy konserwatyzm” 2002, s. 91).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ethos badacza i co z tego wynika

W tekście „O pojęciu godności” Maria Ossowska tak charakteryzowała ducha naukowego odkrycia: „można pytać o wszystko, z wszystkiego można robić zagadnienie, można natarczywie pytać dalej, chociaż inni są już zaspokojeni”.

Talcott Parsons (w pracy napisanej wspólnie z G. Plattem – „The American University”) w następujący sposób definiował wolność akademicką: to „prawo do wyrażania poglądów skrajnych”.

A dużo wcześniej J. S. Mill pisał, iż „pierwszą powinnością myśliciela jest iść za swym umysłem, do jakichkolwiek wyników mógłby go zaprowadzić” („O wolności myślenia i mówienia”).

Piękne i niewątpliwie słuszne słowa. Tylko co z tego wynika? Niewiele albo zgoła nic. Takie opinie doskonale nadają się do cytowania przy uroczystych okazjach – pozwalają bowiem zademonstrować spektakularną pryncypialność – ale codzienna praktyka jest zupełnie inna. Tu decydują nie wartości i zasady (wyłącznie deklarowane, jakby to zdefiniował Ossowski), ale konkretni ludzie z ich upodobaniami, sympatiami bądź antypatiami oraz takimi bądź innymi horyzontami. „Dyscyplina akademicka może stać się prawie niezauważalnie inna – słusznie zauważa R. Rorty – w przeciągu połowy stulecia, inna przede wszystkim ze względu na rodzaj ludzi, którym przyznaje się profesury” („Spełnianie obietnicy”, s. 134). Otóż to.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kłamstwo oświęcimskie i holokaust którego nie było

Jeżeli „kłamstwo oświęcimskie” oraz podobne zjawiska związane z tzw. negacjonizmem są w wielu krajach penalizowane (z tego powodu rok w austriackim więzieniu spędził uznawany za jednego z najlepszych znawców II wojny światowej David Irving), to trudno się dziwić, że z podobną reakcją może spotykać się mówienie o „wydarzeniach, których nie było”, czyli „holokaust dla maluczkich”, jak to nazwała Zofia Mitosek w swoim szkicu sprzed paru lat („Teksty Drugie” 6/2008).

O tego rodzaju przypadkach szarlatanerii i mistyfikacji (np. Benjamin Wilkomirski ze Szwajcarii czy Enric Marco z Hiszpanii, którzy opowiadali o swoim rzekomym pobycie w obozie koncentracyjnym) pisze też Pascal Bruckner w książce „Tyrania skruchy”. „Auschwitz stało się potwornym obiektem pożądania. Stąd to pożądanie, by przystąpić do tego bardzo zamkniętego klubu i pragnienie, by wyrzucić z niego tych, którzy już są członkami. W efekcie wszystkie cierpienia zaczynają się zmieniać w te okropieństwa, które są par excellence pożądane, których każdy chciałby mienić się dziedzicem, aby zaznać unikalnego przeznaczenia: dla niektórych zajęcie tego najbardziej upragnionego miejsca staje się obsesją, o czym świadczą przypadki oszustów lub wariatów, którzy podawali się za ofiary nazistowskich obozów” (s. 121).

Nierzetelność badaczy kwestionujących niemieckie zbrodnie jest tak samo szkodliwa jak nierzetelność badaczy kreujących fakty, które nie miały miejsca. Jeśli coś mija się z prawdą historyczną, powinno być piętnowane i weryfikowane przede wszystkim przez historyków. Jeżeli dodatkowo takie stwierdzenia naruszają czyjeś dobra osobiste, to powinny się spotkać nie tylko ze stanowczą reakcją środowiska naukowego, ale też sądu.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Dalej jest noc” i co dalej?

Słusznie pisze red. Paweł Jędrzejewski (Forum Żydów Polskich) po wyroku sądu w sprawie o zniesławienie jednej z osób wymienionych w książce „Dalej jest noc”: sąd nie jest od ustalania prawdy historycznej, ale też sąd nie wypowiadał się w tej kwestii. Sąd jedynie uznał – na podstawie przedstawionych dowodów – iż ta kolejna praca poświęcona Holocaustowi zawiera nieprawdę, a to może mieć wielorakie konsekwencje.

Przede wszystkim (o ile wyrok zostanie utrzymany w mocy) autorzy książki będą musieli zamieścić sprostowanie, choć to oczywiście będzie przypominało zbieranie pierza rozwianego przez wiatr, jak to trafnie ujął Paweł Jędrzejewski.

Po drugie, wykazanie nierzetelności badań nad Holocaustem w tym przypadku będzie niewątpliwie rzutowało na stosunek do innych, choćby najbardziej rzetelnych, publikacji na ten temat ze szkodą dla ich autorów i dla samej problematyki.

Po trzecie, dalsze utrzymywanie, że źródłem prawdy historycznej są niesprawdzone plotki, może spowodować rewizję metodologii także u innych historyków, a wówczas wszelkie plotki i pogłoski na temat Żydów, jakie do tej pory uznawano wyłącznie za projekcję uprzedzeń i antysemityzmu, raptem zaczną być uznawane za prawdę.

Wreszcie po czwarte, wyrok sądu spowoduje (oby) otrzeźwienie w tych środowiskach naukowych, które bezkrytycznie i powodowane jedynie konformizmem wyraziły swoje oburzenie konferencją w Paryżu, podczas której zaprezentowano pracę „Dalej jest noc”. Oburzano się mianowicie z tego powodu, że konferencja była zakłócana przez publiczność, co uznano za atak na wolność debaty akademickiej. Tymczasem publiczność w ten sposób protestowała przeciwko niedopuszczeniu do głosu przez organizatorów konferencji recenzenta książki, który miał sporo uwag krytycznych, więc raczej ten fakt należałoby uznać za przejaw ograniczania wolności debaty akademickiej.

Po piąte i po szóste też się pewnie okaże, ale nie ma co uprzedzać wypadków.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz