Humanistyka w kieracie parametryzacji

W „Podziękowaniach” zamykających książkę „Kapitalizm. Historia krótkiego trwania” Kacper Pobłocki pisze, że „przygotowania do napisania tej książki trwały ponad dekadę” (s. 551). Jeśli obowiązujące obecnie zasady parametryzacji jednostek naukowych i rozliczania badaczy w odstępach czteroletnich utrzymają się, to można być pewnym, że tego rodzaju publikacje, jak licząca ponad 600 stron ciekawa i prowokująca książka Pobłockiego nie będą miały już żadnych szans powstania i ukazania się drukiem. W dodatku w języku polskim.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Socjolog wobec rzeczywistości i samej socjologii

Wczorajsza dyskusja w PTS nad książką „Przemiany kulturowe we współczesnej Polsce” (IFiS 2016) pod redakcją Joanny Kurczewskiej i we współpracy z Martą Karkowską dotyczyła zarówno tego, co zebrane w książce teksty mówią o współczesnej polskiej kulturze, jak i tego, co mówią one o samych socjologach.

Jeśli chodzi o pierwszy wątek, to niewątpliwie teksty 31 autorów pokazują, jak wielokształtna i złożona jest po-transformacyjna rzeczywistość kulturowa w Polsce i jak rozmaicie można ją opisywać i analizować. Pod tym względem musi budzić uznanie szerokie spektrum zainteresowań badaczy oraz ich oczytanie w literaturze przedmiotu.

Jeśli chodzi o drugą kwestię, to zarówno sama publikacja, jak i komentarze do niej zaproszonych panelistów pokazały, że socjologowie za swoją główną misję uważają opisywanie rzeczywistości, co jest tym bardziej wdzięcznym zadaniem, że dysponują po temu ogromnym zapleczem istniejących koncepcji, metod badawczych i podejść teoretycznych. A więc niby wszystko w porządku, ale…

Już we wstępie do tego obszernego tomu prof. Kurczewska zastrzegła, czego nie należy w nim szukać: omówienia lektur teoretycznych, ogarnięcia całego spektrum potocznych doświadczeń Polaków ani weryfikowania określonego sposobu teoretyzowania o kulturze (s. 10) – „czego osobiście żałuję”, jak dodała a propos tego ostatniego.

Co do pierwszego zastrzeżenia – „chwała Bogu”, chce się powiedzieć, bo przeżuwania i relacjonowania powszechnie znanych teorii niestety nie brak. Ten nadmiar wydaje się tym bardziej nużący, że najczęściej jest to bierne i nietwórcze omawianie klasycznych i/lub modnych koncepcji połączone z twierdzeniem (zwykle gołosłownym) o ich przydatności do analizowania określonych rodzimych problemów. Ze świecą szukać tekstów, których autorzy chcieliby obnażyć jakieś istotne słabości omawianych teorii albo pokazać, że nijak się mają do polskiej rzeczywistości, albo wręcz znokautować je jako kompletnie błędne i bezsensowne.

Co do drugiego – też nie ma problemu, bo ostatecznie socjologia nie musi (i chyba nie powinna) być zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu ani tym bardziej przewodnikiem turystyczno-krajoznawczym. Socjolog jest bowiem postawiony nie tylko wobec jakiejś rzeczywistości społecznej czy kulturowej, ale też wobec swojej aparatury teoretyczno-pojęciowej i jego teksty powinny pokazywać nie idealne nakładanie się tych dwu wymiarów, lecz raczej wydobywać kontrapunkty, jakie rodzi ich konfrontacja. O ile, oczywiście, zechce na to zwrócić uwagę.

Dlatego do wymienionych wyżej trzech zastrzeżeń sformułowanych przez prof. Kurczewską można dodać jeszcze jedno: w tej książce, jak zresztą w przeważającej liczbie innych publikacji socjologicznych, nie znajdzie się próby zaatakowania istniejących teorii, ich sfalsyfikowania w zderzeniu z polskimi realiami czy zwłaszcza – zaproponowania własnego podejścia. Polski socjolog jest bowiem przede wszystkim pracowitym czytelnikiem tego, co wymyślą koledzy na Zachodzie i najwyraźniej woli rolę podwykonawcy, zamiast budować własne oryginalne propozycje. Traktuje więc socjologię instrumentalnie: jako skrzynkę z gotowymi narzędziami.

I poniekąd ma rację: przecież na każdą okazję zawsze jakieś narzędzie uda się znaleźć, zapomina tylko, że tak traktowana nauka rychło przeradza się w swoje zaprzeczenie, a mianowicie – nawet najlepszy paradygmat używany w ten sposób wyrodnieje i zamienia się w „zdegenerowany program badawczy” (wedle znanego określenia Imre Lakatosa). A na tym cierpi nie tylko sama dyscyplina, ale i badana przy jej pomocy rzeczywistość.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Alina Janowska

Wszystko to prawda, co teraz można usłyszeć we wspomnieniach o niej: talent, uroda, wiele wspaniałych ról teatralnych i telewizyjnych, ale jednego w tym brak. Ci, coraz bardziej nieliczni, którzy jakoś tak pod koniec lat 50. (rok 1958 albo 1959) mieli okazję być na balu noworocznym w Pałacu Kultury i Nauki pamiętają coś jeszcze. Poza choinką pod sam sufit, korowodami tanecznymi, super zjeżdżalnią i oczywiście Dziadkiem Mrozem w jednej z sal ubrana w czerwoną suknię Alina Janowska recytowała dla nich „Byczka Fernando”!

Jeśli coś takiego pamięta się po tylu latach, to musiało to być nie byle co!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Parametryzacja, czyli paramparca po polsku

Temat parametryzacji ciągnie się od lat, jak kiepski serial turecki, ale nadal nie wiadomo, do czego to wszystko zmierza. Od kilku tygodni są już znane wyniki, które określą funkcjonowanie jednostek naukowych na najbliższe trzy lata. Podobno mają one świadczyć o ich poziomie naukowym, ale chyba raczej pokazują, które potrafiły zręczniej wpisać się w obowiązujące kryteria.

Gdyby bowiem potraktować przyznawane kategorie jako miarę doskonałości naukowej, to trzeba by uznać, że np. mający od lat światową renomę instytut archeologii śródziemnomorskiej, kierowany przez prof. Karola Myśliwca, następcę prof. Michałowskiego, po raz kolejny wykazał kiepski poziom, czyli pogrąża się w bylejakości, natomiast kilka innych, po których nikt by się niczego nadzwyczajnego nie spodziewał, pnie się w górę i bryluje.

Czy nie jest raczej tak, że takie jednostki, jak te pierwsze, pracują porządnie, prowadzą dobre badania i publikują tam, gdzie jest to merytorycznie uzasadnione, tyle tylko, że rozmija się to z zasadami algorytmów wymyślonych w resorcie, podczas gdy te drugie umiejętnie dostosowują się do aktualnej koniunktury, tworzą więc artefakty kryteriów, nie zaś realne osiągnięcia naukowe i zmieniają się tym samym w wysoce wydajne, ale tylko „manufaktury makulatury”, produkując tyle i publikując tam, gdzie się to najbardziej opłaca?

Gdyby zatem tak było (co wydaje się wielce prawdopodobne), to stosowane kryteria oceny okazywałyby się skutecznym sposobem niszczenia nauki, korumpowania naukowców (przez nakłanianie ich do wykonywania tego, na co jest akurat zapotrzebowanie), a zwłaszcza osłabianie polskich środowisk i wydawnictw naukowych (bo przecież resort zakłada, że najlepsze są te na Zachodzie).

Jak to bywa z kiepskimi serialami, trwają one długo, nie brak w nich powtórzeń i trudno przewidzieć, o co tam właściwie chodzi. Teraz też nie wiadomo, co będzie dalej. Chociażby z finansowaniem. Przed laty obiecywano, że instytuty kategorii A dostawać będą więcej środków, ale nic takiego nie nastąpiło. Teraz mówi się, że te gorsze otrzymają mniej środków. Ciekawe, jak będzie. Pewnie tak, jak za minionego ustroju – kiedy władza obiecywała, że da, to obiecywała, ale kiedy mówiła, że zabierze, to zabierała…

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rolnictwo czy agrobiznes

Poniedziałkowy referat prof. Bazylego Czyżewskiego z Poznania na seminarium IRWiR PAN dotyczył dylematów waloryzacji ziemi rolnej i wzbudził ożywioną dyskusję. Może dlatego że na sali poza ekonomistami byli obecni też socjologowie i antropologowie, którzy zdecydowanie inaczej postrzegają rzeczywistość.

Przede wszystkim podniesiono więc to, że prof. Czyżewski, jak przystało na ekonomistę, całkowicie abstrahował od społecznego i kulturowego kontekstu, w którym zawsze funkcjonuje rolnictwo i starał się sprowadzić zasady określające tę sferę aktywności człowieka do abstrakcyjnych modeli wyrażanych przy pomocy liczb i wzorów matematycznych. Socjologom w takich sytuacjach przypomina się zaś stwierdzenie Ludwika Gumplowicza: „prawidłowości liczb da się zawsze osiągnąć, choć o prawidłowości zjawisk pod te liczby podciągniętych mowy nie ma”.

Po drugie, prof. Czyżewski potraktował podstawowe czynniki produkcji w rolnictwie (ziemię i ludzką pracę) jak typowy towar, podczas gdy dla socjologów bardziej przekonujące wydają się opinie Karla Polany’ego, który pisał, że ziemia, praca, a nawet pieniądze to „towary fikcyjne” i należy je rozpatrywać inaczej – przez pryzmat gospodarki „zakorzenionej”, a więc uzależnionej od norm społecznych i wartości kulturowych. W świetle tych norm i wartości ziemia nie będzie więc nigdy tylko towarem ani czyimś kapitałem do jego swobodnego rozporządzenia, ale raczej „międzypokoleniowym depozytem” i powinna podlegać takim regulacjom prawnym, które w starożytnym Rzymie przewidywała forma kwirytalnej własności ziemi (wyłączenie z obrotu handlowego i przekazywanie wyłącznie w obrębie rodziny). Natomiast praca w rolnictwie, jak zresztą każda inna ludzka aktywność, nie ma służyć wyłącznie produkcji i eskalacji produktywności, lecz stanowi rodzaj praktyki nastawionej na swe szczególne dobra wewnętrzne i nakierowanej na osiąganie cnoty (w sensie Arystotelesowskim, przypominanym obecnie przez MacIntyre’a).

Po trzecie wreszcie, prof. Czyżewski, znów jak na ekonomistę przystało, zaprezentował wnioski, jakie wynikały z jego modeli, tak jakby była one cechą rzeczywistości, nie zaś konstrukcją myślową, a tym bardziej społeczną. Trzeba przyznać, że szczególnie ekonomiści lubią rozumować w ten sposób, powołując się na „żelazne prawa”, „obiektywne konieczności” czy „naturalne mechanizmy”, podczas gdy są to wszystko efekty działalności człowieka, nie zaś jakieś „niewidzialne ręce” czy tym bardziej palec Boży.

Świadomość tego mają natomiast i to od dawna badacze zachodni, bo potrafią przyznać, że wszystko, co dzieje się w gospodarce, stanowi efekt określonych działań określonych grup, a nie wyroki Opatrzności. Zajmujący się problematyką rolnictwa amerykańskiego prof. Franciszek Tomczak tak pisał przed laty o kondycji farmerów: „znajdują się w warunkach dominacji rynku opanowanego przez wielkie firmy, polityków rządowych i profesorsko-pisarskich polityków o interesach sprzecznych z interesami farm rodzinnych” („Od rolnictwa do agrobiznesu” 2004, s. 135). A w dalszej części swych rozważań prof. Tomczak przywoływał znamienny cytat: destrukcja farm rodzinnych jest rezultatem nie tyle „ogólnych tendencji rozwojowych”, ale „zwykłego pasożytowania na małych producentach przez inne grupy: przemysł zaopatrzeniowy, banki, transport, handel oraz specjalistów i ekspertów uniwersyteckich, szczególnie ekonomistów, którzy wnoszą swój wkład do uśmiercania nadziei tych rolników” (s. 237).

Ciekawe, jakim wzorem matematycznym i jaką wielkością liczbową prof. Bazyli Czyżewski i inni podobni mu ekonomiści rolni wyraziliby swój własny wkład w destrukcję rolnictwa rodzinnego? Dopóki tego nie zrobią, przypominają raczej dzieci, które najpierw wymyślają duchy i naśladują ich głosy, a potem wmawiają innym (a może i sami zaczynają w to wierzyć), że te duchy naprawdę istnieją i nie pozostaje nic innego, jak tylko bez słowa sprzeciwu zastosować się do tego, co obwieszczają.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dziwny Raport

Niedawny artykuł z „Polityki” (43/2017) – „Ile wsi we wsi” – budzi spore zainteresowanie w gronie badaczy wsi, ale z zupełnie innych powodów niż mógłby tego oczekiwać jego autor, red. Edwin Bendyk oraz autorzy raportu, o którym tam mowa. A chodzi o raport „Wieś w Polsce 2017: diagnoza i prognoza” przygotowany na 30-lecie Fundacji Wspomagania Wsi. Artykuł i omawiany tam raport wydaje się ciekawy, ale przede wszystkim jako pewien sposób uprawiania nauki i popularyzowania jej wyników, gdyż – jak się okazuje – nastąpił tu chyba zbyt daleko posunięty podział pracy.

A więc po pierwsze, zastanawia fakt, że jeden z najczęściej wzmiankowanych w artykule współautorów raportu (dr Przemysław Sadura) nie jest socjologiem wsi, lecz socjologiem polityki, a więc z problematyką wiejską ma kontakt luźny, okazjonalny i raczej nie profesjonalny.

Po drugie, o czym pisze red. Bendyk, autorzy raportu odbyli szereg rozmów z ekspertami (należy więc przypuszczać, że byli to specjaliści zajmujący się od dawna i systematycznie problematyką wiejską) – sięgnięto nawet po specjalistę od polityki lokalnej, co wynika z fragmentu poświęconego wójtom. To akurat może trochę dziwić, bo przecież ten wycinek wiejskiej rzeczywistości jest najbliższy kompetencjom dr. Sadury.

Po trzecie – musi powstać pytanie, czemu w takim razie Fundacja nie skorzystała bezpośrednio z wiedzy tych właśnie ekspertów, tak jak czyni np. inna fundacja, FDPA, która od lat również przygotowuje raporty o polskiej wsi, ale polega w tym przedsięwzięciu na zespole autorów, z których każdy jest specjalistą w swojej dziedzinie i nie musi uciekać się do doraźnych konsultacji.

I po czwarte wreszcie – można zasadnie pytać, czemu badacze o zupełnie innych kompetencjach (np. z zakresu socjologii polityki) podejmują się takiego zadania, choć zdają sobie sprawę z tego, że wiedza, jaką włożą w przygotowanie raportu, będzie wiedzą z drugiej ręki?

Wszystko to razem jest ciekawym przyczynkiem do obecnego kształtu życia naukowego, mechanizmów upowszechniania nauki i zasad etycznych, jakimi kierują się poszczególni badacze.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Prof. Bladaczka, a nie Antoni Buchała, ma rację!

Wydaje się, że to prof. Bladaczka miał rację, kiedy starał się wpoić swoim uczniom, że poezja Słowackiego powinna wzbudzać w nich miłość i zachwyt, skłaniać do płaczu, rozdzierać serce w kawały i przewiercać duszę na wskroś. Takie bowiem powinny być reakcje odbiorcy nie tylko poezji Słowackiego, ale każdej sztuki, bo prawdziwe doświadczenie kulturalne (co z kolei przypomina w swojej książce o Stanisławie Brzozowskim Andrzej Mencwel) to nie „selektywny intelektualny preparat werbalny”, ale doświadczenie na wskroś osobiste, a więc wprawdzie intelektualne, ale również sensualne i emocjonalne.

Innego zdania jest jednak Antoni Buchała, który analizując kolejne reformy szkoły („Arcana” 1-2/2017) upiera się przy innej wersji doświadczania sztuki i pisze: „nie chodzi o emocje, czego ten biedny profesor nie rozumiał”.

Jeśli jednak sięgnąć choćby po klasyczną definicję dziedzictwa kulturowego, jaką dał Stanisław Ossowski, to widać wyraźnie, co jest ty najważniejsze: nie same obiekty kulturowe, ale utrwalone w danej grupie wzory reakcji na nie. A jakie mają to być reakcje? Umysłowe, ale też uczuciowe i nawet mięśniowe. Czego ten biedny pan Antoni Buchała najwyraźniej nie rozumie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz