Żółty żonkil – czyli co?

Po raz kolejny, 19 kwietnia w rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim w stolicy rozdawano papierowe żółte żonkile. Na pamiątkę inicjatywy Marka Edelmana, który przed laty postanowił rozdawać w tym dniu żywe żółte żonkile.

Czy się różni papierowy żółty żonkil od prawdziwego żółtego żonkila? Właściwie niczym, co najwyżej można powiedzieć, że ten pierwszy jest symbolem tego drugiego.

Ale patrząc na kształt tego pierwszego, a zwłaszcza na plakaty, na których znane osoby prezentują się z takim właśnie żonkilem umieszczonym na ubraniu po lewej stronie, trudno oprzeć się skojarzeniu, że może on symbolizować także Gwiazdę Dawida – symbol religijny wyznawców judaizmu i zarazem element flagi Izraela.

Ale, kontynuując te interpretacje, wiadomo, że Gwiazda Dawida to niebieskie kontury na białym tle, zaś żółty kolor stosowali Niemcy i od sierpnia 1942 r. wszyscy Żydzi musieli ją nosić naszytą na ubraniu po lewej stronie (Rosa Sala Rose – „Krytyczny słownik mitów i symboli nazizmu”, s. 235). Jeżeli więc papierowy żółty żonkil miałby stanowić świadome nawiązanie do tamtej symboliki, to powstaje pytanie, po co dziś posługiwać się takim symbolem.

Czy jednak, idąc dalej, dużo zmieniłby fakt, gdyby zaproponowano dziś zakładanie w tym dniu np. opasek z niebieską Gwiazdą Dawida? Taki pomysł miała 10 lat temu fundacja Szalom, ale spotkało się to z gwałtownym sprzeciwem Marka Edelmana: „to hańba, że w Polsce, która jest wolna, podaje się znak niewoli jako symbol Żydów” – nie krył oburzenia ostatni wówczas żyjący przywódca powstania i nie przyjmował wyjaśnień Gołdy Tencer.

No więc dziś, kiedy Marek Edelman już nie żyje i nie może zaoponować, nie proponuje się ani opasek z niebieską Gwiazdą Dawida, ani przyklejek z żółtą Gwiazdą Dawida, tylko papierowe żółte żonkile, które nie symbolizują Gwiazdy Dawida.

Chociaż, jak przyznają pracownicy Muzeum POLIN, wielu osobom takie właśnie skojarzenie nasuwa się jako oczywiste.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Obywatele Unii”

Akurat w czasie, gdy Wielka Brytania proceduje swoje wyjście z Unii, kiedy w wielu krajach europejskich spada poparcie dla Unii (we Francji o 17 pp, w Hiszpanii o 16 itd. – B. Stokes, 2016), kiedy przybywa publikacji uznanych autorów twierdzących, że Unia „jest w stanie rozkładu” (J. Zielonka) i „należy ją odrzucić” (U. Guerot), w Polsce pojawia się ruch jej zagorzałych obrońców pod hasłem: „dziękuję Ci Unio” oraz „my obywatele Unii”.

Dziękują chyba za „zdradę liberalnych ideałów” (Zielonka), za oszukańcze machinacje „mistrza kłamstw”, J.-C. Junckera (J. Torreblanca), a może za przekształcenie jej w „Czwartą Rzeszę” (S. Heffer)? A czemu czują się „obywatelami Unii” też dokładnie nie wiadomo:
– skoro już parę lat temu (w 2012) prominentni przedstawiciele UE (J. Delors, H. Schmidt, J. Habermas) uznali, że „nie ma jeszcze Europejczyków” i zaproponowali „Let’s create a bottom-up Europe” (niezły pomysł: budowanie „od dołu” pod przewodnictwem „góry”)
– skoro UE do tego stopnia stanowi zaprzeczenie demokratycznych standardów, że „gdyby zgłosiła akces do samej siebie, to nie zostałaby przyjęta”(P.C. Schmitter)
– skoro wprowadziła bezwzględny neoliberalny „dyktat ekonomiczny”, który dramatycznie pogłębił nierówności społeczne i skazał część państw na zależność ekonomiczną od innych (Guerot).

W tej sytuacji „dziękowanie” Unii i określanie się mianem jej „obywatela” zasługuje jedynie na politowanie i rozbawienie. Takie działania są możliwe tylko w Polsce – w kraju, jak wiadomo, peryferyjnym, obskuranckim i nienadążającym za rozwiniętymi społeczeństwami Zachodu. Chociaż podjęcie apelu „zaledwie” w 6 lat od jego sformułowania i tak należy uznać za niezły wynik.

W tej sytuacji nazwać się „obywatelem Unii” to kolejna miara polskiego opóźnienia, dowód braku oryginalności i zarazem świadectwo niebywałej skromności (skoro nic innego nie udało się wymyśleć). Jednym słowem – to świadczy o człowieku!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dobre rady dla polskich liberałów

Jan Zielonka, profesor studiów europejskich w Oxfordzie, w książce „Kontrrewolucja. Liberalna Europa w odwrocie” przypomina wykład K. Poppera z roku 1963, kiedy to Popper mówił o dwu rodzajach podejścia do polityki. „Pierwsze z nich zakłada, że polityk powinien sądzić, że wszystko co robi, robi dobrze, że żadne z istniejących trudności nie są wynikiem jego błędów, ale raczej nieuniknionych trudności obiektywnych albo spisku przeciwników, którzy są złymi ludźmi”. Drugie zakłada, że każdy jest omylny, ale też że każdy powinien analizować swe postępowanie, by odnaleźć w nim błędy i słuchać przeciwników – w nadziei, że ci „za pomocą swej krytyki pomogą mu odkryć owe błędy”.

Niestety, ale wszystko wskazuje na to, że po przegranych w 2015 r. wyborach polscy liberałowie wybrali tę pierwszą drogę. Winni są wszyscy – obywatele, Kaczyński, a nawet Putin – tylko nie oni sami. Im więc Zielonka dedykuje swoje kolejne konstatacje i czyni to z czystej życzliwości, gdyż sam uważa się za liberała. Twierdzi więc, że trudno się dziwić liberalnej kontrrewolucji w Europie, gdyż „przez ostatnie 30 lat liberalizm był ideologią władzy i wywłaszczenia”, spowodował, że pod wpływem globalizacji odstąpiono od projektu welfare state i zastąpiono go ideą: socjalizm i wsparcie państwa dla bogatych, a dla biednych drapieżny kapitalizm i banki żywności, posługiwał się umiejętnie „postprawdą” (np. w kwestii rzekomych dowodów uzasadniających przyłączenie się do ataku na Irak) i doprowadził – zwłaszcza w UE – do zaniechania wielu standardów demokracji oraz hegemonii Niemiec (German Europe), która coraz mniej podoba się obywatelom w różnych krajach.

Zwłaszcza jedną z dobrych rad prof. Zielonki warto mieć na uwadze: „Liberałowie raczej nie odzyskają poparcia wyborców, obrażając ich i nazywając głupimi, niekompetentnymi i naiwnymi” (s. 98). Ale właśnie skorzystanie z tej sugestii przez polskich liberałów wydaje się najmniej prawdopodobne.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Stanowisko ZG PTS, czyli sens jawny i ukryty

Opublikowane przed paroma dniami stanowisko ZG PTS wyraża „sprzeciw wobec przyzwolenie na akty nienawiści” i wezwanie do poszanowania wolności badań naukowych. Niby stwierdzenia oczywiste, ale sformułowane w taki sposób, że otwierają drogę do najróżniejszych interpretacji.

Nieco okrężna stylistyka pierwszego apelu (użyte sformułowanie: „sprzeciw wobec przyzwolenia” znacznie poszerza grono krytykowanych – znaleźć się mogą tu zatem nie tylko ci, co dopuszczają się „aktów nienawiści”, ale i ci wszyscy, którzy na to „przyzwalają”, a więc np. nie dość stanowczo potępią je sami albo nie dość szybko przyłączają się do wyrazów potępienia wyrażonych przez innych) pojawia się tu obok – wprawdzie zapośredniczonego przez cytat z wypowiedzi Rektora UW Marcina Pałysa, ale jednak – wsparcia dla autonomii akademickiego myślenia. To też pozornie jasna deklaracja, ale tę jasność nieco zamąca wcześniejszy akapit Stanowiska, gdzie mowa o „zrozumieniu powinności nauki i granic jej wolności w demokratycznym państwie prawa”. W tym fragmencie nauka nie jest już najwidoczniej traktowana jako suwerenna dziedzina, bo „w demokratycznym państwie prawa” ma ona swoje „powinności” (czy jakiekolwiek państwo, nawet tak zacne jak demokratyczne, powinno narzucać nauce jakiekolwiek powinności?) a jej wolność napotyka tu jakieś „granice”.

W samym Stanowisku próżno szukać wskazówek, jak wywikłać się z tych dylematów, ale dostarcza ich aktualny i nie tak znów odległy kontekst polityczny. Pozwala on zestawić przypadek krytykowanych przez obecne władze wyników badań prof. Bilewicza z UW z nieprzychylnym nastawieniem poprzednich władz wobec wyników badań mgr. Zyzaka z UJ. Wtedy min. Kudrycka w imieniu MNiSzW posłała kontrolę, która miała sprawdzić zastosowaną metodologię, teraz grozi się wstrzymaniem finansowania tego rodzaju niepopularnych badań, czyli dokładnie tym samym, co zapowiadał Tusk pod adresem IPN: „to są pieniądze publiczne, więc mogą ich nie dostać”. Jeśli więc dziś Rektor Pałys powołuje się na „poszukiwanie prawdy i wolność prowadzenia badań” jako najważniejszą rolę nauki, to przypominają się od razu słowa Schetyny, który kilka lat temu mówił: „nie ma zgody na takie pisanie naszej historii”. Jak widać, zwykłe zestawianie wypowiedzi i sytuacji prowadzi do ciekawych kontrapunktów.

Jak zatem w tym wszystkim ma się odnaleźć socjolog? Kiedy powinien upominać się o „wolność nauki”, a kiedy pozwalać, by jednak wytyczano jej jakieś „granice”? Kiedy ingerencje polityków w badania naukowe ma oprotestować, a kiedy zbyć taktownym milczeniem? Stanowisko daje tu tylko jedną, choć enigmatyczną, podpowiedź pozwalającą na „pominięcie piany sensu eksplicytnego” po to, by „dobrać się do konfitur implicytności” wedle pięknego określenia Krzysztofa Okopienia („Podmiot czyli podrzutek” s. 33).

Tym słowem-kluczem może być zawarte na początku Stanowiska sformułowanie: „intelektualny i moralny obowiązek”. Moralność to jednak kategoria spoza obszaru nauki (i właśnie w tym tkwi wartość moralności i zarazem wartość nauki), przynajmniej jeśli trwać przy stanowisku klasyków takich jak Durkheim czy Weber, który przecież mawiał: „kto chce kazania, niech idzie do kościoła”. Jest też zwykle umocowana w tradycji i to określonej tradycji, z którą rywalizują inne tradycje równie przekonane co do swojej słuszności. Jest moralnością określonej grupy, bo inna grupa ma już swoją moralność (chyba że stanąć na stanowisku jakiegoś uniwersalizmu, np. chrześcijańskiego i z tego obszaru wysuwać swoje roszczenia) itd. Szkoda więc, że – obojętne już, taka czy inna – pojawia się w Stanowisku mającym reprezentować poglądy środowiska naukowego.

Ale i tak dobrze, że póki co „moralność” nie zdetronizowała tu tego, co „intelektualne”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dolina Krzemowa czy Droga 128?

Robert Putnam opisuje w swojej znanej książce „Samotna gra w kręgle” dwa przypadki ośrodków naukowych, które w USA rywalizowały ze sobą. W pierwszym panował ethos współpracy, otwartości, sieci współpracy były horyzontalne i często nieformalne, a co ważne – podkreśla Putnam – szefowie poszczególnych firm razem pili piwo po pracy i dzielili się doświadczeniami. W drugim trwano przy tradycyjnych hierarchiach korporacyjnych, przestrzegano poufności, dbano o samowystarczalność i przestrzegano terytorialności, a pracownicy rzadko wychodzili po pracy razem lub z osobami z innych firm. Dzięki zastosowaniu tak różnych zasad Dolina Krzemowa (początkowo organizacja nieformalna typu non profit) odniosła sukces, a Droga 128 pod Bostonem (z hasłem „odniosę sukces na własną rękę”) pozostała daleko w tyle za swoim konkurentem (s. 531-532).

Aktualne zasady organizacji nauki w Polsce nie pozostawiają wątpliwości co do kształtu organizacyjnego i założeń za nim stojących: sztywne podziały na jednostki, ich hierarchizacja i podporządkowanie biurokracji, przypisanie pracownika do ośrodków, wprowadzane kolejno regulacje, punktacje i parametryzacje, a jeśli jakaś współpraca, nowe inicjatywy czy pomysły, to wszystko pod ścisłym nadzorem administracji i obarczone przymusem planowania, szacowania i sprawozdawania – wszystko to, wbrew optymistycznym zapewnieniom resortu, kiepsko wróży.

Skoro jednak są na świecie czasopisma naukowe, które dokładają wszelkich starań, by NIE znaleźć się na jakiejkolwiek oficjalnej liście i nie zgadzają się, by nadawano im nawet największą ilość punktów, które mają w nosie wszelkie impact factory, Web Science i Scopusy, a i tak (a może właśnie dlatego) publikują na ich łamach głównie nobliści, to może warto pomyśleć o podobnej strategii w Polsce. Oczywiście, byłoby to dużo łatwiejsze, ale i tak miałoby swoją symboliczną wymowę.

A zacząć można choćby od tego, co podpowiada Michel Certeau („Wynaleźć codzienność”, 2008). Pisze ona tam o praktyce „przechwytywania” (detournement, „la perruque”), która polega na swobodnym wykorzystywaniu czasu i zasobów miejsca pracy dla innego niż zaplanowany przez szefa bądź władzę celu. Zdaniem Certeau jest to możliwe nie tylko w fabryce czy biurze, ale też w instytucjach naukowych. Tu także „można zawsze przechwycić czas należący do instytucji i wytwarzać tekstowe przedmioty będące sztuką i braterstwem; uczestniczyć w darmowej wymianie, nawet jeśli jest ona karana przez szefów i współpracowników; odpowiadać darami na dary – odwracać tym samym prawo, które w naukowej fabryce podporządkowuje pracę maszynie, a także stopniowo niszczy wymóg tworzenia i obowiązek dawania” (s. 29).

Jak widać, to nie takie trudne. Zwykła pogawędka przy kawie, podczas której przychodzą do głowy najlepsze pomysły, uczestnictwo w ciekawej, ale prowincjonalnej konferencji, publikacja w nisko punktowanym, choć cenionym przez środowisko czasopiśmie – wszystko to mogą być formy oporu przeciw systemowi, który paraliżuje prawdziwą naukę i zaprzecza jej najważniejszym wartościom.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Zasada Prezesa” działa!

Kiedyś nieżyjący już prof. Bogusław Wolniewicz, uważany w świecie za najwybitniejszego współczesnego polskiego filozofa i logika, stwierdził, że jeśli o kimś „Gazeta Wyborcza” wypowiada się źle, jest to powód do chwały. Tę samą zasadę, tyle że odwróconą można zastosować wobec wypowiedzi Prezesa Kaczyńskiego na temat reform nauki i szkolnictwa wyższego. Ledwie Prezes pochwalił projekt Ustawy 2.0, a już pojawił się list protestacyjny, który właśnie krąży w sieci i jest podpisywany przez kolejnych naukowców.

I bardzo dobrze. Może dzięki temu świat akademicki nie stanie się jedynym bodaj środowiskiem, które zaakceptuje bez oporu projekt zmian rządu PiS. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby świat akademicki zechciał przy tej okazji oczyścić się z tych wszystkich, którzy dotąd milcząco „przyklepywali” kolejne decyzje zapadające jeszcze za poprzedniego rządu, a dewastujące polskie uczelnie oraz instytucje naukowe. A najlepiej byłoby, gdyby świat akademicki zdecydował się wyłonić z siebie swoich prawdziwych reprezentantów, zamiast członków tych fasadowych ciał, które firmowały Ustawę 2.0. Niechby odtąd nikt, kto choć raz poparł wcześniejsze reformy albo przyłożył do nich rękę nie miał prawa wypowiadać się w sprawach nauki. Jeśli polscy naukowcy tworzą faktycznie jakieś środowisko, a nie sterroryzowaną przez rektorów zbieraninę, na pewno znajdą na to jakiś sposób. Przy tej okazji polska nauka pozbyłaby się wszystkich reżimowych kolaborantów legitymizujących dotychczasowe działania resortu. A może nawet i samego resortu?

To są oczywiście tylko marzenia, ale skoro sugestia zawarta we wpisie z 31 marca („Cała nadzieja w Prezesie”) zaczyna się realizować, to można puścić wodze fantazji i sformułować przy okazji tak pomyślnej koniunktury jeszcze kilka życzeń.
List otwarty w sprawie reformy szkolnictwa wyższego.docx

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Gospodarka – polityka – wojna

Prezydent Trump nie ustaje w krytykowaniu Niemiec za to, że przeznaczają na wojsko niecały jeden procent swego budżetu – na dniach czyni to wobec delegacji państw bałtyckich. Tymczasem z punktu widzenia Europy Środkowej, a zwłaszcza Polski, wcale nie jest to za mało, a nawet wydaje się zdecydowanie za dużo. Z perspektywy USA NATO (faktycznie narzędzie realizacji interesów głównie Ameryki) powinno być oczywiście jak najsilniejsze, ale jeśli ma to zarazem oznaczać siłę militarną Niemiec w Europie, ocena nie może już wyglądać tak samo.

Przy czym nie chodzi tu tylko o resentymenty z przeszłości. Trzeba mieć także na względzie bynajmniej nie ukrywane zamiary Niemiec, którym – przynajmniej dotąd – udawało się uczynić z UE narzędzie realizacji swoich interesów, ale teraz staje się to coraz trudniejsze. Jeżeli wojna, co wiadomo dzięki Clausewitzowi, „jest tylko dalszym ciągiem polityki prowadzonej innymi środkami”, z całą pewnością to samo można powiedzieć o gospodarce. Gospodarka Niemiec miała się dobrze – dzięki jej osadzeniu w ramach UE – w wymarzonej od wieków GRW (gospodarce wielkiego obszaru), o której śnili niemieccy romantycy, potem naziści, a wreszcie udało się ją wcielić w życie po II wojnie światowej (vide: prace Jerzego Chodorowskiego).

Forsowana od lat dalsza „integracja” Unii (zakładana zresztą od samego początku) ma na celu osiąganie tego samego, co zresztą zostało opatrzone znamiennym ostrzeżeniem: „jeżeli integracja europejska nie postępowałaby naprzód, Niemcy mogliby się uważać za powołanych lub zmuszonych względem na własne bezpieczeństwo do osiągnięcia stabilizacji swą własną i tradycyjną drogą” – taką deklarację złożyła w latach 90. koalicja CDU/CSU, a zatwierdził ją jeszcze kanclerz H. Kohl, dla którego Niemcy były nie tyle „zjednoczone”, ile – a to zwłaszcza dla Polski brzmi bardzo złowrogo – „ponownie zjednoczone” (J. Chodorowski – „Rodowód ideowy UE”).

Wszystko to trzeba mieć na uwadze recytując po raz kolejny akt wiary w pkt. 5 sojuszu atlantyckiego, zabiegając o względy Trumpa i dobre układy z USA, czy śledząc plany „integrowania” Unii oraz wprowadzania euro. Gospodarka jest przecież tylko „dalszym ciągiem polityki prowadzonej innymi środkami”. A gdy i te, i te środki zawodzą – zostaje zawsze wojna.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz