Państwo niewolnicze i jego poddani

W książce „Państwo niewolnicze” napisanej w 1912 r., a wydanej po ponad stu latach w języku polskim Hilaire Belloc zapowiada, że tak jak Europę wznoszono na fundamencie niewolnictwa, tak też zwieńczeniem jej historii będzie ponownie „państwo niewolnicze”. Co autor rozumiał pod tym pojęciem?

Belloc, przekonany, że odchodzenie od niewoli było możliwe dzięki poszerzaniu się „instytucji wolnego posiadania”, twierdzi jednocześnie, że ograniczanie tej sfery – czy to w kapitalizmie, (gdzie coraz więcej własności skupia się w ręku coraz mniej licznej grupy), czy też w kolektywizmie (gdzie całą własność zawłaszcza państwo) doprowadzi do „państwa niewolniczego”. A polega ono na tym, że masa ludzka jest zmuszona przez prawo do pracy na rzecz mniejszości, ale za cenę takiego przymusu będzie się cieszyć bezpieczeństwem, którego nie dawał jej stary kapitalizm (2020, s. 112). Jeżeli ktoś dostrzega w tym państwa „realnego socjalizmu” albo współczesne państwo opiekuńcze, zwane też państwem dobrobytu, to ma rację, bo autor dodaje, iż cechą istotną jest tu „panowanie nad wytwarzaniem bogactwa, które jest panowaniem nad życiem ludzkim” (s. 37). Dziś określa się ten mechanizm pojęciem biowładzy, kojarzone z powszechną kontrolą, gromadzeniem danych, i śledzeniem każdego kroku obywatela – czy to w przestrzeni fizycznej, czy też wirtualnej.

A ponieważ mimo całej tej skrupulatnej opieki, czy raczej nadzoru, warunkiem przeżycia jest praca, jaką pozbawione własności masy ludzkie muszą świadczyć na rzecz tych, którzy posiadają własność bądź są jej dysponentami, Belloc słusznie zauważa, że „środki dające możność przeżycia zależą od woli posiadaczy własności. Posiadacze ci mogą je nieposiadającym zapewnić i mogą im je też cofnąć. Realną sankcją w naszym społeczeństwie nie są kary wymierzane przez sądy, ale odebranie przez osoby posiadające środków do życia osobom nieposiadającym. Większość ludzi bardziej się dziś boi utraty zatrudnienia niż jakiejkolwiek kary prawnej, a środkiem dyscyplinującym ludzi w ich współczesnych formach aktywności jest lęk przed zwolnieniem z pracy” (s. 90).

Tak było ponad sto lat temu w Anglii, i tak jest dzisiaj, w Europie XXI wieku. Większość ludzi boi się mówić, co myśli i ogranicza swoją aktywność tak, by nie narazić się tym, którzy decydują o ich zatrudnieniu. Jeżeli ktoś z czytelników książki Belloca zgadza się z jego diagnozą, to znaczy, że jego przewidywania były trafne, a „państwo niewolnicze” ma się dobrze i nawet coraz lepiej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Czego pragną kobiety?

To, czego pragną młode oraz te w pełni dojrzałe kobiety, najlepiej widać na ulicach: swoje pragnienia wypisują na kartonach albo wykrzykują bez żadnego skrępowania. A to, co marzy się starym kobietom, opisał już Arystofanes w komedii „Sejm kobiet” i widać z tego, że jednolity front kobiet bardzo łatwo byłoby rozbić, gdyby tylko politycy zachcieli czytać klasykę.
Pierwsza Starucha
Uchwała kobiet: jeśli młody człowiek chce młodej, potrząść jej pierwej nie wolno, nim zerżnie starą. A jeśli nie zechce lec wpierw ze starą, lecz zapragnie młodej, to wolno będzie staruszkom młodego wciągnąć bezkarnie do domu za kuśkę. (Arystofanes, Komedie, 1970, s. 109).
A ponieważ chyba nie ma kobiety – ani starej, ani młodej – która by nie chciała być noszona przez mężczyzn na rękach, polska policja (jak widać z relacji medialnych) wychodzi na przeciw tym marzeniom. Trzeba to docenić.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Praworządność – być „za”, a nawet „przeciw”

Przeciwko wyrokowi TK w sprawie aborcji wypowiadają się nie tylko demonstranci na ulicach, ale też naukowcy, zastępując argumentację opartą na emocjach, argumentacją prawną. O tym, że orzeczenie TK jest prostą konsekwencją zapisów polskiej Konstytucji pisał już prof. Kleiber, b. Prezes PAN; wypowiadał się na ten temat także prof. Rzepliński, do niedawna autorytet dla całej opozycji. Niestety, obrońcy Konstytucji jakoś nie chcą przyjąć tego do wiadomości, co stawia pod znakiem zapytania albo ich wierność Konstytucji, albo zdolność logicznego myślenia.

Ciekawe, z jakim skutkiem przejdą ten swoisty test zwolennicy UE. Ci też protestują przeciw wyrokowi TK, choć pozostaje on zgodny z art. 3 Karty Praw Podstawowych, który zawiera „zakaz eugenicznych praktyk, w szczególności takich, które mają za cel selekcję osób”. Co prawda Polska (podobnie jak W. Brytania) zgłosiła swoje zastrzeżenia do tego dokumentu, ale – zdaniem wszystkich rodzimych „Europejczyków” powołujących się na zasadę nadrzędności prawa europejskiego nad prawem krajowym – przepisy unijne obowiązują w każdym państwie członkowskim, niezależnie od tego, czy ono je uznało i się z nimi zgadza. Czemu więc zwolennicy UE nie chcą tego uznać?

Te przypadki są kolejną ilustracją zasady, że można być tak bardzo „za”, iż raptem wychodzi na to, że jest się „przeciw”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Sprawiedliwość społeczna wg von Hayeka

Nie tylko w PRL-u panował ustrój „sprawiedliwości społecznej”. Również dzisiaj wiele organizacji międzynarodowych, takich jak np. UE, promuje to pojęcie w swoich dokumentach, a co gorsza przenika ono także do języka naukowego, gdzie zamiast być krytycznie analizowane, staje się wytyczną myślenia i badania rzeczywistości.

Skoro jednak współczesne państwa europejskie określają się jako „demokracje liberalne”, to może warto sprawdzić, co o „sprawiedliwości społecznej” sądził von Hayek, wielki orędownik i demokracji, i liberalizmu. W swojej pracy „Prawo, legislacja i wolność” twierdzi on, że „wyrażenie to w ogóle nic nie znaczy, a używa się go bezmyślnie bądź oszukańczo” (s. 16). Jego zdaniem jest to „przesąd”, „slogan”, „pusty frazes” funkcjonujący jak „potężne zaklęcie”, a „obecne rozpowszechnienie się tego przekonania w nie większym stopniu dowodzi realności jego przedmiotu niż dawna powszechna wiara w wiedźmy i kamień filozoficzny” (s. 17).

Czym grozi, wg von Hayeka, posługiwanie się tym pojęciem? Otóż funkcjonuje ono, jego zdaniem, jak „potężne zaklęcie”, które ożywia atawizmy właściwe społeczeństwu pierwotnemu i przez to zagraża społeczeństwu nowoczesnemu. Wielkie Społeczeństwo opiera się bowiem na abstrakcyjnych regułach i jest dzięki temu otwarte i wolne, demokratyczne i liberalne. Natomiast Społeczeństwo Plemienne odwołuje się do emocji i do etyki właściwej pierwotnym wspólnotom. Dlatego mówienie o „sprawiedliwości społecznej” staje się dla społeczeństwa otwartego siłą destrukcyjną i umożliwia konkretnej grupie narzucanie swoich poglądów innym w imię „konsensusu”, który – o czym pisze też Chantal Delsol w książce „Czas wyrzeczenia” – oznacza odejście od demokracji na rzecz wspólnotowego zjednoczenia. A tam (jak podczas plemiennego wiecu) wymusza się jednomyślność zamiast poszanowania odmiennego zdania (2020, s. 227 i n.)

A zatem mówienie o „sprawiedliwości społecznej” to nie tylko marsz w stronę socjalizmu (albo jeszcze gorzej), ale też – wobec bierności środowisk naukowych posługujących się bezrefleksyjnie tym określeniem –
przejaw tego, co Bourdieu nazywa podporządkowaniem socjologii światu społecznemu, który posługuje się nauką dla własnych celów. „Pozostawić swoją myśl na poziomie nieświadomym oznacza dla socjologa, jeszcze bardziej niż dla jakiegokolwiek innego myśliciela, narażenie się na rolę narzędzia w rękach tych, o czym się sądzi, że jest przedmiotem jego myśli” („Zaproszenie do socjologii refleksyjnej” 2001, s. 237). Naukowiec jako marionetka – to nie brzmi dumnie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Strajki kobiet, czyli od eugeniki „autorytarnej” do „liberalnej”

Równo sto lat temu wybitni uczeni niemieccy, prof. Karl Binding (którego teksty z dziedziny prawa cytuje z podziwem von Hayek – w: „Prawo, legislacja i wolność” 2020, s. 663) i prof. Alfred Hoche, psychiatra, opublikowali książkę, w której przekonywali, że „życie niewarte życia” jest „bytem stanowiącym balast” (bo jego utrzymanie jest uciążliwe i kosztowne), a więc nie zasługuje na ochronę. Ich teza została potem rozwinięta w wielu pracach naukowych i praktycznie zastosowana podczas II wojny światowej. Jak słusznie podkreśla Zygmunt Bauman („Holokaust: 50 lat później”), nie był to wcale przejaw barbarzyństwa czy ciemnoty, ale szczytowe osiągnięcie ducha nowoczesności. Podobnie oceniają tę kwestię badacze tacy jak Ralf Dahrendorf, Dan Diner czy Werner Rohr, którzy piszą, iż III Rzesza była zjawiskiem bardzo nowoczesnym, produktem myślenia wspartego niemiecką nauką uznawaną w ówczesnym świecie za najlepszą, państwem stawiającym sobie za cel gruntowną modernizację, postęp i maksymalizację wydajności w każdej dziedzinie. Dlatego G. Aly i S. Heim piszą o ścisłym związku „pomiędzy modernizacją i uśmiercaniem zbędnych ludzi”, a D. Peukert wyprowadza „Rozwiązanie ostateczne” nie z tradycyjnego, ludowego antysemityzmu, ale z ducha oświeconej nauki.

Tamte projekty i rozwiązania Jurgen Habermas nazywa – w pracy „”Przyszłość natury ludzkiej” – „eugeniką autorytarną” (gdyż o wszystkim decydowało państwo) i przeciwstawia ją współczesnej „eugenice liberalnej” (gdzie decydować ma jednostka, demonstrując tym samym swoją osobistą wolność). Zestawiając argumenty zwolenników i przeciwników nie tylko aborcji, ale też badań genetycznych i prenatalnych (zwłaszcza w bardzo aktualnym kontekście diagnostyki przedimplantacyjnej) Habermas widzi w nich przejaw tych samych „aż nadto dobrze znanych motywów nader niemieckiej ideologii – ‚hipernowoczesność’ przeciwko ‚hipermoralności'” (2003, s. 28). Stanowiska zwolenników moralnego statusu życia przedosobowego, z jednej strony, oraz wyznawców naturalistycznego posthumanizmu”, z drugiej, sprowadza do wyboru między Naturą (uznanie statusu organicznego substratu podmiotowości, tej fizycznej bazy danej nam przez naturę) oraz Kulturą (byt osobowy, obdarzony świadomością i nie naznaczony ułomnościami, które uniemożliwiają „normalne” funkcjonowanie – s. 60).

Nie ma co się łudzić, że tę pracę przeczytają strajkujące dziś kobiety, ale dobrze byłoby, by zapoznali się z nią przynajmniej naukowcy, którzy zechcą wypowiadać się „za” lub „przeciw” wyrokowi TK – akurat w sto lat od wydania książki Bindinga i Hoche.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Konsekwencje Strajku Kobiet dla „Socjoblogera”

Pomimo pandemii Strajk Kobiet nie rezygnuje z masowych demonstracji o coraz bardziej burzliwym przebiegu, co przekłada się na renesans popularności wpisów poświęconych temu tematowi. I tak przy wpisie sprzed paru dni („Polish Nazi Feminists” – 27 października) statystyki znowu „szybują w górę”, o czym informuje sympatyczny sygnał dźwiękowy od wordpressu. I dobrze. We wpisie tym chodziło bowiem o zademonstrowanie pewnego sposobu myślenia, który w socjologicznej metodologii jest nazywany „wnioskowaniem o indicatum na podstawie wskaźnika”. Skoro wskaźnik „ręki uniesionej ku górze” uzasadnia twierdzenia o postawach faszystowskich, to czemu nie uznać, że wskaźnik „błyskawica” może być interpretowany jako oznaka postaw nazistowskich? Choć oczywiście można też twierdzić, że jest to np. pewien wariant znaku Zorro albo jeszcze coś innego.

A jednak. Zamiast przyjęcia, że zaprezentowane w wymienionym wpisie rozumowanie jest zastosowaniem ogólnej i respektowanej w innych przypadkach, ale dokładnie tej samej reguły myślenia, pojawiają się wyrazy moralnego oburzenia. Podobnie zresztą jak w sytuacji, gdy żadnej obiekcji nie wywoływało popularne w tekstach socjologicznych twierdzenie o chłopach jako grupie „złodziejsko-żebraczej”, ale już cytat z publikacji PWN-owskiej, iż „socjalistyczne miasta karmiono kradzionym chlebem” spotykał się z gwałtownym sprzeciwem. Albo podobnie jak dopuszczalne było przez 30 lat transformacji używanie przez socjologów określenia, iż drobni rolnicy są nieproduktywnym „balastem, którego należy się jak najszybciej pozbyć”, ale za to nazwanie takiej retoryki „orientalizowaniem społeczeństwa” (jak to zrobił M. Buchowski) lub „neoliberalnym dyskursem rasistowskim” (wedle M. Bobako) nie znajdywało u tychże socjologów nijakiego uznania. Czy to kolejna „nadzwyczajna kasta”, a może grupa, która wbrew deklarowanemu obiektywizmowi i naukowej neutralności chce po prostu sprawować symboliczną władzę nad społeczeństwem przez nadawanie wszystkim innym definitywnych i niepodważalnych znaczeń. Wszystkim z wyjątkiem samych siebie.

Tylko że takie moralne oburzenie nasuwa skojarzenie z „moralnością Kalego”, a niedostrzeganie, że za przedstawionym rozumowaniem nie stoi nic innego jak ogólnie przyjęta w naukach społecznych zasada metodologiczna, rodzi obawy, że może tu chodzić także o „logikę Kalego”.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Polak – „Orangutan Europy”

W książce „Wynalezienie Europy Wschodniej. Mapa cywilizacji w dobie Oświecenia” (2020) Larry Wolff, profesor Uniwersytetu NY, analizuje wizję EW opracowaną przez oświeceniowe elity EZ i rozpisaną na filozofię, literaturę, etnografie, relacje z podróży, a także geografię i kartografię. Wizja ta, czerpiąca wiele jeszcze ze starożytności, była nie tylko niewinnym akademickim czy potocznym dyskursem, ale przede wszystkim formą intelektualnego, a potem politycznego i militarnego (np. nazistowskie podboje w XX w.) panowania.

Polska, przysłowiowy w XVIII w. „Orangutan Europy” (s. 545), tak jak cała EW, jawiła się więc jako kraina nędzy i ciemnoty, fatalnych dróg i błota, jednym słowem – brud, smród i ubóstwo. Autor słusznie podkreśla, iż była to po prostu konstrukcja, artykulacja oświeceniowego mitu posługującego się wciąż tymi samymi kliszami pojęciowymi i – niczym w folklorze – analogicznymi formułami słownymi, ale mitu ważnego dla tożsamości EZ, bo dostarczał jej swoistego dopełnienia własnego obrazu. Nietrudno zauważyć, iż dokonywało się to dzięki mechanizmowi znanemu z badań prymitywnych grup etnicznych, które obraz Innego budują na zasadzie odwróconego obrazu samych siebie (J. Obrębski). Zastanawiające tylko, że taki obraz znalazł się nawet w hasłach Encyklopedii Diderota i d’Alamberta, uznawanej za szczytowe osiągnięcie wolnego od przesądów racjonalizmu, choć ich autorzy często nie widzieli na oczy tego, co opisywali, a zawierzali najbardziej fantastycznym opowieściom.

Dzięki tym wszystkim publikacjom, wnikliwie analizowanym przez Wolffa, opinia publiczna EZ karmiona była opowieściami o występującym w Rosji „jagnięciu scytyjskim” (Agnus Scythicus) będącym pół-zwierzęciem a pół-rośliną oraz o Morlakach z Dalmacji, których kobiety słynęły z rozmiarów piersi: „obfita długość piersi morlackiej kobiety jest cokolwiek niezwykła; nie ulega bowiem najmniejszej wątpliwości, ze potrafią dać cycka dzieciom przez ramię albo pod pachą” – twierdził w 1774 r. niejaki Fortis.

Najbardziej niepokojące jest jednak zakończenie książki, gdzie Wolff pokazuje jak te wszystkie bzdury – ewidentny dowód na stereotypy, uprzedzenia i fobie zachodnich Europejczyków – obecne są w umysłach ich dzisiejszych elit, zwłaszcza politycznych, i dyktują im zasady postępowania z krajami EW, w tym z Polską. Co gorsza, ten osiemnastowieczny projekt urządzania życia mieszkańcom Europy Wschodniej, w tym – Polakom – w dalszym ciągu, a zwłaszcza po ’89 r., obowiązuje także w ośrodkach akademickich w Cambridge czy Massachusetts, gdzie pielęgnuje się tę samą arogancką ignorancję.

A już najgorsze w tym wszystkim jest to, czego Wolff nie pisze, a mianowicie, że w wielu krajach EW i w Polsce też, nie brak ludzi, którzy na serio biorą te nadal żywe oświeceniowe przesądy za objawienie i najprawdziwszą prawdę, zamiast widzieć w nich to, czym są w istocie –
dowodem na paraliż umysłowy i zadawnione bariery mentalne Zachodu, który najwyraźniej wciąż tkwi w ich okowach.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Ludwik Stomma o hajlowaniu

Wśród migawek z tegorocznego Marszu Niepodległości – sznur pojazdów z flagami narodowymi, starcia z policją, zakrwawiona twarz reportera –
pokazano też kogoś z uniesioną do góry ręką. Ciekawe, czy pojawią się (jak co roku) komentarze, że to faszystowski gest, że to skandal itp.

Czy jednak każdy gest uniesionej do góry ręki musi oznaczać hajlowanie? Ludwik Stomma w pracy „Antropologia kultury wsi polskiej XIX wieku” z właściwą sobie błyskotliwą erudycją wylicza to, co może symbolizować podniesiona ręka: „może być ona znakiem wolnego przejazdu (milicjant na skrzyżowaniu), początku (starter na zawodach), odwagi („Warszawa jedna twojej mocy się urąga, podnosi na cię rękę…”), złych zamiarów („za tę dłoń podniesioną nad Polską kula w łeb”), błogosławieństwa („podnieś rękę, Boże Dziecię”), egzekucji („oficer go nie widzi, rękę podniósł w górę”), proroczego natchnienia, kosmogonii, eschatologii, głosowania ‚tak’ lub ‚nie’, ułaskawienia, radości, pozdrowienia, powitania władzy (np. wizerunki Otogara w rękopisie ‚De Laudibus Sanctae Crucis’ z początku IX w.), a nawet krzywdy do pomszczenia (‚wpadli w tłum…, ale długo ta ręka ku niebu, ta ręka i głowa zostały mi w oku. Jeśli zapomnę o nich, ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie’) – 2002, s. 143. Jak widać Stomma nie wymienia tu hajlowania, a że komuś tak się może kojarzyć, to już jego sprawa.

Skoro kobiety płci obojga biorące udział w strajku kobiet czują się urażone interpretowaniem błyskawicy jako symbolu nazistowskiego, to niech przyjmą do wiadomości, że interpretowanie gestu podniesionej ręki jako symbolu faszystowskiego też może kogoś urazić.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Marsz Niepodległości – nielegalność jako skutek legalizmu

Organizatorzy tegorocznego Marszu Niepodległości powinni dobrze zapamiętać, jaki morał płynie z ich działań. Gdyby tak, jak organizatorzy strajku kobiet, nie prosili nikogo o zgodę, tylko postawili na „spontaniczny spacer”, nie spotkaliby się z odmową i zakazem. Chcieli jednak być legalistami, więc wystąpili z prośbą do samorządu Warszawy, a ponieważ nie uzyskali zgody, to ich marsz stał się wydarzeniem nielegalnym.

Organizatorzy tegorocznego Marszu Niepodległości zawiedli się jeszcze co do jednej sprawy. Jako państwowcy nie sądzili zapewne, że właśnie od państwowego organu porządkowego, czyli od policji, która ochraniała niedawne (również nielegalne, bo niezgodne z zarządzeniem władz państwowych o zakazie zgromadzeń powyżej 5 osób) strajki kobiet, oberwie się im najbardziej za niepodporządkowanie się decyzji – samorządu.

Wnioski na przyszłość są zatem oczywiste, choć demoralizujące.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Piekło (głupich) kobiet”

Akurat w tym samym czasie, gdy na ulicach feministki protestują przeciw „piekłu kobiet”, w autobusie linii 122 pojawiły się wklejki „piekło głupich kobiet”. Oto prawdziwy pluralizm, rzeczywista demokracja i wolność słowa, oto realny „dialog języków”, tak jak rozumiał go Bachtin. Ta spontaniczna, nie znająca politycznej poprawności plebejska karnawalizacja, która wszystko wywraca na opak, a zwłaszcza to, co ktoś inny już wywrócił na opak, pokazuje, że totalitarne zapędy tych, którzy chcieliby, by wszyscy myśleli tak samo, nie mają szans.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

„Bękarty pańszczyzny”

Pod takim tytułem – inspirowanym tytułem filmu Quentina Tarantino „Bękarty wojny” – ukazała się książka Michała Rauszera poświęcona chłopskiej kulturze oporu wobec pańszczyźnianej opresji. Jak pisze autor, książka powstała „ze złości i frustracji”, bo historia Polski była i jest nadal pisana a także nauczana głównie z perspektywy szlachecko-inteligenckiej. Chłopów przedstawia się więc jako „głupszych, bardziej prymitywnych, nienadających się do samodzielnego życia”, co oznacza, że władza w państwie należy się przedstawicielom elity, „bo są lepsi, bardziej kulturalni, wykształceni, stworzeni do rządzenia, szlachetni, pełni cnót i honorowi” (2020, s. 9). Nietrudno zauważyć, że dokładnie tak samo charakteryzowani są chłopi w pracach socjologicznych okresu transformacji: to oni mają „bariery mentalne”, „fobie” i braki w „kompetencjach cywilizacyjnych”, dlatego światłe elity powinny zachować swoją uprzywilejowaną pozycję.

Książka Michała Rauszera pokazuje, jak te „bękarty” mimo „sytuacji skrajnie niesprzyjającej potrafiły się panom przeciwstawić” i nie tylko przejmowały pańskie kategorie postrzegania, lecz obracały je przeciwko samym panom. Formy buntu były oczywiście różne: chłopi „rżnęli głupa” i stosowali bierny opór, ale też czynnie i zbrojnie występowali przeciwko swoim panom. Co ciekawe, pod tym względem kobiety wcale nie ustępowały mężczyznom, co pewnie wprawi w konsternację zwolenników tezy o odwiecznym „patriarchalizmie polskiej wsi”. Autor wspomina m.in. o kobietach – przywódcach band, takich jak Draganka z Rzegocina, która „dowodziła chłopami trzymając fajkę w ustach i jeżdżąc konno” (s. 141) albo niejaka Antczakowa, która w okresie uwłaszczenia stanęła na czele oporu chłopskiego w Zakrzewie w powiecie pleszewskim (s. 142). Mogą one być stawiane za wzór dzisiejszym kobietom i to nie tylko wiejskim.

„Bękarty pańszczyzny” ukazały się w serii „Ludowa Historia Polski”, a kolejne pozycje z tej serii powinny się znaleźć wśród lektur także socjologów. Zwłaszcza tych, którzy wciąż przedkładają swoje wydumane kategorie nad żywy konkret.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rektorzy kontra państwo polskie

Niedawna decyzja rektorów kilku uczelni, którzy ogłosili dzień wolny po to, by studenci i pracownicy mogli przyłączyć się do nielegalnego strajku kobiet, jest komentowana jako co najwyżej przejaw lekkomyślności w sytuacji pandemii. Ale ta decyzja jest czymś więcej. Przyzwolenie na udział w zabronionych zgromadzeniach jest bowiem równoznaczne z ignorowaniem decyzji rządu, to zachęta do łamania prawa i jawna prowokacja.
Darowanie komuś Inflant może śmieszyć, ale anulowanie rozporządzeń wydanych przez władze państwa już śmieszne nie jest. To wypowiedzenie posłuszeństwa własnemu państwu. To przejaw anarchii.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Krzywy nos żydowski” czy „orli nos szlachecki”

W książce „Więź społeczna i dziedzictwo krwi” Ossowski dał świetny przykład niejednoznaczności tego, co odbierane bywa jako znaczące. „Są akordy w muzyce, które same przez się nie determinują tonacji. Akord DFAD w towarzystwie akordów D-moll słyszymy jako akord minorowy. Ten sam akord w towarzystwie akordów C-dur słyszymy jako akord majorowy. Pewne rysy twarzy mogą nam się także objawiać w takiej lub innej tonacji zależnie od okoliczności towarzyszących: bez względu na to, w jakiej mierze przeciętna krzywizna ‚orlego nosa szlacheckiego’ różni się od przeciętnej krzywizny ‚krzywego nosa żydowskiego’ w pewnych wypadkach ten sam krzywy nos może być orlim nosem szlacheckim lub krzywym nosem żydowskim, zależnie od tego, czy widzimy go w ‚tonacji’ szlacheckiej czy w ‚tonacji’ semickiej. A tonację właśnie wyznaczają okoliczności towarzyszące” (1966, s. 158).

I tak jest nie tylko z cechami somatycznymi rozpatrywanymi przez Ossowskiego jako argument w sporach o przynależność etniczną. „Rzeczy znaczące wiele znaczą” – stwierdził słusznie, choć niezbyt odkrywczo Kierkegaard („Powtórzenie”, s. 287). Czasem wyraźne różnice nie przeszkadzają w stwierdzeniu tożsamości rzeczy, zjawiska czy symbolu, a z kolei daleko posunięte podobieństwa będą kwestionowane jako dowód takiej tożsamości. Dlatego seledynowy orzeł na seledynowym tle, jaki wisi w Sądzie Najwyższym, jest uznawany za godło Polski (choć definicja mówi wyraźnie o białym orle na czerwonym tle), za to obrazująca błyskawicę runa Sig, która po pewnych przekształceniach graficznych stała się znakiem Hitlerjugend, a w wersji podwojonej służyła za insygnia SS, po innych przekształceniach graficznych jest już tylko emblematem strajku kobiet i nikt nie ma prawa przywołać innych skojarzeń.

Na szczęście o interpretacji nie przesądzają ani intencje autora, ani konkretyzacje (jak to określał Ingarden) odbiorców. Każdy ma prawo mówić, co na ten temat sądzi, a i tak decydują mechanizmy zbiorowe i nadrzędne. Jeśli wiec symbole funkcjonują w sferze wyznaczonej przez układy sił i układy znaczeń, to zawsze warto zadać pytanie postawione przez Bourdieu: „czy w ostatniej instancji układy między układami sił a układami znaczeń są układami znaczeń czy układami sił” („Reprodukcja”, 1990, s. 73). Pewnie zdarza się i tak, i tak.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kartonowa rewolucja w państwie z dykty

W ostatnich dniach można było przekonać się, jak wyglądają rozruchy w państwie takim jak Polska.
Chociaż wydano zakaz zgromadzeń, na demonstracjach pojawiły się dziesiątki tysięcy osób, a policja zamiast nie dopuścić do łamania prawa, ochraniała nielegalne manifestacje przed równie nielegalnymi kontrmanifestacjami.
Chociaż ustawa o języku polskim nie pozwala na używanie wulgaryzmów w przestrzeni publicznej, było je doskonale widać i słychać, a policja nawet nie próbowała reagować.
W marszach brały udział rozwydrzone nastolatki, ale też osoby starsze, którym mimo osiągniętej dojrzałości przyszła ochota na młodzieńcze wybryki, a wobec bierności sił porządkowych wszyscy robili, co chcieli.
Za to tuż przed Świętem Zmarłych rząd zdecydował się zamknąć cmentarze (tak jakby nie miał podobno świetnych modeli i prognoz opracowanych przez matematyków z UW), aby uniemożliwić osobom wierzącym i pielęgnującym polskie tradycje odwiedzanie grobów (bo przecież osoby niewierzące nie wierzą w świętych obcowanie ani tym bardziej w pogańskie Zaduszki, zaś przywiązanie do narodowych tradycji także jest im obce).
Takie działania raczej nie przysporzą władzy zwolenników w szeregach jej przeciwników, ale za to sprawią, że wśród jej zwolenników mogą pojawić się przeciwnicy.

Opublikowano Uncategorized | 14 Komentarzy

Złota polska jesień z rosyjskimi akcentami

Tyle się dzieje tej jesieni, że nawet nikt nie zauważył, jaka jest piękna i pogodna. Zamiast więc chodzić na demonstracje (a wybór naprawdę jest duży: przemarsze tzw. ekologów, akcje typu „murem za Margot”, protesty rolników, pikiety zwolenników ochrony zwierząt futerkowych, strajk kobiet opowiadających się za bynajmniej nie nową zasadą, że „życie niewarte życia” należy zlikwidować już w zarodku itd.) – zamiast udziału w czymś takim można po prostu pójść na spacer: popatrzeć na żółte i czerwone liście, pozbierać kasztany i żołędzie.

A wieczorem poczytać Puszkina: „Унылая пора! Очей очарование! Приятна мне твоя прощальная краса. Люблю я пышное природы увядание, в багрец и золото одетые леса…”.

Albo zagrać miniaturę Czajkowskiego z cyklu „Времена года (для фортепиано)” – zatytułowaną „Октябрь. Оссенняя песнь”.

Wszystko to lepsze niż patrzeć na to, co dzieje się na warszawskich ulicach i co relacjonują media. Chociaż i tam widać w tle złotą polską jesień i niewykluczone, że również z rosyjskimi akcentami.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Polish Nazi Feminists

Dla nikogo, kto oglądał w ostatnich dniach protesty na ulicach polskich miast, nie ulega wątpliwości, że w Polsce pojawiła się nowa odmiana feministek: Polish Nazi Feminists. Poznać je można po znaku błyskawicy (tzw. runa Sig), który eksponują na plakatach, ubraniach, wyrysowują na murach lub na własnych dłoniach. Wg Guido von Lista to jeden z oficjalnych symboli nazizmu – „symbol czystej rasy aryjskiej”, a wg znanego badacza SS, Karla T. Weigla, to „niebiański fallus, który doprowadza kwiat burzy do rozkwitu”.

Zatem tłumaczenie, że błyskawica ma symbolizować gniew kobiet, jest podwójnie niedorzeczne. Raz – bo przypomina jako żywo inne znane tłumaczenia, że swastyka to słowiański symbol pomyślności, a dwa – bo umieszczanie przez feministki znaku fallusa na swoich sztandarach zdradza jakieś poważniejsze niedostatki w ich myśleniu.

Dlatego należy być pobłażliwym dla ich ekscesów, a nawet cieszyć się, że same, nie zmuszane przez nikogo, tak się wystroiły i paradują bez żadnej żenady. Bo teraz przynajmniej wszyscy widzą, kto jest kim.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Strajk kobiet

Oburzone decyzją TK kobiety postanowiły zastrajkować. Ale ten strajk nie będzie oznaczał zaniechania aktywności w sferze, którą zwykle zaciekle kontestują i kwestionują, a która jest im wyznaczona przez biologię, uświęcona przez tradycję i kulturę katolickiego narodu i wciąż uznawana przez większość społeczeństwa za „normalną” i „naturalną”, ale w sferze, którą wywalczyły ich matki i babki, z której są tak dumne i dzięki której, jak uważają, uzyskały równorzędny mężczyznom status.

Ogłosiły więc – zamiast strajku Lizystraty (jedynego, jaki mógłby tak na prawdę ugodzić w mężczyzn, wciąż odgrywających dominującą rolę w społeczeństwie) – strajk typowo proletariacki: nie stawią się do pracy. Pokazuje to, jak mało kobiety wierzą w swoją siłę jako kobiet właśnie (choć takie hasła wypisują na sztandarach) i jak dalece są bezradne, skoro oczekują rozwiązania wszystkich swoich problemów od państwa, zamiast zająć się tym same.

Przecież to kobiety mają partnerów, biorą sobie mężów i to one rodzą synów. Czemu więc nie potrafią stawiać odpowiednich wymagań swoim chłopakom, czemu nie umieją wziąć mężów pod pantofel (co potrafiły ich matki i babki), czemu nie umieją należycie wychowywać swoich synów?

Zamiast tego wszystkiego decydują się nie pójść jutro do pracy. Czyli –
zostaną w domu. Ku uciesze wszystkich tradycjonalistów, którzy uważają, że to jest ich właściwe miejsce.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Aborcja, czyli biopolityka jako thanatopolityka

Protestujący wczoraj przeciwko orzeczeniu TK zdziwiliby się bardzo, gdyby ktoś nazwał ich faszystami lub nazistami. A jednak te określenia, którymi osoby o poglądach lewicowych lub zgoła zdeklarowani socjaliści tak lubią opatrywać swoich przeciwników, niejednokrotnie pasują raczej do nich samych, zwłaszcza gdy zaczynają posługiwać się symboliką ewidentnie nazistowską – znak błyskawicy (Rosa Sala Rose – „Krytyczny słownik mitów i symboli nazizmu”, s. 218).

Akceptacja aborcji z powodów eugenicznych miała bowiem swoich szczególnie zagorzałych zwolenników właśnie wśród ideologów nazizmu (a nazizm był przecież socjalizmem). Nawiązywali oni oczywiście do klasycznej pozycji dwu wybitnych profesorów z dziedziny prawa i medycyny, Karla Bindinga i Alfreda Hoche, którzy w 1920 roku ukuli określenie „życia niewartego życia”, życia będącego balastem dla innych – „balastexistenzen”. I nie chodzi tu o to, czy dalsza argumentacja odwołuje się do praw kobiet, jak to czynią dziś feministki, do względów społecznych (nieodpowiednie warunki wychowawcze – casus matki małej Róży z Błot Wielkich), czy do rasizmu kulturowego dowodzącego, że nie wszyscy stanowią równie pożądany element w nowoczesnym społeczeństwie i dlatego nie należy obciążać reszty kosztami utrzymania osób mało produktywnych. Konsekwencją tych wszystkich rozumowań będzie zawsze teza o konieczności usunięcia takich istnień ze względu na dobro innych istnień.

Ten neo-darwinizm dawał o sobie znać w prymitywnych plemionach, gdzie skazywano na śmierć słabe niemowlęta i niewydajnych starców. To samo myślenie dyktowało hitlerowskim elitom pomysł „rozwiązania ostatecznego”, które bardziej niż z tradycyjnej niechęci do Żydów zakorzenione było w negatywnej ocenie przydatności tej grupy dla rozwoju modernizujących się Niemiec (Detler Peukert). Można je również odnaleźć w hasłach za aborcją eugeniczną, co tylko pokazuje, że eugenika realizowana w warunkach współczesnej biopolityki staje się synonimem thanatopolityki.

Opublikowano Uncategorized | 6 Komentarzy

Sejm wznawia obrady – i co z tego

„Suma zer daje groźną liczbę” – mawiał Stanisław Jerzy Lec.
Patrząc na to wszystko, co dzieje się obecnie, słuchając tych wszystkich, którzy podejmują decyzje, a choćby tylko zabierają głos w mediach i gdzie indziej, trzeba przyznać, że miał rację. Życie społeczne to nie matematyka, epidemia nie rozwija się zgodnie z modelami najmądrzejszych matematyków, a konsekwencje podejmowanych decyzji bądź zaniechań są dużo poważniejsze niż błędne rozwiązanie matematycznego równania.
Widać to szczególnie dobrze w momentach kryzysu takiego jak teraz. Sejm zawiesza bądź wznawia obrady, eksperci debatują, lekarze są mobilizowani, a społeczeństwo poddawane „terrorowi sanitarnemu” i coraz większej presji. I co z tego?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

My, elity

W dzisiejszym „Śniadaniu Mistrzów” w TVN24 jeden z uczestników z ujmującą skromnością był łaskaw się wyrazić: „elity takie jak my tu zgromadzeni”. Pozazdrościć dobrego samopoczucia. I odporności na propagandę mediów reżimowych, które od dawna atakują tzw. elity, pseudo-elity czy łże-elity.

Ale przecież to prof. Rychard już ładnych parę lat temu napisał o polskich elitach, że może i są to elity, ale raczej nie tego społeczeństwa. Bardzo ostra, wręcz okrutna diagnoza, ale jakże trafna. Czemu? Tu przypomina się fragment Epilogu z „Promethidiona”, gdzie Norwid tak to tłumaczył: „Naród bowiem składa się z tej sfery dolnej, która go różni od drugich i z tej górnej, co łączy go z drugimi. Ale łączy go, a nie siebie”.

Tymczasem polskie elity, a przynajmniej ci, którzy mają siebie za takich, wciąż uważają za stosowne i w dobrym tonie zaznaczać swój dystans od reszty społeczeństwa i podkreślać przy każdej okazji, czym to się różnią od pozostałych (a różnią się – przynajmniej w swoim mniemaniu – dokładnie tym, co ich zbliża do „normalnych” społeczeństw Zachodu). Zaś w szczególnie drastycznych przypadkach zniesmaczenia innymi obywatelami zachowują się jak ciotka Waldemara Michorowskiego, hrabina Idalia: „To, co się dzieje, to skandal. Cały świat jest oburzony. To nie na moje nerwy – wyjeżdżam za granicę”. Ostatnio dokładnie tak zachowała się np. pani Gretkowska.

Nie tylko pod tym względem polskie życie polityczne nasuwa skojarzenia z „Trędowatą” – przykładem pierwszorzędnej literatury trzeciorzędnej z życia wyższych sfer dla sfer niższych.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mariola o kocim spojrzeniu

Grecy uważali, że bogini Hera, zwana też wolooką, ma najpiękniejsze oczy na świecie. Kwestia gustu.

Z kolei o Galijkach Rzymianie pisali, że te mają sowie oczy. I znów chodziło zapewne nie tyle o ich kolor, ile o ich kształt i wykrój: sowie, czyli osadzone blisko siebie, raczej okrągłe niż podłużne („Galowie są wysokiego wzrostu, mają białą cerę i rude włosy, wzbudzają strach swym dzikim spojrzeniem, są skorzy do kłótni i nadmiernie zarozumiali. Kiedy ktoś z nich rozpocznie sprzeczkę i wezwie na pomoc żonę, która jest znacznie bardziej od niego energiczna i ma sowie oczy, wówczas nie potrafi mu sprostać cały zastęp cudzoziemców, zwłaszcza wtedy, gdy kobieta z nabrzmiałą szyją zacznie zgrzytać zębami, walić swymi ogromnymi ramionami, kopać nogami i rozdzielać kuksańce” – Ammianus Marcellinus, t. I, s. 152).

Natomiast Astolphe de Custine podróżujący po Rosji w roku 1839 parokrotnie podkreślał oryginalną urodę Słowian, a zwłaszcza ich oczy –
podłużne i szeroko rozstawione. „oczy, zwykle błękitne, są jednak wschodniego kroju, nieco wyłupiaste, i mają ów szelmowski, niespokojny wyraz, niejako wrodzony Słowianom, którzy nie odwracając głowy potrafią patrzeć w bok i za siebie” (I, 34). „Wykrój ich oczu jest podłużny, a spojrzenie chytre i skryte, jak u ludów Azji” (II, 302).

A w Polsce pod koniec XX wieku karierę zrobiły oczy pewnej Marioli, co poświadcza znana reklama poświęcona „Marioli OKOCIM spojrzeniu”. Ciekawe, czy to też przejdzie do historii.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Polskojęzyczne media niemieckie

Powtarzane ostatnio coraz częściej informacje, ile to tytułów prasowych (ale nie tylko) funkcjonujących w Polsce należy do niemieckich koncernów medialnych oraz plany wykupienia przynajmniej części z nich przez rząd polski traktowane są jako zamach na wolność słowa, nieuprawniona nacjonalizacja w dobie globalizacji i kolejny wymysł prawicowych oszołomów.

Warto więc przypomnieć, co na ten temat powiedział Gunter Grass w swoim wykładzie we Frankfurcie nad Odrą z okazji otrzymania nagrody Uniwersytetu Viadrina. W tym wykładzie, wygłoszonym niecałe 20 lat temu, Grass przestrzegał przed przejmowaniem polskiej prasy przez niemieckie koncerny. „Myśląc o tym absurdalnym podboju nie mogę nie przypomnieć sobie znowu tamtego króla polskiego, który dla krwawego dobra pogańskich Prusów wezwał zakon krzyżacki” – cytowała jego słowa „Gazeta Wyborcza” (21-22 lipca 2001, s. 9).

Cały okres transformacji był realizowany pod hasłem otwarcia się Polski na Zachód, a zwłaszcza na Niemcy, jeśli chodzi o gospodarkę, ale też media – chodziło oczywiście o modernizację, podniesienie standardów, poszerzenie horyzontów mentalnych i o tym podobne „dobra” i „kapitały”. Jednym słowem, trzeba było ucywilizować wreszcie tych nadwiślańskich Irokezów. Ile jednak w tych „dobrach” kryło się przemocy i wyzysku, ile „krwi” wtedy utoczono (spadek PKB, bezrobocie, migracje zarobkowe, dewastacja sfery socjalnej państwa itp.) – trzeba by wreszcie dokonać takiego bilansu, uwzględniając też rolę polskojęzycznych mediów niemieckich, przed którymi ostrzegał Grass.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Prawa człowieka to ideologia!

Tak twierdzi Chantal Delsol w książce „Czas wyrzeczenia” (2020), gdzie pisze, że ten korpus zasad – choć „bezpodstawny i posiadający różne interpretacje” (s. 114) obrósł dziś w rytualne zachowania i stał się obowiązujący (co stoi w jaskrawej sprzeczności z powszechnym współcześnie relatywizmem), a egzekwowany jest pod presją i przymusem.

Dzisiejsze dyskusje o prawach człowieka wywodzą się bowiem z negowanego powszechnie chrześcijaństwa, a więc utraciły swoje oparcie w prawdach wiary i wyprowadzanych z nich argumentach (pojęcie człowieka jako wyjątkowej istoty powiązanej z Bogiem). Zamiast tej złożonej konstrukcji sensu i wartości prawa człowieka są zatem dziś czymś w rodzaju mitów, pisze Delsol, mitów, które muszą być powtarzane, bo inaczej stracą swą moc – „mit staje się prawdziwy jedynie przez nieustającą obecność” (s. 132) – i w które należy wierzyć pod groźbą potępienia i wykluczenia. Pozbawione swoich fundamentów i należytego uzasadnienia prawa człowieka stają się więc opowieściami, które współcześni, niby jakiś dawny lud, powtarzają za swymi czarownikami jak zaklęcia, choć przestali już je rozumieć.

W dodatku te prawa (sprowadzone do emocjonalnych odruchów i praktycznej użyteczności) wcale nie są uniwersalne: kraje muzułmańskie, afrykańskie, a nawet prawosławna Cerkiew rosyjska przyjęły tylko niektóre z nich (s. 128). Wszystko to pokazuje, że 50 sygnatariuszy listu ambasadorów, z panią Mosbacher na czele, dało jedynie popis swej ignorancji i arogancji twierdząc, że prawa człowieka to nie ideologia i że są one uniwersalne. W tej kwestii, jak i w wielu innych, społeczeństwo ma prawo do rzetelnej informacji, a zwłaszcza do racjonalnej debaty nad pytaniem: czy warto było obalać religie i tępić duchowieństwo, aby teraz z równą jak tam stanowczością, choć bez równie dobrych argumentów, narzucać ludziom te same przekonania.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Socjologia polska albo czym jest nauka

Polska socjologia, mimo wielu ciekawych i wartościowych dokonań, zbiera nierzadko oceny krytyczne. W klasycznym tekście „Moda na socjologię” (1937) Tadeusz Szczurkiewicz dobitnie wyłożył, o co tu chodzi.

Z kolei prawie 30 lat temu prof. Kwaśniewicz („Kultura i Społeczeństwo” 3/1993 , s. 158) zarzucał empirycznym badaniom społecznym w Polsce, że „ani nie obejmują wszystkich podstawowych dziedzin życia społecznego, ani też nie nadążają zazwyczaj za przeobrażeniami społecznymi”. W efekcie sami badacze czerpią swoją wiedzę o polskim społeczeństwie nie tyle z wyników badań czy analizy teorii, ale z treści przekazywanych w mediach lub z wiedzy potocznej (dziś trzeba by dodać – także z internetu).

Kilkanaście lat później w pracy zbiorowej „Polskie nauki humanistyczne i społeczne” (2006, s. 48) prof. Domański stwierdził, że polska socjologia poprzestaje na odtwarzaniu rzeczywistości zamiast próbować ją wyjaśniać.

Natomiast w 2011 r. na konferencji w Łodzi „Badania biograficzne w naukach społecznych” prof. Czyżewski wyraził się następująco: współczesna socjologia „nie analizuje rzeczywistości społecznej, lecz ją obsługuje”. Warto zastanowić się, co oznaczają te diagnozy.

Faktycznie, co naprawdę naukowego mówi socjologia wtedy, gdy – jak w przypadku metod jakościowych – ogranicza się do powtarzania tego, co mówią respondenci lub piszą w pamiętnikach pamiętnikarze albo – w przypadku badań ilościowych – zlicza przypadki w różnych kategoriach? Takie opracowania, produkowane często na doraźne potrzeby, noszą też nazwę „ekspertyz” i są uznawane za szczególnie wartościowe dla praktyki. Może i tak, ale trzeba pamiętać, co o pisaniu ekspertyz sądził Znaniecki: że to zajęcie dobre dla przeszkolonego technika-specjalisty, a zatrudnianie do tego uczonych jest czystym marnotrawstwem ich wiedzy („Uczeni polscy a życie polskie”).

Czy tego rodzaju „badania” nie są jedynie „przednaukowym tępym rejestrowaniem prawdy”, jak pisał Adorno , który upominał się o „poznanie wykraczające poza uporządkowane powtórzenie” („Socjologia i dialektyka”). I co do tego właśnie zgodziłby się z nim Wacław Mejnbaum, który w tomie „Racjonalność – nauka – społeczeństwo” wyraźnie oddziela „wiedzę” na temat rzeczywistości od „nauki”, która kreuje „międzyrzeczywistość”, a więc nie tylko rejestruje fakty, lecz pokazuje też związki między nimi. Aby było ciekawiej, Mejnbaum na tym nie poprzestaje i wspomina też o trzecim etapie poznania, który nazywa „nadrzeczywistością”. Jest to etap budowania teorii, właściwe zadanie dla nauk podstawowych. A budowanie teorii to umiejętne zamienianie relacji empirycznych w prawa teoretyczne i tworzenie w ten sposób „nadrzeczywistości” – tej „wisienki na torcie”, tego właściwego i ostatecznego celu uprawiania wszelkiej nauki.

Takich wisienek jakby coraz mniej (i to nie tylko w socjologii), nie mówiąc już o tym że z powodu mizerii finansowej i organizacyjnej nauki polskiej (sprowadzonej ostatnio do intensywnego produkowania, a choćby i recyklingu tekstów – byle tylko dało się je opublikować w wysoko punktowanym piśmie zagranicznym) także o tortach wszyscy już jakby zapomnieli.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Homofobiczny świr” i jego obrońca

Przemysława Czarnka (PiS) nazwanego ostatnio za wypowiedzi o LGBT „homofobicznym świrem”, broni – w kontekście sporu o feminizm – red. Paweł Jędrzejewski (Forum Żydów Polskich) – Salon24, wpis z 2.X. A broniąc przypomina słowa Biblii – świętej księgi żydów i chrześcijan. Z tymi religiami, które leżą u podstaw kultury europejskiej, a raczej z głoszonymi przez nie wartościami, można się oczywiście zgadzać lub nie, ale nie sposób negować logiki przyjętych tam zasad.

Paweł Jędrzejewski przypomina więc, że „stworzenie” świata było – wg Biblii – rozdzieleniem tego, co przedtem, w stanie chaosu, stanowiło jedność. Tę samą logikę – uznawaną w judaizmie i chrześcijaństwie –
rozumieją też badacze cywilizacji, kultur i systemów społecznych. Twierdzą oni, że nie mogą istnieć żadne systemy, kultury ani cywilizacje, które nie respektują jakiegoś porządku. Wszelki porządek zaś opiera się na wyborze pewnych wartości i rezygnacji z innych. Dlatego np. Foucault mówi o „strukturze negatywnej” jako równiej ważnej jak „struktura pozytywna”: o kształcie danego systemu decyduje bowiem zarówno to, co on akceptuje, jak i to, co neguje; to, co włącza, jak i to, co wyklucza, to, co waloryzuje pozytywnie, jak i to, co potępia.

Cywilizacje, kultury, społeczeństwa to w istocie „rządy abstraktów”, jak o nich pisał Feliks Koneczny podkreślając, że nie chodzi tu o ich zawartość treściową, ale o budowę formalną, a więc – logikę całego układu. Ta zaś logika oznacza, ze „nie można być cywilizowanym jednocześnie na dwa sposoby”, nie można bowiem „zapatrywać się dwojako, trojako na dobro i zło, piękno i szpetność, szkodę i pożytek”. Wszelkie syntezy, mieszanki czy multikulturalizmy są więc ‚trujące”: wykluczają etykę z życia publicznego, prowadzą do rozkładu i „stanu acywilizacyjnego”, paraliżują „zdolność do czynu” i oznaczają „panowanie niższości”.

W świetle tej logiki takie współczesne tendencje jak ruch LGBT, feminizm czy „ideologia gender” (tego określenia używa Paweł Jędrzejewski z Forum Żydów Polskich) są więc nie do przyjęcia nie jako przeciwieństwo tych czy innych zasad, ale jako negacja idei ładu i porządku, a przede wszystkim elementarnej logiki, która funduje myślenie i naukę europejską, czyli logiki opartej na zasadzie sprzeczności.

Jak tłumaczył Jan Łukasiewicz („O zasadzie sprzeczności u Arystotelesa”) ta zasada ma aspekt ontologiczny (nie może coś być i nie być, mieć jakąś cechę lub jej nie mieć), aspekt logiczny (nie można danej rzeczy przypisywać dwu sprzecznych sądów) oraz aspekt psychologiczny (nie mogą istnieć w tym samym umyśle dwa przeciwne sądy). Najważniejsze jednak znaczenie zasady sprzeczności Jan Łukasiewicz widział w jej wartości praktyczno-etycznej. Według niego zasada sprzeczności jest „jedyną bronią przeciwko błędom i kłamstwu”, „tylko ona umożliwia nam zwycięską walkę z wszelkiego rodzaju nieprawdą” (s. 138).

Widać wiec, że w aktualnie toczonym sporze o LGBT, feminizm czy „ideologię gender” główną stawką nie jest trwanie cywilizacji europejskiej w tym czy innym jej kształcie, ale cywilizacji w ogóle. Rozmowa o konkretnych wartościach może oczywiście rozpalać postępowych „lewaków” i reakcyjnych „konserwatystów”, jak również wszelkich oszołomów i cały medialny oraz „internetowy motłoch” (wg określenia Pawła Jędrzejewskiego), ale poza tymi modnymi tematami kryją się sprawy dużo ważniejsze i zasługujące na dużo poważniejszą debatę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

UE za klauzulą sumienia

Jak wiadomo, UE od dawna zamierza powiązać przyznawanie środków z przestrzeganiem praworządności i jest to oczywiście dowodem jej wysokich standardów.

Czym to się jednak różni od tak krytykowanej (w przypadku osób lub instytucji, np. szpitali) klauzuli sumienia, która uzależnia udzielenie pomocy lub świadczenia od tego, czy jest ono zgodne z uznawanymi (przez tę osobę lub instytucję) wartościami?

Ano różni się dokładnie tym samym, co rekomendowane dziś jako słuszne i demokratyczne „parytety” od powszechnie potępianej zasady „numerus clausus”, którą wprowadzano w okresie międzywojennym. Albo eugenika, która uchodziła za zbrodnię, gdy dopuszczali się jej naziści, a dziś staje się postępowa jako „eugenika liberalna” (Habermas – „Przyszłość natury ludzkiej: czy zmierzamy do eugeniki liberalnej?” 2003) lub postulat „non-antropocentrycznego ekologizmu”, który niedwuznacznie sugeruje zasadność unicestwienia tych, którzy przygotowują apokalipsę (Gunther Anders – „Agir pour repousser la fin du monde” 2007), a przynajmniej użycia przymusu (H. Jonas – „Zasada odpowiedzialności. Etyka dla cywilizacji technologicznej” 1996).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ludzie listy piszą

Ostatnio piszą listy coraz częściej. I najchętniej grupowo. Im więcej podpisanych, tym lepiej (zgodnie z regułą Pascala: „zawsze znajdzie się więcej mnichów niż argumentów”). Ale ponieważ mnich mnichowi nierówny, bywa że ilość nie przechodzi w jakość i wtedy liczy się ranga, czyli prestiż, a w nauce – stopnie i tytuły.

Licytacja na stopnie i tytuły ma właśnie miejsce w przypadku listów otwartych przeciwko ustawie o ochronie zwierząt (ponad 460 podpisanych nazwisk, ale to głównie magistrzy) oraz za tą ustawą (tylko 50 nazwisk, ale za to nie byle jakich – Noblistka czy profesor filologii klasycznej, którzy nie wiedzieć czemu postanowili stanąć ramię w ramię choćby i z Prezesem Kaczyńskim tylko po to, by dowieść, że są „dobrymi ludźmi”).

Czy jednak bycie „dobrym człowiekiem”, w dodatku wybitnym w swojej dziedzinie, jest dostateczną podstawą, by kwestionować opinie wprawdzie tylko „magistrów”, ale za to znających się na przedmiocie sporu? Ci, którzy tak sądzą najwidoczniej stosują następujący „przelicznik”: 1 mgr jest wart mniej niż kilku profesorów, co oczywiście można dopuścić, ale tylko wtedy, gdy brać pod uwagę ich kompetencje. Tymczasem w aktualnie toczonym sporze o zwierzęta futerkowe (ale i inne) moralny odruch bierze górę nad opinią fachowców, a wszystko to razem wpisuje się, choć dość zaskakująco, w spór polityczny.

Kiedyż to wreszcie naukowcy zrozumieją, że – o ile chcą, by ich tytuł robił wrażenie – powinni wypowiadać się wyłącznie w dziedzinie, w której są kompetentni. W przeciwnym razie ich opinie będą niewiarygodne, roszczenia, by robić za wyrocznię w kwestiach moralności – stają się śmieszne, a oni sami upodobniają się bardziej do celebrytów niż do ludzi nauki.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dzik jest dziki. I nie tylko on

O tym, że dzik potrafi zaatakować, wiedzą nawet mieszkańcy dużych miast.

Z niedźwiedziem również lepiej zachować ostrożność i przytulać się tylko do tego pluszowego.

Bardzo rzadko zdarza się, by żubr pogonił turystę.

I nikt chyba nie słyszał o jeleniu, który – nawet podczas rykowiska –
poturbowałby człowieka i dopiero pokłuty scyzorykiem innych grzybiarzy dał za wygraną.

Na pewno też nikt nie uwierzyłby, że orki, przyjaźnie igrające w wodzie i bawiące się z dziećmi, mogłyby przypuścić zbiorowy atak na łódź. Tymczasem o czymś takim donosi ostatnio prasa („Forum” 20/2020).

Z tego wszystkiego można zatem wysnuć katastroficzną hipotezę na temat odpłaty, jaką świat przyrody szykuje człowiekowi. Całkiem to prawdopodobne, zważywszy, że np. orki (i pewnie nie tylko one) wytworzyły złożone kultury i różne języki zależnie od części świata, gdzie występują. A jeśli do tego dodać jeszcze, że neurobiolodzy znaleźli w ich mózgach struktury wskazujące na inteligencję, zdolności poznawcze oraz umiejętność intencjonalnego i skoordynowanego ataku (a takie wilki to niby gorsze?), trzeba zacząć się bać. Na wprowadzanie ustaw o ochronie zwierząt jest więc już zdecydowanie za późno, a zemsta futrzaków będzie straszna.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

LGBT i wszyscy inni

Odrzucają określenia samych siebie, jakimi obdarzają ich inni (bo to przejaw dominacji i mowy nienawiści, a my i tak lepiej wiemy, kim jesteśmy), ale sami narzucają innym własne definicje (jesteście faszystami i na nic zdadzą się wasze wykręty).

Upominają się o prawo do manifestowania swoich poglądów, upodobań i orientacji (jestem L, G, B lub T i to jest OK), ale sami zaciekle tępią obecność innych w przestrzeni publicznej i nic ich tak nie drażni, jak widok moherowych beretów zatopionych w modlitwie, ich różańców, a choćby furgonetek, oklejonych hasłami, z którymi się nie zgadzają.

Skarżą się na wykluczenie i krytykują „strefy wolne od LGBT”, ale sami poniekąd takie strefy tworzą, omijając dużym łukiem pewne środowiska, kościoły czy imprezy. Czy ktoś widział tęczową flagę podczas Festiwalu na Pl. Grzybowskim? Skąd to niedopatrzenie, czy może dyskryminacja?

Na podstawie tych i wielu innych przypadków można by powziąć podejrzenie, że to raczej oni są nietolerancyjni, dążą do dominacji i prezentują mentalność faszystowską. Ale – i tu warto odwołać się do logiki braci Marx – nie dajmy się zwieść pozorom. A wtedy wniosek jest jeden: oni naprawdę są właśnie tacy.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

O traktowaniu zwierząt: Katon vs Plutarch

W traktacie „O gospodarstwie wiejskim” Marek Porcjusz Kato dał liczne dowody swojej wyrachowanej zapobiegliwości. Nie tylko przestrzegał: „Bacz, by posiadłość nie wymagała większego nakładu ani kosztownej gospodarki. Pamiętaj, że pole jest jak człowiek: niech nawet daje dochód, jeśli wymaga nakładu, niewiele z niego zostanie”. Radził też, jakie „roboty można wykonać w czas słoty”, a jeśli niewolnicy chorowali, to wyjaśniał właścicielowi, że na tym również skorzysta, bo nie trzeba wówczas „wydać tyle żywności”, jak wtedy, gdy ciężko pracują.

Te dyktowane chłodną kalkulacją, a właściwie zwykłą chciwością, słowa spotkały się jednak z ostrą przyganą Plutarcha, a to w odniesieniu do fragmentu, w którym Katon sugerował skrzętnemu gospodarzowi: „Niech sprzeda oliwę, jeżeli jest w cenie, niech sprzeda nadwyżki wina i pszenicy, niech sprzeda stare woły, bydło brakowe, brakowe owce, wełnę, skóry, stary wóz, stare żelaziwo, starego niewolnika, chorowitego niewolnika i cokolwiek ma w nadmiarze”. Plutarch oskarżył Katona, wybitnego Rzymianina i męża stanu, o sknerstwo i wręcz nieludzkość: „ja bo nawet wołu podstarzałego w pracy nie sprzedałbym”, bo – jak tłumaczył – chociaż prawo stosuje się tylko wobec ludzi, to „dobroczynność i łaskawość jakby z obfitego źródła szlachetności płynie również ku bezrozumnym istotom. Dobremu człowiekowi przystoi więc karmić oraz pielęgnować konie sterane wiekiem, a także trzymać psy nie tylko wówczas, gdy są w pełni sił, lecz i wtedy, gdy się zestarzeją”.

Faktycznie, w starożytności zdarzały się piękne przykłady wspaniałomyślnego traktowania zwierząt, jak choćby wówczas, gdy podczas budowania Partenonu szczególnie wytrwale pracujące muły wyprzęgano i puszczano wolno na pastwisko, a wielu autorów pisało o takim, który choć z powodu wieku został zwolniony z pracy, to jednak schodził wraz z innymi do kamieniołomu, a następnie szedł obok zaprzęgu, zachęcając go do pracy. Postanowiono wiec dożywotnio utrzymywać go na koszt państwa –
pozwolono mu mianowicie żywić się ziarnem wystawionym na targach i zakazano kupcom odganiać go od wystawionego na sprzedaż zboża. „Lud pokryje koszty”. Równocześnie jednak składano krwawe ofiary ze zwierząt, podczas których – jak to opisuje Wergiliusz w „Eneidzie”: „Wedle zwyczaju zwierzęta ofiarne nad ogniem zarzynają. Z żywych jeszcze wydzierają trzewia” (XII, 310).

Nie ulega wątpliwości, że także w tej kwestii jesteśmy dziedzicami starożytnych – i w dobrym, i w złym.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nauka w UE

Akademia Młodych Uczonych (AMU) wystosowała na dniach apel w sprawie ograniczenia budżetu UE na badania naukowe, zapowiedzianego na nadzwyczajnym szczycie Rady Europejskiej, który odbył się w lipcu.

Nie od dziś UE oszczędza na nauce. Rok temu prezentowany był w Pałacu Staszica Raport CASE „Nasza Europa: 15 lat Polski w UE”, której autorzy – co padło podczas prezentacji Raportu – nie dostali żadnego wynagrodzenia, a więc pracowali „za frajer” lub, jak się to mówi elegancko, pro publico bono. Tym samym powiększyli grono osób świadczących pracę nieodpłatnie, za darmo, w ramach motywowanego ideowo wolontariatu. A skoro tak, to CASE zwrócił się do nich z dodatkowym zamówieniem: by zechcieli przejrzeć tłumaczenia własnych tekstów na język angielski, wyręczając w tym proof-readerów i korektorów.

Teraz cięcia mają dotknąć programu Horizon Europe, co – jak wskazują autorzy Apelu – jest niezrozumiałe i krótkowzroczne, zwłaszcza w obliczu pandemii (i związanej z tym konieczności badań nad szczepionką) oraz projektów dotyczących zmian w samej UE. Chyba że te ostatnie lepiej przygotują i przeprowadzą sami urzędnicy, bez ingerencji uczonych.

Jeśli przedstawicieli nauk przyrodniczych taka perspektywa może martwić, to już niekoniecznie musi być ona czymś niepokojącym dla humanistów. Czyste myślenie opłacane przez państwo lub inne ciało, które zatrudnia na etatach takie „pseudomyślicielstwo z państwowym (lub innym) atestem” nie jest warte nawet tego, co dostaje – twierdził Nietzsche. I tłumaczył, że „wymogiem kultury jest, by filozofię (i inne podobne nauki) pozbawić wszelkiego uznania państwowego i akademickiego. Pozwólcie filozofom (i paru innym) rosnąć na dziko – pisał – odbierzcie im wszelkie widoki na stanowisko, przestańcie ich łaskotać wynagrodzeniami, ba, jeszcze więcej: prześladujcie ich, bądźcie dla nich niełaskawi – dożyjecie dziwów” (w: „Schopenhauer jako wychowawca”).

Tak więc, skoro warunkiem rozwoju prawdziwie uczciwego i wolnego myślenia ma być jego uwolnienie od sponsorów, interesów politycznych i przeróżnych grup nacisku – to wypada sobie życzyć, by w ślad za UE poszły też państwa członkowskie. Niech zlikwidują system dopłat dla uczonych (zwanych „grantami”), niech rozwiążą ministerstwa i inne ciała, które tylko kontrolują, inwigilują i ewaluują to, co naukowcy stworzą, niech przestaną wydatkować z budżetu te i tak śmiesznie małe środki i wyrzucą badaczy na bruk. Wtedy niewątpliwie zadziała „wolna ręka” rynku naukowego, a przede wszystkim spełni się wizja Nietzschego: poziom niezależności zbliży się do poziomu frustracji i może naprawdę – doczekamy wreszcie wspaniałych rzeczy.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Za grosz logiki

Nord-Stream – niebezpieczny, bo grozi uzależnieniem Europy od rosyjskiego gazu i w dodatku jest wymierzony przeciw Polsce, bo omija nasz kraj –
twierdzą politycy, tak jakby zależało im na uzależnieniu od gazu z Rosji także Polski.

To brzmi zupełnie tak jak skarga klienta w restauracji: tego nie da się jeść i dlaczego dostałem taki mały kawałek?!

Albo jak pretensje feministek: Kościół to okropna instytucja, ale jak najszybciej kobiety powinny być dopuszczone do sprawowania mszy…

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Prawda i pozory

Jak już wiadomo, można być chorym na Covid-19, ale nie mieć żadnych objawów i nie wiedzieć o tym.
Można też czuć się kobietą, choć wszelkie objawy wskazują, że jest się mężczyzną.
Można wreszcie być antysemitą, choć się temu zaprzecza; wystarczy że inni stwierdzą to na podstawie pewnych objawów.
Żyjemy w świecie bardziej skomplikowanym i wieloznacznym niż to się śniło nawet postmodernistom

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Ethos naukowca w dobie turbo-nauki

Kiedy kilkanaście lat temu zaczynano reformę nauki, można było usłyszeć, jak niektórzy przechwalali się, że z prywatnych szkół wyższych dostają (i oczywiście – przyjmują) propozycje bardzo wysokich pensji za samą zgodę na umieszczenie ich nazwiska na liście wykładowców.

Kilka lat temu, na kolejnym etapie reformowania nauki, słyszało się z kolei opowieści o tym, że tu i ówdzie można być na dobrze płatnym etacie zobowiązując się jedynie do opublikowania 1 artykułu rocznie w czasopiśmie z „listy filadelfijskiej”.

Teraz stało się to już powszechną praktyką: przełożeni korumpują pracowników obietnicami hojnych nagród w zamian za wysoko punktowane publikacje, sami pracownicy (niczym jednoręcy u Mrożka, którzy dobierali się w pary, aby klaskać), tworzą zespoły, aby każdemu maksymalnie opłacało się złożyć tekst w jakimś zagranicznym czasopiśmie albo też nagle dowiadują się, że do tekstu, który przygotowali w pojedynkę, zostanie jeszcze ktoś dopisany itd.

O tym, że to bynajmniej nie koniec patologii, świadczą przykłady zagraniczne. Wcale do rzadkości nie należy tam sytuacja, gdy autor podpisany pod artykułem wcale go nie napisał. „Proceder zatrudniania autorów-widmo jest praktykowany także w nauce – pisze S. Krimsky („Nauka skorumpowana”, s. 181) – Jego uczestnikami raczej nie są studenci, ale profesjonalni naukowcy”. Coraz częściej bywa więc tak, że ktoś zgodnie z wymaganymi standardami produkuje gotowe teksty, a osoba o znanym nazwisku godzi się pod nim podpisać i otrzymuje za to odpowiednie wynagrodzenie. Są nawet zwyczajowe stawki za taki proceder: np. brytyjscy psychiatrzy za firmowanie napisanych przez kogoś artykułów dostają 2 tys. dolarów, a ich amerykańscy koledzy 3-10 tys.

Polska jest, jak zwykle, zapóźniona względem wysoko rozwiniętych krajów zachodnich, ale raczej nie ma wątpliwości, że i tu przyjmą się takie zachowania. Na przeszkodzie mogą stać skłonni do spektakularnej pryncypialności osobnicy, którzy przy każdej okazji zapewniają, że z ich strony to ostatnie ustępstwo, bo przecież cenią sobie ethos naukowca i zwykłą przyzwoitość. Tyle tylko, że i jedno, i drugie dawno psi zjedli, bo jeśli już raz ktoś zaczął przeliczać teksty na punkty, a punkty na gotówkę, to znalazł się dokładnie w takiej sytuacji, o której pisali stoicy: „zarówno o tym, który jest o sto stadiów oddalony od Kanobos, jak i o tym, który jest tylko o jeden stadion od niego oddalony, trzeba powiedzieć, że nie są w Kanobos, tak samo i ten, kto więcej grzeszy, i ten, kto mniej grzeszy, nie postępują właściwie” (Diogenes Laertios, VII, 1, 121).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kolejny meczet w Turcji i co z tego wynika

Kiedy w lipcu Prezydent Turcji zamienił Hagia Sophia w meczet, na całym świecie rozległy się głosy protestu, że oto świątynię chrześcijańską odstępuje muzułmanom (choć od prawie 90 lat było to najzupełniej świeckie muzeum) i że wszczyna konflikty religijne. Co dziwne, przeciwko przywróceniu Hagia Sophii statusu świątyni protestowały też osoby i instytucje wcale nie laickie: Papież był „zasmucony”, Patriarcha Konstantynopola – „głęboko zaniepokojony”, a Światowa Rada Kościołów wyraziła „żal i konsternację”. Wygląda to tak, jakby wszyscy, nawet duchowni, woleli, by nadal obiekt sakralny pozostawał muzeum, czyli aby wciąż obowiązywała decyzja Ataturka – bezwzględnego zwolennika modernizacji i nowoczesnego nacjonalizmu, co setki tysięcy Ormian przypłaciły życiem.

Teraz w sierpniu podobna decyzja zapadła w odniesieniu do innej świątyni w Stambule, Kościoła Świętego Zbawiciela , który także od dawna był placówką muzealną. Władze Turcji zamieniają te obiekty w meczety, co jest jak najbardziej uzasadnione. Turcja to kraj, gdzie większość stanowią wyznawcy islamu, a ci – w przeciwieństwie do chrześcijan –
wciąż licznie gromadzą się na modlitwy. A szantażowanie Turcji, że takimi posunięciami oddala perspektywę uznania jej za państwo europejskie, jest niepoważne, a w dodatku zdradza istotne luki w wykształceniu. Przecież podwaliny pod Rzym, uznawany za kolebkę kultury europejskiej, położył nie kto inny, jak Eneasz, uchodźca z Troi (jak pisał Wergiliusz: Dardańczyk z rodu Teukrów, „rzymskiego narodu początek” – „Eneida” XII, 240), a więc z Azji Mniejszej, czyli dzisiejszej Turcji, z kolei chrześcijaństwo, które opanowało Europę, także narodziło się na Bliskim Wschodzie, zaś filozofię grecką (zwłaszcza Arystotelesa) przechowali dla Europejczyków Arabowie. Co więc rdzennie „europejskiego” jest w Europie? Chyba tylko nikłe resztki zapomnianych zresztą barbarzyńskich tradycji, o czym swego czasu ciekawą książkę napisał Karol Modzelewski.

Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę to, co o społecznych przewagach islamskiego szkolnictwa opartego na Koranie, pisze Roger Scruton („Zachód i cała reszta”), a o moralnej wyższości przyjętego w krajach muzułmańskich systemu ekonomicznego – również czerpiącego z Koranu – piszą ekonomiści (np. A.N. Duraj – w: „Ekonomia” 5/2002), to okazuje się, że Zachód powinien zacząć myśleć poważnie na temat Wschodu, a przede wszystkim przestać go pouczać i grozić mu paluszkiem, bo powodów do poczucia wyższości ma mało, a będzie ich jeszcze mniej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Zwycięstwo czy klęska „Solidarności”?

W dyskusjach podsumowujących minione 40 lat – i to, o dziwo, tych prowadzonych zarówno w mediach „reżimowych”, jak i „polskojęzycznych” – bardzo podobnie oceniono dorobek „Solidarności”. Ma to być niekwestionowane „zwycięstwo”, a nawet pojawiły się wzmianki o „sojuszu inteligencji z robotnikami”. Trzeba więc zadać pytanie, czy naprawdę ostatnie 5 lat tak wiele zmieniły, że przestały być aktualne słowa Davida Osta o „klęsce ‚Solidarności'” i o tym, że cały okres transformacji pokazuje, iż ten ruch społeczny został zaprzepaszczony, a jego główni uczestnicy – poświęceni i następnie zignorowani przez elity.
Elity liberalne, inteligencje i naukowców, którzy wykorzystawszy energię zwykłych obywateli, uznali ich następnie za główną przeszkodę przemian, za symbol patologii społecznej i przeżytek starego systemu. Znalazło to wyraz, zdaniem Osta, zwłaszcza w rozmowach Okrągłego Stołu, podczas których „robotnikom wyznaczono rolę cheerleaderów” (s. 112), a władzę przejęła „racjonalnie rozumująca elita intelektualna”, nierzadko o rodowodzie partyjnym.
W rezultacie 10 mln obywateli, w tym robotników i chłopów, zakwalifikowano jako antydemokratyczną i antyliberalną siłę, którą światli intelektualiści muszą cały czas trzymać w karbach. Pogłosy tamtego sposobu myślenia są wciąż obecne w aktualnym dyskursie publicznym, w krytyce „populizmu” i w sporach o to, kto był prawdziwą twarzą „Solidarności”. Tuszowanie tych rozbieżności nie służy ani pamięci historycznej, ani bieżącemu życiu politycznemu.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Co dalej z tą Białorusią?

Trochę już opatrzyły się obrazki wybitych zębów i posiniaczonych pleców Białorusinów, coraz mniejsze wrażenie robią też wezwania Cichanouskiej do kontynuowania protestów (przecież wszyscy nie wyjadą, jak ona, na Litwę, by tam z bezpiecznej odległości atakować reżim Łukaszenki), a reakcje Zachodu, ograniczone do rytualnych haseł i gestów, po prostu rozczarowują. Na tym nie da się zbudować przyszłości Białorusi, chyba że ktoś wierzy w ideę ludowładztwa. Takie mrzonki dobrze służą mobilizacji społecznej, choć zarazem torują drogę nowej władzy. Ale o tym, jak na razie, cicho. Jeśli nie liczyć zagłuszanego w Polsce od razu refrenu „obok Orła znak Pogoni”, bo aspiracjom do znaku Michała Archanioła zaprzeczył już Tusk w słynnej rozmowie z Putinem.

A więc: co dalej z Białorusią? Chyba najlepszą odpowiedź można znaleźć u Russo, który w „Umowie społecznej” pisał tak: „Rozruchy, wojny domowe przerażają bardzo naczelników państwa {każdy, kto widział Łukaszenkę z karabinem w ręku, musi się z tym zgodzić} lecz nie stanowią one prawdziwych klęsk dla ludów, które może nawet znajdą wytchnienie, póki trwa spór o to, kto je ma tyranizować”. Historia EŚ-W ostatnich dekad nie pozostawia pd tym względem wątpliwości i pewnie już niedługo także Białorusini będą się pocieszać znanym sloganem Joan Robinson „nieszczęście bycia wykorzystywanym przez kapitalistów jest niczym w porównaniu z nieszczęściem niebycia przez nich wykorzystywanym”.

Dlatego niech Białorusini cieszą się chwilą złudnego poczucia wolności: marsze, flagi, kwiaty, a zwłaszcza trochę krwi na ulicach – wszystko to podnosi na duchu i buduje legendę, która im osłodzi konsekwencje aktualnych działań. Czyli dokładnie tak, jak pisał Russo: „Trochę ruchu dodaje duszom wigoru, a wolność przyczynia się do szczęśliwości rodzaju ludzkiego bardziej niż pokój” (1966, s. 101).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

LGBT: potrzeba uznania czy wojna kulturowa?

W trzecim tomie „Chłopa polskiego w Europie i Ameryce” Florian Znaniecki analizując pamiętnik Władka Wiśniewskiego co i raz podkreślał jako dominujący rys osobowości Władka jego pragnienie społecznego uznania i nazywał je charakterystyczną dla członka grupy tradycyjnej „typową postawą chłopa”. Czy zatem żądania środowisk LGBT i wszelkich innych mniejszości oraz nietypowych orientacji należy zakwalifikować jako wyraz ich dążenia do właściwego grupom pierwotnym poczucia wspólnoty (tym bardziej, że zdaniem R. Bellaha to właśnie tradycyjne społeczeństwa hierarchiczne są bardziej skłonne włączać grupy odmienne kulturowo niż społeczeństwa indywidualistyczne, szczycące się swoim radykalnym egalitaryzmem – „Skłonności serca”, s. 344), a zatem jako dążenie na wskroś regresywne, a nie postępowe?

Sprawa nie jest tak prosta. Jak przekonuje Axel Honneth („Walka o uznanie” 2012), czym innym jest „uznanie prawne”, a czym innym „szacunek społeczny”. To pierwsze opiera się na właściwym społeczeństwom przednowoczesnym uniwersalistycznym założeniu, które najlepiej wyraził Hegel: „jednostka staje się godna tego uznania przez to, że przezwyciężając naturalne elementy swej świadomości, podporządkowuje się temu, co ogólne” („Encyklopedia” 1970, s. 221). Natomiast to drugie, typowe dla społeczeństw nowoczesnych, akcentuje nie ogólne cechy podmiotów ludzkich, lecz przede wszystkim ich zróżnicowanie. Tym samym kwestionuje zastaną hierarchię wartości, deprecjonuje tradycjonalną etyczność i domaga się uwzględnienia nowych pryncypiów aksjologicznych. To zaś oznacza powstanie „kontrkultury szacunku kompensacyjnego”, a więc „permanentną walkę” i „konflikt kulturowy”.

Ciekawe jednak, że to na wskroś „nowoczesne” dążenie rezygnuje z „przednowoczesnego” kryterium racjonalności i dotychczasową argumentację kognitywną zastępuje emocjonalną, odwołującą się do uczuć i afektów. Z czym trudno pogodzić się pozostałej części społeczeństwa, która nie rozumie, dlaczego ma okazywać szacunek tym, którzy kwestionują zastany ład aksjologiczny, czemu ma akceptować wartości stanowiące zaprzeczenie uznawanych przez nich wartości i z jakiego powodu ma cenić innych tylko dlatego, że są inni (nie-binarni, mają odmienne gusty, lubią brokuły, a nie schaboszczaka albo wdrapują się na pomniki zamiast składać pod nimi kwiaty).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ammianus o zarazie

Ammianus Marcellinus, żyjący w IV w.n.e. Grek i żołnierz, jak sam o sobie pisze, autor „Dziejów Rzymskich” powołując się na starożytne autorytety tłumaczy, że zaraza bierze się z nadmiaru zimna lub ciepła, wilgoci lub suszy i dzieli zarazy na pandemiczne, epidemiczne oraz lemodyczne (XIX, 4,2). Opisuje też sposoby Rzymian na radzenie sobie z wszelką zarazą: „wymyślono zbawienny środek – nie należy odwiedzać przyjaciela, nawet gdy cierpi na podobną naszej chorobę, a słudzy wysłani, aby zapytać o zdrowie znajomych nękanych jakąś dolegliwością, nie zostaną z powrotem wpuszczeni do domu, zanim nie wezmą oczyszczającej kąpieli. Tak dalece boją się zarazy oglądanej nawet cudzymi oczyma! Z drugiej jednak strony, mimo całej tej ostrożności, nie zważają na swoje osłabione ciało, lecz kiedy otrzymają zaproszenie na wesele, gdzie na otwartą prawicę kładzie się podarunki ze złota, pędzą ochoczo bodaj do Spoletium” – 150 km od Rzymu (XIV, 6,19).
Pod tym względem dzisiejsi Europejczycy okazują się wiernymi kontynuatorami rzymskich tradycji.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nie-binarność i inne modne przypadki

Czy gdyby Goethe nie napisał „Cierpień młodego Wertera”, aż tylu młodzieńców poczułoby się nieszczęśliwymi z powodu miłości i popełniło samobójstwo? Czy gdyby nie pojawiły się określenia: trauma i depresja, dzieciaki pod trzepakiem mogłyby skarżyć się, że przeżyły traumę (bo np. rodzice nie dali kasy na nowego smartfona) i z tego powodu popadły w depresję? Oczywiście, że nie. Łatwo jednak ulec sugestii i odnaleźć w sobie wszelkie symptomy opisywanych przypadków.

Doświadczył tego bohater książki „Trzech panów w łódce nie licząc psa”, gdy wstąpił do Muzeum Brytyjskiego, aby zapoznać się ze sposobami leczenia pewnej drobnej dolegliwości. Ponieważ jednak niebacznie zaczął studiować opisy wszystkich innych chorób, stało się to, co łatwo przewidzieć: „odkryłem, że jestem chory na tyfus – musiałem go mieć kilka dobrych miesięcy nic o tym nie wiedząc, Ciekaw bylem, co jeszcze mnie gnębi. Dojechałem do tańca św. Wita i wyszło na jaw, że – jak się tego spodziewałem – św. Wit też mnie nie ominął. Mój przypadek coraz bardziej mnie interesował, postanowiłem wiec zbadać go aż do samego dna. Przystąpiłem do rzeczy w porządku alfabetycznym. Przeczytałem najpierw o artretyzmie. Dowiedziałem się, że cierpię na artretyzm i że za jakieś dwa tygodnie zacznie się ostry stan zapalny. Brighta choroba, jak się o tym z ulgą dowiedziałem, nawiedziła mnie w postaci takiej jakiejś odmienionej, ze mogłem z nią żyć sto lat. Cholerę za to miałem z ciężkimi komplikacjami, a z dyfterytem już się chyba urodziłem…”.

Ten zabawny fragment zawiera jednak w sobie głęboką prawdę. Nie jest bowiem tak, że kultura jest wyłącznie ekspresją tego, co tkwi w człowieku, a społeczeństwo – tylko aparatem służącym do zaspokajania ludzkich potrzeb. Kultura i społeczeństwo dostarczają także wzorów, tożsamości i ról, które są mniej lub chętniej przyjmowane i realizowane. Jak pisze Mary Douglas w książce „Jak myślą instytucje”, jesteśmy skazani na to, by myśleć o sobie w kategoriach, które nie są naszym pomysłem, lecz zostały ustalone przez instytucje. Takie produkowane kulturowo i społecznie etykiety tworzą więc rzeczywistość, do której się odnoszą. Foucault nazywa to „konstytucją podmiotów”, a Hacking –
„wymyślaniem ludzi”, zaś następstwem tego jest fakt, że wraz z powstawaniem nowych kategorii medycznych, seksualnych czy moralnych pojawia się mnóstwo tego typu ludzi, którzy spontanicznie te kategorie akceptują i identyfikują się z nimi. „Tak pozytywne reakcje na nowe etykiety – pisze Douglas – świadczą o wyjątkowej gotowości do wpasowywania się w nowe schematy i redefiniowania własnej osobowości. To coś innego niż proces nazywania. To proces znacznie bardziej dynamiczny, w którym nowe nazwy sprawiają, że pojawiają się nowe, odpowiadające im byty” (2011, s. 119).

I chyba z czymś takim mamy właśnie do czynienia obecnie. Gdyby ktoś nie wymyślił kategorii „nie-binarność”, aż tylu ludzi nie stwierdziło by nagle, że właśnie oni są „nie-binarni”. Byliby po prostu bardziej męskimi kobietami lub zniewieściałymi mężczyznami albo w ogóle przestaliby zaprzątać sobie tym głowę. Ale stało się: uwierzyli, że są tym, co mówi nowa wyprodukowana etykietka i zaczęli zamęczać siebie i swoje otoczenie świadomością tego faktu. A cierpi na tym przede wszystkim logika: oto bowiem nie-binarny mężczyzna wybiera dla siebie jak najbardziej binarne określenie „kobieta” (lub odwrotnie), choć przecież język polski ma do zaoferowania wręcz idealną dla takiej konstrukcji kategorię – rodzaj nijaki. Skoro nie „ten”, to także nie „ta”, a więc jak najbardziej „to” (jak dziecko, dziewczę, chłopię i każde inne stworzenie boskie, a nawet samo bóstwo). W przeciwnym razie każdy, chcąc nie chcąc, będzie musiał angażować się po którejś ze stron sporu i tym samym brać udział w tym szaleństwie.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Marksiści i LGBT-iści

Istnieją dwie różne interpretacje intencji Marksa (i poniekąd twórcy każdego programu społecznego): jedną dał Georg Ritzer pisząc, że Marks wcale nie był krwiożerczym radykałem, ale „humanistą głęboko zatroskanym z powodu cierpień i wyzysku klasy robotniczej w kapitalizmie”. Drugą, chyba bliższą prawdy, przedstawił Andrzej Walicki, który nie miał złudzeń, że „los robotników jako ludzi istniejących empirycznie, tu i teraz, był dla Marksa raczej obojętny. Cechowała go pełna gotowość do poświęcenia teraźniejszego pokolenia robotników na rzecz przyszłego wyzwolenia ich klasy; klasy pojętej jako całość ponadindywidualna, wyposażona w misję powszechnego wyzwolenia ludzkości”.

Właśnie taki „ideologiczny instrumentalizm” i wzgląd na abstrakcyjnie pojmowane cele, nie zaś na życie konkretnych ludzi cechuje wiele programów, które oczywiście deklarują coś zupełnie innego. Podobnie rzecz się też przedstawia z ruchem LGBT, coraz częściej kontestowanym przez „zwykłych ludzi” – i to bynajmniej nie tylko tych tradycyjnie „binarnych płciowo”, lecz także przez osoby homoseksualne i o innych nietypowych preferencjach. Zarzucają oni aktywistom LGBT uprawianie propagandy i nieliczenie się z losem konkretnych osób, dla których taka działalność oznacza dodatkowe obciążenie i napiętnowanie, podczas gdy większość z nich znalazła już sobie jakąś niszę w nie tak znowu nietolerancyjnym społeczeństwie i ani myśli o radykalnej przebudowie istniejącego świata.

Sytuacja więc się powtarza: każdy ruch potrzebuje jakiegoś „proletariatu” (ekonomicznego, etnicznego, czy seksualnego) po to, by potraktować go jako „paliwo i taran rewolucji” (trafne określenie Lenina) dla uzasadnienia podejmowanych akcji i realizacji swoich celów. Los konkretnych jednostek jest im natomiast kompletnie obojętny i to do tego stopnia, że gotowi są zwalczać wszystkich tych, którzy nie życzą sobie ich wsparcia. Przykładem może być reakcja red. Sierakowskiego wobec listu kobiet, które kilka lat temu nie poparły żądania parytetów (będących co do swej istoty niczym innym jak powszechnie krytykowaną –
bo w okresie międzywojennym odnoszono ją do mniejszości narodowych, zwłaszcza do ludności żydowskiej – zasadą numerus clausus). Sygnatariuszki listu red. Sierakowski nazwał wtedy volksdeutschkami, uznając najwyraźniej, że ich płeć biologiczna powinna determinować ich poglądy, uniformizować zachowania i wymuszać jakąś iście stadną lojalność.

Ciekawe, że dzisiaj przedstawiciele radykalnych ruchów społecznych właśnie tego rodzaju opinie zwalczają jako obskuranckie i twierdzą, że najważniejsze są subiektywne przeświadczenia jednostki co do tego, kim jest i co w związku z tym ma myśleć i robić …

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Matki Polki i inne matki

W wierszu „Matka Obywatelka” Franciszek Dionizy Kniaźnin pisał:

„Jakaż to dla mnie i rozkosz i trwoga,

Dwojaka – widzę – przed mym synem droga:

Sławy i hańby. Gdy na tę truchleję,

Przecież o tamtej większe mam nadzieje”.

A w wierszu „Do Matki Polki” Mickiewicz zwracał się do polskich kobiet takimi słowami:

„Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem,

do taczkowego każ zaprzęgać woza,

by przed katowskim nie zbladnął obuchem

ani się spłonił na widok powroza”.

Takie wiersze uformowały romantyczny, ale wciąż żywy w polskim społeczeństwie ethos patriotyzmu i wzór obywatelskiej postawy. Natomiast pani Cichanouska, pretendująca wszak do zdobycia władzy i przewodzenia narodowi białoruskiemu ma zdecydowanie inne poglądy. Do demonstrantów, którzy domagają się, by uznano, że to ona zwyciężyła w wyborach prezydenckich, kieruje takie słowa: „nie marnujcie życia”, „dzieci są najważniejsze”.

Jeśli ludzie jej posłuchają, to Białoruś jeszcze długo pozostanie w kleszczowym uścisku Łukaszenki i Putina. No chyba, że znajdą się (jak to często bywa) jacyś szlachetni Polacy, gotowi zawsze i wszędzie umierać „za wolność waszą i naszą”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Polska o Białorusi, czyli „przyganiał kocioł garnkowi”

Po wczorajszych wyborach prezydenckich na Białorusi rząd Polski staje w pierwszym rzędzie obrońców demokracji i wartości europejskich: wyraża zaniepokojenie brutalną pacyfikacją demonstracji, domaga się od władz białoruskich poszanowania standardów demokratycznych i zaprzestania represji, wzywa UE do podjęcia zdecydowanych działań w obronie prawa i społeczeństwa demokratycznego itd.

Robi więc dokładnie to samo, co uważa za niestosowne w odniesieniu do własnego kraju, który jest przecież póki co członkiem UE, a Białorusi do tego jeszcze daleko. Pomijając już kwestię, na ile słuszne są zarzuty Zachodu pod adresem Polski, to oficjalnie ocenia się je jako nieuprawnioną ingerencję w sprawy wewnętrzne i ograniczanie suwerenności. Co najmniej niestosowne wydaje się zatem robienie tego samego w odniesieniu do innego kraju, nawet jeśli ten w jeszcze większym stopniu odbiega od ideału. Jaki mandat do prawienia morałów ma ktoś, kto sam spotyka się z poważnymi zarzutami? Dlaczego działać w ten sam sposób, który krytykuje się za niewłaściwy wobec samego siebie? Czy ma się prawo oskarżać „ulicę i zagranicę”, że zmierza do wywołania „majdanu” w Polsce i jednocześnie inspirować białoruską ulicę i mobilizować wobec białoruskiego państwa zagranicę w celu wywołania majdanu na Białorusi?

Polityka to nie domena logiki, a politycy nie muszą działać konsekwentnie. Powinni jednak dbać o to, by nie popadać w śmieszność. A właśnie dziś im się to przydarzyło.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Małpy i ludzie

Pewien biskup francuski, jeszcze za Ancien Regime’u, podczas przechadzki po ogrodach królewskich zatrzymał się kiedyś przed klatką z gorylem. Powaga i głęboka zaduma malująca się na obliczu tego zwierzęcia skłoniły go do wypowiedzenia słów: Przemów, a każę cie ochrzcić!

Gdyby ten sam biskup przechadzał się onegdaj w Warszawie po Nowym Świecie i zobaczył osobnika, który z wywieszonym językiem przysiadł na balustradzie balkonu i drapał się po kroczu, na pewno nie złożyłby mu takiej propozycji.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Kogo dyskryminuje Konwencja Stambulska

Konwencja Stambulska, zwana też antyprzemocową, nie jest bynajmniej neutralnym narzędziem mającym wspierać prawo. O tym, że przemyca ona myślenie wyraźnie dyskryminujące mężczyzn, pisano już niejednokrotnie. Nie zawsze przecież są oni oprawcami. W istocie, padają oni ofiarą przemocy domowej niemal równie często jak kobiety (np. w 2012 r. w Szwecji na 89.500 takich przypadków, aż 42.400, dotyczyło przemocy fizycznej wobec mężczyzn, a prawdopodobnie było ich dużo więcej, tylko że nie zostały zgłoszone – „Rz” 19.X.2012).

Inną kwestią, którą ten dokument pomija, są nietypowe upodobania osób, które mogą czerpać satysfakcję, a nawet przyjemność z brutalnego traktowania przez partnera. Przed laty pewna znana socjolog zwierzała się w mediach, że nie widziała nic złego w tym, że była bita przez małżonka: „ja widziałam w tym coś ciekawego”, to była „przemoc jako sposób komunikowania”, a nawet deklarowała wprost przeciwne doznania: razy wymierzane smyczą utwierdzały ją w przekonaniu, że wcale „nie była ofiarą”, bo właśnie wtedy, gdy mogło się wydawać, że jest tą ofiarą, to tak naprawdę „była górą”!

W Kabarecie Starszych Panów ekspresyjnie wyśpiewała takie właśnie oryginalne pragnienia niezapomniana Irena Kwiatkowska: „męcz mnie, dręcz mnie ręcznie, smagaj, poniewieraj, steraj, truj; ach, butem, knutem, znęcaj się nad ciałem mem zepsutem”. Nowoczesne, otwarte i tolerancyjne społeczeństwa nie powinny dyskryminować, a tym bardziej represjonować jakichkolwiek nienormatywnych preferencji ani podporządkowywać ich uznanej za jedynie słuszną, a więc totalitarnej regule. Czyli, jak to pisał przed laty Steven Lukes: liberalizm dla liberałów, kanibalizm dla kanibali itd.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Badania przesiewowe – jak tropienie łasiczki

Im więcej wykonanych testów na koronawirusa, tym więcej stwierdzonych zakażeń. Sprawa oczywista, ale wyprowadzany wniosek- że to oznacza więcej zachorowań, a zwłaszcza towarzysząca temu panika – że oto epidemia się nasila, nie są już takie oczywiste.

Sytuacja przypomina raczej tę, jakiej doświadczyli pewnego zimowego dnia Puchatek z Prosiaczkiem, gdy zaczęli spacerować wokół małego zagajnika: po każdym okrążeniu na śniegu pojawiały się kolejne ślady, które obu przyjaciołom kojarzyły się z obecnością łasiczki, najpierw jednej, a potem następnych.

„Co się stało? – zapytał Prosiaczek. – Coś bardzo zabawnego – odparł Puchatek – Teraz widać tu najwyraźniej podwójne ślady. To znaczy, że chodziły tędy dwa zwierzaki. Do tego jednego, wszystko jedno, co to był za jeden, przyłączył się drugi, wszystko jedno, co za jeden, i teraz oni obydwaj wędrują razem. Więc i Puchatek, i Prosiaczek podreptali za nimi dokoła tego zagajnika. Nagle Kubuś Puchatek przystanął, wskazał przed siebie palcem i zawołał: – Widzisz? – Co? – spytał Prosiaczek i aż podskoczył ze strachu. – Ślady! – szepnął Puchatek – Trzecie zwierzę przyłączyło się do tamtych dwóch!”

Puchatek przynajmniej wiedział, że jest Misiem o Bardzo Małym Rozumku, a Prosiaczek zdawał sobie sprawę, iż nie odznacza się szczególną odwagą. Jednak od osób publicznych i dziennikarzy zabierających głos w mediach należałoby oczekiwać czegoś innego.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Europejska praworządność w Niemczech

Kilkanaście lat temu G. Mackenroth, przewodniczący Stowarzyszenia Sędziów w Niemczech, wyraził opinię, że „można sobie wyobrazić sytuacje, kiedy stosowanie tortur lub grożenie nimi powinno być dopuszczalne, jeżeli w grę wchodzi ratowanie ludzi”.
Jak skomentował to autor artykułu („Rzeczpospolita” 24 lutego 2003 r.) – „w niemieckim państwie prawa tortury lub grożenie nimi w czasie śledztwa nie są przypadkiem sporadycznym”. Łatwo sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby to w Polsce ktoś powiedział coś takiego. I nawet powołanie się na ten wymowny precedens pewnie nic by nie pomogło, bo jak wiadomo, dojrzałym demokracjom wolno więcej.

Opublikowano Uncategorized | 10 Komentarzy

Pech prof. Zolla

Profesor Andrzej Zoll albo bywa źle rozumiany (jak w przypadku wypowiedzi na temat etyki w nauce: że naganne jest wykorzystywanie autorytetu naukowego w debacie publicznej jeśli jej temat nie odpowiada kompetencjom naukowca – w roku 2018 wywołało to wręcz histeryczną reakcję środowiska, tak jakby nie było rzeczą oczywistą, że specjalista od np. błonkoskrzydłych nie powinien zabierać głosu w sprawach demokracji itd.), albo sam nie rozumie tego, co powiedział (jak w przypadku oceny konwencji antyprzemocowej z 2014 r.)

Konwencja ta, zwana też stambulską, została wówczas oceniona przez prof. Zolla jako próba wykorzenienia tradycji, pełna nieprecyzyjnych sformułowań (co w przypadku języka prawniczego jest niedopuszczalne), wreszcie jako pełna sprzeczności – to „zamach na naszą cywilizację” twierdził wówczas prof. Zoll.

Dziś zmienia zdanie i przekonuje, że nie to miał na myśli, tylko coś zupełnie innego. No ale przecież prawnik powinien się wypowiadać jasno i jednoznacznie. A przede wszystkim – odwoływać się do argumentacji prawniczej, a nie kulturowej czy językowej.

Może więc lepiej wypowiadać się tak klarownie, jak filozof, Roger Scruton, który wszelkie tego typu akty prawne nazywał zamachem na „charakter i tożsamość narodu brytyjskiego” („z największym zagrożeniem mieliśmy do czynienia wtedy, gdy nagle zyskała ogromne wzięcie doktryna praw człowieka” – pisał w „Co znaczy konserwatyzm?”, 2014, s. 92), albo w zgodzie z logiką prawnego wywodu – jak Allan Bloom, gdy podkreślał, że najwyższy akt prawny, czyli „konstytucja nie obiecuje szacunku dla czarnych, białych, żółtych, katolików, protestantów czy żydów. Gwarantuje ochronę praw poszczególnych jednostek ludzkich” („Umysł zamknięty”, 2012, s. 40).

Jeżeli więc wszelka przemoc i wobec każdego jest ścigana prawem, to po co ta wyliczanka: przemoc względem kobiet, dzieci, gejów, osób starszych, przemoc domowa, uliczna i w środkach masowej komunikacji, przemoc poranna i wieczorna… Taka enumeracja zawsze kogoś czy coś pomija. Tak jak konwencja stambulska pomija przemoc wobec mężczyzn .

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Przypadek małego Wiktora

Kto by pomyślał, że kobieta – i to wtedy, gdy tyle się mówi o potrzebie przeciwdziałania przemocy domowej wobec kobiet – sama stosuje skrajną przemoc wobec miesięcznego niemowlęcia, że osoba ze znaczną niepełnosprawnością ruchową, wobec której obowiązuje empatia i chęć niesienia pomocy, będzie na tyle jeszcze sprawna, by zatłuc własne dziecko…

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Eko-terrorysta z Łucka

Kilka dni temu media donosiły, że niejaki Maksim Krywosz wziął jako zakładników pasażerów autobusu w Łucku i grożąc zdetonowaniem ładunków wybuchowych sformułował kilka żądań. W mediach informowano głównie o jednym z nich (by prezydent Zełenski przyznał, że jest terrorystą), ale było też drugie (by upowszechniono film Joaquina Phoenixa z 2005 r. pod tytułem „Miszkańcy ziemi” – o prawach zwierząt).

Tym samym Maksim Krywosz głoszący hasło, że państwo jest największym terrorystą i oczekujący od prezydenta, że przyzna się do tego samego, zademonstrował, że sam jest terrorystą, ale nie pierwszym lepszym, lecz eko-terrorystą. A więc, że należy do grona nie tyle ekologów (bo przecież nie kończył studiów z zakresu ochrony środowiska ani podobnych), ile raczej ekologistów (tak jak nie każdy socjolog jest od razu socjologistą), czyli ludzi owładniętych pewną ideą, którą traktują jak ideologię. Ideą tą, a dla niektórych ideologią, jest nie tylko „religia natury” – czystej i wolnej od ingerencji człowieka, ale też non-antropocentryzm, a więc przeświadczenie, iż człowiek nie jest wcale jakimś nadzwyczajnym stworzeniem, a więc nie przysługują żadne nadzwyczajne prawa. W związku z tym broniąc zwierząt przed różnymi okropnymi rzeczami, jakich dopuszcza się wobec nich człowiek, wolno i nawet należy robić człowiekowi to samo, a nawet jeszcze więcej.

Dopiero doprowadzona do swoich ostatecznych konsekwencji myśl, idea czy przekonanie pokazuje, czym ona jest naprawdę. Ostatnio mieli okazję to stwierdzić zakładnicy Maksima Krywosza w Łucku i wszyscy ci, do których dotarła pełna wersja o jego żądaniach.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Totalitarny typ uczonego

Tak nazywał prof. Podgórecki naukowców funkcjonujących w socjalizmie i opisywał ich następująco: „uczeni tacy są łatwo zauważalni dzięki agresywnemu uczestnictwu w międzynarodowych konferencjach i organizacjach oraz rozdętemu wskaźnikowi publikacji” („Społeczeństwo polskie”, s. 37).

Znamienne jednak, że w tym samym czasie bardzo podobnie charakteryzowano uczonych zachodnich: „nagrody, fundacje, członkostwa, stypendia, honorowe członkostwa i udział w komitetach organizacji naukowych, praca redakcyjna, stopnie honorowe, profesury, katedry, zlecone wykłady…” (B.G. Glaser – „Organizational Scientists: Their Professional Careers”, Indianapolis 1964, s. 2) – wszystko to miało być wyznacznikiem ich pozycji, prestiżu, autorytetu naukowego i pewnie też uchodziło za miernik wartości ich dorobku…

Wszystkie te „oznaki uświęcenia”, jak je nazywa Bourdieu analizując pole akademickie i jego reguły, były jednak – i na Wschodzie, i na Zachodzie – wyrazem przede wszystkim koniunkturalnego nastawienia do nauki, nastawienia polegającego na podejmowaniu odpowiednich tematów i ukierunkowywaniu swej aktywności na pozyskiwanie wymiernego kapitału symbolicznego.

Dziś sytuacja przedstawia się podobnie: w całym świecie naukowym zapanowała „punktoza” i „parametryzacja”, wszyscy drżą przed „ewaluacją” i zamiast zajmować się nauką tracą czas na walkę konkurencyjną, która prowadzi do kanibalizmu akademickiego i napędza kasę specjalistom od Web of Science, Scopusa, Elseviera i innych tym podobnych tworów, bez których szanująca się nauka powinna się doskonale obyć.

Jeśli dalej będzie postępowało to zorganizowane na skalę globalną i przeniknięte korupcją szaleństwo, to wkrótce za jedyny wyznacznik pozycji naukowej i dorobku badacza trzeba będzie przyjąć nie jego tytuł naukowy, nie to, co przebadał, odkrył i napisał, ale jego Impact Factor oraz indeks Hirscha. W zupełności to wystarczy i w dodatku zajmie o wiele mniej miejsca na wizytówce lub na stronie internetowej.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pułapki spontaniczności

Zwłaszcza dziś, gdy tyle się mówi o potrzebie samodzielnego rozwoju, kwestionowania tradycji i wszelkich autorytetów oraz życia w zgodzie z własną naturą, gdy namnożyło się tylu terapeutów, trenerów rozwoju osobistego i specjalistów od coachingu, którzy są w stanie przekonać każdego, że może „być sobą”, jeśli tylko podporządkuje się ich wskazaniom, warto przypomnieć to, co o prekursorze wszystkich tych haseł pisał J. Starobinski.

Komentując w „Przejrzystości i przeszkodzie” (s. 257) znany traktat J.J. Rousseau „Emil” Starobinski podkreśla, jak fałszywie był on rozumiany. Widziano w nim najczęściej zachętę do bezrefleksyjnego uczucia i przyzwolenie na naturalną spontaniczność dziecka, podczas gdy w istocie były to wskazania dla wychowawcy, jak ma umiejętnie kierować swoim wychowankiem. Tak naprawdę – pisze Starobinski – Emil wpada w wyrafinowaną pułapkę, jego wolność zostaje uśpiona, czuje się on wolny, choć nie jest, bo prowadzi go wychowawca, do tego stopnia, że nawet świat „naturalny”, w którym żyje jest dziełem jego opiekuna.

Faktycznie, Rousseau pisał tak: „Biedne dziecko, które nic nie umie, nic nie może, nic nie wie, czyż nie jest zdane na twą łaskę? Czyż nie rozporządzasz w stosunku do niego wszystkim, co je otacza? Czy nie możesz używać władzy, jak ci się podoba? Praca jego, zabawy, przyjemności, smutki czyż nie są – choć o tym nie wie – w twoich rękach? Niewątpliwie, powinno ono robić tylko to, co chce, ale powinno chcieć jedynie tego, co ty chcesz; nie powinno uczynić kroku, którego nie przewidziałeś, nie powinno otworzyć ust, żebyś nie wiedział, co powie. Niech myśli, że on jest nauczycielem, a wówczas ty nim będziesz. Najzupełniejsze jest poddaństwo mające pozory swobody; w ten sposób ujarzmia się właśnie wolę” (II, 131).

Ku jakiemu zatem poddaństwu prowadzą swoich wychowanków dzisiejsi piewcy swobody, w jakie jarzmo wprzęgają tych, którym obiecują wolność od dotychczasowych ograniczeń?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Umysły zamknięte” w dzisiejszej Polsce

Ameryka pokazuje Europie jej własną przyszłość – twierdził de Tocqueville. I ta reguła potwierdza się także w przypadku diagnozy, jaką Allan Bloom sformułował w 1987 r. na temat klimatu intelektualnego w USA, a zwłaszcza w środowisku akademickim.

Saul Bellow, autor wstępu do „Umysłu zamkniętego” (Poznań 2012) słusznie podkreśla, że Bloom „nie przestrzega obyczajów, ceremoniałów i rytuałów tzw. społeczności akademickiej”, „pisze ostro i z temperamentem”, „często pozwala sobie na prowokacje i złośliwości”. Z całą pewnością Bloom nie był poprawny politycznie, gdy krytykował rozpleniające się w Stanach Zjednoczonych od końca lat sześćdziesiątych „obłąkańcze poglądy” w rodzaju relatywizmu, doktryny „otwartości” czy zakazu „czynienia rozróżnień” (s. 35), gdy obnażał słabości feminizmu (s. 80), pisał o „Murzynach” to, co zawsze było wiadome, a mianowicie, że „na najlepszych uczelniach przeciętny czarny student pod względem wyników w nauce ustępuje przeciętnemu białemu studentowi” (s. 122), demaskował pustkę intelektualną retoryki gejów (s. 170) albo wyśmiewał niekonsekwencje ekologów: „ci sami ludzie, którzy walczą o ocalenie od zagłady snail-darters uznają pigułkę antykoncepcyjną; martwią się o polowania na jelenie i bronią prawa do aborcji” (s. 222).

Z równą ostrością Bloom występował przeciw degradacji amerykańskich uniwersytetów, które zamiast uczyć studentów myślenia wpajały im jako „niepodważalne aksjomaty” tolerancję i potępienie etnocentryzmu, uruchamiały kursy „kultury murzyńskiej” albo „studia feministyczne” mające „wymusić na studentach konstatację, że istnieją inne światopoglądy, a światopogląd zachodni nie jest od nich lepszy” (s. 43) oraz inne tego rodzaju „z góry założone morały”. Wszystko to skutkowało, zdaniem Blooma, tym, że nawet na najlepszych uniwersytetach zapanowała wśród studentów „tępota intelektualna i przerażające barbarzyństwo” (s. 56), a wybitni profesorowie „płaszczyli się przed zwykłą hołotą” i pozwalali, by najwyższym autorytetem stał się „motłoch” (s. 409) i tylko nieliczni mieli odwagę powiedzieć to, co pewien profesor humanistyki, Żyd, który wyraził się, że „za to, co Żydzi {zwolennicy całej tej „rewolucji kulturalnej, a zwłaszcza akcji afirmacyjnej} zrobili czarnym, powinno się ich zamknąć w obozach koncentracyjnych” (s. 460).

Czytając dziś „Umysł zamknięty” Allana Blooma polski czytelnik może zasadnie zadać sobie pytanie, czy ta głośna książka opisuje tylko życie akademickie w Ameryce sprzed 50 lat, czy może także – zgodnie z zasadą de Tocqueville’a – również współczesne realia w Polsce?

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Byle do poniedziałku

Bo wtedy zakończy się wreszcie ta przedłużona (jak kawa w modnej sieciówce) kampania prezydencka, to znaczy – będziemy już po wyborach, które nie wiedzieć czemu, choć nie odbyły się w pierwszym terminie, a tylko zostały przełożone na późniejszy, to jednak potraktowano jakby były nowymi wyborami. Dzięki temu poślizgowi czasowemu i myślowemu pozwolono (i to bez cienia sprzeciwu ze strony obozu rządzącego – zastanawiające…) na zmianę jednego z kandydatów, który pierwotnie w żadnym razie nie miał (i w świetle prawa nie powinien!) być zmieniony.

A więc w poniedziałek dowiemy się nie tylko, kto jest nowym prezydentem Polski, ale też czy Polacy wolą, by ich sprawy rozstrzygały się w Waszyngtonie, czy w Brukseli.

Dowiemy się również, ilu w Polsce jest „prawdziwych Polaków” i osób „naprawdę wierzących”, tzn. takich, którzy nie dowierzają „Niemieckiej Europie”, jak ją nazywa Ulrich Beck, oraz nie chcą oglądać Matki Boskiej w tęczowej aureoli.

No i wreszcie będzie jasne, czy Polak ma „uziemioną duszę”, jak to przed laty zdiagnozował prof. Czapiński, czy też wciąż jest bardziej podatny na syrenie śpiewy o ideałach, które grożą „znicestwieniem narodu”, przed czym przestrzegał już Norwid.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nowy popis Pani Ambasador

Ambasador USA zbeształa ostatnio któregoś z polskich polityków za krytykę TVN. A więc wciąż, a nawet jakby coraz bardziej, zachowuje się nie jak ambasador reprezentujący administrację amerykańską w obcym kraju, ale jak namiestnik oddelegowany tam po to, by pilnował interesów własnego państwa i wydawał odpowiednie dyspozycje.

Wszystko to można oczywiście cierpliwie znosić mając nadzieję, że USA okażą się w razie potrzeby gwarantem istnienia suwerennej Polski (suwerennej, czyli niezależnej od Niemiec czy Rosji, bo już nie od Stanów Zjednoczonych). Ale chyba zbyt wiele przemawia przeciwko takiemu optymizmowi. I są to zarówno okoliczności historyczne (Jałta i Teheran), jak i rachuby na przyszłość czynione przez stronę amerykańską. Michał Strąk w swojej książce „I jak tu Polską rządzić?” wspomina swoje spotkanie (jako ministra – szefa URM) z senatorem Claibornem Pellem, przewodniczącym senackiej komisji spraw zagranicznych w roku 1994. Senator Pell powiedział wówczas: „w Ameryce wiemy, że za 50 lat, czyli około 2044 będą istniały Niemcy i Rosja – dwa silne państwa, ważne z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych. Czy w tym czasie będzie istniała jeszcze Polska? Tego nie wiemy” (s. 161).

Widać więc jasno, że istnienie suwerennej Polski, a nawet Polski w jakimkolwiek kształcie, z całą pewnością nie było, nie jest i nigdy nie będzie imperatywem kategorycznym polityki amerykańskiej. No bo niby dlaczego?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kolejny list otwarty naukowców

Środowiska naukowe wciąż wierzą w moc słowa i siłę argumentów, dlatego piszą kolejne listy otwarte do władz.

https://hirszfeldpl-my.sharepoint.com/:w:/g/personal/lidia_karabon_office365_hirszfeld_pl/Eep91aJ848ROsarrw1JGEuYBwxBBHCWDaJA8nTk0X-a2dA?rtime=XfWoNn4e2Eg

A w tych listach tłumaczą, uzasadniają, przekonują – bez żadnego jak dotąd skutku. Dlaczego więc wciąż są to tylko prośby, a nie żądania? Czemu zamiast odpierać zarzuty nie decydują się na sformułowanie własnych? Z jakiego powodu wciąż jedynie bronią się, choć mogliby sami przejść do ataku?

Przecież reforma nauki wdrażana od kilkunastu lat przez kolejne ekipy prowadzi do wielu już nie tylko negatywnych, ale wręcz patologicznych zjawisk:
– uzależnianie dorobku polskich badaczy od jego akceptacji za granicą likwiduje suwerenność polskiej nauki, a dodatkowo powoduje transfer znacznej części środków budżetowych do podmiotów zagranicznych
– fetyszyzowanie wypracowanych na Zachodzie sposobów uprawiania nauki utrudnia formowanie własnych środowisk i szkół badawczych, które powinny rozwijać rodzime tradycje, często prekursorskie względem tych zachodnich
– uzależnianie wysokości dotacji dla jednostki naukowej od wyników parametryzacji nosi wszelkie znamiona systemowej i zinstytucjonalizowanej korupcji, bo obiecywana w zamian za lepszą punktację wyższa kategoria jednostki oznacza określone korzyści finansowe dla tej jednostki i dla jej pracowników, a to wypacza pracę naukową zgodną z ethosem nauki
– nacisk na punktację prowadzi też do mobbingu, piętnowania mniej „wydajnych” pracowników i zwalniania tych, którzy nie wykonają „normy”, choćby były to osoby o uznanym dorobku i wielce zasłużone dla środowiska.

Wszystko to już dawno powinno wywołać gwałtowny sprzeciw naukowców i spowodować, że zamiast petycji i próśb – przypominających raczej supliki chłopskie niż głos wolnych obywateli – zaczną oni żądać i oskarżać. Bycie obywatelem oznacza bowiem świadomość własnych praw i zdolność domagania się, by były respektowane – tłumaczył Petrażycki („O nauce, prawie i moralności”, s. 259). Tylko niewolnicy pozbawieni praw musieli uciekać się do próśb i w tym właśnie przejawiała się ich anima servilis.

A może chodzi tu tylko o zwykłą „bojaźliwość, tak charakterystyczną dla uczonych” (A.W. Gouldner, w: „Kryzys i schizma”, t. I, s. 28)?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

UE – za praworządnością?

UE twardo obstaje przy tym, by dostęp do funduszy uzależnić od przestrzegania prawa w państwach członkowskich. Jakże by to bowiem wyglądało, gdyby UE wspierała finansowo państwa, gdzie władza jest na bakier z prawem.

Ale w takim razie UE nie powinna też przyjmować opłat członkowskich od takich państw, a jeśli robi coś takiego, to oznacza, że brudzi sobie ręce i utrzymuje się za pieniądze pochodzące z podejrzanego źródła. Dopiero w pełni konsekwentne postępowanie byłoby całkowicie uczciwe.

Niestety, z tą konsekwencją i uczciwością UE jest tak, jak z jej demokracją. Od dawna już badacze zwracają uwagę, że w swej obecnej postaci nie jest ona demokracją i nie spełnia kryteriów demokracji, jakich wymaga od swoich członków (Philippe Schmitter – „How to Democratize the European Union”, 2000), zaś reprezentatywność unijnych instytucji także pozostawia wiele do życzenia („Deficyt demokracji w UE”, red. K. Wojtaszczyk, 2012).

I nic dziwnego. Szewc, który wyrabia takie niewygodne buty, sam woli obywać się bez nich.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

„I jak tu Polską rządzić?”

Takie pytanie zadaje sobie Michał Strąk (dr nauk politycznych, badacz zajmujący się ekonomiką kultury, znana postać życia politycznego ostatnich 30 lat, obecnie dyrektor Biblioteki na Koszykowej) w swojej najnowszej książce pod tym właśnie tytułem. I przypominając typowe odpowiedzi, jakich udzielano na to pytanie („Polska nie rządem stoi, ale swobodami obywateli” oraz „Nierządem Polska stoi”) upomina się przede wszystkim o rzetelną analizę obecnej sytuacji politycznej. Rzetelną, to jest taką, która nie poprzestawałaby na pseudonaukowych rozważaniach o charakterologicznych cechach polityków ani na infantylnej prounijnej retoryce, ale sięgała uwarunkowań instytucjonalnych, czyli „systemu rządzenia państwem jako całością”.

Zamieszczone w książce teksty (wywiady, jakich Michał Strąk udzielał prasie, artykuły publicystyczne, ale też refleksje naukowe dotyczące np. istniejącej – ekonomicznej i wciąż nieistniejącej – społecznej teorii kapitalizmu) odnoszą się do wydarzeń z lat minionych, ale też do najnowszych kontrowersji, np. do sporu o Sąd Najwyższy. Tu autor zajmuje wyważone stanowisko przypominając, iż w tradycji europejskiej nie ma przyzwolenia na prawotwórczą aktywność sędziów (istotnie, wg Monteskiusza mają oni być jedynie „ustami”, które wypowiadają treść ustaw i dlatego ich władza ma być „właściwie żadna”). Zadaje też ważne pytanie: „czy jednym z mocnych fundamentów demokratycznego państwa prawa może być środowisko prawnicze funkcjonujące bądź w systemie kastowym, bądź – jak to jest w adwokaturze – w procedurach regulowanych przez pieniądz? I jak powinny wyglądać relacje pomiędzy środowiskiem opartym o autonomiczne struktury hierarchiczne oraz światem polityki opartej o demokratyczne reguły wyłaniania władz?” (s. 105).

Proponując konkretne sposoby na dobre rządzenie Polską, autor pomija jeden, o którym tak ciekawie wspomina Aleksander Fredro w swoich zapiskach „Trzy po trzy”. A Fredro pisał tam następująco: „zarzucają Polakom, że są niesforni, że trudno nimi rządzić. Mnie się zdaje, że bardzo łatwo, byle rządzić z konia i z szablą w ręku. Więcej natchnienia niż rozwagi zwykliśmy słuchać. Zgromadzamy w jedną osobę wszystkie nasze wymagania, całe nadzieje nasze, w niej zamykamy całą sprawę. Dlatego to każdy upadek podobnej gwiazdy roztapia od razu łączący nas cement, ogół rozkłada się na cząstki. Nie mamy w sobie wielkiej wzajemnie przyciągającej się siły, przeciwnie, antyłączne usposobienie jest główną naszą wadą…” (1976, s. 111-112).

No tak, ale Fredro miał na myśli „gwiazdy”, wybitne osobowości, mężów stanu i przywódców narodu. A o nich dziś jeszcze trudniej niż o dobrych administratorów państwa.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Demokryt i dynia albo pytanie o przyczyny

Gadamer w swoim tekście „Przyczynowość w dziejach” przypomina anegdotę o Demokrycie, zwanym aitiologikos (poszukiwacz przyczyny). Otóż pewnego dnia Demokryt nabył na targu kawałek wyjątkowo słodkiej dyni. Pokosztowawszy jej wrócił na targ, by zapytać wieśniaczkę, jak uprawiała pole, że jej dynia ma wręcz miodowy smak. Gdy usłyszał, że wioząc dynię na targ kobieta położyła ją na miodzie, zezłościł się i zawołał: A ja i tak nie przestanę szukać przyczyn!

Kogoś to przypomina – podobny upór cechuje bowiem badaczy społecznych, którzy nie ustają w wysiłkach, by wszystkiemu przypisać jakiś przyczyny. Czy np. rewolucja francuska wybuchła z powodu wzrastającego ucisku ludu, czy raczej dlatego – jak twierdzi Tocqueville – że ten ucisk nieco zelżał („Dawny ustrój i rewolucja” – s. 188), a może rację ma Boy-Żeleński, który we wstępie do „Wyznań” Rousseau zasugerował, że gdyby pęcherz filozofa był zdrowszy, to rewolucja francuska nie doszłaby do skutku, a przynajmniej nie w tej samej formie (1956, s. 52).

Podobnie rzecz się ma z powstaniem kapitalizmu. Max Weber mając w głębokiej pogardzie kapitalizm łupieżczy, „lewantyński”, genezę „prawdziwego” kapitalizmu wyprowadził z ethosu protestanckiego, a ściśle – z przekonań pewnej fundamentalistycznej sekty (kalwinizm). Z kolei Werner Sombart przypisał tę rolę judaizmowi: „religię żydowską i kapitalizm charakteryzują te same idee zasadnicze, są one tym samym duchem przesiąknięte” („Żydzi i życie gospodarcze” 2010, s. 201). Natomiast Alejandro Chafuen dostrzegł źródła gospodarki kapitalistycznej w myśli św. Tomasza i późnośredniowiecznych scholastyków hiszpańskich, którzy na gruncie moralności katolickiej propagowali wolny rynek („Wiara i wolność” 2007). Który z nich ma rację? Wszyscy czy żaden? A może prawdziwą przyczynę wskazał dużo wcześniej Bernard Mandeville, gdy w „Bajce o pszczołach” – niejako polemizując i z Weberem, i zarazem z wszystkimi jego oponentami – zauważył: „Reformacja nie więcej przyczyniła się do nadzwyczajnego rozkwitu królestw, które ją przyjęły niźli niemądry i kapryśny wynalazek spódnic na obręczach i watówkach” (s. 384).

Cały ten spór zdaje się rozstrzygać (przez jego unieważnienie) Jan Łukasiewicz pisząc tak w swojej rozprawie „O zasadzie sprzeczności u Arystotelesa”: „twierdzimy, że każde zjawisko ma przyczynę; prawa tego udowodnić nie można, ale nie ma też obawy, by znalazł się kiedykolwiek wypadek, który by je obalił. Bo gdyby nawet w jakimś wypadku przyczyny istotnie nie było, to zawsze moglibyśmy powiedzieć, że przyczyna jakaś istniała, tylko my jej nie umiemy wyszukać” (s. 130).

Na szczęście, socjologowie nie mają problemu z wyszukiwaniem przyczyn i dlatego w dalszym ciągu mogą bezkarnie uprawiać swoją naukę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Służby porządkowe: widzialne? niewidzialne?

W okresie, gdy jeszcze noszenie maseczek w tzw. przestrzeni publicznej było obowiązkowe, obywatel przeprowadził pewien eksperyment, którego wynik jego samego wprawił w zdumienie. Napisał mianowicie dwa meile na linię 19-115:
– jeden ze skargą, iż na Fortach Bema nie uświadczysz patrolu Straży Miejskiej nawet w weekend, kiedy to aż roi się tam od spacerowiczów, z których co najmniej połowa spaceruje (biega, jeździ na rowerze) bez maseczek i nie zachowuje stosownego dystansu społecznego
– i po jakichś dwu tygodniach drugi, ze skargą, że patrol SM, na który udało mu się natknąć na tychże Fortach Bema, mija osoby spacerujące bez maseczek i nie podejmuje żadnej interwencji.

Odpowiedzi, jakie w przepisowym terminie zostały udzielone obywatelowi, odsłoniły pewną tajemniczą istotę służb porządkowych, a może nawet wszelkiej władzy. Otóż w pierwszym przypadku obywatel został poinformowany, że tego dnia, jak zawsze, funkcjonariusze SM patrolowali Forty Bema, ale widocznie obywatel ich nie zauważył. Natomiast w drugim przypadku obywatel dowiedział się, że opisany przez niego przypadek nie mógł mieć miejsca, gdyż tego dnia na Fortach Bema nie było ani jednego funkcjonariusza SM.

Wniosek? Nawet dwa. Pierwszy: służby porządkowe zawsze są obecne, nawet wtedy, gdy ich nie widać, i właśnie kiedy ich nie widać, jest to oczywisty dowód na to, że są. Drugi: kiedy gdzieś je widać, to widomy znak, że ich tam z całą pewnością nie ma.

I jeszcze trzeci wniosek: oba zgłoszenia zostały przyjęte z zapewnieniem „ochrony danych osobowych”, które mogą być jedynie „przetwarzane” zgodnie z RODO. Tymczasem pierwszą odpowiedź obywatel otrzymał na swój adres meilowy, ale nie od miasta, lecz od SM, zaś druga odpowiedź (również od SM) trafiła prosto do jego skrzynki na listy, oczywiście z jego imieniem, nazwiskiem i dokładnym adresem. A więc „ochrona danych osobowych” wcale nie oznacza, że pozostaną one w dyspozycji tych, którym się je powierzyło, zaś formuła „przetwarzania” obejmuje ich przekazanie organowi, na który obywatel składa skargę (choć gdyby obywatel życzył sobie bezpośredniej konfrontacji z tym organem, to przecież skierowałby się od razu do niego).

Od tej pory obywatel, który tak lubił spacerować z psem po Fortach Bema, woli trzymać się blisko domu, ponieważ na jego ulicy każdego dnia pojawia się teraz patrol SM i bacznie obserwuje okolicę, a zwłaszcza (przynajmniej tak się obywatelowi wydaje) – jego posesję. Pies natomiast ma przykazane bawić się w ogródku i nie szczekać zbyt głośno.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Mimozy spod znaku LGBT

Poruszające medialne doniesienia o kiepskim samopoczuciu osób związanych z LGBT (lęki, depresja, a nawet próby samobójcze) powinny wywołać nie tylko odruch moralny taki jak współczucie, litość czy chęć pomocy, ale również refleksję.

Trudno bowiem zrozumieć, dlaczego osobom naruszającym pewne normy przyjęte w danym środowisku aż tak bardzo zależy na akceptacji tego środowiska. Po co zabiegać o uznanie ze strony tych, których ma się za ograniczonych i zacofanych? Po co być innym, jeśli reszta ma tego nie dostrzegać? Po co się buntować, skoro nie życzymy sobie sprzeciwu? Przecież nie po to się różnimy, by otoczenie na to nie reagowało, a może nawet pogłaskało nas po głowie i przytuliło, zacierając całą naszą odmienność.

Można też zadać pytanie, czemu „mocherowe berety” nie targnęły się masowo na swoje życie po tym, jak premier Tusk użył wobec nich ewidentnego „języka pogardy”; czemu robotnicy i chłopi nazwani przez ks. Tischnera „grupą złodziejsko-żebraczą” nie popadli w masową depresję; czemu wreszcie mieszkańcy b. PGR-ów pokazani w filmie „Arizona” jako grupa degeneratów i piętnowani za to, że opiekują się swoimi emerytami tylko po to, by pobierać ich emerytury, nie zapadli się jeszcze ze wstydu pod ziemię?

Ano chyba dlatego, że człowiek zabiegający o uznanie otoczenia to człowiek „zewnątrzsterowny” (wg znanego określenia Riesmana), a więc człowiek słaby, uzależniony od opinii innych, istna mimoza, która uległa współczesnej chorobie zdiagnozowanej przez Simmla jako „hiperestezja” (w „Filozofii pieniądza”). Natomiast człowiek silny, który prezentuje nie „jaźń odzwierciedloną”, lecz „solipsyzm estymatywny” (jak to określał Ortega y Gasset) jest „wewnątrzsterowny”: ma mocne ego i utrwalone superego, wierzy w wartości, które wyznaje, ma za nic obowiązujące normy, panującym zasadom przeciwstawia własne, a dla istniejących „grup odniesienia” potrafi znaleźć własnych „znaczących innych”, choćby miał ich szukać w odległej przyszłości.

Tak przynajmniej widział to G.H. Mead, który dostrzegał w osobowości człowieka nie tylko zależne od środowiska „me” (jaźń odbitą), ale też suwerenne, buntownicze „I”. Mead pisał więc: „Jedynym sposobem, w jaki możemy reagować na dezaprobatę całej społeczności, jest utworzenie społeczności na wyższym poziomie, która w pewnym sensie przegłosuje społeczność, w której się znajdujemy. Człowiek może osiągnąć taki punkt, że działa przeciw całemu światu, jaki go otacza, ale aby tak działać, musi mówić do siebie głosem rozumu” („Umysł, osobowość i społeczeństwo”, s. 232).

Warto więc zastanowić się, czego bardziej brakuje dzisiejszym działaczom LGBT: rozumu czy odwagi, niezależności myślenia czy prawdziwego nonkonformizmu?

 

Opublikowano Uncategorized | 6 Komentarzy

Dijon, albo co się komu z czym kojarzy

Odnosząc się do obecnych wydarzeń we francuskim Dijon jeden z komentatorów telewizji publicznej powiedział, że jemu dotąd Dijon kojarzyło się – z musztardą. Wolno mu oczywiście mieć takie skojarzenia, ale jako osobie występującej publicznie bardziej pasowałoby, gdyby Dijon kojarzyło mu się ze słynną rozprawą Rousseau zatytulowaną „Czy odrodzenie nauk i sztuk przyczyniło się do naprawy obyczajów?”. Media publiczne powinny przecież propagować kulturę i historię, a nie trywialny konsumpcjonizm.

Tym bardziej, że rozprawa Rousseau – zgłoszona na konkurs Akademii w Dijon w 1750 r. – stanowiła efekt prawdziwego olśnienia autora, który akurat maszerował odwiedzić swego przyjaciela, Diderota, przebywającego podówczas w areszcie domowym w Vincennes, i stała się ośrodkiem krystalizacji podstawowych idei filozofa.

Idąc za radą Diderota: „nie ma się co wahać, trzeba zajmować stanowisko, którego nie zajmie nikt inny” (kto z dzisiejszych naukowców poważyłby się na coś takiego?) Rousseau już w pierwszych słowach stawia się w szczególnej roli, godnej raczej średniowiecznego mnicha niż oświeceniowego filozofa. Jakie bowiem przyjmuje stanowisko? Ano takie, „jakie przystoi uczciwemu człowiekowi, który nic nie wie, ale który z tego powodu szacunku dla siebie nie traci” i dlatego ma „śmiałość ganić nauki wobec jednego z najuczeńszych towarzystw Europy, w sławnej Akademii chwalić niewiedzę i godzić pogardę dla studiów z szacunkiem dla prawdziwych uczonych”. To zaś doprowadziło go do słynnej, kontrowersyjnej tezy: „nasze dusze wypaczały się w miarę, jak nasze nauki i sztuki zmierzały ku doskonałości”.

Dzisiaj zostałby zapewne oskarżony o „prowokacje moralne i intelektualne”, ale wówczas uczeni reprezentowali inny format (moralny i intelektualny własnie) i zdecydowali się nagrodzić tak oryginalną rozprawę. Na tekst Rousseau odpowiedział wkrótce (1751) w piśmie „Mercure” król polski, Stanisław Leszczyński, a jeszcze w tym samym roku zareplikował Rousseau. Wprawdzie nie było wtedy internetu, ale za to proces recenzyjny nie trwał tyle, co dziś, czyli średnio półtora roku. Nic więc dziwnego, że nauka mogła rozwijać się bez przeszkód i szybko, a myśl polska pozostawała w ścisłym kontakcie z międzynarodową i to bez specjalnych zachęt ze strony Ministerstwa Nauki.

Gdyby komentatorom telewizji publicznej Dijon kojarzyło się z czymś więcej niż z musztardą, widzowie mogliby przypomnieć sobie ten fascynujący spór filozoficzny, tak istotny dla kultury europejskiej, a w dodatku z niebagatelnym wątkiem polskim. Ale cóż, skończyło się na musztardzie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wojska USA w Polsce?

Niewykluczone, że żołnierze USA ulokowani po II wojnie światowej w Zachodnich Niemczech jako siły okupacyjne, trafią za jakiś czas do Polski. Zwolenniczką takiego rozwiązania jest m.in. ambasador Mosbacher, piękność z makijażem a’ la Joker z filmu „Batman”, której jakoś trudno nauczyć się języka polskiego, ale za to z iście polską gościnnością obwieszcza: chętnie byśmy powitali amerykańskich żołnierzy w Polsce. My, czyli kto?! Czyżby pani ambasador zapomniała, że nie jest u siebie, więc nie ma prawa nikogo zapraszać jak do siebie?

Oczywiście, tym planom towarzyszy retoryka, że chodzi o zwiększenie bezpieczeństwa Polski. Nic bardziej mylnego. Zawłaszcza że lokowanie wojska w dowolnym punkcie globu to typowa metoda Amerykanów, uzasadniana ich doktryną samoobrony. Już w 1940 r. sformułowano ją następująco: „być może argument samoobrony doprowadzi do tego, że pewnego dnia Stany Zjednoczone będą musiały prowadzić wojnę nad Jangcy, Wołgą czy Kongiem” (C. Schmitt – „Nomos ziemi”, s. 280).

Jak widać, USA przewidują, że prawdopodobnie będą musiały prowadzić taką „obronną” wojnę też nad Wisłą. Tylko jaki w tym interes dla Polski?

Opublikowano Uncategorized | 11 Komentarzy

Boże Ciało i konsekwencje cielesności

Nic bardziej mylnego niż przekonanie, że chrześcijaństwo ma w pogardzie to, co cielesne. W przeciwieństwie do myśli greckiej, Platona, Plotyna i gnostyków, chrześcijaństwo dokonuje wręcz gloryfikacji ciała – ludzkiego niedoskonałego ciała, które jest siedliskiem grzechu, źródłem omamów umysłu, a ponadto podlega starzeniu się, chorobom i cierpieniu (M. Henry – „Filozofia ciała”, s. 36). Wystarczy kilka przykładów:

„Słowo stało się ciałem i mieszkało między nami” – wybierając naturalne narodziny, zwykłe życie i śmierć pełną bólu.

„Oto ciało i krew Chrystusa” – mówi kapłan trzymając w ręku hostię, która nie jest symbolem czy znakiem, ale realną, właśnie cielesną obecnością Jezusa.

„Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego?” – pisał do Koryntian św. Paweł.

Również zmartwychwstanie Jezusa było faktem cielesnym i takie będzie też zmartwychwstanie każdego człowieka na Sądzie Ostatecznym, przy czym wcale nie jest obojętne, jakie to będzie ciało: „ciała powstaną z martwych ani nie młodsze, ani nie starsze nad wiek dojrzałej młodości; powstaną w tym właśnie wieku i w tej sile, do jakich Chrystus w tym życiu doszedł” – objaśnia św. Augustyn w „Państwie Bożym”, podkreślając, że te ciała zachowają całą swą urodę, a nawet swoją płeć, choć już nie ślady chorób czy urazów (ks. XXII).

Także wieczność w wyobrażeniu chrześcijaństwa naznaczona ma być cielesnością: dobrzy doświadczać będą rajskiej błogości ducha i ciała, a grzesznicy – wiecznych cierpień, które bynajmniej nie będą tylko cierpieniem duchowym. Tę nadzieję rozwiewa św. Augustyn, zwalczając pogląd nullam esse carnem. A skoro ciała są jak najbardziej „mięsne”, to poniosą takąż karę: „to nie ma być ogień bezcielesny, jakim jest np. boleść duszy, lecz ogień fizyczny (corporalis), parzący przy dotknięciu, żeby ciała w nim mękę ponosiły… Owo piekło, które się też jeziorem ognia i siarki nazywa, będzie ogniem cielesnym i dręczyć będzie ciała potępionych” i tak bez końca, przez całą wieczność (ks. XXI, rozdz. X).

Ten chrześcijański sensualizm znalazł też odbicie w filozofii średniowiecznej – cała scholastyka (za św. Tomaszem, a ten za Arystotelesem) obstawała przecież przy zmysłowych korzeniach poznania intelektualnego – przypomina Piotr Lichacz w pracy „Neuroetyka a Tomasz z Akwinu” (2018). To dopiero nauka nowożytna poznaniu zmysłowemu przeciwstawiła poznanie racjonalne, zastępując prawdę o rzeczach prawdami o pojęciach i oddalając w ten sposób „naukowy” obraz świata od tego, co postrzegają i myślą zwykli ludzie. Aktualnie dokonujący się w filozofii i humanistyce zwrot w stronę cielesności i doświadczenia sensualnego może więc być zwiastunem powrotu do bardziej „ludzkiego” postrzegania świata, a zarazem do pojednania nauki z religią.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wyprowadzanie kozy

To bodaj najlepszy sposób na osiągnięcie zadowolenia obywateli. Wystarczy najpierw pozbawić ich tego, co już mieli, a potem stopniowo im to przywracać. Z każdym krokiem przybliżającym ich do stanu poprzedniego będą się utwierdzali w przekonaniu, że jest im coraz lepiej i choć nie poprawią swej sytuacji ani na jotę, a tylko odzyskają to, co już mieli, ich euforia i wdzięczność – gwarantowane. I to praktycznie żadnym kosztem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Obywatelskość według Alkibiadesa

Patronem tych wszystkich, którzy nazywają siebie obywatelami, powinien zostać niejaki Alkibiades, który tak oto rozumiał miłość ojczyzny: „Kocham moją ojczyznę, nie gdy mnie ona krzywdzi, lecz gdy korzystam w niej z pełni praw obywatelskich. Nie uważam, że występuję teraz przeciwko ojczyźnie, lecz raczej że nieistniejącą dla mnie ojczyznę próbuję odzyskać. Prawdziwie miłuje ojczyznę nie ten, kto niezasłużenie ją utraciwszy przeciw niej występuje, ale ten, kto z tęsknoty za nią wszelkimi sposobami usiłuje ją odzyskać” (Tukidydes, VI, 92).

Jak zatem Alkibiades próbował odzyskać dla siebie swoją ojczyznę? Ano uciekając z Aten do Sparty i tam namawiając Lacedemończyków i innych do ataku na swoją ojczyznę (przez udzielenie wsparcia wrogim Syrakuzom, wszczęcie miejscowej wojny z Atenami i umocnienia Dekelei, miasta obsadzonego przez Spartan, którzy blokowali dowozy handlowe do Aten). Jak pisał w „Żywotach” Plutarch: „większej szkody ponad to nic nie mogło Atenom wyrządzić ani je z sił wyczerpać” (Alkibiades, 23).

A jak Alkibiades rozumiał swoje prawa obywatelskie? Chodziło mu o to, by pomimo demokracji („istotną wartość demokracji zna każdy, kto się w tym orientuje, i ja sam miałbym jej najwięcej do zarzucenia. Nie sądzę jednak, by można powiedzieć coś nowego o rzeczy uznanej powszechnie za niedorzeczną” – Tukidydes, VI, 90) nadal utrzymywać władzę w ręku wąskiej grupy („bo zawsze staliśmy na czele ludu”) i móc prowadzić odpowiedni tryb życia: „wśród tych zajęć politycznych, tych mów i przemyśleń, tych zabiegów znowu pełno zbytku w sposobie życia, picie, stosunki miłosne, zuchwalstwa, zniewieściałość w szatach, purpury wleczone po agorze, nadmierna rozrzutność” – jak to podsumował Plutarch (16).

Jednym słowem, modelowy przypadek postawy obywatelskiej (w rozumieniu par excellence europejskim), a przy okazji wzór patriotyzmu i umiłowania demokracji.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O psuciu Rzeczpospolitej

W 1551 r. Andrzej Frycz Modrzewski napisał dzieło „O poprawie Rzeczpospolitej”, w którym znalazły się m.in. takie słowa: „chociaż nic nam nie powinno być droższe od Rzeczpospolitej, to jednak nie jest rzeczą słuszną gniewać się czy nienawidzić tego, kto chciałby, aby nią rządzono wedle jego zamysłów. Bo, po pierwsze, możliwe jest, że kto inaczej niż ty sądzi, sądzi lepiej od ciebie. Następnie, choćby się i mylił, to jednak ze szczerego serca mówi, co uważa za pożyteczne dla Rzeczpospolitej, a błąd jego na przebaczenie raczej zasługuje niż na nienawiść. Tak różnorodne bywają niekiedy i rzeczy, i czasy, że nie dziwota, iż tyle o nich słów ludzkich, ile – jak o tym mówi przysłowie – głów” (1981, s. 440).

Słowa te, pisane w momencie, gdy Rzeczpospolita była u szczytu swej potęgi, ale czytane dużo później pokazują, do czego prowadzi:

– stawianie wyżej chrześcijańskiej zasady miłości bliźniego od miłości ojczyzny,

– naiwna wiara, że wszystkimi kierują szczytne pobudki,

– renesansowy humanizm i bardzo nowoczesny relatywizm, który rozmaitość opinii ceni bardziej niż siłę i trwałość Rzeczpospolitej.

Wszystkie te wymieniane przez Modrzewskiego względy, wpisane w jego idealistyczną koncepcję polityki, okazały się doskonałą receptą nie na poprawianie Rzeczpospolitej, ale na jej psucie i doprowadzenie do upadku.

Opublikowano Uncategorized | 7 Komentarzy

„Synergia nauki z biznesem”

To marzenie kolejnego już ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Ciekawe jednak czy obecny i którykolwiek z poprzednich ministrów zdawał sobie sprawę, co oznacza ten slogan. A wystarczy zajrzeć do książki prof. Sheldona Krimsky’ego wydanej w Polsce w 2006 r., by wiedzieć, o co chodzi. Tytuł tej książki brzmi „Nauka skorumpowana” i dobrze oddaje to wszystko, co wynika z tak upragnionej synergii nauki z biznesem. Zachód przećwiczył to już kilka dekad temu, ale polscy decydenci, jak zwykle, wolą być bezkrytycznymi epigonami i nie wyciągają wniosków z cudzych doświadczeń.

Dla Krimsky’ego nie ulega wątpliwości, że funkcjonująca pod dyktando biznesu nauka nie jest już „akademicka”, lecz „korporacyjna”, że prowadzi to do wielu zagrożeń społecznych i patologii w samym środowisku naukowym. Na pewno też nie jest to nauka spełniająca słynne kryteria Roberta Mertona (uniwersalizm, wspólnotowość, bezinteresownosć i zorganizowany sceptycyzm). Zamiast tradycyjnego ethosu określonego tymi zasadami pojawia się bowiem „zabójcza i destrukcyjna” komercjalizacja, którą cechuje już nie służebność wobec społeczeństwa, lecz służalczość względem sponsorów.

Taka nauka „postakademicka” deprawuje badaczy, korumpuje też działalność instytucji naukowych, bo przestają one być „wieżami z kości słoniowej, miejscem intelektualnych poszukiwań i dążenia do prawdy, ale raczej przedsiębiorstwami prowadzonymi przez aroganckie jednostki, pragnące zgromadzić tak dużo pieniędzy i władzy, jak to tylko możliwe” (s. 267).

Wszędzie zatem, gdzie daje się zauważyć symptomy synergii nauki z biznesem, jest już tylko kwestią czasu, by pojawiły się także tego skutki. Niestety, środowiska naukowe nie reagują dostatecznie stanowczo na to niebezpieczeństwo, zadowalając się co najwyżej gestami „spektakularnej pryncypialności” – na pokaz i „heroicznym konformizmem” oraz nader elastycznym dostosowywaniem się, czyli „przyziemną postawą przetrwania” – na co dzień.

Tak widocznie wszystkim najwygodniej.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Władek Wiśniewski: me too!

Tak mógłby o sobie powiedzieć Władek Wiśniewski, autor zamówionego, opłaconego i poddanego analizie przez Floriana Znanieckiego (w III tomie „Chłopa polskiego w Europie i Ameryce”) „Pamiętnika imigranta”. Burzliwe życie Władka, który urodzony w guberni kaliskiej zawędrował aż do Ameryki, obfitowało w przygody miłosne.

Rozpoczęły się one od spotkania z panną Pelagią, gdy ta pewnej karnawałowej nocy przyszła do jego łóżka. „Dotknęła mnie ręką i zapytała, czy śpię. Oczywiście nie spałem, lecz udawałem, że tak i jakby przebudzony zapytałem, czego chce. Szepnęła mi, żebym posunął się bliżej do ściany. Kiedy to zrobiłem i dałem jej miejsce, położyła się koło mnie i zaczęła ze mną figlować. Z początku byłem bardzo zawstydzony, lecz z wolna ośmieliłem się i figlowałem z nią jak równy z równą. Tak bawiliśmy się prawie przez całą noc. Dopiero przed ranem opuściła moje łóżko i przeniosła się koło swej siostry. Chyba do śmierci nie zapomnę tej nocy, podczas której zaznałem tyle kochania, że gdyby mnie ona w tym nie uświadomiła, nie miałbym o nim w tym wieku żadnego pojęcia” (s. 72).

Władek miał wówczas 12 lat, a panna Pelagia była już pełnoletnia, więc według dzisiejszych standardów był to ewidentny przypadek pedofilii. Jak widać jednak, nie spowodował on żadnej traumy u dwunastoletniego dziecka, a raczej wprost przeciwnie: sprawił, że obudziło się w nim zainteresowanie kobietami i Władek rozsmakował się w „figlowaniu” do tego stopnia, iż zaczął próbować szczęścia ze swoją siostrą. „Pragnąłem ciągle w ten sposób się zabawiać – kontynuuje swoją opowieść Władek – i pewnego razu dostałem porządne lanie od mej siostry Marii, kiedy wstałem w nocy, wcisnąłem się do jej łóżka i próbowałem z nią pofiglować. Zbudziła się, spostrzegła, co się święci, wymierzyła mi parę mocnych kułaków w twarz i wypchnęła ze swego łóżka. Widząc, że nic nie wskóram ze swymi siostrami, zwróciłem się znowu do panny Pelagii. Kiedy tylko nadarzyła się sposobność, zaczynaliśmy od razu powtarzać swoje figlowanie”.

Pamiętnik Władka Wiśniewskiego dostarcza więc ważnych kontrargumentów w dzisiejszej dyskusji na temat seksualnego wykorzystywania nieletnich i pokazuje, że nie musi to wcale być coś przykrego, co negatywnie zaważy na całym przyszłym życiu dziecka, lecz może być fascynującym doświadczeniem, które nawet po wielu latach wspomina się z satysfakcją. Chyba że – jak ma to miejsce obecnie – inicjatywę przejmą sfrustrowani i pruderyjni dorośli, którzy zaczną przekonywać dzieciaka, jaką to straszną tragedię przeżył i że już nigdy nie ma prawa po czymś takim czuć się szczęśliwy. Najgorsze jest to, że wystarczy im uwierzyć, by stało się tak naprawdę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Broń jądrowa w Polsce?

Pojawiające się ostatnio wzmianki o ewentualnym przeniesieniu broni jądrowej NATO z Niemiec do Polski to kolejny przejaw polityki USA wobec Rosji, polityki, w której Polska liczyła się zawsze i liczy nadal tylko jako środek, a nie cel.

Tak było w Jałcie, gdy uzgadniano optymalną sferę wpływów w Europie, tak było też w latach 60., gdy dla odstraszenia Rosji ewentualny odwet NATO przewidywano „w obszarze rzeki Wisły” („Manchester Gwardian” 10.XI.1962), co oznaczało, iż Polska będzie zmieniona w martwe pole atomowe. Kilka lat później „Chicago Tribune” (4.XII.1969) pisała o decyzjach szczytu NATO w Brukseli, w myśl których „Zachód będzie mógł użyć atomowych broni taktycznych”, by dać „ostateczne ostrzeżenie Sowietom”. Ponownie jednak jako obszar ataku wskazywano Polskę „i/lub” Czechosłowację, lecz nie ZSRR! Związek Radziecki został umyślnie wyłączony, „ponieważ atak jądrowy na jego terytorium nie spełniłby swego zadania ostrzegawczego, lecz spowodowałby natychmiastowy odwet”. Tak więc, ten „ostrzegawczy” atak jądrowy miał być przeprowadzony na linii Wisły, „na odcinku frontu o szerokości 250 mil i głębokości 50 mil i mógł przyczynić się do zniszczenia 3,5 mln domów, około 12,5 mln ludzi i okaleczenia jądrowego ponad 5 mln osób”.

USA w dalszym ciągu testują Rosję, ryzykując jednak nie swoje bezpieczeństwo ani nawet nie bezpieczeństwo Europy Zachodniej, lecz kraju nadwiślańskiego – Polski. Ta sama metoda sprawdzania, jak daleko można się posunąć w relacjach z Rosją kilka lat temu realizowana była przy pomocy dyskusji o budowie tarczy antyrakietowej w Polsce, a obecnie wraca w postaci propozycji dotyczącej umieszczenia broni jądrowej na terytorium Polski.

Wszelkie mówienie, że takie działania zwiększą bezpieczeństwo kraju to przejaw skrajnej głupoty politycznej albo kompletnej nieodpowiedzialności rządzących wobec społeczeństwa, albo i jedno i drugie. „Czy Polskę spotka los Hiroszimy?” – to pytanie postawione przed laty przez Jerzego Jasieńskiego w jego książce „Od Wilna do Warszawy: moje refleksje. Zakończenie” (2009, s. 47) wraca więc po raz kolejny.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nauka czy science-biznes?

Dzisiejsza praca naukowa – sprowadzana najczęściej do kwestii „dobrego publikowania” – coraz bardziej przypomina produkcję dostosowaną do odgórnych zaleceń: tyle a tyle „slotów”, tyle artykułów i monografii, tyle punktów na jeden „slot” itd.

Dlatego zebrania naukowe coraz częściej przypominają narady produkcyjne, podczas których zagrzewa się załogę do zwiększonego wysiłku i obiecuje nagrody dla przodowników pracy – współczesnych stachanowców, którzy wyrobią każdą normę, a nawet ją przekroczą. W trakcie tych narad każdy powinien więc zadeklarować, że przygotuje jeszcze więcej tekstów do „najlepszych zagranicznych czasopism” i że zrobi to jeszcze szybciej.

Tyle że potem proces recenzji, redakcji i druku trwa dużo dłużej (średnio półtora roku) i kosztuje też wcale niemało (koszty tłumaczenia, proof readingu, opłaty za open accessy i dostęp do przeróżnych baz sięgają łącznie co najmniej kilkunastu tysięcy).

Cała ta sytuacja, gdy praca wplecionego w kierat science-biznesu naukowca przynosi zyski wszystkim poza nim samym, przypomina jako żywo tę z fraszki Jana Kochanowskiego: „dam grosz od wychodu, nie zjem jeno jaje. Drożej sram niźli jadam – złe to obyczaje”.

Złe to obyczaje tym bardziej, że pieniądze od polskiego podatnika i przeznaczone na utrzymanie polskiej nauki przepływają w ten sposób z polskiego budżetu na konta zagranicznych koncernów.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Formatowanie myślenia

Już w 1930 r. pisząc wstęp do pracy R.S. Clifforda „The Jack-Roller” – kultowej pozycji Szkoły Chicago – H. Becker zwracał uwagę na wymogi i zwyczajowe praktyki organizacyjne ówczesnej socjologii: artykuł o standardowej długości, doktorat jako przegląd analiz zaopatrzony we wnioski, wniosek o grant zawierający stwierdzenie, czego dany projekt ma dowieść itd. Becker podkreślał, że takie mentalne kanony i rutyna formy eliminują pewne typy badań, ale powinien był też zauważyć, że tak naprawdę utrudnia to odkrywanie nowych problemów badawczych i oprowadzi do skostnienia nauki, do operowania tym, co I. Lakatos nazwie „zdegenerowanymi programami badawczymi”.

Na pewno nie kierował się takimi wytycznymi D. Bertaux podejmując swoje słynne badania nad paryskimi piekarzami. On sam charakteryzował swój zamysł jako „szalony projekt badawczy” i przyznawał, że „na początku nie wiedzieliśmy, co robimy”. Taka deklaracja z pewnością nie zapewniłaby mu finansowania w Komitecie Badań Naukowych ani w Narodowym Centrum Nauki, gdzie wymaga się coraz bardziej precyzyjnego scharakteryzowania każdego wymiaru badań łącznie ze wskazaniem spodziewanych wyników (chociaż K. Popper w „Nędzy historycyzmu” już dawno temu stwierdził, że „żaden naukowy prognosta nie może za pomocą metod naukowych podać swych własnych przyszłych wyników” (1999, s. 10).

Takie formatowanie myślenia, jakie ma miejsce obecnie – w dobie coraz bardziej rygorystycznego administrowania nauką – raczej nie rokuje też, że realizowane ściśle według wytycznych badania okażą się czymś więcej niż potwierdzeniem oczekiwań sponsorów i wiedzy już posiadanej przez naukowców. A przecież R.K. Merton przekonywał, że prawdziwe badanie socjologiczne musi zawierać element „niespodzianki” (odkrycia czegoś, czego się nie szukało), powinno też służyć przeformułowaniu teorii (a nie tylko jej potwierdzeniu), wyłaniać nowe zagadnienia i doprecyzowywać aparaturę pojęciową dyscypliny. Dopiero wtedy badanie wnosi coś istotnie nowego do nauki, a nie tylko wykorzystuje naukę do opisywania kolejnych obszarów rzeczywistości.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło

W latach 90. obawiano się dziury ozonowej, która miała prowadzić do globalnego oziębienia. Ponieważ przyczyną był freon używany w wielu urządzeniach, zaczęto produkować sprzęt bez freonu, za to o wiele mniej trwały. Ten sprzęt ( razem z opakowaniami z plastiku, które wprowadzono ze względów higienicznych i w trosce o środowisko – by nie wycinać lasów) trafiał więc dużo szybciej na wysypiska.

Spowodowało to takie zanieczyszczenie środowiska, że zaczęto z kolei mówić o globalnym ociepleniu. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: okazało się, że globalne ocieplenie znacząco zmniejszyło dziurę ozonową!

Zamiast jednak cieszyć się, że ludzkości nie grozi nowa epoka lodowcowa, zaczęto płakać nad topniejącymi lodowcami i aby zapobiec negatywnym skutkom globalnego ocieplenia, postanowiono ograniczyć zużycie plastiku.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że nastała epidemia koronawirusa i niezbędny okazał się jednorazowy sprzęt ochronny, który trzeba będzie jakoś utylizować. A to niewątpliwie spowoduje jeszcze większą degradację środowiska…

Skoro zatem każde rozwiązanie jednego problemu powoduje pojawienie się problemu jeszcze większego, to znane przysłowie powinno brzmieć zupełnie inaczej: „nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło”. I wtedy staje się nie demoralizującym pocieszeniem, ale budzącą czujność przestrogą!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Razem czy osobno?

To pytanie pojawia się przede wszystkim w poradnikach ortograficznych, ale jest też ulubionym tematem socjologii. Na początku transformacji przeniknęło nawet do debaty publicznej i tak jest w dalszym ciągu, choć upodobania dyskutantów zmieniły się diametralnie: od uwielbienia indywidualizmu i potępienia wspólnotowości do apoteozy tejże wspólnotowości i negacji indywiduacji.

Przykładem tej zmiany jest najnowsza publikacja Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową – praca zbiorowa pod redakcją dr. Jana Szomburga „Jakie ‚Razem’ Polaków w XXI wieku?” (Gdańsk 2020). O ile jeszcze niedawno przekonywano, że nie ma czegoś takiego, jak społeczeństwo, że najlepszą drogą do uspołecznienia jest ujednostkowienie, a receptą na sukces ekonomiczny – wyłącznie ostra rywalizacja, o tyle teraz wychwala się wartości uznawane onegdaj za przeszkodę rozwoju.

W latach dziewięćdziesiątych, jak pisał prof. Jerzy Bralczyk, „propagowaną wartością jest w gruncie rzeczy ego, czyli egoistyczna samorealizacja odrzucająca wszystko, co może ją utrudniać czy ograniczać. Sukces się zautonomizował, dawne sukcesy wspólne zastąpił sukces indywidualny” (w: „Język w mediach masowych”, red. J. Bralczyk, 2000, s. 39). Obecnie trudno znaleźć sympatyków tamtych haseł, bo zapanowały zgoła inne: zaufanie, lojalność, wzajemność, solidarność, szacunek i sprawiedliwość (jak proponuje prof. Piotr Sztompka), a z tymi konkurują jeszcze inne (proponowane przez prof. Andrzeja Zybertowicza): prawda, wyrzeczenie się przemocy, suwerenność państwowa, rola Kościoła katolickiego i tradycja narodowa.

We wszystkich tych propozycjach, których dużo więcej można znaleźć w książce „Jakie ‚Razem’ Polaków”, zwraca uwagę ich moralizujące („romantyczne” wedle określenia Sztompki) przesłanie, które jaskrawo różni się od poprzedniego („cynicznego”), ale podobnie jak tamto nacechowane jednostronnością. Przykładowo: indywidualizm niekoniecznie musi być przeciwieństwem kolektywizmu – określeniem „indywidualizm kolektywny” posługiwał się przecież de Tocqueville („Dawny ustrój i rewolucja”), a von Hayek piętnował „fałszywy”, kontynentalny indywidualizm i przeciwstawiał mu indywidualizm „prawdziwy”, brytyjski („Indywidualizm i porządek ekonomiczny”).

Mimo podobieństw (spomiędzy których moralistyczny ton rozważań jest tylko jednym z wielu) w tekstach zaprezentowanych pod wspólnym tytułem „Jakie ‚Razem’ Polaków?” można jednak odnaleźć również różnice. Aby pozostać tylko przy wątku socjologicznym warto skonfrontować z tego punktu widzenia dwa wspomniane już opracowania: Piotra Sztompki i Andrzeja Zybertowicza. Gdyby przyszło najkrócej ująć to, czym się różnią, to należałoby odwołać się do pojęć: „formalizm” i „substantywizm”. Wartości wskazywane przez Sztompkę są ogólne i abstrakcyjne (swoją drogą, ciekawe, czy Autor propagując zaufanie jako podstawę kapitału społecznego posunąłby się tak daleko, jak Fukuyama, który twierdził, iż fundamentem są tu „irracjonalne” zjawiska w rodzaju religii oraz tradycyjnej etyki – „Zaufanie”, s. 367), natomiast te podnoszone przez Zybertowicza tylko w części są uniwersalne (prawda i wyrzeczenie się przemocy), ale już pozostałe – konkretne, bo wypełnione określoną treścią kulturową i historyczną.

Aby jeszcze bardziej skontrastować te stanowiska, można nawet zaryzykować twierdzenie, iż obaj socjologowie pozostają wierni przesłaniu niekwestionowanego klasyka dyscypliny, Maxa Webera, ale każdy czyni to w inny sposób. Sztompka jest bliższy Weberowi, gdy ten pisał o „obiektywizmie” badacza społecznego, natomiast Zybertowicz wyciąga wnioski z Weberowskiego „decyzjonizmu”, który wskazywał, że tak w badaniu naukowym, jak i w życiu podstawą każdego działania jest kierowanie się „ideami kulturowych wartości”. Bez nich poznawanie zamieniłoby się w „chaos sądów egzystencjalnych”, a działania praktyczne pozbawione zostałyby jakiegokolwiek kompasu.

W tym momencie jednak zdają się blaknąć hasła „prawdy” i „wyrzeczenia się przemocy”, bo przecież Weber nie pozostawiał złudzeń: „jest przeznaczeniem epoki cywilizacyjnej, która spożyła owoc z drzewa poznania, iż musi wiedzieć, że sensu dziejów świata nie możemy odczytać z najbardziej nawet wydoskonalonych wyników jego przebadania, lecz musimy być w stanie stworzyć go sami, że więc najwyższe ideały, które poruszają nas najpotężniej, kształtują się zawsze jedynie w walce z innymi ideałami, które są dla innych ludzi tak samo święte, jak nasze dla nas”.

Pytaniem otwartym – i chyba zasadniczym – staje się więc kwestia: czy Polakom (obojętnie już czy pozostającym „razem”, czy „osobno”) przysługuje prawo do „decyzjonizmu”, a więc arbitralnego wyboru wartości (np. wbrew wszelkim „racjonalnym” przesłankom – do opowiedzenia się za własną, nawet „irracjonalną”, tradycją), do uczynienia ich motorem działań i następnie do obrony tych wartości „w walce z innymi ideałami”. Oczywiście, z pełną świadomością, że nie ma to nic wspólnego ani z obiektywną prawdą, ani z wyrzeczeniem się przemocy.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Covid-19 jako wyzwanie dla socjologii

Wobec dużego zainteresowania badaczy epidemią i związanymi z nią zjawiskami społecznymi PTS zaproponował platformę umożliwiającą gromadzenie wyników i wymianę doświadczeń.

To bardzo dobrze, że socjologowie tak licznie odpowiadają na zapotrzebowanie społeczne, ale trzeba mieć nadzieję, że przy tej okazji (wzbogacając wiedzę o społeczeństwie) nie zaniechają refleksji ogólniejszej mającej na celu rozwój samej dyscypliny. Bo przecież jej rozwój czysto ekstensywny (obejmowanie badaniami kolejnych zjawisk i środowisk) nie oznacza jeszcze rozwoju intensywnego, czyli pogłębiania refleksji metodologicznej i budowania nowych koncepcji. Można nawet powiedzieć, że bywa odwrotnie, bo nauka, która – według słów Bourdieu – zapożycza od świata społecznego jego problemy, pojęcia i narzędzia, traci swoją autonomię i staje się „półuczoną nauką” („Zaproszenie do socjologii refleksyjnej” s. 236), a więc co najwyżej „socjologią turystyczno-krajoznawczą”.

Jakie zatem niebezpieczeństwa mogą wiązać się z tak chętnym akcesem do nowej „modnej problematyki”? Na pewno istnieje ryzyko, że badacze uwikłają się w dylematy związane z płynnymi granicami między ethosowym wymogiem służebności nauki, a jej funkcją czysto usługową i zarazem między własną usłużnością a wręcz służalczością.

Po drugie, większość badaczy zdaje się traktować epidemię głównie jako zjawisko naturalne (i to przy ewidentnych niedostatkach wyklinanej wciąż refleksji „naturalistycznej”) – wbrew dominującej do niedawna modzie na konstruktywizm.  Powinny zatem pojawić się rozważania nad szansą zbudowania współczesnego paradygmatu naturalistycznego, ale także badania nad epidemią jako „tworzonym społecznie” dyskursem, a więc nad wielością narracji, które niekoniecznie muszą mieć coś wspólnego z rzeczywistością, bo jak twierdził Foucault „nie ma mowy o interpretowaniu dyskursu w celu wydobycia zeń historii tego, do czego odsyła”.

I po trzecie, z ostrożnością trzeba traktować pojawiające się już sugestie, z jakich to pojęć warto korzystać badając zjawiska towarzyszące epidemii (prof. Andrzej Rychard wspomniał ostatnio w tym kontekście o kategorii „amoralnego familizmu”). Oczywiście, można odwołać się do tego i do innych pojęć, ważne jednak, by nie traktować socjologii wyłącznie jako poręcznej „skrzynki z narzędziami”, ale starać się je korygować, a najlepiej wprowadzać nowe. Akurat określenie „amoralny familizm” zasługiwałoby na gruntowną dekonstrukcję (zwłaszcza inspirowaną sugestiami Antoniego Mączaka, który widział w nim wyraz etnocentryzmu amerykańskiego badacza niezdolnego do empatii i prawidłowego rozumienia innych kultur poza jego własną – „Nierówna przyjaźń”). Zresztą, niby czemu bardziej „moralny” od familizmu miałby być trybalizm, lokalizm, nacjonalizm, a nawet paneuropeizm (o ten wątek zahaczył też Mączak sugerując termin amoral nationalism w odniesieniu do realiów okupowanej Polski – „Latem w Tocznabieli”).

Z pewnością taka sama korekta przydałaby się wielu innym pojęciom używanym w socjologii, które nie powinny być bezkarnie przemycane z jednego kontekstu do drugiego, by trwać niezależnie od czasu i miejsca.

Na zakończenie wypada wyrazić nadzieję, że wniosek z badań nad koronawirusem będzie inny niż ten, jaki dawno temu sformułował Georg Lundberg (i nie należy lekceważyć jego opinii tylko dlatego, że był on neopozytywistą): „przez parę lat badałem roczny plon badań socjologicznych stawiając sobie następujące pytanie: jaka hipoteza albo teoria została sformułowana w tych badaniach? Jakie uogólnienie albo,prawo socjologiczne zostało potwierdzone albo zakwestionowane przez ich wyniki? … Muszę stwierdzić, że dla większości badań, które obserwowałem, odpowiedź na każde z postawionych pytań byłoby odpowiedzią negatywną” (Szacki, HMS).

Gdyby tak miało być i w przypadku covid-19, znaczyłoby to, że gorliwi socjologowie kierują się nie względami naukowymi, ale zasadą „co by tu jeszcze zbadać, co by tu jeszcze…”

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Konstytucja 3 Maja – w oczach UE

Gdyby w 1791 r. istniała UE i gdyby Polska była jej członkiem, coś tak skandalicznego, jak Konstytucja 3 Maja, nie miałoby prawa się zdarzyć. Natomiast reakcją wobec obozu rządzącego, który by chciał przeprowadzić takie reformy, byłyby z pewnością „procedury naruszeniowe”. I to zarówno jeśli chodzi o treść przepisów (likwidacja wolnych wyborów, czyli elekcji, wprowadzenie monarchii dziedzicznej, odebranie prawa głosu rzeszom wyborców z powodu cenzusu majątkowego, zniesienie liberum veto, które nb do dziś jest obowiązującym trybem głosowania w UE), jak i z powodu trybu ich wprowadzania – ewidentnie z naruszeniem wszelkich reguł praworządności.

O kontrowersjach związanych z uchwaleniem Konstytucji 3 Maja oraz o gorącej atmosferze, jaka towarzyszyła tamtym wydarzeniom, przekonują fragmenty pamiętników Jędrzeja Kitowicza, który opisywał działania głównych aktorów. Otóż król tylko pozornie angażował się w oficjalne tematy obrad (finanse dla wojska i forma rządu publicznego), a tymczasem „robił cicho i zręcznie około zamiaru swego”, to znaczy już w kwietniu spowodował uszlachcenie 300 najbogatszych mieszczan, następnie 2 maja wezwał do sejmu uzbrojone po zęby drużyny cechowe, aby „jak tylko się zacznie sesja sejmowa, natychmiast opanowali wszystkie sale, cały dziedziniec Zamkowy, zgoła cały Zamek, i żeby byli gotowi czynić, co im starszyzna każe”. Potem odczytał spreparowane listy od ambasadorów donoszących o spisku ościennych mocarstw przeciw Polsce. A po przeczytaniu listów „posłowie w sekretnej zmowie z królem będący pokazali po sobie wielkie zatrwożenie” i zwrócili się do króla, „by co prędzej ratował ginącą ojczyznę”. Zaraz po odczytaniu projektu podano więc królowi Ewangelię, na której przed Turskim, biskupem krakowskim przysiągł ową konstytucję. Wreszcie w kościele wszyscy ową przysięgę wykonali, bo kto chciał, poseł i nie poseł, podnosił rękę w górę i wypowiadał słowa przysięgi.

Na nic też zdały się głosy, że „tak ważne interesa powinny być do deliberacji podane”, że „połowy posłów nie masz na sejmie”, że to jest „zdrada oczywista wprowadzić znienacka takowe materie kardynalne i zaraz je decydować w garstce posłów przeciw większej liczbie nieprzytomnej”, że „ów gmin otaczający cały Zamek na zniewolenie stanu szlacheckiego i zgubę wolności jest sprowadzony”. Nie sposób odmówić im słuszności, w dodatku niektóre z nich brzmią znajomo.

I teraz pytanie: czy to dobrze, czy źle, że Konstytucję 3 Maja uchwalono? A od odpowiedzi na to pytanie będzie zależeć odpowiedź na kolejne: czy to dobrze, czy źle, że UE z takim zaangażowaniem broni dziś demokracji w krajach członkowskich (zapominając jednocześnie, że sama nie spełnia wielu kryteriów, które stara się egzekwować od innych). Czy z przeszłości nie płynie raczej morał, że historii nie robi się zgodnie z procedurami, że im większe dokonanie, w tym większym stopniu musi naruszać istniejące reguły, że im bardziej okaże się doniosłe dla potomności, tym bardziej u współczesnych musi budzić sprzeciw?

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Nasze skarabeusze

Pandemia trwa, gospodarka słabnie, ale urzędnicy UE (UE – Unia Europejska) działają po staremu: zatroskani stanem demokracji w Polsce wyrażają zaniepokojenie, wydają oświadczenia i wszczynają kolejne procedury „w głupstwa wywarzone kuźni”.

Bo choćby świat się walił, oni będą turlali te swoje kulki gnoju, zupełnie jak skarabeusze (skarabeusze – żuki gnojarze, z rodziny gnojarzowatych, pospolicie zwane gnojakami).

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„A wiosną niechaj wiosnę…

… a nie koronawirusa zobaczę” – tak należałoby dziś sparafrazować znany fragment Jana Lechonia.

No bo ile można! Od rana do nocy nic tylko koronawirus: na ulicach ludzie w maseczkach, w sklepach i przy każdym straganie na bazarze – płyn dezynfekujący, w tv uaktualniane co godzinę notowania, ilu zachorowało, ilu zmarło… W Europie przymusowe kwarantanny i mandaty wlepiane przez policję. Poza Europą batożenie niesubordynowanych i strzelanie do nich ostrą amunicją. I to wszystko z powodu wirusa: czegoś tak znikomego, że – według wyliczeń ekspertów – na końcu szpilki zmieści się go dużo więcej niż aniołów (co z kolei wyliczały średniowieczne autorytety).

Oczywiście, trzeba myć ręce i zasłaniać usta podczas kichania, ale czy świat nie popadł w obłęd, a raczej czy nie został doprowadzony do tego stanu przez specjalistów od wzniecania „moralnej paniki” w jakimś – niekoniecznie moralnym – celu? Zwłaszcza socjologowie powinni tu wykazać się czujnością i pamiętać o znanej sentencji W.I. Thomasa: „Jeśli ludzie definiują sytuacje jako prawdziwe, to nawet gdy nie mają racji, konsekwencje takich definicji są prawdziwe”.

Dlatego warto właśnie teraz przypomnieć sobie końcowy fragment filmu „Seksmisja” i tak jak jego bohaterowie unieść wreszcie głowę. A wtedy każdy zobaczy, że jednak „bociuś leci!” i będzie mógł zrzucić skafander, przyłbicę i wrócić do normalnego życia.

Opublikowano Uncategorized | 12 Komentarzy

KKHP fb (17.III) – całkiem słusznie!

Na fb KKHP pod datą 17 marca znalazła się wypowiedź hiszpańskiego badacza-biologa: „dajecie piłkarzowi 1 mln euro na miesiąc, a badaczowi 1,800 euro. Teraz oczekujecie leczenia. Idźcie do Ronaldo lub Messiego”. Pełna zgoda!

Oczywiście, przykłady dobrane skrajnie (super gwiazdy i szeregowi badacze), ale zwracają uwagę na skandaliczne dysproporcje w finansowaniu sportu oraz nauki. Jak widać, nie tylko w Polsce, choć tu może szczególnie.

Oczywiście, czym innym jest sfera budżetowa, zawsze lekceważona i traktowana jak najgorzej – choć właśnie tu na koszt całego społeczeństwa otacza się opieką i rozwija „kapitał ludzki”, a czym innym „wolny rynek”, gdzie ten kapitał ludzki produkuje i przynosi zyski, ale już tylko niektórym.

Czemu jednak społeczeństwa zaakceptowały ten podział? Czemu nie widzą zależności jednej sfery od drugiej? I czemu akceptują aż takie dysproporcje, preferując to, co w sumie zbędne, a zaniedbując to, co absolutnie konieczne?

Dlatego wniosek jest jasny: pandemia koronawirusa to dobra okazja, by wreszcie zweryfikować upodobania i priorytety, bo targowisko próżności (sport, media, reklama i celebryci) nie trwa wiecznie i czasami powraca zgrzebna rzeczywistość, która pokazuje kto i co tak naprawdę jest niezbędne do życia i przeżycia całych populacji.

A wtedy naukowcy mają pełne prawo powiedzieć to, co przymierający głodem filozof Anaksagoras odrzekł Peryklesowi oczekującemu od niego mądrych rad: „kto potrzebuje światła, musi do lampy dolewać oliwy”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ku pokrzepieniu serc

Jeszcze nie przestaliśmy się obawiać koronawirusa, a już zaczynamy lękać się kryzysu. Tymczasem, w każdej sytuacji trzeba szukać pozytywów, tym bardziej, że podobne sytuacje przytrafiały się ludzkości wcześniej.

Taka np. Czarna Śmierć spustoszyła Europę, zmniejszając liczbę ludności o 30-60% – „Ale za to ile wolnego miejsca!” skomentował ten fakt Fernand Braudel. W dodatku, spowodowana tamtą pandemią zapaść gospodarcza wyzwoliła tyle społecznej energii, że zapoczątkowała wyjątkowy wzrost gospodarczy, który doprowadził do rewolucji przemysłowej.

Zresztą, nie jest nigdzie powiedziane, że należy bać się kryzysów ekonomicznych. Cytowany Braudel pisze wyraźnie, że to raczej w okresie prosperity gospodarczej ludziom żyje się gorzej, a w kryzysie – lepiej („Kultura materialna, gospodarka…” t. III, s. 72). Pewnie dlatego, że rozwój wymaga gospodarki „naprężonej” (J.S. Mill), a ta rabunkowo eksploatuje wszelkie zasoby, z ludzkimi i naturalnymi na czele. Natomiast kryzys przypomina upragniony przez Milla „czas zastoju”, kiedy to można wreszcie odpocząć od przymusu eksploatacji, rywalizacji i akumulacji i zająć się czymś innym.

Jak wiadomo, te trzy określenia składają się na taki model wzrostu, o którym już Adam Smith pisał, że „bez końca odnawia się w nieustającym popycie na wszystkie bezużyteczne rzeczy tego świata”. Dlatego, co bardziej światli ekonomiści na serio rozważali propozycję Milla („Zasady ekonomii politycznej”, t. II, rozdz. O stanie zastoju) przekonani, tak jak on, że realizowany wg takiej logiki „postęp społeczeństwa musi się skończyć w cierpieniach i nieszczęściach” (jw. s. 483).

Jak wspomina Charles Handy („Głód ducha. Poza kapitalizm. Poszukiwanie sensu w nowoczesnym świecie” 1999), jego wykładowca ekonomii, noblista zresztą, „zawsze wolał mieszkać w kraju, gdzie gospodarka upada, bo tam ma się o wiele więcej czasu na zjedzenie śniadania, a sztuka i teatr też są lepsze” (s. 28).

Teraz wszyscy będziemy mieli okazję przetestować słuszność tej teorii.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Być jak … Tylko po co?

W żywocie Peryklesa Plutarch czyni ciekawą obserwację: często bywa tak, że „jakkolwiek dzieło sprawia nam przyjemność przez swoje piękno i wdzięk, twórca jego niekoniecznie jednak budzi w nas tym samym chęć do pójścia w jego ślady”. I faktycznie . Nie każdy, kto ogląda z podziwem wyczyny sportowe, chciałby prowadzić tak rygorystyczny tryb życia, jakiemu poddają się sportowcy. Chyba też nikt, kto – dla odmiany – lubi koncerty fortepianowe, nie chciałby wyglądać jak Danił Trifonow, któremu pot kapie z nosa, a mokre kosmyki włosów przyklejają się do czoła ani też jak (to wersja dla starszego pokolenia) Maurizio Pollini, którego chrapliwy oddech był słyszalny z dyrektorskiej loży w Filharmonii Narodowej tak samo wyraźnie, jak dźwięki fortepianu. Wyjątek można by tu zrobić co najwyżej dla olśniewającej urodą Katii Buniatishvili, która zawsze nad klawiaturą ponętnie i śmiało wygina swe ciało.

Ale wracając do Plutarcha. Robi on jeden dokładnie jeden wyjątek od zaobserwowanej reguły, a mianowicie dla „czynów męstwa i dzielności”, które „tak właśnie bezpośrednio nas usposabiają, że jednocześnie podziwiamy dzieła i zarazem czujemy w sobie chęć dorównania wielkości ich twórców”. Czy jednak na pewno znalazłoby się (zwłaszcza dziś) wielu chętnych do tego, by naśladować np. Aleksandra Wielkiego, choć jego dokonania i format moralny budzą nadal szczery podziw. Przecież sam Plutarch w rozprawie „O szczęściu czy dzielności Aleksandra” starał się udowodnić, że bohater zawdzięczał swe sukcesy nie szczęściu, ale własnemu męstwu, okupionemu jednak wieloma cierpieniami. „Nad Granikiem miecz rozciął mu hełm aż do włosów, pod Gazą pocisk ugodził go w bark, w Marakandzie wyskoczyła mu kość złamana od uderzenia strzały w goleń, w Hyrkanii został trafiony kamieniem w gardło, co spowodowało osłabienie wzroku, w kraju Assakenów był ranny strzałą indyjską w kostkę, w kraju Mallów trafiono go w pierś dwułokciową strzałą, która przebiła pancerz oraz ktoś ugodził go w szyję maczugą, zaś po przekroczeniu rzeki Tanais w kraju Scytów, których pobił, ścigał ich konno 150 stadionów, dręczony przez biegunkę”.

Pewnie dlatego PJK, choć mógł zachować się jak Papież Franciszek, który od miesiąca samotnie przemierza Plac Świętego Piotra i sprawuje liturgię w opustoszałych kościołach, nie zdecydował się na podobny gest, lecz wkroczył i na Plac Piłsudskiego, i na Cmentarz Powązkowski w całkiem licznym towarzystwie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ekonomia moralna pandemii

Najbardziej bezwzględne restrykcje obowiązywały wtedy, gdy groźba zarażenia się była (z powodu małej liczby chorych) stosunkowo niewielka.

Cofa się te restrykcje wtedy, gdy zachorowań jest już tyle, że o wiele łatwiej złapać tego wirusa.

Bo przecież nie o to chodzi, by ludzie nie chorowali i nie umierali, ale żeby robili to w odpowiednim tempie: dostosowanym do przepustowości szpitali i mocy przerobowych służby zdrowia w danym kraju.

A przede wszystkim powinni to robić nie szkodząc zanadto gospodarce. Na takie ekstrawagancje nawet najsilniejsze gospodarki świata nie mogą sobie pozwolić.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Najlepsze maseczki

To byłyby te, z płótna utkanego przez lasowskiego tkacza jakieś sto lat temu. Przynajmniej, jeśli wierzyć relacjom Jana Słomki, który w „Pamiętnikach włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych” tak opisywał rodzaje lnianego płótna wyrabianego wtenczas po wsiach w okolicach Tarnowa: „płótno było trojakiego gatunku. Najprzedniejsze było cienkie, lniane lub konopne, z najlepszego włókna, używane na odświętne koszule, kamiziele, fartuchy, zapaski. Średnie nazywało się ‚pacześne’, wyrabiane ze średniego włókna lnianego i konopnego, razem zmieszanego, używane zaś było najwięcej na koszule dla sług, podszewki do kamiziel, spodnie dla gospodarzy itp. Najpośledniejsze było zgrzebne, to jest pozostającego przy czesaniu włókna na szczotce. Z takiego włókna nie dały się już uprząść nici cienkie i równe”.

To najlepsze płótno – dodaje Słomka – „gdy było dobrze zrobione, to woda przez nie nie przeciekała”. I właśnie takie przydałoby się dzisiaj na maseczki. Jaka szkoda, że nie ma już tamtych tkaczy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pandemia i obywatelskie nieposłuszeństwo

Jeszcze tydzień temu można było – zachowując wskazane środki ostrożności – pospacerować po Fortach Bema (z wyjątkiem części wewnętrznej, otoczonej fosą; mostki były zagrodzone taśmami a policja patrolowała teren), ale dziś już nie, choć w między czasie nie wprowadzono żadnych obostrzeń. Widocznie jakiś urzędnik zreflektował się, że nie był dostatecznie gorliwy i naprawił swój błąd.

Cóż, to tylko jeszcze jedno wyrzeczenie. Przecież ograniczone zostały inne podstawowe swobody obywatelskie (wolność przemieszczania się i wolność zgromadzeń) – już teraz można opuszczać mieszkanie tylko dla zaspokojenia najważniejszych potrzeb życiowych. Tylko patrzeć, jak polska policja, wzorem francuskiej czy hiszpańskiej, zacznie rewidować torby z zakupami i sprawdzać, czy ktoś nie nabył czekolady albo papierosów i czipsów, bo za taki karygodny występek należy się wysoki mandat („Le gendarme est sans pitie” – Courteline). Z kolei za kilka dni trzeba będzie zakrywać twarz w miejscach publicznych, a więc zrezygnować z jednej z najważniejszych wartości europejskich, jaką jest chodzenie z odsłoniętym obliczem (czy ktoś pamięta argumenty, jakie przywoływano kilka lat temu podczas batalii przeciw islamizacji europejskiej przestrzeni?)

Ciekawe, co dalej. Jak wiadomo, ambicje władzy w dyscyplinowaniu obywateli/poddanych nie mają granic. „W porządku – powiedział kiedyś wielki książę Michał przyjmujący paradę wojskową – oni jedynie oddychają!”

Nic więc dziwnego, że v-ce szefowa PE, Katarina Barley, postanowiła zareagować na te wszystkie ograniczenia demokracji narzucane obywatelom takich państw jak Polska czy Węgry pod pretekstem walki z pandemią. Jednak w takim razie Jarosław Kaczyński, który 10 kwietnia ostentacyjnie zignorował istniejące regulacje, powinien zostać uznany przez UE za wzór obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Kto wie, jakie będą kolejne absurdy, aberracje myślowe i inne powikłania w związku z koronawirusem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Prawda o Smoleńsku

Przed samymi Świętami wróciło pytanie o to, czy kiedykolwiek Polacy poznają prawdę o Smoleńsku. Pytanie to wydaje się jednak niewłaściwie postawione, bo być może prawdę już poznaliśmy (tym bardziej, że propozycji było kilka i każdy mógł sobie jakąś najbardziej dla niego wiarygodną wybrać), tylko nie chcemy przyjąć jej do wiadomości.

I wcale nie pomaga tu forsowanie tej czy innej wersji, bo odbierana jest ona jako naigrawanie się z ofiar i szyderstwo wobec ich bliskich albo też jako wyraz cynicznego serwilizmu wobec jakichś wciąż potężnych sił. W związku z tym trudno oprzeć się wrażeniu, iż dużo więcej taktu niż Polacy potrafią okazać samym sobie, okazał im w 1839 r. Astolphe de Custine, który wracając z podróży po Rosji (co zrelacjonował w 36 arcyciekawych i przenikliwych listach) ominął – wbrew pierwotnym planom – Wilno i Warszawę.

Ale dlaczego tak uczynił? Autor relacji tłumaczy to bardzo jasno i dobrze byłoby, aby polscy autorzy z taką satysfakcją cytujący wszystko, co tak krytycznie de Custine napisał o Rosji, zechcieli zastanowić się nad tym, czego Custine nie napisał o Polsce. Tym bardziej, że zdaje się to posiadać wymiar ponadczasowy.

„Takie nieszczęścia, jakie spadają na Polskę – pisał de Custine w Relacji z powrotu do Niemiec przez Sankt-Petersburg – nie są jedynie skutkiem jakiejś nieodwracalnej konieczności. Kiedy niepowodzenia trwają długo, trzeba wziąć pod uwagę zarówno popełnione błędy, jak i okoliczności. Narody, podobnie jak jednostki, w pewnej mierze są współwinne losu, jaki im przypada w udziale. Ponoszą odpowiedzialność za klęski, które raz po raz na nie spadają, dla bystrego bowiem obserwatora przeznaczenia narodów są jedynie skutkiem takiego, a nie innego rozwoju cech ich charakteru. Patrząc na skutek błędów narodu tak surowo pokaranego, nie mogę oprzeć się kilku myślom, choć miałbym sobie za złe, gdybym je wypowiedział”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rocznice

Mija równo 80 lat od zbrodni w Katyniu i akurat 10 lat od tragedii w Smoleńsku. W 1943 r. Churchil wyraził się, że „nie ma sensu chorobliwe myszkowanie wokół grobów koło Smoleńska sprzed trzech lat” a magazyn „Time” w roku 1945 ogłosił Stalina „człowiekiem roku”. Taka była i jest perspektywa Zachodu.

Dlatego warto, mając dziś takich sojuszników, zachować mimo wszystko czujność. „Mimo wszystko”, ale zarazem „właśnie dlatego”.

Opublikowano Uncategorized | 5 Komentarzy

Stanowisko Akademii w sprawie …

Obojętne, jakiej Akademii i w jakiej sprawie. Każde stanowisko jakiejkolwiek Akademii w dowolnej sprawie jest wyrazem zacierania różnicy między autorytetem epistemicznym (opartym na wiedzy w dowolnej dziedzinie) i autorytetu deontycznego (dotyczy reguł działania i władzy ich egzekwowania) – jak to precyzyjnie objaśnia Józef Bocheński w pracy „Logika i filozofia” (1993).

Autorytet epistemiczny przysługuje oczywiście każdemu członkowi dowolnej Akademii – ale tylko w obrębie dziedziny, którą zawodowo się zajmuje. Autorytet deontyczny nie przysługuje natomiast nawet najwyższej klasy specjaliście od czegoś tam ani też szacownemu gronu profesorów z różnych dziedzin. „Żaden naukowiec nie jest podmiotem autorytetu w dziedzinie zdań praktycznych” – pisze Bocheński (s. 263). A dlaczego? Bardzo dobrze tłumaczył to Le Bon: „decyzja 40 członków Akademii Francuskiej w sprawach niefachowych nie będzie inna niż decyzja 40 woziwodów. Sama znajomość greki lub matematyki, architektury, medycyny lub praw nie daje nikomu należytego poglądu na kwestie społeczne” („Psychologia tłumu” 1986, s. 115).

Udawanie, że jest inaczej i zajmowanie stanowiska w dowolnej kwestii życia publicznego (jak to 8 kwietnia uczyniło Prezydium PAN w sprawie wyborów) jest więc niczym innym jak nadużyciem i nieuprawnionym roszczeniem do bycia autorytetem we wszystkim. Klasyczny przykład tego rodzaju nadużycia – pisze Bocheński – „to owi uczeni profesorowie, którzy ogłaszają oświadczenia polityczne i przez to dają pozór, jakoby byli autorytetami w dziedzinie polityki, a w rzeczy samej są nimi tylko w paleografii, w historii Egiptu, w fizyce czy w geografii Księżyca” (s. 226).

Idąc dalej za myślą tego światowej sławy filozofa i logika można by nawet rzec, iż cykliczne wydawanie oświadczeń w każdej kolejnej sprawie zdradza inklinacje do totalitaryzmu, definiowanego przez Bocheńskiego jako pogląd, zgodnie z którym „powinien istnieć autorytet deontyczny we wszystkich dziedzinach” (s. 305). Takie działanie nie przysparza autorytetu, a nawet sprawia, że nadwyręża autorytet, który już się posiada.

Opublikowano Uncategorized | 15 Komentarzy

Co z tymi tłumaczami?

Parokrotnie już we wcześniejszych wpisach poruszany był pewien problem związany z tłumaczeniami tekstów naukowych na język polski. Otóż wcale do rzadkości nie należą sytuacje, gdy jakaś fraza, całe zdanie, a nawet większy fragment został pominięty w przekładzie na język polski i to bez żadnych wyjaśnień (np. w: M. Archer – „Kultura i sprawczość” na s. 165 znajduje się przypis: „ten dobitny cytat”, a chodzi o fragment z „Ideologii niemieckiej” Marksa i Engelsa, „jest nieobecny w polskim wydaniu”). Przy czym, jak widać, często chodzi o fragmenty uznane za bardzo ważne, takie które przykuły uwagę innego autora i stały się dla niego punktem wyjścia do bardzo ciekawych rozważań, a nawet podstawą sformułowania oryginalnych interpretacji.

Ta praktyka niedbałego czy może celowo selektywnego tłumaczenia nie ominęła także klasycznych tekstów kanonicznych w rodzaju Biblii. Przykładowo, de Maistre w „Wieczorach petersburskich” (s. 269) cytuje fragment Psalmu 46 (47) wers 8: „Psallite sapienter”, co w polskim tłumaczeniu oznacza: „śpiewajcie mądrze”. Tyle tylko, że akurat tego fragmentu nie ma w polskim tłumaczeniu.

Po raz kolejny trzeba więc zadać sobie pytanie, z czym faktycznie ma do czynienia polski czytelnik dzieł obcojęzycznych, bo – zbyt często – wcale nie z oryginalnym tekstem danego autora. „Psallite sapienter” – łatwo powiedzieć, ale jak tego dokonać, skoro nawet mądre czytanie, a więc czytanie kompletnego, nie okrojonego i nie zafałszowanego tekstu, okazuje się tak często niemożliwe.

Opublikowano Uncategorized | 3 Komentarze

Bywało gorzej

Latem 1941 r. Irena Bieniasz-Krzywiec pisała z Nowogródka do swego krewniaka w Wilnie, Witalisa Bukraby: „Z góry bardzo przepraszam, że tak długo milczałam, ale naprawdę ostatnio mam tak dużo pracy, że po prostu brak czasu na jedzenie, a cóż dopiero myśleć o pisaniu. Mnie zwolnili, ale przyjęli z powrotem, gdyż trzy siostry zaraziły się i leżą chore i nie ma komu pracować. Chorych mamy moc. Niby lato, a ludzi coraz więcej choruje i umiera. Siedzę w tych smrodach szpitalnych (przepraszam, ale inaczej tego nazwać nie mogę) za marne 350 rubli narażona w każdej chwili na tyfus czy inną cholerę. Podobno w Wilnie też okropna epidemia tyfusu brzusznego, więc martwimy się o Ciebie bardzo. Tak marnują się i mijają nasze młode, najpiękniejsze lata. Jestem tak rozgoryczona i przygnębiona, że przestaję wierzyć, iż może jeszcze być inaczej. Nastrój u nas okropny, warunki materialne też się pogorszyły, bo drożyzna okropna i w ogóle za pieniądze nic prawie nie można dostać, wszystko chcą na wymianę, a niestety nie ma już czego wymieniać…”

Bywało więc gorzej, a nawet dużo gorzej. Ale to żadna pociecha.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Ruskim trollem być …

… to coraz większy powód do dumy i przeświadczenia o własnej wszechmocy. Właściwie wszystko, co dzieje się na świecie, a nie jest po myśli USA lub UE, okazuje się sprawką działających na rzecz Kremla rosyjskich trolli. A więc to oni (nie dość, że patrioci, to jeszcze profesjonaliści w swym fachu) – obywając się bez żadnych czołgów i mechanizmów finansowych w rodzaju BŚ czy MFW – decydują praktycznie o wszystkim. A sprawiają to mocą samych słów. „Słowo jest wielkim panem – przekonywał Gorgiasz w „Pochwale Heleny” – ma moc uwalniania od strachu, kojenia bólu, wywoływania radości, pobudzania do litości. Tak bowiem jak ten lub ów lek kładzie kres bądź chorobie, bądź życiu, tak samo spośród słów jedne mogą zasmucać, inne cieszyć, inne przerazić, inne napełniać otuchą, inne wreszcie oszałamiają i zaczarowują dusze swą zgubną namową”.

Skoro więc ruskie trolle mogły tak mistrzowsko opanować tę sztukę, to czemu inni tego nie potrafią? Czemu Europejczycy nie okazują się godni swego własnego dziedzictwa i nie chcą go pielęgnować? Czyżby, także w tym przypadku, słuszny miał okazać się osąd Arnolda Toynbeego, który tak postrzegał sytuację Rosji: „Rosjanie przejęli zachodnią świecką filozofię społeczną, marksizm. Przejęli tę zachodnią heretycką religię, przekształcili na własną modłę i teraz z kolei strzelają z niej do nas” („Cywilizacja w czasie próby”).

Jak wiadomo – tłumaczy Toynbee – w konfrontacji z bardziej zaawansowanym w rozwoju przeciwnikiem możliwe są dwie strategie: zelotyzm (nawracanie do własnych tradycji) lub herodianizm (zwalczanie wroga jego własną bronią). Jeśli choć w połowie to, co przypisuje się rosyjskim trollom, jest prawdą, to znaczy, że wyciągnęli oni wnioski także z europejskiej nauki o cywilizacjach i sięgnęli po naprawdę groźną dla swoich przeciwników broń.

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze

Świat na opak wywrócony

Po Chinach, Rosji i Kubie także Albania zdecydowała się udzielić pomocy krajom UE ogarniętym epidemią koronawirusa. Podczas gdy kolejne samoloty ze sprzętem medycznym lądują na europejskich lotniskach, UE obraduje, spiera się i odracza podjęcie decyzji o dwa tygodnie. „Kogo nie boli, temu powoli” jak mówi ludowe przysłowie. Przedstawiciele państw najbardziej dotkniętych epidemią ciskają oskarżenia („UE? To nora żmij i szkali. To obrzydliwość. Dajcie sobie siana” – Matteo Salvini), a władze W. Brytanii, która i tak wie, że nie może liczyć na pomoc Unii, stawiają przed sobą ambitne cele, że liczba zmarłych nie przekroczy u nich tylu a tylu tysięcy.

Tak wygląda teraźniejszość. A przyszłość? Pewnego dnia, może już niedługo, Europejczycy zobaczą w telewizorach samych siebie, jak z miseczkami w rękach stoją w długich kolejkach i czekają na pomoc humanitarną, którą im będą wysyłać kraje III świata.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Świat po koronawirusie

Kiedyś to się skończy. Ale już teraz widać, jak bardzo epidemia zmienia świat. Przede wszystkim ten zachodni. Już nauczyła ludzi rezygnować z wielu swobód obywatelskich, takich jak wolność zgromadzeń i przemieszczania się.

Uczy też rządy poszczególnych państw, a nawet opozycję, że nie ma czegoś takiego, jak niedozwolona pomoc publiczna dla przedsiębiorstw i że na trudne czasy nie ma to jak państwo, najlepiej w wersji hard, a nie light.

Uczy wreszcie Europejczyków, że europejska solidarność to jeszcze jeden dęty slogan, bo jak co do czego, to z najbardziej skuteczną i – co najważniejsze – z szybką pomocą wysoko rozwiniętym krajom liberalnej demokracji śpieszą jak na razie reżimy postkomunistyczne.

Taka lekcja pokory i refleksji dla wszystkich. Nawet dla najbardziej zlaicyzowanych środowisk, które jakoś nie oprotestowały akcji „różaniec balonów nad Sycylią”.

Opublikowano Uncategorized | 13 Komentarzy

Rozważania o Niemcach – c.d.

Szanowny Komentator przekonuje, że Niemcy dokonali rozrachunku z trudną przeszłością. Owszem, i zrobili to tak skutecznie, że jak pokazuje w swojej książce „Kapitał moralny. Polityki historyczne w późnej nowoczesności” Michał Łuczewski (2017), obecnie ich kapitał moralny jest dużo lepszy niż kapitał moralny tych, co ich pokonali, a więc Rosjan, a nawet tych, co byli ich ofiarą, czyli Polaków.

Szanowny Komentator przekonuje też, że Niemcy to całkiem mili ludzie i warto z nimi utrzymywać kontakty. Owszem, każdy z osobna ma na pewno swoje zalety, ale problem w tym, że jako zbiorowość stają się czymś innym. Zwracał na to uwagę już Ortega y Gasset w swoim szkicu z 1935 r. („O pewnym aspekcie życia niemieckiego”), podkreślając, że gdzieś ok. 1850 r. Niemcy dokonali wyboru sposobu życia przedkładając podporządkowanie się „organizacji życia zbiorowego”, co oznaczało że uczynili z państwa i z samych siebie „doskonałą maszynę”, że wybrali dla siebie rolę funkcjonariuszy tej maszyny, a więc postawili na kolektywizm i automatyzm kosztem indywidualności. I zrobili to z właściwym sobie „totalnym zaangażowaniem”, „radykalną lojalnością”, z prawdziwie niemiecką „rzetelnością”: czując się pokrzywdzeni i upokorzeni Traktatem Wersalskim stworzyli narodowy socjalizm i wszczęli II wojnę światową.

To dlatego – jako zbiorowość, a nie konkretne jednostki – zasłużyli sobie na miano „narodu zdefektowanego” (R. Dahrendorf) i „normopatycznego społeczeństwa” (H.-J. Maaz). To pewnie dlatego, nie wierząc w możliwość zmiany ich charakteru narodowego i wrodzonych skłonności Theodore Newman Kaufman, amerykański biznesmen i pisarz żydowskiego pochodzenia, już w 1941 r. wydał książkę „Germany Must Perish”, w której przekonywał o konieczności wymazania nie tylko Niemiec, ale i Niemców z mapy Europy. I nawet proponował, jak to uczynić: powinno się, jego zdaniem, przeprowadzić masową sterylizację wszystkich Niemców, do czego – a to wyliczył precyzyjnie – potrzeba będzie 25 tys. chirurgów, którzy w ciągu 4 miesięcy wysterylizują wszystkich niemieckich mężczyzn, a w ciągu 3 lat – wszystkie kobiety niemieckie. I co się stało? Jak wiadomo, jego pomysł wykorzystał Goebbels pod pretekstem, że Żydzi spiskują przeciw Niemcom.

Strach pomyśleć, co może się stać, jeśli znowu ktoś stanie im na drodze.

Opublikowano Uncategorized | 8 Komentarzy

Czytać między wierszami

Może faktycznie tłumaczenie na język polski zmieniło sens wypowiedzi kanclerz Merkel, na co zwrócił uwagę Komentator. Ale czy należy złożyć na karb niedokładnego tłumaczenia także inne jej sformułowanie: o „naszym kraju” stającym dziś przed takim wyzwaniem, jak w czasie II wojny światowej? Takie sformułowanie sugeruje niedwuznacznie, iż pani kanclerz uznaje tożsamość kraju nazistowskiego i obecnego, a więc tożsamość i ciągłość państwowości III Rzeszy i dzisiejszych Niemiec.

Inną poszlaką wskazującą, że Niemcy nie odcięli się wcale tak definitywnie od swojej przeszłości, było inne sformułowanie, używane w kontekście obalenia muru berlińskiego. Używano wówczas sformułowanie o kraju „ponownie zjednoczonym” i to słowo „ponownie” powinno zwracać uwagę, przynajmniej polityków i dyplomatów, bo oni muszą zdawać sobie sprawę ze znaczenia niuansów językowych.

Jeszcze innym sygnałem ostrzegawczym powinny być słowa wypowiedziane przez kanclerza Kohla w 1994 r. – „jeśli integracja europejska nie będzie postępowała naprzód, Niemcy mogliby się uważać za powołanych lub zmuszonych do osiągania stabilizacji i własnego bezpieczeństwa swoją tradycyjną drogą”. Studentom politologii należałoby dawać na egzaminie to zdanie do zinterpretowania – co ono faktycznie oznacza i czy nie jest to zawoalowana pogróżka. Jak wiadomo, integracja postępuje, a dzisiejsza UE została już jakiś czas temu określona mianem „German Europe”.

Oczywiście, stało się to – jak wyjaśnia U. Beck – „by accident”. Podobnie, jak „by accident” przydarzył się Niemcom epizod nazistowski, do czego zdaje się nawiązywać Komentator. Ale tu warto przypomnieć „Rozważania o Niemcach” N. Eliasa albo jeszcze lepiej – opinię Ortegi y Gasseta z jego szkicu „O pewnym aspekcie życia niemieckiego”. Filozof hiszpański podkreślał tam, że Niemcy stworzyli państwo narodowo-socjalistyczne, ponieważ „już kultywowali pewne formy albo sposoby życia. Gdyby wcześniej i od dawna kultywowali oni formy i sposoby życia właściwe kiedyś i teraz Anglikom, najprawdopodobniej nie zdecydowaliby się na narodowy socjalizm, lecz na coś innego”.

Otóż formy życia są czymś dużo bardziej trwałym niż kierunki polityki, w dodatku czymś trudniej uchwytnym i praktycznie nie do wykorzenienia, bo nieświadomym, zakorzenionym w codziennej rutynie i odruchach. Czy Niemcy zmienili swoje formy życia, czy tylko polityczne deklaracje, w których i tak pobrzmiewają echa ich przeszłości? Oto jest pytanie.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

Merkel o epidemii, Niemcach i II wojnie światowej

Kilka dni temu w specjalnym orędziu do narodu kanclerz Merkel powiedziała, że „od II wojny światowej nasz kraj nie musiał stanąć przed takim wyzwaniem”.

Mimo tego, że aktualna sytuacja staje się coraz bardziej niepokojąca, ta wypowiedź budzi szereg wątpliwości. Można bowiem zapytać, jakim to wyzwaniom musieli stawić czoła Niemcy podczas II wojny światowej? Kto im zagrażał? Przeciw czemu się bronili? Czy naprawdę mają prawo szukać jakichś analogii między tamtym okresem, a obecnym zagrożeniem?

A jeśli już, to jedyną analogią wydaje się ta, którą posługiwali się sami Niemcy. Na długo przed rozpoczęciem wojny obawiali się bowiem dominacji obcych ras i „niżej rozwiniętych typów człowieczeństwa”, jak to ujął Max Weber w pamiętnym wykładzie o „Państwie narodowym i narodowej polityce gospodarczej”, a w trosce o czyste środowisko obawiali się też wszelkich „gatunków inwazyjnych” flory i fauny. Dlatego, zgodnie z zasadą, iż najlepszą formą obrony jest atak, przystąpili do ataku deklarując, że „narodowy socjalizm jest niczym innym, jak biologią stosowaną” (R. Hess) i przekonując, że „z antysemityzmem jest dokładnie tak, jak z odwszaniem. Nie jest kwestią światopoglądową, że się usuwa wszy. To jest sprawa czystości” (Himmler), a Hitler jest „wielkim niemieckim medykiem”.

Trzeba być ostrożnym w dobieraniu słów. Zwłaszcza gdy się jest politykiem. W przeciwnym razie budzi się głęboki niesmak. Ale, jak to już ktoś powiedział, „wystarczy poskrobać Niemca, a zawsze pokaże się Niemiec”.

Opublikowano Uncategorized | 5 Komentarzy

Czy Lyda Hanifan był kobietą?

Termin „społeczeństwo obywatelskie” odsyła do pojęcia „kapitał społeczny”, to zaś do autora, który użył go po raz pierwszy. Piotr Sztompka w książce „Kapitał społeczny” pisze, iż była to nauczycielka z Charleston, Lynda H. Hanifan (s. 286). Podobnie pisze F. Fukuyama: „po raz pierwszy terminu ‚kapitał społeczny’ użyła w roku 1916 Lyda Judson Hanifan w odniesieniu do wiejskich ośrodków edukacyjnych” (w: Kultura ma znaczenie, s. 172). O Lyndzie Hanifan można też przeczytać u R. Putnama w jego pracy „Samotna gra w kręgle” (s. 34-45): „Hanifan przywołała ideę ‚kapitału społecznego'” i „użyła tego terminu dla naświetlenia kontekstu społecznego edukacji”.

Wszystko się zgadza poza tym, że Hanifan raz ma na imię Lyda, a raz Lynda, no i poza tym, że i w książce Sztompki, i w tłumaczeniach prac wspominających to nazwisko dokonano zmiany płci autora kategorii „kapitał społeczny”. Tymczasem, jak można przeczytać w anglojęzycznych opracowaniach (i zobaczyć na załączanych fotografiach przedstawiających z całą pewnością mężczyznę, a nie kobietę) był to nauczyciel, wizytator wiejskich szkół. Zwrócił na to uwagę jakieś 10 lat temu pewien bystry doktorant z IS na Karowej, ale jego odkrycie nie weszło do obiegu naukowego. Za to wciąż powielana jest wersja, iż pan L.J. Hanifan był kobietą – np. w pracy zbiorowej pod redakcją M. Klimowicz i W. Bokajło, wydanej przez „Wydawnictwa Fachowe” – a jakże (Warszawa 2010, s. 19), gdzie dodatkowo inicjał jego drugiego imienia zamieniono na L., co jest już jego trzecią wersją spotykaną w literaturze przedmiotu.

W przypadku epidemii, takiej jak ostatnio koronawirusa, używa się określenia „pacjent zero” na oznaczenie,osoby, która jako pierwsza w danej grupie zachorowała, czyli wprowadziła zarazek do określonego środowiska. Ciekawe, kto w przypadku Lydy J. Hanifana był „autorem zerowym”, a więc tym, kto jako pierwszy podał błędną wersję dotyczącą jego imienia i płci. No i ciekawe, czemu nikt z kolejnych autorów piszących na ten temat nie sprostował pomyłki, tylko ją powielał, tak jakby była ona jakimś zaraźliwym bakcylem, a nie informacją, którą można na własną rękę sprawdzić i skorygować, zamiast ją bezkrytycznie kolportować w środowisku naukowym.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Społeczeństwo obywatelskie wobec epidemii

Socjologowie przez wiele lat przekonywali, że „Polska nie spełnia żadnego z kryteriów społeczeństwa obywatelskiego” (B. Uścińska, „Odra” 9/2008) i jako dowód przytaczali dane pokazujące, że liczba polskich organizacji zaliczanych do III sektora jest dużo mniejsza niż tych na Zachodzie.

W obecnej sytuacji należy więc zapytać, jakie działania podejmują istniejące w Polsce stowarzyszenia i fundacje, zwłaszcza te, znane dotąd głównie ze starań o pozyskiwanie grantów. Bo co robi społeczeństwo, oskarżane o brak kapitału społecznego, wzajemnego zaufania i troski o dobro wspólne – widać codziennie. Mieszkańcy wsi, tego siedliska wyuczonej bezradności i amoralnego familizmu, śpieszą z pomocą kierowcom unieruchomionym na przejściach granicznych niosąc im zapasy wody i żywności. Mieszkańcy miast, dotkniętych jakoby atrofią więzi społecznych, organizują się w grupy, aby pomagać sąsiadom, a prywatne firmy przestawiają produkcję na wytwarzanie maseczek higienicznych i środków czystości.

Rację więc chyba miał Adam Podgórecki, kiedy w książce „Społeczeństwo polskie” pisał: „to szczególny, lecz wciąż niezbadany przykład społeczeństwa obywatelskiego” (1995, s. 133). Zamiast więc powtarzać tezy o „deficytach obywatelskiego zaangażowania”, dla których materiału dostarczają badania skrojone według schematów i kryteriów czerpanych z zachodnich podręczników, może należałoby raczej pokusić się o zbudowanie własnej, oryginalnej teorii, teorii prawdziwie „ugruntowanej”, bo osadzonej w rodzimym kontekście, teorii z „Globalnego Południa”, a zatem konkurencyjnej wobec tych z uprzywilejowanej „Globalnej Północy”. Tylko taka bowiem teoria socjologiczna pozwoli spojrzeć na własne społeczeństwo bez uprzedzeń, a niewykluczone że zdobędzie też uznanie w „globalnym polu akademickim”.

Epidemia koronawirusa to wyzwanie nie tylko dla społeczeństwa, ale też dla tych, co je badają.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Lektury na czas zarazy

Podczas epidemii ważne jest nie tylko mycie rąk i kwarantanna, ale też lektura, zwłaszcza że przybyło czasu na czytanie. Dla osób poddanych takiej opresji, jak teraz, nie ma chyba nic lepszego jak przekonać się, że to, co dzieje się obecnie, nie jest niczym nadzwyczajnym, a nawet, że bywało dużo gorzej.

Przekonują o tym takie klasyczne pozycje, jak opis tajemniczej zarazy pustoszącej Ateny w roku 430 pne, co zawdzięczamy Tukidydesowi. Ten bowiem w II księdze „Wojny peloponeskiej” dał przejmujący obraz tej choroby i zarazem zrelacjonował zachowania ludzi, którzy w obliczu nieuchronnej śmierci „zaczęli lekceważyć prawa boskie i ludzkie, bo każdy chciał szybko i przyjemnie użyć życia”, jakie mu jeszcze pozostało.

Nie wolno też zapominać o „Dekameronie”, bo przecież jego akcja toczy się w czasie wielkiej epidemii, jaka pustoszyła Florencję w roku 1348 i była zabójcza do tego stopnia, że „od marca do czerwca więcej niż sto tysięcy osób życie straciło”, co Boccaccio skomentował następująco: „dawniej nikt by może nie pomyślał, że we Florencji można naliczyć tylu żywych mieszkańców, ile w niej się później okazało zmarłych”.

Inną pozycją wartą polecenia jest oczywiście „Dziennik roku zarazy” Daniela Defoe – relacja z epidemii dżumy, jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku, kiedy to zarządzono, by „wszelkie widowiska, jak szczucie niedźwiedzi, śpiewanie ballad, strzelanie do tarcz i tym podobne zbiegowiska były całkowicie zakazane”, a „bramy domów i rogi ulic były oblepione ogłoszeniami lekarzy, a także ciemnych znachorów trudniących się medycyną, a zachęcające ludzi, by zgłaszali się do nich po lekarstwa opatrzone szumnymi frazesami, takimi jak ‚niezawodne pigułki zapobiegające zarazie'”.

Natomiast z rodzimej klasyki warto przypomnieć sobie „Ojca zadżumionych” Słowackiego, a zwolennikom teorii spiskowych – balladę „Alpuhara” Mickiewicza, zwłaszcza jej fragment: „Patrzcie, o giaury, jam siny i blady, zgadnijcie, czyim ja posłem? … Ja wam zarazę przyniosłem”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Krzepiące poczucie sprawczości

Już po tygodniu od złożenia skargi w Zarządzie aptek DOZ (że nie ma szyb izolujących personel od klientów) w aptece na Bemowie, czyli najbliższej, takie szyby się pojawiły!

Jakby tego było mało, już po 12 dniach meilowania i obdzwaniania w tej samej sprawie różnych instytucji (w sumie wykonano ponad 30 meili i tyleż telefonów do ministerstwa zdrowia, GIS-u, PZH, sanepidu, izb aptekarskich itd.) dziś rano w tvn24 można było usłyszeć, że wiceminister zdrowia zalecił Naczelnej Izbie Aptekarskiej zamontowanie takich szyb lub sprzedaż leków przez okienko nocne.

Czyli pełen sukces! I nic to, że na bodaj 7 telefonów do ministerstwa zdrowia w sześciu przypadkach jedyną reakcją było pouczenie, by „nie popadać w paranoję”. I nieważne nawet, że Naczelna Izba Aptekarska otrzymała meila w tej sprawie już 2 marca, ale czekała dopiero na sygnał z ministerstwa…

Ważne, że ktoś wreszcie sam pomyślał albo potraktował poważnie działania obywatela kierowanego troską o dobro publiczne.

A swoją drogą, ten eksperyment socjologiczny pokazał, jak funkcjonują instytucje publiczne i jak rozumują zatrudnieni tam urzędnicy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Koronawirus? Rady Jana Słomki

Media do tego stopnia zdominował temat koronawirusa, że zaczyna się już tęsknić za „aferą prezesa Banasia” albo za „sprawą sędziego Juszczyszyna”. Tym bardziej, że w przeciwieństwie do klarownej, czarno-białej tonacji tamtych doniesień, w przypadku koronawirusa wszelkie informacje, ostrzeżenia i zalecenia są po prostu niespójne, a więc mogą wywołać dezorientację.

Podobno najlepszym sposobem na uchronienie się przed chorobą jest higiena, ale epidemia rozwija się właśnie w krajach zachodnich, również w Niemczech – w kraju zdyscyplinowanych czyściochów, gdzie poziom zużycia mydła zawsze był dużo wyższy niż w Polsce.

Podobno należy unikać podawania sobie rąk, ale politycy na powitanie wcale nie podają sobie nogi – a’ la Wałęsa, lecz nadal ściskają sobie ręce (pewnie dlatego, że zalecenia mówią o myciu rąk, a nie nóg).

Podobno najlepszym środkiem do odkażania ma być produkowany w Tarchominie płyn bakteriobójczy, choć zawsze informowano, że to, co działa na bakterie, nie działa na wirusy.

Podobno należy przemywać poręcze i uchwyty w miejscach publicznych (media nawet pokazują, jak to się robi w Nowym Yorku), ale zapytany wczoraj pracownik ruchomych schodów przy trasie WZ, czy zalecono im takie działania mówi, że nie i zamiast tego pokazuje swoje ręce – w rękawiczkach. On się zabezpieczył.

Podobno zarost to siedlisko zarazków, ale min. zdrowia wcale nie zgolił sobie brody…

W tej sytuacji najlepiej zachować spokój i zwrócić się w stronę tradycyjnych sposobów radzenia sobie z chorobami i epidemiami. O takich właśnie sposobach pisał Jan Słomka w „Pamiętnikach włościanina” wydanych po raz pierwszy w 1912 r. Wymieniając różne przypadłości, jakie trapiły wówczas polski lud (zapalenia, tyfusy, puchliny wodne, kołtuny, ograszki i utrącenia krzyża), wspomina też o epidemii cholery, która grasowała w okolicy w 1872 i 1873 roku i przywołuje popularną wtedy radę: „najlepszym lekarstwem jest pić jak najwięcej wódki, być wesołym i nie bać się, bo bojących się najprędzej się czepi”.

Warto zaufać ludowej mądrości.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz