Polskie modernizacje – zapomniany paradoks?

W ramach przygotowań do kolejnego Kongresu Obywatelskiego dr Piotr Koryś opublikował tekst o polskich modernizacjach ostatnich 200 lat. Zwraca tam m.in uwagę na ich ograniczenia (imitacyjność, ingerencja państwa, westernizacja) i ryzyka z nimi związane (np. aktualne otwarcie na tendencje globalne, a więc i na światowe kryzysy).

Szkoda, że w tych rozważaniach zabrakło pojęcia „paradoks modernizacyjny”, które przed laty zaproponował prof. Jacek Kochanowicz, zwracając uwagę na jedną, ale powtarzającą się przy okazji każdej próby modernizacji kraju, prawidłowość. Kochanowiczowi chodziło o fakt, że wszelkie podejmowane od XV w. przez polskie elity wysiłki modernizacyjne w poszukiwaniu źródła akumulacji pierwotnej dziwnym trafem zwracały się zawsze ku wsi i rolnictwu. Szukano tam zasobów materialnych i finansowych (wkład akumulacyjny) oraz siły roboczej (wkład migracyjny). Ekonomiści nazywali ten proces „przepływami międzygałęziowymi” i szacowali, że np. w PRL-u sięgał on nawet 1/3 dochodu wytworzonego w rolnictwie, a po roku ’89 – min. 1/4 (wyliczenia prof. Augustyna Wosia). Ponieważ ten drenaż był znaczny i asymetryczny, a nierzadko brutalny, prowadziło to do systematycznej dewastacji segmentu agrarnego (który tak łatwo było potem oskarżać o zacofanie!), natomiast modernizacje i tak okazywały się nieudane bądź, co najwyżej, kończyły się połowicznym sukcesem.

Warto więc dziś, analizując plusy i minusy różnych strategii modernizacyjnych, pamiętać o tej prawidłowości, aby nie powtarzać starych błędów. A jeśli już jesteśmy skazani na to, by je powtarzać, to przynajmniej warto zaniechać lekceważącego mówienia o polskiej wsi, chłopach i rolnictwie, bo okazuje się, że jest to jedyne źródło, z którego twórcy ambitnych wizji rozwojowych mogą za każdym razem czerpać środki dla realizacji swych projektów. Choć, jak widać, nie chcą się do tego przyznać. A może nawet o tym nie pamiętają.

Wszystko to razem przypomina fotografię, która znalazła się na okładce książki Anny Sosnowskiej „Zrozumieć zacofanie” (2004) – chłopski koń ciągnie starą „Warszawę”, a na masce samochodu siedzi chłop w gumiakach, na głowie ma beret z antenką i trzyma lejce. Byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie było prawdziwe.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Kongres, nauka, naukowcy

We wtorek rozpoczął się i zakończył Narodowy Kongres Nauki (czy „narodowy kongres” to zapowiedź ” narodowej nauki”?) poświęcony przygotowywanej przez resort Ustawie 2.0. Na pewno w najbliższym czasie i kongres, i ustawa będą żywo i jałowo dyskutowane w mediach oraz jednostkach badawczych, więc warto refleksję zwrócić w inną stronę.

Jeśli sięgnąć do klasycznej pozycji C.W. Millsa „Wyobraźnia socjologiczna”, łatwo odnaleźć tam dylematy, które w USA w połowie XX w. zrodziły się pod wpływem podobnych, co teraz w Polsce, tendencji: biurokratyzowania nauki, jej dostosowywanie do praktycznych zapotrzebowań (funkcja już nie służebna, ale usługowa, a nawet usłużna socjologii), wreszcie „konserwatywne wykorzystywanie na sposób menedżerski i manipulacyjny” (s. 177).

Właśnie charakteryzując skutki tego trzeciego etapu instrumentalizowania nauki Mills pisze ciekawie o wygenerowanym wtedy pokoleniu naukowców: jego zdaniem wszystkich ich cechuje „zabójcze ograniczenie umysłu”, „brak autentycznego intelektualnego zadziwienia”, są oni „dogmatyczni” i „zubożali humanistycznie”. Żaden z nich nie jest też zdolny do zaprotestowania przeciw „wywłaszczaniu” własnych badań i utracie autonomii dyscypliny. U nich wszystkich próżno zatem szukać „żywej ciekawości” która skłaniałaby ich do poszukiwania prawdy, do przekształcenia samych siebie i poświęcenia się tylko nauce.

I chyba w takim języku, w jakim Mills snuł swoje refleksje (i jaki jedynie przystoi naukowcom) należałoby dyskutować o skutkach jakiejkolwiek reformy, a więc i tej, która nadciąga. Natomiast wskaźnikiem, że dobrze zaczyna się dziać w nauce i że wreszcie uprawiają ją odpowiednie osoby, mógłby być fakt opisany kiedyś bodajże przez Mertona: „gdy pogrążonego w lekturze uczonego oderwało od tekstu pukanie do drzwi, otworzył je, udusił przybysza i wrócił do biurka”.

Niestety, od lat nie słyszy się o takich faktach. A to wystawia jednoznaczną cenzurkę kolejnym reformom nauki, samej nauce, no i – naukowcom.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

dialektyka „za” i „przeciw”

Lech Wałęsa był „za”, a nawet „przeciw”.
Prezes Gersdorf odwrotnie: była tak bardzo „przeciw”, że aż okazała się „za”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Запад 2017

Разве Польше есть чего бояться в связи с маневрами Запад 2017? Никак!
Ведь уже 4 года назад во время тогдашних маневров Русские ядерным атакам уничтожили Варшаву. Чего ещё бояться?!

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Warszawska Starówka i Puszcza Białowieska

Profesor Simona Kossak pisząc przed laty swoją „Sagę Puszczy Białowieskiej” na pewno nie przypuszczała, że saga zamieni się w uciążliwy serial z kornikami, ekologami i Komisją Europejską w rolach głównych. Naciski eko-terrorystów (gdyż tak ich najczęściej określają mieszkańcy obszarów wiejskich, a zwłaszcza różnych obszarów chronionych) mają swoje cele, KE swoje, ale warto w tym wszystkim pamiętać o przypadku warszawskiej Starówki.

Otóż zaraz po wojnie, kiedy Warszawa leżała w gruzach, eksperci o światowej sławie, zagraniczne autorytety i rozwiązania zapisane w Karcie Weneckiej nie przewidywały rekonstrukcji zabytkowej części stolicy. Zamiast tego sugerowano i nakazywano pozostawienie ruin albo budowy blokowiska. I całe szczęście, że sprzeciwił się temu prof. Jan Zachwatowicz, bo mamy dziś obiekt, którym można się chwalić.

Ale w takim razie trzeba też chwalić nieposłuszeństwo ówczesnych polskich ekspertów i decydentów. A jeśli tak, to może i w przyszłości przyjdzie szczycić się nieposłuszeństwem min. Szyszki? Ostatecznie nie po to państwo narodowe kształci specjalistów w różnych dziedzinach (w tym w zakresie leśnictwa), by przy byle okazji byle kto z zagranicy dyktował, co ma być zrobione i jak.

Tylko tego brakuje, by nad uczniami prof. Religi stali urzędnicy KE i mówili im, jak mają operować, by Brukselskie gryzipiórki pouczały polskich profesorów, jak mają wykładać, a eurokraci wywierali naciski na polskie sądy – jak mają sądzić itd. Ale – czy tak właśnie się już nie dzieje? Najwyższy czas zawrócić z tej drogi!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Choroba jako metafora

To oczywiście tytuł znanej pracy Susan Sontag. W swojej książce badaczka analizuje sposoby mówienia o chorobach, jako symptomatyczne dla pewnych okresów historycznych, typów społeczeństwa i kultur. I tak, szalenie modna w XIX w. gruźlica uważana była za chorobę namiętności, a dzisiaj jej miejsce zajął rak, definiowany jednak całkowicie odwrotnie: jako choroba wynikająca z niedostatku namiętności, wyraz emocjonalnej rezygnacji, forma bioenergetycznego uwiądu, skutek nieprzepracowania własnych problemów. W obu jednak przypadkach Sontag dostrzega imperatyw moralistyczny kryjący się za takim a nie innym definiowaniem choroby. Coś w tym jest, skoro rodzący się kapitalizm z jego duchem ascezy, obsesją porządku i drobnomieszczańską mentalnością wyklinał gruźlicę jako przeciwieństwo własnych ideałów, tak obecny kapitalizm konsumpcyjny piętnuje cechy stojące w sprzeczności z jego celami oraz interesami. Wniosek? Należy zawsze iść z duchem czasu, a nie pod prąd, bo w tym drugim przypadku łatwiej o chorobę i o diagnozę, która tę chorobę zinterpretuje jako karę za nonkonformizm.

Tyle Sontag i jej przenikliwe intuicje. Ale konia z rzędem temu, kto równie mądrze wytłumaczy, co znaczy i czego metaforą może być fakt, że autobus z napisem „Rak jelita grubego” stanął w zeszłym tygodniu na Krakowskim Przedmieściu tuż obok Pałacu Prezydenckiego.

„Rak” na Trakcie Królewskim, „jelito grube” w najbardziej zabytkowej części stolicy, zmedykalizowany dyskurs publiczny vis a vis ośrodka najwyższej władzy politycznej w kraju – co za pomieszanie materii, negacja estetyki i może jeszcze polityczna prowokacja? Czy naprawdę przechodnie i turyści akurat w tym miejscu muszą być zachęcani do badań profilaktycznych? No chyba że chodzi o uzdrowienie sytuacji w kraju przez zaaplikowanie najpierw kolonoskopii, a potem niewykluczone że także bardziej radykalnych zabiegów personelowi obiektu i osobom zwożonym tu każdego dnia pod eskortą policji.

Niech każdy puści wodze swojej fantazji!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Obsesja archiwum

Jacques Derrida w czerwcu 1994 r. w Londynie wygłosił wykład o „gorączce archiwum”, przez co rozumiał znamienne dla nowoczesności zjawisko polegające na dążeniu do gromadzenia wszystkich wytworów myśli i języka w uporządkowany system, który pozwala na jednoznaczną identyfikację każdego elementu. Szczególnym przejawem tej gorączki, która obecnie przybiera wręcz postać obsesji, jest opatrywanie każdego naukowego tekstu drobiazgowymi odniesieniami bibliograficznymi, co sprawia, że lektura takiego tekstu przypomina bieg przez płotki. Zamiast podążać za myślą autora, czytelnik co i raz zahacza wzrokiem o kolejny przypis, zamiast towarzyszyć rozważaniom ku ich konkluzji (nie mówiąc już o jej antycypowaniu) czytelnik musi wciąż wracać do źródeł, a więc nie zmierza ku przyszłości, lecz daje się wciągnąć we wsteczny ruch będący typowym regresem, a nie rozwojem.

Należałoby poddać głębokiemu namysłowi te praktyki (wymuszane na autorach i czytelnikach przez redakcje) i być może je nawet zakwestionować. Z wielu powodów, które na pewno przyjdą do głowy każdemu, kto zacznie się nad tym zastanawiać.

A dobrym pretekstem do uruchomienia takiej refleksji może być wydany właśnie tom McLuhana – „Galaktyka Gutenberga”, gdzie w nocie redakcyjnej można przeczytać: „Pierwsze wydanie tej książki ukazało się bez jakichkolwiek przypisów wskazujących na konkretne pozycje i numery stron. Co więcej, McLuhan często przytaczał interesujące go fragmenty z pamięci, więc bywały to cytaty, delikatnie mówiąc, nieścisłe. Nie korzystał też z cudzysłowu sugerując, że dana partia tekstu jest lub może być cytatem jedynie przez jej wyjustowanie do lewego brzegu strony. W kolejnych edycjach nieścisłości te zostały, choć niechętnie, w znacznym stopniu przez McLuhana usunięte. My poszliśmy nieco dalej i miejsca, w których błędnie przypisuje on autorstwo lub tytuł do danego cytatu, w miarę możliwości uzupełniliśmy przypisami”.

Godny szacunku wysiłek, czy jeden wielki skandal? Uzupełnienie tekstu, czy bezczelna ingerencja w jego integralność? Wyraz atencji dla autora, czy raczej skrajne zignorowanie jego decyzji i naruszenie praw autorskich?

Jedno nie ulega wątpliwości: tak jak brak przypisów nie ujmowałby nic z naukowych walorów myśli McLuhana, tak też natrętne pstrzenie odnośnikami współczesnych artykułów walorów naukowych w żadnym razie im nie przysparza. Broda wszak nie czyni filozofem, a bibliografia nie przesądza o naukowości tekstów. I obojętne, co o tym myślą ich autorzy i redaktorzy!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz