Populizm jako narzędzie retorycznego nokautu

Dzisiejsza debata w IFiS PAN poświęcona populizmowi pokazała, że zdaniem przynajmniej części panelistów i dyskutantów populizm wciąż jest traktowany jako spaczona, niedojrzała forma demokracji, bo przecież wiadomo, że aby dobrze funkcjonować demokracja musi być „schładzana” (przez procedury, reprezentacje i deliberacje), a lud zawsze i wszędzie jest taki sam: kieruje się krótkowzrocznym interesem lub emocjami i ma zbyt niski poziom kompetencji, by decydować o ważnych sprawach. Padały więc słowa o tym, że lud „nie rozumie”, „nie ogarnia” i nie potrafi myśleć systemowo, dlatego potrzebuje światłego przewodnictwa elit.

Odosobnione były głosy wskazujące na (przynajmniej potencjalny) wymiar emancypacyjny i korygujący populizmu wobec demokracji. Zwłaszcza tej nadmiernie „schłodzonej” czy zbiurokratyzowanej albo zawłaszczonej przez zawsze skłonną do zdrady elitę. Na szczęście pojawiły się też opinie, że są jednak takie środowiska – jak np. polski lud, czyli polscy rolnicy – którzy potrafią o sprawach wspólnych myśleć zadziwiająco dojrzale i systemowo, chociaż, a może właśnie dlatego, że za punkt wyjścia biorą swoją własną zagrodę.

Wniosek? Biorąc pod uwagę stan świadomości społecznej środowisk naukowych trzeba przyjąć, że jeszcze długo określenie „populizm” pozostanie przede wszystkim poręcznym epitetem, czyli – jak to określił w swojej niedawno wydanej książce „Populizm a sfera publiczna” Piotr Dejneka – poręcznym narzędziem retorycznego nokautu i skutecznym mechanizmem dyskursywnej dyskredytacji. Czy jednak będzie to świadczyło kiepsko o populizmie i o populistach, czy raczej o tych, którzy tylko tak potrafią używać tego określenia?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Porządek myśli, porządek rzeczy

Robiąc zapiski, gromadząc hypomnemata albo prowadząc bloga, w którym zestawia się bieżące wydarzenia z podobnymi z przeszłości, a aktualne komentarze z tymi wygłaszanymi przez uznane autorytety, tylko pozornie chodzi o to, by popisać się erudycją i pokazać że dla każdej sytuacji da się odnaleźć analogię lub trafne określenie. A przynajmniej tak może wydawać się na początku lub przy bardzo powierzchownym tylko osądzie. Tak naprawdę okazuje się coś zupełnie odwrotnego. Oto każda realnie zaistniały fakt miał już swoją zapowiedź w jakimś wcześniejszym stwierdzeniu, każde zjawisko zostało już poprzedzone jakąś uprzednią konfiguracją idei. Tak więc nie tyle zgrabnie sformułowana kiedyś i przez kogoś myśl pasuje do akurat tego zdarzenia, ale raczej to zdarzenie mniej lub bardziej doskonale wpisuje się w istniejącą już formę i przybiera jej kształt, tak jakby porządek myśli poprzedzał porządek rzeczy.

Znany ze skłonności do paradoksu Oskar Wilde ujął tę prawidłowość w słynną maksymę, że oto „życie naśladuje sztukę”. Alasdair MacIntyre w „Dziedzictwie cnoty” twierdził, że intelektualne przepowiednie przeobrażają się w rytuał społeczny i jako przykład podawał historię współczesną: „Dwudziestowieczne życie społeczne okazuje się więc w wielkiej mierze konkretyzacją i dramatyczną inscenizacją wydarzeń intelektualnych składających się na filozofię XVIII stulecia odgrywaną na arenie życia społecznego” (s. 169). A Stanisław Brzozowski pisał w swoich „Pamiętnikach”, że „całe niemal życie człowiek ma myśli, którymi można by się przejąć, gdyby była po temu sytuacja. Trzeba więc szukać dla nich sytuacji, wmawiać w siebie, że się ją ma”. I wtedy porządek rzeczy urzeczywistni porządek myśli, a porządek myśli uprawomocni porządek rzeczy.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Złe i dobre przemilczanie

W tym samym czasie, gdy nie zaniedbuje się żadnej sytuacji, by podkreślić, że podczas drugiej wojny światowej zbrodnie popełniali Niemcy, a nie „naziści”, właściwie zaprzestano mówić, że bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki zrzucili Amerykanie. Nawet podczas niedawnej wizyty Papieża Franciszka w Japonii w relacjach i komentarzach nie pojawiła się choćby wzmianka na ten temat. Mówiono tylko o „ofiarach wybuchu bomby”, o „zniszczeniach dokonanych przez bomby atomowe”, o tym, że „bomby zrzucono” lub że „broń atomowa została użyta”.

Ten bezosobowy tryb (tak jakby zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki było zrządzeniem ślepego losu lub katastrofą naturalną) zdaje się sugerować całkowity brak konkretnych wykonawców, a więc brak czyjejkolwiek odpowiedzialności za to, co słusznie Papież Franciszek nazywa największą zbrodnią przeciw ludzkości, ale (co znamienne) kierując te słowa ku przeszłości – jako przestrogę, nie zaś w odniesieniu do przeszłości – jako naganę czy tym bardziej oskarżenie.

I właściwie nietrudno domyśleć się, czemu tak jest. Bo gdyby tak samo często, jak przypomina się o zbrodniach Niemców, przypominano o tej i paru innych zbrodniach Amerykanów dla wszystkich musiało by stać się dziwne, dlaczego obecnie o zakazie broni atomowej najczęściej mówi kraj, który przecież sam nią dysponuje i dlaczego przed użyciem broni atomowej przestrzega akurat ten kraj, który jako jedyny dotąd sam jej użył. Nawet jeśli pominąć pytanie o moralne prawo Ameryki do takich wypowiedzi, musi pojawić się inna refleksja: aż strach bierze mieć takiego sojusznika.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

O pocieszeniu, jakie daje medycyna

W ciągu paru tygodni, które upływają od wypadku (na szczęście skończyło się nienajgorzej – ot, kilka szwów i twarz opuchnięta jak księżyc w pełni) trzeba zaliczyć kilka wizyt u specjalistów wskazanych do konsultacji. Ci zaś raczą pacjenta następującymi rewelacjami:
– lekarz pierwszego kontaktu: „jeśli mam być szczery, to taki opis, jak w karcie, pasuje bardziej do aktu zgonu niż do wypisu ze szpitala”
– chirurg twarzowo-szczękowo-czaszkowy: „zęby się na razie trzymają, ale niewykluczone, że jak opuchlizna zejdzie, to zaczną wypadać”
– neurolog: „niby teraz wszystko w porządku, ale bywa, że raptem po pół roku po czymś takim pacjent umiera i nie wiadomo dlaczego”.

Dopiero sąsiadce z bloku udaje się tchnąć w znękaną ofiarę wypadku trochę optymizmu: „moja ciotka miała początki Parkinsona i proszę sobie wyobrazić, że jechała raz tramwajem, tramwaj nagle zahamował, a ona uderzyła głową w kasownik. Trochę się poobijała, ale objawy Parkinsona zniknęły, jak ręką odjął!”

Że też lekarze nie potrafią tak rozmawiać z pacjentem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Niedoskonała Rada Doskonałości Naukowej

Niedawno powołana RDN rozpoczęła swoją działalność, ale chyba w nie najlepszym stylu. Zwróciła się mianowicie do rektorów uczelni i dyrektorów instytutów PAN z prośbą o „wskazanie potencjalnych kandydatów na recenzentów w przewodach habilitacyjnych i profesorskich”. Już sama piętrowa konstrukcja użytego sformułowania sugeruje, iż niewykluczone będzie dokonywanie selekcji spomiędzy zgłoszonych nazwisk, ale według jakich kryteriów (może impact factor, a może coś innego?) – o tym nie ma na razie mowy.

Nie to jest jednak najważniejsze. Zdziwienie budzi fakt, że RDN oczekuje takich informacji od jednostek naukowych, zamiast skorzystać z istniejącej bazy POL-on, która w 2018 r. uzyskała nagrodę za najlepsze w Europie rozwiązanie w zakresie systemu informacji o nauce i szkolnictwie wyższym. Albo więc POL-on nie jest dobrym systemem, skoro podstawowych informacji trzeba szukać gdzie indziej, albo sama RDN daleka jest od doskonałości, bo nie potrafi wykorzystać istniejących baz danych.

Zastanawiająca w tym wszystkim jest też reakcja jednostek naukowych. Zamiast uprzejmie odpowiedzieć RDN, że żądane informacje znajdują się w bazie POL-on, posłusznie szykują się do realizacji polecenia. O tym, że urzędnicy traktują środowiska naukowe jak swoich podwładnych, wiadomo od początku reform podjętych przez min. Kudrycką. Teraz wiadomo, dlaczego tak jest. Oto najwyraźniej same środowiska naukowe uważają się za podwładnych urzędników, których najbardziej absurdalne polecenia należy wykonywać bez mrugnięcia okiem. Taką postawę socjologowie badający polskie społeczeństwo nazywają „mentalnością folwarczną” i przydałoby się, by tym razem równie krytycznie przyjrzeli się środowiskom naukowym, bo analogia jest uderzająca.

Ciekawe, czy choć jeden z adresatów pisma RDN odpowie, że takie oczekiwania to brak kompetencji, przejaw nieprofesjonalizmu i oznaka lekceważenia środowiska, któremu takie ciało jak RDN powinno służyć, a nie oczekiwać obsługiwania. Ciekawe też, jaką to doskonałość wypracuje RDN, która tak właśnie sobie poczyna.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Społeczna historia medycyny wiejskiej

Nowa książka dr Eweliny Szpak pokazuje, że jej autorka konsekwentnie zajmuje się problematyką polskiej wsi ujmowaną w perspektywie historycznej. Wcześniejsze prace to „Między osiedlem i zagrodą. Życie codzienne mieszkańców PGR-ów” (2005) i „Mentalność ludności wiejskiej w PRL” (2013). W pracy „Chory człowiek jest wtedy jak coś go boli. Społeczno-kulturowa historia zdrowia i choroby na wsi w Polsce Ludowej” (2018) autorka omawia warunki życia na powojennej wsi, instytucje i działania personelu medycznego oraz stosunek do zdrowia i choroby wśród ludności wiejskiej.

Na podstawie materiałów źródłowych, dokumentów i wspomnień lekarzy, a także przeprowadzonych wywiadów twierdzi, że pozbawienie wsi aż do lat 70. pełnej opieki medycznej było elementem walki ideologicznej i stanowiło element opresyjny ze strony władz, które chciały w ten sposób „przekonać” indywidualnych chłopów do oddania ziemi państwu lub spółdzielniom. Pokazuje też, jak skomplikowane relacje powstawały w związku z problemami i dziś istniejącymi: kolejki do lekarzy, deficyt leków, obawy przed szczepionkami. W książce nie brak opisów sytuacji, które są jakby odwróceniem aktualnych realiów: dziś osoby bez przygotowania medycznego udają lekarzy i próbują leczyć ludzi, a wtedy zdarzało się, iż to lekarze z dyplomem udawali znachorów. Przykładem może być dr Trześniewski, który „do dyplomu lekarskiego nie przyznawał się. Stosował racjonalną terapię , ale w pewnej znachorskiej modyfikacji. Zapisaną miksturę trzeb było mieszać na pół ze święconą wodą i pić trzy razy dziennie drewnianą łyżką. Proszki musiały być rozpuszczone w źródlanej wodzie pobranej z leśnego zdroju przy pełni księżyca. Aby postawić człowieka na nogi należało zarżnąć kurę o północy…”. Niestety, władze zdemaskowały oszusta i pozbawiły okoliczną ludność dobrej opieki lekarskiej.

Praca Eweliny Szpak, poza tym, że podejmuje rzadko poruszaną problematykę i dostarcza wielu ciekawych informacji, rodzi jednak również pytania zasadnicze, a mające związek z kwestiami warsztatowymi. Jako historyk autorka pokazuje, że warunki życia na polskiej wsi jeszcze przez wiele lat po wojnie były trudne, a nawet tragiczne:
– w roku 1947 w pow. kozieleckim 97% ludzi mieszkało w ziemiankach lub bunkrach i szałasach, – w latach 70. tylko 5% mieszkańców miało łazienkę a 10% bieżącą wodę, – u progu lat 80. kanalizacja była zaledwie w 4,5% wsi,
– w połowie lat 80. brakowało wody w 7 tys. osad wiejskich,
– pod koniec lat 80. stwierdzano, że „chłopi na wsi są niedożywieni” – s. 179, a wiele dzieci wiejskich jest niedożywionych lub źle odżywionych – s. 325. (Nie przeszkadzało to jednak w oficjalnej propagandzie i w listach pisanych do KC PZPR przez gorliwych obywateli głosić, że „Dobrze żyje obecnie polska wieś. Nie było jeszcze tak korzystnych dla rozwoju rolnictwa warunków, jakie stworzono obecnie mieszkańcom wsi. Dziś wieś nie je, ale żre” – 1979 r.)

Ciekawe więc, że opisując te same lata socjologowie formułowali swoje diagnozy odbiegające daleko od tego, co zrekonstruował historyk, bo np. w odniesieniu do połowy lat 80. pisano, że „polscy chłopi są syci, podpici i niedomyci”. Różnice wynikają z warsztatu, z używanych danych czy może także ze stosunku do badanej rzeczywistości?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Tajne przez poufne

Redakcja wydawnictw naukowych jednego z poważnych uniwersytetów zwraca się do specjalisty z prośbą o przygotowanie recenzji wydawniczej i informuje, że „imię i nazwisko recenzenta nie zostanie podane do wiadomości autora pracy oraz nie będzie umieszczone na stronie redakcyjnej. Według nowych zasad recenzent również nie zna autora publikacji”. Po dopytaniu, jakie to „nowe zasady”, okazuje się, że jest to zarządzenie rektora tej uczelni. A recenzent niech się cieszy, że nie utajniono także treści książki.

Natomiast redakcja znanego i szanowanego czasopisma naukowego z dziedziny humanistyki przesyła do autora zgłoszonego artykułu taką oto informację: „praca będzie publikowana, ale recenzent zgłosił uwagę, że jeden z fragmentów znalazł się już w Pana innym tekście (…), więc jest prośba o opatrzenie tego stosownym przypisem”. Skąd niby recenzent wiedział, że fragment jest autoplagiatem, a nie plagiatem?

Wspaniałe czasy! Obowiązuje nawet to, co nie obowiązuje (chyba że potraktować poważnie lokalne zarządzenie rektora – przeczące wymogom ministerstwa, że każda książka naukowa musi zawierać nazwisko recenzenta), a jednocześnie nie obowiązuje to, co powszechnie obowiązuje. Zresztą – czy aby na pewno słusznie obowiązuje? Po lekturze wywiadu z prof. Głowińskim („Akademia” 3/2018) można tylko utwierdzić się w przekonaniu, że wymóg anonimowych recenzji nie ma większego sensu, bo zdaniem Profesora „skłania do lekceważenia ocenianej rzeczy, do stronniczości i nieodpowiedzialności”.

Oto kolejny skutek wdrażanej od lat reformy nauki: wymuszanie na naukowcach działań, które są pozbawione sensu (a więc urągają myśleniu, co jest przecież podstawowym obowiązkiem naukowca). To już nie tylko okrucieństwo, to perwersja. Dziwne tylko, że środowisko poddaje się tym wszystkim działaniom z taką biernością!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz