Kto jest ze Wschodu, a kto z Zachodu?

Tak można by określić jeden z wątków, jakie zarysowały się podczas dzisiejszej, ostatniej przed wakacjami, debaty IFiS-u w Pałacu Staszica. Debata była wprawdzie zatytułowana „Ile Wschodu, ile Zachodu?”, ale jeśli podejść do zaproponowanych kategorii refleksyjnie, tzn. poddać analizie je same i nie używać ich do opisu rzeczywistości minionych 30 lat, lecz raczej do opisu tych, co się nimi posługiwali, taka zamiana wydaje się uprawniona.

Określenia „Wschód” i „Zachód” były po ’89 r. bardzo popularne. Były też pojemne i elastyczne. Świetnie więc nadawały się do opisu transformacji:
– jako zmiany ustrojowej (przejście od autorytaryzmu do liberalizmu; choć rodzimy liberalizm nijak się miał do zachodniego, z jego naciskiem na prawa jednostki i rozwój ewolucyjny…),
– jako zmiany gospodarczej (przejście od socjalizmu do kapitalizmu; choć polski kapitalizm „państwowy” – planowany i wdrażany odgórnie – nie bardzo przypominał ten zachodni…),
– wreszcie jako przebudowy społeczeństwa (zapełnienie odziedziczonej po poprzednim okresie „próżni socjologicznej”; choć zapełniano ją głównie NGO-sami, nie pamiętając o wskazaniu M. Walzera, iż nawet liberalne społeczeństwo potrzebuje „zaplecza” w postaci bardziej tradycyjnych stowarzyszeń, tej „komunitariańskiej korekty”…). W rezultacie gloryfikowano „quangokrację” (jak to określa R. Scruton) oraz indywidualizm („uspołecznienie przez ujednostkowienie” wg świetnego określenia M. Siemka); przynajmniej do momentu, gdy nagle okazało się, że taki rozwój może być co najwyżej „molekularny”, a więc dosyć ułomny.

Pojęcia Wschodu i Zachodu pasowały też do argumentacji w okresie przedakcesyjnym. „Kto przeciw Unii, ten z Rosją” – przekonywał abp Życiński (wtedy jeszcze nie krytykowano zaangażowania Kościoła w politykę), integracja z UE to porzucenie „polskiego zaścianka” i przepustka do Europy i świata (P. Sztompka), to „droga do normalności” (jak powtarzali wszyscy). Marek Siemek domagał się więc „przebudowy Wschodu, który jest w nas”, tej „siermiężnej i zapyziałej nieudolności” twierdząc, że „urzeczywistniony na Zachodzie system wolnościowo-demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego to najpełniejsza realizacja nowoczesnej formy człowieczeństwa i uspołecznienia, a wszystko inne to upadek w chaos głupoty, samowoli i przemocy”. Ponieważ jego tekst ukazał się najpierw po niemiecku, można sobie wyobrazić, jaką frajdę mieli niemieccy czytelnicy, gdy przedstawiciel pod-rasy składał ten hołd nad-ludziom i w dodatku – w ich własnym języku!

Wschód i Zachód okazały się zatem poręczną matrycą pojęciową, narzędziem porządkowania świata, a zarazem sposobem na ustanawianie społecznych podziałów: oświecona, zachodnia „elita” i ciemny, wschodni „lud”. Czy jednak ta oświecona, proeuropejska elita naprawdę należała do kręgu kultury, cywilizacji czy mentalności zachodniej? Zdaje się temu przeczyć używany przez nich język i kryjące się za nim myślenie: stosowane pojęcia raziły przecież licznymi uproszczeniami, były schematyczne, petryfikowały zastany kształt Zachodu i były niezdolne do wykreowania jakiejkolwiek alternatywnej wizji zmiany.

Co więcej samą zmianę systemową pojmowano w bardzo szczególny sposób: jako big bang, jako szok albo skok, gwałtowne zerwanie z tym, co było i zastąpienie tego czymś zupełnie nowym. Było to myślenie nie tylko pomijające kwestię nieodłączną od takiego sposobu dokonywania zmian, jaką jest przemoc (a pisał o niej już W. Kula w pracy „Problemy i metody historii gospodarczej”), nie tylko bardzo „romantyczne” (co polskiej transformacji wytknął prof. J. Reykowski), ale przede wszystkim na wskroś przeniknięte właśnie „wschodniością”, a nie „zachodniością”.

Na ten trop naprowadza książka J. Łotmana „Kultura i eksplozja”, gdzie wybitny badacz kultury rosyjskiej analizował systemy binarne i ternarne. Te pierwsze, jego zdaniem, właściwe wschodniej cywilizacji, operują dychotomiami i domagają się zmiany radykalnej i natychmiastowej. Te drugie zaś, typowe dla Zachodu, postrzegają rzeczywistość nie w tak spolaryzowany sposób i preferują zmianę stopniową, zachowującą wiele ze stanu poprzedniego. Otóż paradoksem jest, że zwolennicy Zachodu, czyli cywilizacji ternarnej (w ZSRR był to np. Gorbaczow) chcieli się do niej zbliżyć dzięki użyciu metod wybitnie binarnych, przypominających nagłą eksplozję i podobnie niszczących.

A więc na pytanie: kto tak naprawdę jest ze Wschodu, a kto z Zachodu należałby udzielić odpowiedzi zupełnie innej od tej najczęściej formułowanej.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Rasizm kulturowy – wyraz „dyktatury profesoriatu”

W czwartkowym dodatku do „Rz” Plus/Minus Michał Płociński wiąże modne w naukach społecznych pojęcie rasizmu kulturowego z polskim fenomenem kulturowym, jakim był sarmatyzm („Sarmatyzm nieuświadomiony”). Trop na pewno wart podjęcia, jako egzemplifikacja szerszego, bo także zachodniego, zjawiska. Ale chyba najogólniejszą wykładnię tej postawy dał Zygmunt Bauman w pracy „Kultura jako praxis” (2012, s. 53), gdzie pisał, że to projekt oświeceniowy wyłonił w każdym społeczeństwie wyedukowaną (choć niekoniecznie utytułowaną naukowo) elitę, która nie tylko uważała się za lepszą i mądrzejszą od innych, ale też za uprawnioną i wręcz powołaną do tego, by tych innych pouczać, krytykować i piętnować.

„W ten sposób – pisał Bauman- głównym zadaniem elity stało się kształtowanie dusz i ciał poddanych, ingerowanie w ich codzienne zachowania i konstruowanie ich światów życia. Wezwanie do edukowania mas oznaczało uznanie ich przez elity za społecznie niezaradne i postulowało wprowadzenie dyktatury profesoriatu lub, mówiąc językiem owej elity, ‚oświeconego despotyzmu’ strażników rozumu, manier i dobrego smaku”.

Dziwne tylko, że oświecone elity nie zauważyły, iż w tzw. międzyczasie skończył się stary porządek, nastała demokracja, a ostatnio nawet populizm podnosi głowę i zaczyna być dowartościowywany teoretycznie, a więc postawy składające się na dyktaturę profesoriatu wyglądają dziś jak typowy relikt minionej epoki. A mówiąc językiem socjologicznym – jak typowy przypadek autonomii funkcjonalnej, czyli trwania zjawiska mimo zaniku przyczyn go warunkujących i uzasadniających (Simmel).

I w ten sposób oświecone elity zamiast być nosicielami postępu zamieniają się w zwykłe przeżytki, w pozostałości czasu przeszłego, a nawet poza-przeszłego.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Imperatyw partyjności

„Niektórych ogromnie oburza – pisał w swoim eseju „Nie wstępować do partii” Ortega y Gasset (w: „Idee, przeświadczenia, historia” 2019) – gdy ktoś nie ma ochoty wpisywać się do ich partii ani nawet do partii ich wrogów, lecz dystansuje się od obu. Zajmuje wtedy stanowisko określane jako au-dessus de la melee (ponad bitewnym zgiełkiem)”, co dla wszystkich bardzo – lub nawet za bardzo – zaangażowanych w ten zgiełk wydaje się niewybaczalną winą.

Starają się więc przynajmniej wmówić takim osobom, że „reprezentują” one poglądy tej czy innej partii, a czynią tak na tej – wydawałoby się oczywistej – podstawie, że są to poglądy podobne lub, jeszcze lepiej, identyczne. Otóż jest to poszlaka nie dość że fałszywa (kiedyś potrafiono precyzyjnie rozróżniać homoousios i homoiousios, czyli współistotność od podobieństwa), to jeszcze kompletnie zawodna. Pomija bowiem fakt, iż podobieństwo poglądów może sugerować zupełnie inny kierunek zależności. A mianowicie, że to jakaś partia reprezentuje bądź głosi poglądy wyznawane przez kogoś dużo wcześniej.

Albo raczej: nie „wyznawane”, lecz tylko przywoływane, co i w debacie publicznej, i w sporach naukowych powinno mieć miejsce tym częściej, im rzadziej takie poglądy czy koncepcje się tam pojawiają. Przecież w chórze śpiewającym unisono zanika pluralizm, a to prowadzi do uwiądu wszelkiej dyskusji, skazanej na przeżuwanie wciąż tych samych twierdzeń.

Dowodem na taki właśnie, nieprzewidziany przez wszystkich kierujących się „imperatywem partyjnym”, kierunek zależności mogą być chociażby nowe wątki podejmowane w mediach przez młode pokolenie dziennikarzy, którzy podczas studiów zetknęli się z myśleniem odwrotnym od mainstreamowego albo niespodziewana deklaracja czynnego polityka, który powie: „wykształciłam/-em się na Pani/-a tekstach”.

Czy dla pracownika nauki, obserwującego dokonującą się na jego oczach zmianę sposobu postrzegania rzeczywistości lub słyszącego takie wyznanie, może być powód do większej satysfakcji? Tego typu dowody poświadczają przecież jego suwerenność intelektualną i zarazem autonomię osobistą, trafność w doborze racji i skuteczność w argumentowaniu, umiejętność przewidywania kierunku zmian a może nawet zdolność do wywierania wpływu na rzeczywistość społeczną.

Czyż na stare lata można chcieć czegoś więcej?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wspólna Polityka Rolna UE – do wymiany!

Dla wszystkich przekonanych, iż UE to twór doskonały, a jej WPR (aż 40% budżetu) jest tego najlepszym dowodem, wczorajsza prezentacja raportu Atlas Rolny musiała być sporym zaskoczeniem.

Raport przedstawiony w Centralnej Bibliotece Rolniczej został wydany przez Fundację im. Bolla oraz Instytut na rzecz Ekorozwoju i jego większą część, opisującą sytuację w całej Unii, opracowali autorzy zagraniczni. Ostatnie 4 rozdziały dotyczące Polski przygotował prof. Zbigniew Karaczun z SGGW. Zgromadzone dane pokazują, do jakich dysproporcji i nieprawidłowości doprowadziło funkcjonowanie WPR: – aż 80% dopłat trafia do 20% gospodarstw
– następuje koncentracja ziemi (aż 50% gruntów należy do 3,1% rolników)
– powoduje to wzrost nierówności dochodowych i społecznych, a także nadmierną presję na środowisko (od 2004 r. zużycie nawozów wzrosło o 30%, a pestycydów aż 5-krotnie)
– w Polsce znikło aż 450 tys. najmniejszych gospodarstw, wieś zaczęła dramatycznie się wyludniać, tracąc przede wszystkim ludzi młodych.

Podczas dyskusji wymieniono dużo więcej negatywów (np. WPR jest szkodliwa, bo stanowi narzędzie interesów dla międzynarodowych korporacji, ale nie dla rolników europejskich i obywateli UE). Dobrze byłoby, aby te informacje dotarły wreszcie do opinii publicznej, polityków i środowisk naukowych wywołując dyskusję i zmieniając dotychczasowe myślenie.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Parady równości – wola Opatrzności?

Znów rozgorzała dyskusja nad paradami równości, jakie odbyły się w kilku polskich miastach. Ale jak zwykle, ta dyskusja nie dotyczy spraw zasadniczych, nie uruchamia głębszego myślenia ani nie prowadzi do stawiania pytań podstawowych – o sens i status procesów takich jak sekularyzacja, zeświecczenie czy laickość.

Tymczasem w niedawno wydanej książce „Prawowitość epoki nowożytnej” (PWN 2019) Hans Blumenberg podejmuje takie właśnie problemy, więc nie sugerując się bynajmniej jego rozstrzygnięciami warto jednak w zarysowanej tam perspektywie rozważyć te dosyć infantylne i często po prostu nieestetyczne widowiska, jakie coraz częściej mają miejsce. A skoro mają miejsce, to trzeba je analizować.

Punktem wyjścia mogłaby tu być definicja sekularyzacji, jaką daje Th. Luckmann w pracy „Problem religii w nowoczesnym społeczeństwie”. Dla niego sekularyzacja to nie rozkład czy zanik tradycyjnej religii, ale przeobrażenie jej porządku wartości w nowe ideologie i instytucje.

A jeśli tak, to sekularyzacja okazuje się procesem intelektualnie i kulturowo niesamodzielnym, bo dla zamanifestowania własnej tożsamości nie znajduje żadnych innych środków, jak tylko negowanie, odwracanie bądź wypaczanie wartości, które neguje. Nie stanowi więc formacji naprawdę nowej (nowatorskiej, nowoczesnej czy tym bardziej oryginalnej), bo jedynie pasożytuje na tym właśnie, co wyśmiewa i parodiuje. Tym samym, zaciąga potężny dług ideowy u formacji, którą pragnie unicestwić; niewykluczone nawet, że – przez swoje obsesyjne i perwersyjne od niej uzależnienie – mimo wszystko utwierdza ją i zachowuje, może nawet wzmacnia.

Co więcej, tego rodzaju interpretacje procesu sekularyzacji (powszechne w naukach społecznych) dają się łatwo wpisać w jak najbardziej zrozumiały dla osób wierzących, a więc na wskroś religijny „plan zbawienia”. I w tej roli będą traktowane jako nie zaprzeczenie, lecz potwierdzenie działań Opatrzności, która oto z premedytacją dopuszcza wszelkie odchylenia, a nawet bluźnierstwa czyniąc w ten sposób z tych, co jej najzacieklej zaprzeczają, najposłuszniejsze narzędzie realizacji własnych zamysłów.

Głęboka erudycja i finezja rozumowania Blumenberga, który podjął ten tak ważny i rozległy temat, powinna stać się inspiracją dla wszystkich tych, co zabierają głos w debacie publicznej po to, by – choć trochę – zechcieli podnieść jej poziom.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Stereotypy czy uprzedzenia?

Bardzo często, nie tylko w potocznej debacie, praktycznie utożsamia się oba te pojęcia, a nie jest to uprawnione. Skłaniają jednak do tego przyjmowane w socjologii definicje, które przez stereotyp rozumieją powszechne w danej grupie konstrukcje myślowe oparte na uproszczonym postrzeganiu rzeczywistości, zabarwione wartościująco, bazujące na niepełnej wiedzy i uprzedzeniach.

Takie ujęcie zawiera jednak w sobie kilka założeń, z którymi niekoniecznie trzeba się zgodzić. Postrzeganie rzeczywistości odbywa się przecież zawsze w kontekście określonej kultury i historii, nie jest więc tylko wynikiem ułomnej percepcji; niekoniecznie też bywa wartościujące, a zwłaszcza nie musi mieć coś wspólnego z uprzedzeniami, które – jak się optymistycznie zakłada – znikną, gdy tylko wiedza o rzeczywistości stanie się pełniejsza.

Dlatego socjologowie, zamiast korzystać z takich definicji przejętych z psychologii społecznej, powinni raczej sięgać do własnego dorobku i mówić o stereotypach jako konstrukcjach, na których opiera się cały porządek społeczny, gdyż są one gwarancją tożsamości i szacunku dla siebie (Lippmann), o stereotypach jako nośniku tradycji, pamięci i dziedzictwa kulturowego grupy, które wyznaczają jednostce jej miejsce w świecie i czynią ją tym, czym jest (Chałasiński), wreszcie o stereotypach jako swoistego rodzaju instrumentach poznania, które przekazują zdobyte doświadczenie, nie są zaś świadectwem braku takich doświadczeń, czyli ignorancji (Benedyktowicz).

Z takiego właśnie repertuaru konotacji pojęcia stereotyp skorzystała Elwira Wilczyńska w swojej pracy „Diabli z czubami. Niemcy oczami polskich chłopów w XIX i na początku XX wieku”. Praca została nagrodzona w X edycji konkursu „Polska wieś – dziedzictwo i przyszłość”, który rokrocznie rozpisuje Fundacja na rzecz Rozwoju Polskiego Rolnictwa (FDPA). Z badań autorki (interdyscyplinarnych, czerpiących z materiałów folklorystycznych, etnograficznych i pamiętnikarskich) wyłania się wizerunek Niemca pokazany jednak na tle wielu wizerunków innych nacji czy etnosów, z którymi miał do czynienia polski chłop z przełomu wieków.

I dzięki temu okazuje się, że polski chłop wcale nie żył w jakimś społecznym izolacie, lecz na co dzień – i to intensywnie – obcował z odmiennością etniczną, kulturową i religijną. Poza tym wcale nie kierował się jakimiś szczególnymi uprzedzeniami wobec tej czy innej grupy, lecz sprawiedliwie obdzielał pozytywnymi bądź negatywnymi cechami wszystkich obcych (Moskali podejrzewano, iż przelewają krew małych dzieci jedząc je żywcem, z kolei wysoko ceniono mądrość chasydów i rabinów).

Skrupulatna praca autorki pozwala więc nie tylko na dopełnienie obrazu tytułowej grupy etnicznej uformowanej w zwierciadle kultury polskiej wsi, ale zarazem na zweryfikowanie nadmiernie uproszczonych i właśnie stereotypowych ujęć stereotypów jako takich. Tym samym podaje w wątpliwość tzw. hipotezę kontaktu, która zakładała, że to z powodu braku kontaktu mamy stereotypy i uprzedzenia, ale znikną one w wyniku bliższego poznania się, bo wtedy wszyscy będą już tylko się lubić, jeśli nie kochać.

Otóż nic bardziej mylnego, co potwierdza książka „Diabli z czubami”, a co już dawno z niezwykłą intuicją i przenikliwością przeczuwał Ortega y Gasset. W szkicu „Niebezpieczeństwo, jakim jest ktoś inny…” filozof pisał tak: „ty sam, zanim stałeś się dla mnie wyraźnie określonym Ty, nie byłeś mi obcy. Sądziłem, że jesteś taki, jak ja – wprawdzie alter, inny, ale ja – ego, czyli alter ego. Teraz jednak wobec ciebie i innych ‚ty’ widzę, że na świecie jest coś więcej niż owo niejasne, nieokreślone ja: są tu anty-ja. Są nimi wszystkie Ty jako różne ode mnie”.

Wnioskiem, jaki wyprowadza Ortega y Gasset ze swoich rozważań jest więc znamienna konstatacja: „w każdym z nas tkwi podstawowy altruizm, który sprawia, iż a nativitate otwarci jesteśmy na kogoś innego, kogoś drugiego, alter jako takiego”. A zatem to dopiero pod wpływem doświadczeń, jakich dostarczają nam konkretne mikrohistorie dziejące się w konkretnych światach lokalnych, dochodzi do korekty tych szlachetnych, ale naiwnych przed-sądów, i w ten sposób samo życie wymusza wypracowanie kategorii, które pozwalają jakoś funkcjonować w rzeczywistości takiej, jaka jest naprawdę.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Co świętować 4 czerwca?

Możliwości jest wiele i każdą z nich skrupulatnie wykorzystują wszystkie strony obecnej sceny politycznej. Ale różniąc się w rozłożeniu akcentów i ocenie własnej roli, wszyscy zdają się popełniać ten sam błąd: zdecydowanie przeceniają znaczenie Polski, ruchu Solidarność, nie mówiąc już o wpływie poszczególnych osób.

Owszem, imponujący był wysiłek 10- milionowej Solidarności i nie do oszacowania zasługi konkretnych jednostek, ale czy to wszystko wystarczyłoby do „obalenia komunizmu” gdyby on sam nie rozkładał się już od środka, gdyby nie mieli jasnej tego świadomości komuniści szukający jakiegoś sposobu wybrnięcia z całej tej sytuacji, a nade wszystko – gdyby odpowiednie decyzje nie zapadły „na samej górze”, czyli w Moskwie?

Pisał o tym T. Judt w „Powojniu” (s. 688), że cała uprzednia władza, a więc wszelkie ośrodki decyzyjne była usytuowane w Moskwie, a więc „prawdziwa historia toczyła się gdzie indziej” niż chcieliby tego bohaterowie tamtych dni. W podobnym tonie wypowiedział się dziś prof. Marek Migalski w tvn24 i także jego słowa warto wziąć pod uwagę, świętując 4 czerwca. W przeciwnym razie łatwo upodobnić się do muchy, która jadąc na grzbiecie orzącego wołu mówi: „my pachali” albo żaby, która podkłada nogę, gdy kują konia. Nadmiar megalomanii jeszcze nikomu nie wyszedł na dobre, zaś trochę realizmu politycznego (i wiary w Opatrzność, która wówczas wyjątkowo nam sprzyjała) przyda się zawsze – a zwłaszcza na przyszłość.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz