Przegapiona okazja

Tak zatytułowała swój esej Danuta Ulicka w „Tekstach drugich” (6/2018). Autorka zastanawia się, dlaczego polskie literaturoznawstwo – pod wieloma względami oryginalne, a nawet prekursorskie – nie zaistniało dotąd w świecie, „choć nie było ani prowincjonalne, ani peryferyjne, nie podlegało spychającym na pozycję półperyferyjną zależnościom kompradorskim, ani samokolonizacji bądź samoorientalizacji”.

Czy sprawiła to słabość polskiej emigracji i niedostateczna znajomość języka angielskiego, czy może brak umiejętności poruszania się na rynku idei albo jakaś wrodzona mikromania, która skłaniała naszych najwybitniejszych uczonych i pisarzy (M. Kridla oraz Cz. Miłosza) do tego, by zajmowali się raczej literaturami słowiańskimi niż polskim dorobkiem, a znawców myśli społecznej (np. A. Walickiego), by siedząc w Notre-Dame pisali o filozofii rosyjskiej, a nie polskiej itd.

Jak twierdzi Ulicka, obecnie (w sytuacji wypalenia się wielu modnych paradygmatów, znudzenia kolejnymi zwrotami i rozczarowania dotychczasowymi przełomami) „koniunktura robi się wyjątkowo korzystna” dla wprowadzania wątków z zewnątrz – z pola akademickiego i z kultur, które dotychczas nie zaistniały w światowym obiegu. Ale czy polscy badacze potrafią i w ogóle czy zechcą podjąć takie wyzwanie? Przecież od tego właśnie, a nie od czegokolwiek innego zależy w głównej mierze „umiędzynarodowienie” nauki polskiej.

Jak do tej pory badacze polscy zachowywali się jednak zupełnie odwrotnie niż ich zachodni koledzy. Randall Collins pisze, że realistyczny obraz nauki pokazuje, iż pełno w niej ludzi, z których każdy woła: „Słuchajcie mnie!”, „Słuchajcie mnie!”, bo uważa, że ma coś nadzwyczajnego do przekazania. Polscy naukowcy natomiast zadowalają się zgoła innym zawołaniem: „Słuchamy was!”, „Słuchamy was!”.

I chyba właśnie ta różnica przesądza o wszystkim.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Echa „konferencji paryskiej”

Po zainteresowaniu tą sprawą ze strony polityków i mediów przyszła pora na działania w środowiskach naukowych. Przykładowo, rady naukowe instytutów PAN uznały za stosowne wyrazić swój sprzeciw wobec zachowania publiczności, która wysłuchała referatów badaczy prezentujących w Paryżu „nową polską szkołę badań nad historią zagłady Żydów”. O tym, że to zachowanie nie było eleganckie, nie trzeba nikogo przekonywać, ale czy formułowane teraz oświadczenia „w obronie wolności akademickiej” i „swobody badań naukowych” aby na pewno są zasadne – to już inne pytanie.

W tej sprawie można zgłosić kilka obiekcji. Po pierwsze, trudno uznać, że badania Zespołu usytuowanego przy IFiS PAN są „historyczne”, bo – o ile wiadomo – bodaj nikt z tego Zespołu nie jest samodzielnym pracownikiem w dyscyplinie historii. Są za to – wybitni każdy w swojej dziedzinie – ale literaturoznawcy, etnografowie, antropologowie i bodaj jeszcze socjologowie. Jak wiadomo, każda dyscyplina naukowa ma swój warsztat i metodologię, więc badania tak interdyscyplinarnego Zespołu należałoby raczej uznać za spełniające kanony naukowości wszystkich tych innych dyscyplin, ale czy akurat historii?

Po drugie, zastanawiające czemu publikacje tego Zespołu nie przeszły wymaganego zwykle procesu recenzyjnego, choć powstały dzięki grantom m.in. Ministerstwa Nauki, gdzie jest to z reguły wymagane. W związku z tym monografie Zespołu z punktu widzenia tak ważnych obecnie kryteriów formalnych nie spełniają warunku „monografii naukowej”, a zatem również z tego powodu obecna aktywność środowisk naukowych wydaje się dziwna.

Jakby tego było mało (brać za ustalenia „historyczne” coś, co niekoniecznie tym jest, a w dodatku upominać się o „autonomię nauki” w stosunku do czegoś, co w świetle dzisiejszych, narzuconych przez resort zasad nie jest dorobkiem naukowym) pojawia się jeszcze trzecia okoliczność. Oto środowiska naukowe uruchamiają retorykę obrony „wolności akademickiej” nie przed – jak to zwykle miało miejsce – władzą polityczną czy presją administracyjną, ale przed obywatelami Unii Europejskiej, którzy chyba mają prawo wyrazić swoją opinię w stosunku do działań opłacanych z ich podatków. Tym samym heroizm postawy środowisk walczących o wolność nauki zagrożonej przez taki czy inny reżim obraca się w swoje przeciwieństwo, a więc staje się karykaturą postawy godnej naukowca.

O tym zaś, że do takich działań wzywają osoby, które zapewne należą skądinąd do sympatyków elitarnego ruchu „My, obywatele UE”, już nawet nie ma co wspominać. Najwidoczniej ci „obywatele UE” uważają się za jakiś „lepszy sort Europejczyków”, a może nawet za kolejną „nadzwyczajną kastę” – tak różną od „zwykłych” obywateli UE. Jeśli tak, to jest to postawa chyba mało europejska, mało demokratyczna i nie mająca nic wspólnego z prawdziwym etosem obywatelskim, ale za to wiele wspólnego ze stosunkiem np. Prezydenta Macrona wobec jego własnych obywateli. Nie jest to jednak wzór godny naśladowania.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Zły dotyk” nie wszędzie taki zły

W dzisiejszej „Kawie na ławę” prowadzący obruszył się, gdy poseł Kalinowski stwierdził, że geje „wybierają taki sposób życia”. Oni nie wybierają, lecz tacy są – zaprotestował Piasecki – a więc nie mogą być inni, powinni zatem być tolerowani i akceptowani. A skoro taka jest ich natura, to znaczy, że jest to naturalne, więc w czym rzecz – można by kontynuować tok myśli red. Piaseckiego.

Owszem, ale jeśli już padać na kolana przed wszystkim co „naturalne”, to czemu wciąż z potępieniem spotykają się inne, bardziej nawet niż homoseksualizm rozpowszechnione, skłonności rodzaju ludzkiego – do kradzieży, morderstw, o mowie nienawiści nie wspominając, a zwłaszcza do pedofilii?

Przecież na temat tej ostatniej już dawno stwierdzono (Stowarzyszenie Psychiatrów Amerykańskich w 2013 r.), że to nie „zaburzenie” ale „orientacja”, a jeszcze wcześniej, bo w 1977 najwięksi francuscy intelektualiści (L. Aragon, R. Barthes, L. Althusser, G. Deleuze, F. Guattari, J.P. Sartre) ogłosili manifest „seksualnego wyzwolenia dzieci” („Le Monde” z 26 stycznia), zaś M. Foucault twierdził, że „dziecko jest ‚uwodzicielem’ wyczekującym na stosunek z dorosłym”.

Za takie przekonania i wypowiedzi w Polsce, i to nawet ze strony najbardziej „postępowych” środowisk, wciąż grozi potępienie. Może dlatego, że wszystko w Polsce, nawet to, co „postępowe” i „nowoczesne” jest spóźnione o kilka dekad w stosunku do Zachodu. A może dlatego, że polska lewica jest po prostu niedokształcona i nie wie, że np. w Afryce żyje sobie pewne plemię, gdzie rytuał przejścia dla chłopców przewiduje długotrwałe obcowanie seksualne (oralne i analne) ze starszymi członkami plemienia i chodzi w tym również o to, by młodzież nauczyła się czerpać z takich doświadczeń przyjemność, co na ogół się udaje. Nie ma tam też mowy o żadnej traumie czy łamaniu psychiki na całe życie, co tak usilnie wmawia się opinii publicznej w Polsce (T. Kozłowski „Odra” 11/2016). Pewnie kierując się takimi właśnie obserwacjami m.in. antropologów Kinsey w swoim słynnym raporcie pisał: „trudno zrozumieć, z jakich powodów dziecko – chyba że uwarunkowane typem wychowania – miałoby doznawać niepokoju w relacjach pedofilskich”.

Skoro więc „zły dotyk” okazuje się nie taki zły, a na pewno nie zawsze i wszędzie, a jeśli już, to tylko tam, gdzie przekonuje się wszystkich, że tak musi być, to może warto nieco wzbogacić rodzimą dyskusję na ten temat o argumenty merytoryczne. Z pewnością wyszłoby to na dobre wszystkim stronom sporu.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Życie spełnione

W minioną środę na UAM w Toruniu odbyło się uroczyste sympozjum z okazji 100-lecia urodzin Profesora Zbigniewa T. Wierzbickiego. Z tej okazji otwarto salę jego imienia, gdzie będą gromadzone pamiątki po nim, a jego uczniowie i współpracownicy wygłaszający swoje referaty dzielili się zarazem wspomnieniami związanymi z osobą Profesora.

Każdy socjolog zna bogaty dorobek Profesora, a każdy socjolog wsi kojarzy jego nazwisko z klasyczną monografią wsi Żmiąca, którą opisał pół wieku po Franciszku Bujaku. Ale toruńskie spotkanie przypomniało wszystkim także inne zaangażowania Profesora: działanie na rzecz ludności autochtonicznej na Ziemiach Zachodnich po II wojnie światowej, ruch anonimowych alkoholików, wydawanie pisma „Bunt Młodych Duchem” czy walkę o wskrzeszenie Fundacji Sułkowskich.

Sam Profesor był wychowankiem słynnej szkoły w Rydzynie, która z inicjatywy Fundacji Sułkowskich powstała w II RP dzięki darowiźnie, jaką książę August Sułkowski zapisał Komisji Edukacji Narodowej w 1783 r. Te 8 tys. ha pozwoliło utworzyć w zamku w Rydzynie doświadczalną szkołę średnią, która szybko uzyskała międzynarodową renomę.

Jak można się spodziewać, władza ludowa zlikwidowała Fundację i samą szkołę. Czego można się było nie spodziewać, również władze III RP nie kwapią się do przywrócenia Fundacji (mimo licznych starań grona osób – wśród nich Profesora Wierzbickiego), mimo apelu do prezydenta Kwaśniewskiego i mimo składanych interpelacji w Sejmie (np. w 2012 r.). Pozostałe po Fundacji majątki (ok. 5 tys ha) przekazano Agencji Nieruchomości Rolnych, a więc uznano, że to, co powinno służyć całemu narodowi, powinno przejść w prywatne ręce.

Jak widać z tej krótkiej rekapitulacji, Profesor nie był nigdy beniaminkiem żadnej władzy: za PRL zabroniono mu nauczania studentów (ze względu na możliwy demoralizujący wpływ!), potem odrzucono wniosek o nadanie mu tytułu profesora, wreszcie odmówiono przyznania mu Orderu Orła Białego, o co starały się władze uczelni. Mimo to, jak podkreślał w swoim wystąpieniu prof. Włodzimierz Wincławski, życie Profesora Wierzbickiego można nazwać „życiem spełnionym”. Z całą pewnością jest to adekwatne określenie i może nawet nie „mimo to”, ale właśnie „dlatego”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Im też „nic, co ludzkie, nie jest obce”

Tak można by powiedzieć nie tylko o katolickim, czy bliżej – o polskim – klerze, ale również o duchownych innej wiary, a mianowicie o rabinach. W dwutygodniku „Forum” (5/2019) w artykule „Boski interes” autor pisze o licznych przewinieniach rabinów w Izraelu i w innych krajach.

Na liście ich grzechów znalazły się bowiem machinacje finansowe na wielką skalę („tajemnica wiary – złoto i dolary” – można by zacytować wypowiedź jednego z bohaterów „Kleru”), korupcja, defraudacja, łapownictwo, lukratywny handel ludzkimi narządami, a także skandale obyczajowe: molestowanie kobiet, korzystanie z usług prostytutek oraz pedofilia.

Za takie przewinienia księża muszą się kajać, a w imieniu całego Kościoła przeprasza raz po raz kolejny już papież. Za to samo rabini nie poczuwają się nawet do winy, bo zgodnie z opinią wielu znawców Talmudu rabin powinien być zamożny. Czy powinien też utrzymywać kontakty seksualne z dziećmi (jak np. wzmiankowany w artykule rabin z New Jersey), to już na pewno trudniejsza sprawa. Ale jeśli sięgnąć do tekstów takich, jak np. omawiany przez Tadeusza Zielińskiego w książce „Hellenizm a judaizm” (Toruń 2000, s.145) traktat „Nidda”, to okazuje się, że – tak przynajmniej referuje to Zieliński – rabini uważali, iż np. kobieta jest dojrzała do współżycia małżeńskiego już w wieku trzech lat.

Niebezpodstawnie książka Zielińskiego zyskała sobie miano antysemickiej, czy raczej antyjudaistycznej. Autor nie szczędzi tam słów zachwytu pod adresem kultury helleńskiej i odpowiednio słów oburzenia, a nawet obrzydzenia, kiedy omawia różne detale judaizmu. Specjalistom przysługuje rozstrzygnięcie, czy w każdym z tych przypadków zachowana została obiektywność i uczciwość badawcza. Natomiast zwykłym ludziom, dowiadującym się o takich czy innych aferach i nadużyciach duchownych różnych wyznań, pozostaje znana filozoficzna maksyma: „nic, co ludzkie, nie jest im obce”

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Seksualny strajk kobiet jako warunek kultury

Od kilkunastu lat antropologowie Chris Knight i Camilla Power głoszą oryginalną koncepcję na temat przyczyn „ludzkiej rewolucji symbolicznej” (określenie Iana Wattsa), czyli na temat przyczyn powstania całej kultury – języka, sztuki, rytuałów.

Otóż ich zdaniem, a potwierdza to wielu specjalistów archeologii paleolitu, wszystko zaczęło się od zbiorowego seksualnego strajku podejmowanego przez kobiety, które miały dość próżniaczych zachowań płci męskiej. Dawno temu w Afryce zawarły więc sojusz, aby obalić męską dominację i zdecydowały się wykorzystywać w tym celu „każdy okres zsynchronizowanej menstruacji jako chwilę najbardziej sprzyjającą do podejmowania zbiorowego strajku” (Knight – Solidarity and Sex, „Weekly Worker” 638/2006) – stąd ochra w wykopaliskach, bo czerwień była barwą strajku.

Dużo wcześniej na taką możliwość wskazywał zresztą Marshall Sahlins, twierdząc, że „decydująca bitwa między wczesną kulturą a naturą ludzką musiała zostać stoczona na polu seksualności naczelnych” (The Origin of Society, „Scientific American” 203/1960). Dzięki temu „męskie” wartości takie jak hierarchia i konkurencja zostały wyparte przez „kobiecą” kooperację i solidarność. Zgodna koalicja kobiet zmuszając mężczyzn do regularnego zaopatrywania kobiet oraz ich potomstwa w żywność, a zwłaszcza w mięso, uruchomiła też inne prawidłowości: kolektywne podejmowanie decyzji, symboliczne ich komunikowanie, respektowanie ustalonych zasad itd.

Oby dzisiejsze kobiety, a zwłaszcza feministki przebąkujące od czasu do czasu o jakimś strajku (najwyraźniej nie mają pojęcia, o jaki strajk powinno im chodzić) nie okazały się mniej inteligentne od swoich poprzedniczek, bo jak widać stawka jest duża.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wspólna Polityka Rolna a konflikty wokół ziemi rolnej

Referat na ten temat został dziś zaprezentowany w Pałacu Staszica i wzbudził ożywioną dyskusję. Przede wszystkim zwrócono uwagę na odmienność języka dotyczącego WPR (ekonomiczne kategorie) i pojęcia konfliktu (język socjologii). Następnie odniesiono się do potrzeby uwzględnienia różnych wymiarów tego konfliktu (np. aspektu środowiskowego) i różnych oczekiwań poszczególnych grup interesariuszy (rolnicy, inni mieszkańcy wsi, turyści).

Gdyby jednak cofnąć się do źródeł, tzn. do głównych powodów powstania WPR, to okazałoby się, że nie były one wcale natury ekonomicznej, ale jak najbardziej społecznej i politycznej. Tak przynajmniej referuje tę sprawę Tony Judt w książce „Wielkie złudzenie. Esej o Europie”. Wybitny historyk pisze tam, że WPR od początku był kompletnym bezsensem ekonomicznym, bo zasady tej polityki były „absolutnie nieracjonalne” (s. 16) i stały „w absolutnej sprzeczności z podstawowymi zasadami europejskiej polityki gospodarczej” (s. 19). Zdaniem Judta WPR została więc przyjęta z powodów nie ekonomicznych, ale politycznych – chodziło o depopulację wsi, bo wieś w EZ reprezentowała elektorat prawicowy, nacjonalistyczny i populistyczny, a powojenna Europa miała być zorientowana na demokrację liberalną. „O tym teraz staramy się nie pamiętać” – dodaje Judt, ale jeśli udałoby się przypomnieć te okoliczności, rzeczywiste przyczyny i właściwą genezę WPR, wówczas być może łatwiej byłoby znaleźć wspólny język i dyskutować o konfliktach dotyczących ziemi, rolnictwa i relacji ludności wiejskiej oraz miejskiej.

Jak pisze Fernand Braudel „wojna chłopska jest wojną strukturalną, która nigdy się nie kończy” („Kultura materialna…” t. II, s. 229); o „miejskim szowinizmie” jako przyczynie trwałego konfliktu wieś-miasto na kontynencie Europejskim, pisze też Andreas Bodenstedt, a socjologowie amerykańscy William Kuvlesky i James Coop już dawno temu zauważyli, że w nowoczesnych społeczeństwach wieś zawsze jest postrzegana jako „usługujący sektor dla miast”, który musi być im podporządkowany i wykorzystywany przez duże aglomeracje.

Jak to wszystko ze sobą się rymuje – zapytałby Aleksander Świętochowski? Ano właśnie. Teraz dopiero widać, że tak postawione pytanie wymaga prześledzenia wielu wątków i sięgnięcia do źródeł także historycznych. Sama ekonomia nie da tu właściwej odpowiedzi, ponieważ w życiu nic nie funkcjonuje wg reguł czysto ekonomicznych.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz